Piłka nożna Prasówka
Media po meczu z MŠK Žilina: Miłe złego początki!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu MŠK Žilina – GKS Katowice 2:1 (1:1).
weszlo.com – Nieudany powrót GKS-u do Europy. Słowacy obnażyli słabości rywala
Po pięciu minutach GKS rozpalił nasze nadzieje. Niestety, z biegiem czasu one coraz bardziej gasły. Po udanym początku było już tylko gorzej i to Słowacy są w lepszej sytuacji przed rewanżem w Katowicach. I trzeba przyznać, że wygrali w pełni zasłużenie. Przy Nowej Bukowej z pewnością zupełnie inaczej wyobrażali sobie powrót na europejskie boiska po wielu latach przerwy.
Wszystko zaczęło się w najlepszy możliwy sposób. Zaledwie kilka minut i GKS pokazał to, co było jego największą bronią w poprzednich rozgrywkach – skuteczne wykorzystanie stałego fragmentu gry wykonywanego przez Bartosza Nowaka. Na tym się jednak zakończyły popisy graczy z Nowej Bukowej. Żilina wygrała w pełni zasłużenie, mimo że po drugiej bramce specjalnie nie forsowała tempa.
GKS bardzo dobrze wszedł w mecz. Odważnie, bez kompleksów, bez takiego przesadnego respektu względem rywala i to błyskawicznie przyniosło efekty. Niby nowy sezon, a piłkarze Rafała Góraka popisali się jednym ze swoich największych atutów z zeszłych rozgrywek.
Stały fragment, dośrodkowujący Bartosz Nowak, strzelający jeden z rosłych stoperów. Dokładnie tak było i tym razem. Po centrze z rzutu rożnego Lukas Klemenz spowodował szał radości u licznej grupy przyjezdnych fanów.
Problem w tym, że na tym praktycznie skończyły się zapędy ofensywie wracających po wielu latach do europejskich pucharów Katowiczan. Paradoksalnie, największym zagrożeniem dla nich byli oni sami. To właśnie po prostych błędach podopiecznych Rafała Góraka brały się dobre okazje słowackich zawodników.
Najpierw poślizgnął się Arkadiusz Jędrych i swój zespół świetną interwencją w sytuacji sam na sam z Kristianem Barim musiał ratować Gabriel Kobylak. Niedługo później po fatalnej stracie Jesse Boscha celne uderzenie zdołał oddać wyróżniający się Frantisek Kosa. Jak się okazało, było to drugie i ostatnie ostrzeżenie dla zawodników z Nowej Bukowej.
Kotłowało się w polu karnym Gabriela Kobylaka, aż w końcu się wykotłowało. Alan Czerwiński nadepnął rywala i sędzia wskazał na 11. metr. Karnego pewnie wykorzystał kapitan Żiliny Miroslav Kacer.
Prawdę mówiąc, gdyby wynik do przerwy był inny, to nie moglibyśmy mówić o jakiejś specjalnej niesprawiedliwości. Inny, czyli bardziej korzystny dla gospodarzy. Ci z biegiem czasu wyraźnie przejęli inicjatywę i sprawili, że piłkarze Rafała Góraka nie mieli zbyt wiele do powiedzenia.
Słowacy nic sobie nie robili z wysokich doskoków rywali, potrafiąc niemal bezbłędnie z nich wychodzić. W drugą stronę to już wyglądało nieco inaczej i przy pressingu GKS kilkukrotnie w prosty sposób pozbywał się piłki. Jednym z nielicznych pozytywów dla Katowiczan po pierwszej części rywalizacji był fakt, że nie przegrywali.
I to co Słowakom nie udało się w pierwszej połowie, to zrobili tuż po wyjściu z szatni. Jeszcze nie wszyscy kibice zdążyli wrócić na swoje miejsca, a gospodarze już prowadzili 2:1. Przed polem karnym z piłką znalazł się wspomniany już Kosa. 20-latek był kompletnie nieatakowany przez przeciwników, więc z dość sporą swobodą oddał strzał w kierunku bramki. Gabriel Kobylak odbił piłkę przed siebie, a przy dobitce bezlitosny był Timotej Hranica.
Jak już podopieczni doskonale znanego w Polsce Pavola Stano osiągnęli to co chcieli, to już raczej nie forsowali tempa. Po drugiej bramce szanse Żiliny na podwyższenie wyniku można policzyć na palcach jednej ręki. Słowacy nie byli też już tak intensywni i zdecydowali w swoich działaniach.
Tyle że na GieKSę to w pełni wystarczało. Wystrzegali się prostych błędów i w miarę nieźle bronili dostępu do swojej, nie cofając się całym zespołem we własne pole karne. A piłkarze Rafała Góraka mieli problem, by znaleźć sposób na stworzenie realnego zagrożenia.
Ciężko mówić o jakichś zmarnowanych sytuacjach, spektakularnych obronach bramkarza, heroicznych interwencjach słowackich defensorów. Niczego takiego zwyczajnie nie oglądaliśmy. Poza nielicznymi zrywami, zawodnicy z Katowic nie byli w stanie nawet wejść w pole karne rywala. Mówiąc brutalnie, ich jedynym sposobem na postraszenie rywala były stałe fragmenty, z których jednak więcej konkretów się nie doczekaliśmy.
GKS nie pokazał nic wielkiego i może być względnie zadowolonego z końcowego rezultatu. Sprawia on, że w rewanżu sprawa awansu będzie jak najbardziej otwarta. Można mieć tylko nadzieję, że przy Nowej Bukowej Bartosz Nowak i spółka w większym stopniu nawiążą do swoich występów z poprzedniej wiosny.
gol24.pl – Trener GKS Katowice nie trafił z wyjściowym składem na MSK Żylina? Rafał Górak: „Zawsze po meczu mam taką refleksję, ale to jest futbol”
GKS Katowice w pierwszym meczu II rundy kwalifikacji Ligi Konferencji przegrał na wyjeździe ze słowackim MSK Żylina 1:2 (1:1). Trener GieKSy Rafał Górak był pytany m.in. o to, czy nie popełnił błędu przy ułożeniu wyjściowego składu, bo dopiero zmiany w drugiej połowie odmieniły grę katowiczan.
GKS Katowice po 23 latach wrócił do europejskich pucharów. Zaczęło się od falstartu. Trener Rafał Górak na pomeczowej konferencji prasowej w Żylinie nie krył, że jego zespół miał w tym spotkaniu problemy.
– Niewątpliwe pierwsze spotkanie w sezonie jest zawsze ogromną niewiadomą i trudnością, tak sobie trzeba szczerze powiedzieć. To zawsze jeden z najtrudniejszych meczów w rundzie. To są zawsze najtrudniejsze dla nas mecze w rundzie i rzeczywiście przeciwnik z małym handicapem, bo po dwóch meczach z Hajdukiem był w takim rytmie już meczowym. Bardzo dużo umiejętności należało było włożyć w to, aby przeciwstawić się rywalowi. Bardzo intensywnemu rywalowi, który wiedzieliśmy – gra bardzo intensywną piłkę i jak dostanie takiego wiatru w żagle, to jest trudny do zatrzymania. Mieliśmy momenty, kiedy rzeczywiście zatrzymać przeciwnika było ciężko i mieliśmy swoje problemy – mówił Górak.
– Natomiast od pewnego momentu wydaje mi się, że w miarę opanowaliśmy sytuację. Końcówka tego meczu w długich momentach jest obiecująca. Mecz za tydzień będzie całkiem nową historią w Katowicach i na razie jesteśmy w połowie tej rozgrywki. Tak jak przypuszczałem, ten mecz rozstrzygnie się w dwumeczu. Dzisiaj byłem przekonany, że żadna ze stron nie uzyska na tyle mocnej przewagi, aby o drugim meczu mówić, jako o sprawie załatwionej. My wszystkie siły, myśli i koncentracje dajemy do meczu pod Wawelem, w niedzielę zaczynamy ekstraklasę (z Wisłą Kraków – red.). Dobrze, że mając w przetarciu to jedno spotkanie, bo tak jak podkreślam: zawsze te mecze numer jeden w rundzie potem w obrazie całej rundy są jednymi z najtrudniejszych i tak też dzisiaj było – ocenił Górak.
Wprawdzie Katowiczanie szybko objęli prowadzenie, ale potem zupełnie stanęli, przegrali walkę w środku boiska, tracili piłkę, nakręcając ataki gospodarzy. Czy zjadła ich pucharowa trema?
[…] W studio TVP Sport oceniono, że szkoleniowiec katowickiej drużyn nie trafił z wyjściowym składem, o czym świadczyła znaczna poprawa gry GieKSy po zmianach w drugiej połowie. O to, czy można było inaczej zestawić pierwszą jedenastkę Górak był zapytany na konferencji prasowej.
– Zawsze po meczu mam taką refleksję, czy akurat nie ekipa, która rozpoczynała mecz, jest tą która byłaby najlepsza. Natomiast zawsze też po meczu mam te myśli, czy akurat nie ta jedenastka, która kończyła mecz również jest tą odpowiednią ekipą, która ten mecz kończyła. To jest futbol. My podejmujemy decyzje, zawodnicy wykonują zadania niekiedy tak to bywa. Być może dzisiaj z takiej pierwszej refleksji można taki wniosek wyciągnąć, że ta jedenastka, ale nigdy tego nie wiemy, czy jeżeli zamienilibyśmy te role, czy one by diametralnie odmieniły tę sytuację. Te decyzje zostały podjęte, podjęte po okresie przygotowawczym, w dobrej wierze. Cieszy mnie natomiast, że zawodnicy, którzy weszli w komplecie dali bardzo wartościowe zmiany. Dobrze, że drużyny po tych zmianach przejęła inicjatywę, zaczęła kontrolować mecz, przyciskać rywala i naciskać na niego, aby ten mecz wyrównać. To daje dużo optymizmu – przekonywał Rafał Górak.
wkatowicach.eu – GKS Katowice zaczął znakomicie, ale wraca z Żyliny z porażką. Rewanż na Arenie Katowice już 30 lipca
[…] Trener Rafał Górak postawił na skład skomponowany z zawodników, którzy walczyli dla GKS-u w poprzednim sezonie. Jedynie w bramce zadebiutował Gabriel Kobylak, z kolei Jesse Bosch wrócił po dłuższej przerwie.
Wynik już w 6. minucie otworzył Lukas Klemenz, który wykorzystał podanie Bartosza Nowaka z rzutu rożnego. GieKSa dobrze zaczęła, wyraźnie przejmując inicjatywę. Jednak w kolejnych minutach dobry pressing gospodarzy zaczął przynosić efekty. W 17. minucie Kobylak popisał się świetną obroną po strzale Kristiána Bariego.
Minutę później indywidualny błąd Jesse Boscha spowodował, że Kobylak musiał bronić strzał z 20 metrów, który jednak leciał prosto w niego. W 29. minucie MŠK znów wpadło w pole karne i jeden z obrońców faulował rywala. Do piłki podszedł Miroslav Káčer, który strzałem od słupka doprowadził do wyrównania. Jeszcze przed przerwą groźnym strzałem popisał się Patrik Iľko. Jego próba z 18 metrów przeleciała tuż obok słupka. Inicjatywa wyraźnie należała do gospodarzy, co przełożyło się również na początek drugiej połowy. W 47. minucie Timotej Hranica dobił strzał kolegi i gospodarze wyszli na prowadzenie.
W 58. minucie trener Górak zdecydował się na trzy zmiany. Na boisku zameldowali się dla GKS-u Eman Markovic, Kacper Łukasiak oraz Adama Zrel’ák. W 61. minucie przed polem karnym faulowany był Markovic. Do piłki podszedł Nowak. Uderzał na długi słupek, ale bramkarz Żyliny skutecznie piłkę odbił. Chwilę później po rzucie rożnym strzelał Galán, lecz jeden z obrońców rywala podbił piłkę, która leciała w światło bramki. W 84. minucie Bartosz Wolski, który kilkanaście minut wcześniej wszedł na boisko, oddał na 10 metr do Galána, lecz ten źle uderzył. Poza Kobylakiem i Wolskim, w meczu europejskich pucharów zadebiutował także Szymon Bartlewicz. Katowiczanie wzmożyli ataki w ostatnich, ale to nie przełożyło się na trafienie. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:1.
polsatsport.pl – Miłe złego początki! GieKSa skrzywdzona przez sędziego?
[…] Spotkanie nie mogło się lepiej rozpocząć dla Katowiczan, którzy w 6. minucie wyszli na prowadzenie. Z rzutu rożnego piłkę dośrodkował Bartosz Nowak, a do siatki trafił Lukas Klemenz.
Odpowiedź gospodarzy przyszła w 27. minucie, a Sven Wolfensberger podyktował rzut karny za domniemany atak Klemenza na nogi rywala. Powtórki pokazały jednak, że obrońca GieKSy nie kopnął przeciwnika. Bez obecności VAR-u nie było jednak możliwości zmiany decyzji i jedenastkę na gola zamienił Miroslav Kacer.
Do przerwy było 1:1, a druga część meczu rozpoczęła się od koszmaru GKS-u. Gabriel Kobylak odbił piłkę po strzale z dystansu, dopadł do niej Timotej Hranica i dał Žilinie pierwsze prowadzenie tego wieczoru. Ostatecznie gospodarze wygrali 2:1 i to oni są w lepszej sytuacji przed rewanżem.
polskieradio24.pl – GKS wrócił do Europy i zadał cios. Podrażniony rywal szybko odpowiedział
Wracający do europejskich pucharów po 23 latach Katowiczanie zaczęli mecz ambitnie, nie przestraszyli się czwartego zespołu ekstraklasy słowackiej minionego sezonu. Od pierwszego gwizdka ruszyli do ataku i szybko zepchnęli Żylinę do defensywy. Goście dłużej utrzymywali się przy piłce i już w pierwszych minutach wywalczyli kilka stałych fragmentów gry.
Przewaga została udokumentowana w 7. minucie. Po kolejnym świetnym dośrodkowaniu Bartosza Nowaka, najwyżej w polu karnym wyskoczył Aleksander Klemenz, który mocnym uderzeniem głową nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. GKS objął prowadzenie, a trafienie było nagrodą za bardzo dobry początek spotkania. Chwilę później Żylina próbowała odpowiedzieć, ale katowiczanie skutecznie rozbili atak rywali.
W 28. minucie gospodarze doprowadzili do wyrównania, choć decyzja sędziego wzbudziła sporo kontrowersji. Arbiter dopatrzył się przewinienia Oskara Milewskiego w polu karnym i wskazał na jedenasty metr. Słowacy wykorzystali rzut karny, doprowadzając do remisu 1:1. Protesty piłkarzy GKS-u nie zmieniły decyzji arbitra.
Drugą połowę GKS rozpoczął najgorzej, jak mógł. Słowacy bez większych problemów rozegrali piłkę przed polem karnym, a po strzale Kosy Dawid Kobylak zdołał odbić futbolówkę. Ta trafiła jednak wprost pod nogi Hranicy, który z najbliższej odległości dopełnił formalności i wyprowadził Żylinę na prowadzenie 2:1.
dziennikzachodni.pl – MSK Żylina – GKS Katowice. Pierwszy mecz GieKSy w Lidze Konferencji zaczął się świetnie, ale goście oddali pole
[…] 23 lipca 2011 roku GKS Katowice pierwszy raz poprowadził trener Rafał Górak. Po 15 latach ten sam szkoleniowiec wprowadził GieKSę do europejskich pucharów i na stadionie słowackiej Żyliny zmierzył się z tamtejszym MSK. Katowiczanie na trybunach mieli silne wsparcie ze strony swoich kibiców, którzy liczyli na dobry wynik przed rewanżem na Nowej Bukowej.
GKS Katowice przystąpił do meczu w Żylinie z jednym nowym zawodnikiem w wyjściowym składzie – między słupkami stanął Gabriel Kobylak, który przyszedł z Legii Warszawa (Paweł Strączek leczy kontuzję). Urazy wykluczyły Mateusza Kowalczyka i Pawła Rasaka.
[…] Katowiczanie od początku przejęli inicjatywę i już w 6. minucie objęli prowadzenie. Z rzutu rożnego dośrodkował Bartosz Nowak i Lukas Klemenz z pola bramkowego głową skierował piłkę do siatki.
W 17. minucie gospodarze po kontrze mieli świetną okazję na wyrównanie, ale Krisztian Bari przegrał pojedynek z Kobylakiem. Minutę później, znów po szybkiej akcji, z 16 metrów strzelił Frantisek Kosa – bramkarz Katowiczan był na posterunku.
GKS dał się zepchnąć do obrony, zaczął popełniać błędy, tracić piłkę w środku pola i sam napytał sobie biedy. W zamieszaniu przed katowicką bramką padł na murawę Rogonić, a sędzia ocenił, że napastnik MSK został sfaulowany przez Alana Czerwińskiego. Z rzutu karnego strzelił Miroslav Kacer. Kobylak wyczuł jego intencje, ale nie sięgnął piłki, która odbiła się od słupka i wpadła do bramki.
Goście nie mieli pomysłu na grę i na pressing rywali, a Żylina dalej atakowała. W 41. minucie miejscowi kibice już widzieli piłkę w siatce, gdy technicznie strzelił Patrik Ilko, jednak piłka przeleciała tuż obok słupka. Remis do przerwy był dobrym wynikiem dla drużyny Góraka, patrząc na to, co działo się na boisku.
Po wyjściu z szatni gospodarze natarli i szybko objęli prowadzenie. Sprzed pola karnego uderzył Kosa, Kobylak odbił piłkę, a Timotej Hranica nie miał problemów z dobitką. To jeszcze bardziej nakręciło słowacką drużynę.
GieKSa kompletnie sobie nie radziła i w 58. minucie trener Górak przeprowadził potrójną zmianę. W 62. minucie wreszcie coś pozytywnego wydarzyło się dla gości, gdy z rzutu wolnego uderzył Nowak. Dwie minuty później po rzucie rożnym strzelił Borja Galan i obrońca odbił piłkę głową, dzięki czemu poleciała nad bramką. Katowiczanom udało się ostudzić zapędy gospodarzy i sami próbowali zmienić wynik.
Goście przeważali w środku pola, szybko odbierali piłkę i wyglądało na to, że są w stanie wyrównać. GieKSa walczyła do końca, ale wynik się nie zmienił.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Najnowsze komentarze