Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: czeka nas zmierzch klubów miejskich

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Aż trudno uwierzyć, że od momentu powrotu do Ekstraklasy nie możemy znaleźć sposobu na Piasta. Najczęściej pada remis, a jedną, szczególnie bolesną porażkę zanotowaliśmy przy Nowej Bukowej, przerywając długą serię zwycięstw. Tym razem jesteśmy świeżo po zakończeniu niechlubnej passy bez zwycięstwa na wyjeździe i będziemy chcieli podtrzymać ten trend w Gliwicach. Jakie siły przeciwstawią nam miejscowi? Zapytaliśmy Marka, kibica Piasta znanego na Twitterze jako @maras1971.

Rozmawiamy tuż po zakończeniu pucharowego pojedynku Piasta z Chemikiem w Bydgoszczy. Tegoroczne rozgrywki przyniosły już kilka niespodzianek, ale dla was był to chyba mecz z gatunku „zakuć, zdać, zapomnieć”.
Daniel Myśliwiec zamieszał w składzie posyłając do gry drugi garnitur, a na boisku zobaczyliśmy między innymi młodych Maziarza, Leśniaka i Kucharskiego, który zdobył nawet bramkę. Podoba mi się, że trener chce dawać szansę młodzieży, bo u jego poprzedników nie było to tak oczywiste – zarówno Vuković, jak i Fornalik woleli stawiać na sprawdzonych, ukształtowanych zawodników. Wynik otworzył kuriozalny gol samobójczy, ale Chemik kapitalnie wszedł w drugą połowę i byłem przekonany, że lada chwila wyrówna. Obraz gry uległ jednak zmianie po wejściu Ivana Limy i kolejnych bardziej doświadczonych graczy. Lima zaliczył asystę przy drugim golu, a później wywalczył karnego, więc w zasadzie w pojedynkę rozstrzygnął losy awansu.

Zdecydowanie trudniejsze zadanie stoi przed Piastem w lidze, bo po raz kolejny zapowiadają się ciężkie boje o każdy punkt. Nie masz wrażenia, że w nowym sezonie kręcicie w Gliwicach kolejną część filmu „Oszukać przeznaczenie”?
Jako kibic Piasta nie powinienem tego mówić, ale zostawiając na boku klubowe sympatie uważam, że jesteśmy w gronie kandydatów do spadku. Już w poprzednim sezonie upiekło nam się tylko dlatego, że Lechia dostała karę ujemnych punktów. Z drugiej strony Daniel Myśliwiec wykręca w Gliwicach całkiem przyzwoitą średnią punktową, więc jest to jakiś argument za utrzymaniem. Okienko transferowe jest jeszcze otwarte, a my zwykle jesteśmy najaktywniejsi w jego końcówce, ściągając tych niezdecydowanych, więc jeszcze nie czas na ferowanie wyroków. Na ten moment stawiam nas jednak w piątce klubów najbardziej zagrożonych spadkiem – my, Radomiak, być może Wieczysta, choć uważam, że jeszcze się odbiją…

A Motor, wasz ostatni przeciwnik w Ekstraklasie?
Motor też musi się ogarnąć, bo z nami zagrał dramatycznie. Na ich miejscu trochę bym się martwił, ale Zbigniew Jakubas to właściciel z najwyższej półki jeśli chodzi o możliwości finansowe, choć z drugiej strony niezbyt chętny do wydawania pieniędzy jak choćby właściciel Wieczystej.

Właśnie po przegranym meczu z Wieczystą wystosowałeś na Twitterze pewien apel do kibiców Piasta, aby chodzić na mecze, bo jest to prawdopodobnie wasz ostatni sezon w Ekstraklasie, patrząc na całokształt sytuacji wokół klubu. Podobne czarne scenariusze kreślił w ubiegłym sezonie Przemek z Gliwic, na szczęście dla was wtedy udało się ich uniknąć.
Przemek to mądry i sympatyczny facet, ale bardzo często uprawia czarnowidztwo. Ja z kolei zwykle widzę szklankę do połowy pełną. Mam więc problem, bo tym razem nawet ja nie widzę powodów do optymizmu. Cała liga poszła do przodu, jeśli chodzi o jakość sportową, możliwości finansowe czy infrastrukturę. Uważam, że czeka nas zmierzch klubów miejskich i prędzej czy później będzie to także wasz problem.

Przez długi czas Piast był stawiany za wzór zarządzania klubem miejskim, zdobywającym medale Mistrzostw Polski, z tym najcenniejszym na czele. Co się zmieniło od tego czasu?
Wtedy działało to inaczej. Na większość decyzji sportowych, dotyczących trenera czy piłkarzy, największy wpływ miał mniejszościowy udziałowiec, Zbigniew Kałuża. Miał on mocne wsparcie w Gliwicach, a wspierany przez dyrektora Bogdana Wilka i kilka innych osób brał na siebie ciężar zarządzania pionem sportowym. Ruchy personalne były dość logiczne – zazwyczaj byli to piłkarze „po przejściach”, tacy jak Świerczok, Czerwiński, Jodłowiec czy Chrapek. W 2023 roku w mieście zmieniła się jednak władza, co przełożyło się też na Piasta. Kałuża został odsunięty na boczny tor po podwyższeniu kapitału przez Miasto.

Zarówno Kałuża, jak i Wilk, wspierani przez Grzegorza Jaworskiego, byłego przewodniczącego Rady Nadzorczej i Jakuba Szmatułę, zasłużonego piłkarza Piasta, zorganizowali niedawno konferencję, podczas której zarzucali nowym włodarzom niekompetencję i wpędzanie klubu w długi. Miejski Piast stał się ofiarą lokalnej gry politycznej?
Na pewno. Warto jednak zaznaczyć, że zdobywając medale Mistrzostw Polski poprzednia ekipa poszła va banque, stąd te długi. Po zmianie władzy Miasto dokapitalizowało Piasta, od tego czasu nie sprowadzaliśmy zawodników, którzy mogliby tu rozbić bank jeśli chodzi o wypłaty, raczej są to piłkarze, którzy chcą się tu wypromować i iść wyżej. Uważam, że dziś nie stać nas na piłkarzy pokroju Michała Chrapka, który przed laty przychodząc do Gliwic był przyjmowany z mieszanymi uczuciami, a dziś witalibyśmy piłkarza o takim potencjale z otwartymi ramionami. Od wielu miesięcy czekamy na wartościową „szóstkę” i nie wiem, czy się doczekamy, czy będziemy musieli grać juniorami.

Patrząc na wasz letni bilans transferowy stawiam tezę, iż jest on zdecydowanie ujemny. Po stronie odejść kilka uznanych ligowych nazwisk, natomiast trudno dziś wskazać odpowiednie zastępstwa.
Wciąż czekamy na powrót po kontuzji Františka Placha. Zastępuje go Słoweniec Domen Gril, który praktycznie w każdym meczu popełnia jakiś błąd. Za każdym razem, gdy piłka ląduje w naszym polu karnym, podnosi się ciśnienie. Czasem aż trudno uwierzyć, że na tym poziomie można popełniać wręcz juniorskie błędy zarówno w ustawieniu, jak i samych interwencjach. Z kolei w środku pola jest dziura po odejściu Dziczka i Tomasiewicza, który był naszymi płucami. Ma ich zastąpić młody Oskar Leśniak, choć uważam, że jest on stworzony do gry wyżej, na pozycji numer 10. Na „szóstce” bardziej podoba mi się Boisgard, kolejne opcje to sporowadzony w lecie Łabojko, który jak dotąd spisuje się całkiem nieźle oraz junior Maziarz. I tu kończy się lista środkowych pomocników.

Na tym etapie sezonu Piast obok Radomiaka traci najwięcej bramek w lidze. To „zasługa” wyłącznie bramkarza, czy cała linia obrony pozostawia dziś do życzenia?
Od meczu z Legią zmieniliśmy ustawienie w obronie i zaczyna to wyglądać lepiej. Gramy nieco niżej, nie przesuwamy się już tak do przodu wszystkimi formacjami, bo wcześniej przeciwnicy wykorzystywali to bezlitośnie, zagrywając prostopadłe piłki za linię obrony. Dotychczas Piast potrafił grać ofensywnie, natomiast słabo bronił. Akcenty zostały więc przesunięte w kierunku lepszej defensywy, bo trener musiał coś zmienić, aby poprawić wyniki.

Fajerwerków zarówno z przodu, jak i z tyłu nie brakowało szczególnie w waszych pojedynkach z drużynami z Krakowa – wyniki były wręcz hokejowe.
Wesoły futbol, przyjemny do oglądania dla postronnych kibiców, bo piłka  jest przede wszystkim rozrywką, natomiast dla nas najważniejsze są punkty. Musimy je zbierać przede wszystkim w pojedynkach z zespołami sąsiadującymi z nami w tabeli. Mamy dziś taki, a nie inny potencjał kadrowy, dlatego każdy zamieniłby efektowny mecz z Wieczystą na choćby punkt w tabeli. Między innymi dlatego koncepcja sztabu nieco się zmieniła i może się okazać, że za kilka tygodni będziemy się prezentować znacznie lepiej, zwłaszcza w defensywie. Warto zauważyć, że „ogarnął się” Jakub Czerwiński, który w pewnym momencie został odstawiony przez trenera Myśliwca. Zastąpił go Igor Drapiński, który latem przeniósł się do Turcji. Czerwiński wrócił więc na środek obrony i choć pierwsze dwa mecze pozostawiały wiele do życzenia, to ostatnio wygląda już znacznie lepiej.

Postawa doświadczonego Czerwińskiego wydaje się być dla was kluczowa, szczególnie w perspektywie wsparcia dla młodzieży, która zbiera w Piaście coraz więcej minut. Mowa tu o Leśniaku, Kucharskim czy Maziarzu, który znaczną część swojej przygody z piłką młodzieżową spędził w Akademii Młoda GieKSa. Jak spisują się na boisku?
Oliwier Maziarz zaliczył bardzo dobre wejście z Wieczystą, kiedy trafił do siatki i zaliczył asystę drugiego stopnia. W Pucharze z Chemikiem gola zdobył Maciej Kucharski i trzeba oddać szacunek trenerowi, że postawił na tego 17-latka. Mam nadzieję, że będą się dobrze rozwijać i w perspektywie czasu okażą się dla nas wzmocnieniami. Trudno jednak oczekiwać od nich już dziś takiej jakości, jaka zagwarantuje nam utrzymanie. Uważam, że na ten moment mamy najsłabszy kadrowo skład w Ekstraklasie. Czasami jednak talenty ujawniają się z nienacka i być może w naszym przypadku też tak będzie.

Cała nadzieja w Myśliwcu, że uda mu się „ugotować” z tego drużynę na miarę utrzymania.
Liczę zarówno na trenera, jak i na aktywność Piasta w ostatnich dniach okienka transferowego. Na skrzydłach nie wyglądamy źle, bo jest tam Sanca, Vallejo czy Lokilo. Z przodu grają sprowadzony latem z Amiens Ntamack oraz Katsantónis, czekam więc przede wszystkim na ruchy w środku pola.

W ostatnim meczu z Piastem przy Nowej Bukowej do siatki GieKSy trafiał Erik Jirka, który dziś zakłada żółtą koszulkę. Jak wspominasz tego zawodnika?
Przez pewien czas był przez nas postrzegany jako typowy jeździec bez głowy – potrafiący pójść na przebój, stworzyć przewagę tylko po to, by na koniec zmarnować akcję złym zagraniem. Z czasem się jednak rozkręcił do tego stopnia, że odchodząc do GieKSy był jednym z naszych najlepszych strzelców. Dziś wspominam go bardzo dobrze, jako solidnego piłkarza i miłego gościa. Szkoda, że nie uznano mu pięknej bramki strzelonej naszym sąsiadom z Zabrza.

A propos, komu kibicowałeś w ostatnie niedzielne popołudnie?
Szczerze mówiąc remisowi. Wielu moich znajomych Piastoli trzymało kciuki za GieKSę, ja jednak zawsze stawiam na remisy przeciwników Piasta w Ekstraklasie. Mimo wszystko warto podkreślić, że mecz był świetny i emocjonujący do ostatniej minuty.

Co ciekawe, Piast jest jedną z niewielu drużyn, na które nie potrafimy znaleźć sposobu po powrocie do Ekstraklasy. Trzy remisy i jedno zwycięstwo Piasta to nasz dotychczasowy bilans.
Możecie powiedzieć, że jak nie teraz, to kiedy. Macie fajną serię zwycięstw, nie gracie już w pucharach, w tygodniu nie musieliście jechać na Puchar Polski, do tego Szkurin szaleje w ataku. A my mamy swoje problemy. Zdobyliśmy wprawdzie cztery punkty w dwóch ostatnich meczach, ale wcześniej tych punktów brakowało. Z Lechem zagraliśmy dobrze w pierwszej połowie, po przerwie opadliśmy jednak z sił i Kolejorz to wykorzystał. Najsłabszy mecz zagraliśmy z Wieczystą i na początek sezonu z Zagłębiem, kiedy również brakowało nam sił w końcówce. Ostatnie korekty wprowadzone przez sztab mają to zmienić.

A co sądzisz o ostatniej formie GieKSy?
Rozmawialiśmy już o meczu w Zabrzu, a moc pokazaliście już tydzień wcześniej w pojedynku z Wisłą Płock. Wiem, że Nafciarze nie są teraz w wybitnej formie, ale w tym spotkaniu wychodziło wam wszystko. Po porażce z Motorem odbiliście się więc całkiem wysoko.

Jakie masz przewidywania na piątek? Unikniemy nudnego 0:0 jak w maju przy Okrzei?
Wbrew pozorom tamten mecz był dość intensywny i były momenty dobrej gry z obu stron. Balansowaliśmy wtedy na granicy strefy spadkowej i bardzo potrzebowaliśmy zwycięstwa z GieKSą. Ostatecznie padł remis i tych punktów zabrakłoby do utrzymania, gdyby nie kara Lechii. Stawiam, że tym razem wygramy 2:1 i zbliżymy się do was w tabeli. A przede wszystkim życzę nam emocjonującego meczu i aby publika dopisała, bo z tym u nas ostatnio różnie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga