Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice nakręcił pucharowy thriller
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego pucharowego spotkania ŁKS Łódź – GKS Katowice 1:2 (0:1).
lodzkisport.pl – ŁKS pomógł awansować GKS-owi Katowice
ŁKS Łódź zagrał słabe spotkanie przeciwko GKS-owi Katowice w 1/16 finału STS Pucharu Polski. Łodzianie długimi fragmentami dawali swoim rywalom zbyt dużo miejsca, a to bez problemu wykorzystywał zespół z PKO Ekstraklasy. Zawodnicy ŁKS-u mieli też duży, zbyt duży udział przy obu trafieniach przeciwnika.
Nie tak ten wieczór wyobrażał sobie Szymon Grabowski. Trener ŁKS-u chciał, aby jego podopieczni stanęli na wysokości zadania i wyeliminowali GKS Katowice. Niestety zamiast tego łodzianie w zasadzie podarowali przeciwnikom dwie bramki. Tak naprawdę ŁKS obudził się dopiero w 84. minucie po samobójczym trafieniu GKS-u. Od tamtej pory gospodarze naciskali rywala z ekstraklasy, ale nie zdołali już umieścić piłki w siatce, chociaż gospodarze wypracowali sobie znakomitą okazję strzelecką w ostatniej akcji tego spotkania.
[…] Długimi fragmentami w tym meczu ŁKS Łódź nie radził sobie z atakami GKS-u, który zbyt łatwo potrafił przedostawać się pod bramkę Łukasza Jakubowskiego i m.in. jego znakomita postawa między słupkami sprawiła, że ŁKS nie przegrał wyżej.
[…] W ofensywie ŁKS także nie wyglądał zbyt dobrze. Gol był efektem błędu Artura Jędrycha, który trafił do własnej siatki. Trzeba jednak oddać ŁKS-owi, że potrafił zagrażać bramce Rafała Strączka. Zawodnicy ŁKS-u podejmowali jednak często złe decyzje w polu karnym.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice nakręcił pucharowy thriller w Łodzi. Na szczęście z pomyślnym zakończeniem. Powinno być 4:0, a skończyło się 2:1
GKS Katowice w 1/16 STS Pucharu Polski pokonał w Łodzi pierwszoligowy ŁKS 2:1. Sytuacje, jakie zmarnowali piłkarze Rafała Góraka, powinny ich prześladować po nocach.
GKS Katowice był faworytem pucharowego meczu z ŁKS-em w Łodzi. Stwierdzenie to wynikało przede wszystkim z różnicy w klasach rozgrywkowych, ale także z deklaracji Rafała Góraka, że zespół z Nowej Bukowej STS Puchar Polski traktuje absolutnie poważnie.
Mniej serio do tego meczu podszedł Ilia Szkurin, bo nonszalancja, z jaką Białorusin marnował w pierwszej połowie świetne okazje do zdobycia gola, mocno irytowały nie tylko szkoleniowca i kibiców GKS-u. Tym bardziej, że w bramce łodzian debiutował 18-letni Łukasz Jakubowski, który swoimi interwencjami ucierał nosa ewidentnie lekceważącego go napastnika.
Przewaga katowiczan nie podlegała dyskusji. Gospodarze nie mieli argumentów, by oprzeć się tej nawałnicy, ale ostatecznie sami rywalom pomogli. Sebastian Rudol pogubił się we własnym polu karnym, sfaulował atakującego go Szkurina i Arkadiusz Jędrych pewnie wykorzystał rzut karny, dając GKS-owi zasłużone prowadzenie.
Po przerwie czas płynął dość monotonnie, ale w 60 minucie Bastien Toma popełnił błąd, a Szkurin za trzecim razem wreszcie trafił do siatki, bo kopnął piłkę potężnie, bez kombinowania. Co najmniej tak samo z tego gola ucieszył się Bartosz Nowak, bo partner wreszcie wykorzystał jedno z całej serii jego świetnych podań.
Za nieskuteczność zazwyczaj jednak się płaci. W Łodzi od tej reguły wyjątku nie było. Na sześć minut przed końcem Arkadiusz Jędrych pokonał dla odmiany Rafała Strączka i zrobiło się mocno nerwowo, a awans zaczął się chwiać. Ostatecznie jednak udało się go katowiczanom utrzymać dzięki… Szkurinowi, który w ostatniej sekundzie zablokował strzał na remis.
katowickisport.pl – GKS Katowice gra dalej w pucharze Polski. ŁKS bez szans
Piłkarze GKS-u Katowice nie dali większych szans piłkarzom ŁKS-u Łódź w 1/16 finału STS Pucharze Polski. Co prawda końcówka była bardzo nerwowa, ale z przebiegu całego spotkania awans podopiecznych Rafała Góraka jest jak najbardziej zasłużony. Każdy inny rezultat byłby po prostu niesprawiedliwy.
ŁKS dobrze zaczął spotkanie 1/16 finału pucharu Polski. Podopieczni trenera Grabowskiego dłużej utrzymywali się przy piłce, a GKS miał problem, żeby wyprowadzić piłkę z własnej połowy. Nie trwało to jednak długo, bo im dłużej trwał mecz, tym większa robiła się przewaga gości. Dwie świetne sytuacje miał Ilya Shkuryn, ale Białorusin w obu przypadkach przegrał pojedynek z Łukaszem Jakubowskim. Napastnik GKS-u może żałować zwłaszcza tej drugiej, bo w sytuacji sam na sam z młodym bramkarzem ŁKS-u Łódź, kompletnie go zlekceważył i w zasadzie próbując podcinki podał piłkę w ręce Jakubowskiego.
To, co udało się uratować Jakubowskiemu, zawalił Sebatian Rudol. Obrońca przyjmował niedokładną piłkę zagraną przez zawodników GKS-u i zrobił to dobrze. Problem pojawił się, gdy Rudol potknął się, co wykorzystał przeciwnik. Zawodnik ŁKS-u próbował się ratować, chcąc zagrać do Jakubowskiego, ale został uprzedzony przez Wasielewskiego i kopnął go w nogi. Sędzia podyktował rzut karny, który bez problemu na bramkę zamienił Artur Jędrych.
Strata gola trochę obudziła ŁKS, ale nadal gospodarzy musiał ratować Jakubowski, który po dwóch strzałach Shkuryna znakomicie poradził sobie także z próbą Bartosza Nowaka, który w dziecinny sposób zwiódł Krykuna i stanął przed znakomitą szansą w polu karnym ŁKS-u. Dzięki swojemu bramkarzowi ŁKS przegrywał do przerwy z GKS-em Katowice tylko 0:1.
Po zmianie stron znów ŁKS zaczął odważnie, ale już po upływie dwóch minut mogło być 0:2. Nowak zagrał do Marcela Wędrychowskiego, a ten ściął do środka i lewą nogą zza pola karnego uderzył w słupek. ŁKS w kolejnych minutach zaczął kreować jakieś sytuacje. Znakomitą miał Serhij Krykun, ale zbyt długo zwlekał ze strzałem. Głową uderzał też Mateusz Lewandowski. To był dobry moment ŁKS-u, ale gospodarze błyskawicznie zostali zgaszeni przez GKS. Łodzianie stracili piłkę przed własnym polem karnym. Piłka szybko trafiła do Shkuryna, który w myśl zasady “do trzech razy sztuka” tym razem się nie pomylił i pokonał Jakubowskiego.
Niewiele przemawiało za bramką dla ŁKS-u, ale takowa padła. Artur Jędrych, a więc kapitan i strzelec pierwszego gola dla GKS-u niefortunnie interweniował we własnym polu karnym i pokonał własnego bramkarza. Ten gol wlał na nowo nadzieję w serca kibiców i samych piłkarzy z Łodzi. W 88. minucie byliśmy świadkami długo wyczekiwanego powrotu Andreu Arasy, który zmienił Mateusza Lewandowskiego. Ełkaesiacy nacierali i w ostatniej akcji meczu przed znakomitą szansą stanął Mateusz Wysokiński. Ofiarnie zablokował go jednak Shkuryn i uchronił swój zespół przed dogrywką.
expressilustrowany.pl – Beznadziejna postawa łódzkiej drużyny na pustym stadionie
Piłkarze ŁKS w spotkaniu 1/16 finału Pucharu Polski, rozegranym przy al. Unii, przegrali 1:2 z GKS Katowice. Wszystkie gole zdobyli goście! Łodzianie zaprezentowali fatalny styl i nie ma się co dziwić, że na trybunach nie było prawie wcale kibiców! Widać, fani przeczuwali, że nie warto wybierać się na stadion, by oglądać tak słabych ełkaesiaków.
Niespodzianki na stadionie przy al. Unii nie było. ŁKS, wystraszony niczym kompletny nowicjusz, przegrał z ekstraklasowym GKS Katowice i odpadł z rozgrywek Pucharu Polski. Śląski zespół wystąpił w rezerwowym składzie (pięć zmian w wyjściowej jedenaste w porównaniu z dwoma poprzednimi meczami ekstraklasy), ale mimo to zdominował wydarzenia na łódzkim stadionie.
Łodzianie zostali zmuszeni do roli statystów i obserwatorów boiskowych wydarzeń. A wszystko przez to, że najzwyczajniej w świecie zabrakło im umiejętności oraz determinacji i niezbędnej woli walki. Pewnie po tym meczu wiadomo już, ile dzieli ełkaesiaków od krajowej elity. A należy przy tym pamiętać, że GKS to przeciętniak ekstraklasy, który po trzynastu mistrzowskich seriach znajduje się na piętnastej pozycji w tabeli!
Należy oczywiście odnotować, że w ŁKS też zabrakło dwóch ważnych zawodników: Michała Mokrzyckiego (infekcja), Krzysztofa Fałowskiego (uraz stawu skokowego), a także Łukasza Bomby (przeciążenie stopy).
W ŁKS zadebiutował Łukasz Jakubowski i trzeba przyznać, że 18-letni bramkarz doskonale się zaprezentował. Gdyby nie jego wyśmienita postawa, to gospodarze już do przerwy przegrywaliby 0:4! Skończyło się na jednym golu po rzucie karnym podarowanym gościom przez Rudola. Postawa defensora ŁKS w tej akcji wołała o pomstę do nieba!
Tuż po przerwie ŁKS mógł mówić o szczęściu, bowiem piłka po strzale Wędrychowskiego trafiła w słupek. Później znów dobrą interwencję popisał się młodzian strzegący bramki gospodarzy. W 61 minucie Jakubowski był już bezradny przy strzale Skhurina, ale akcja GKS to zasługa…Tomy!
Tuż przed końcem spotkania, po dośrodkowaniu Balicia, piłkę, po niegroźnej sytuacji, do własnej siatki skierował Jędrych.
Mecz obejrzało, jak podali organizatorzy 3280 widzów, w tym 1/3 stanowili fani śląskiej drużyny.
gol24.pl – GKS Katowice z awansem w STS Pucharze Polski. ŁKS Łódź o klasę gorszy od ekstraklasowicza
GKS Katowice we wtorkowy wieczór zapewnił sobie awans do 1/8 finału STS Pucharu Polski. Przedstawiciel PKO Ekstraklasy wygrał na wyjeździe z ŁKS Łódź 2:1 po golach Arkadiusza Jędrycha i Ilji Szkurina. Ten pierwszy wpisał się na listę strzelców także po stronie gości, notując trafienie samobójcze.
Od początku spotkania GKS Katowice miał dużą przewagę, ale objął prowadzenie dopiero tuż po upływie pół godziny gry i to po fatalnym błędzie rywali. Sebastian Rudol nie zdołał dobrze przyjąć piłki we własnym polu karnym i chwilę później sfaulował rywala. Do „jedenastki” podszedł Arkadiusz Jędrych i pewnym uderzeniem – wpisał się na listę strzelców.
Mimo prowadzenia, katowiczanie mogli czuć niedosyt, bo jeszcze w pierwszej połowie mogli rozstrzygnąć sprawę awansu do 1/8 finału STS Pucharu Polski.
Po zmianie stron popularna GieKSa zadała drugi cios. Piłkę do siatki gospodarzy skierował Ilja Szkurin, który wcześniej nie wykorzystał kilku bardzo dobrych okazji.
Gdy wydawało się, że GKS Katowice dociągnie pewne prowadzenie do ostatniego gwizdka, w 84. minucie niespodziewanie futbolówkę do własnej bramki skierował Arkadiusz Jędrych. Doświadczony defensor fatalnie interweniował we własnym polu karnym przy dośrodkowaniu z bocznej strefy boiska.
ŁKS Łódź ruszył do ataku, ale nie zdołał strzelić drugiego gola, który dałby dogrywkę. W efekcie to przybysze z Katowic cieszyli się z awansu do 1/8 finału rozgrywek.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze