Dołącz do nas

Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Legią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Legią to już historia. Niestety przegraliśmy go w samej końcówce, gdy było tak bardzo blisko upragnionego punktu. Nie pozostaje jednak nic innego, jak dalej walczyć w lidze. Wracamy jeszcze raz do Warszawy, by spojrzeć na ten mecz okiem redakcji i zajmujemy się już tylko starciem z Arką Gdynia.

1. Rok temu mieliśmy jako redakcja przeboje przed meczem. Był problem z zaparkowaniem i trzeba było się zakotwiczyć kilometr od stadionu. Żeby tego uniknąć, tym razem udaliśmy się dużo wcześniej do Warszawy i z Katowic wyjechaliśmy nieco po 14:00.

2. Na spotkanie wybraliśmy się w czterech – trzy osoby z GieKSa.pl, czyli ja, Misiek i Kazik oraz przyjaciel redakcji Mariusz, z którym niejednokrotnie jechaliśmy na wyjazdy.

3. Wnioskowaliśmy o trzy akredytacje i bez problemu nam je przyznano, dlatego ze spokojną głową jechaliśmy na to starcie do stolicy.

4. Niby wszyscy byli pojedzeni, ale padł pomysł, żeby w drodze do Warszawy zatrzymać się w „Barze 107” umiejscowionym dokładnie 107 kilometrów od Warszawy. Jechaliśmy więc z myślą, że na trasie będzie dobra szamka.

5. Czy była dobra? No cóż, zdania są podzielone. Niektórzy wzięli rosołek, inni kapustkę jako surówkę. Ja wziąłem naleśniki po meksykańsku. Ale nie był to „niezły Meksyk”. Nie zawsze jest niedziela. Tym razem była.

6. Naczekaliśmy się trochę w kolejce, bo jakiś gościu stał przy barze z 15 minut. Zawsze zastanawia mnie, jakie to są problemy, że ktoś tak utyka przy „okienku”. Minuta do minuty to się dokładało. Na szczęście mieliśmy duży zapas.

7. Wkrótce przed naszymi oczami ukazała się nowoczesna (jak na Polskę) zabudowa Warszawy. Kiedyś wyróżniał się tylko Pałac Kultury i Nauki, teraz otoczony jest ów drapaczami chmur. Polski Nowy Jork.

8. Do stadionu dojechaliśmy jakąś godzinę i dwadzieścia minut przed meczem. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z mediami, bo rok temu to ktoś miał problemy z akredytacjami, no a my siedzieliśmy na jakimś absurdalnym miejscu na „prasie”, a tak naprawdę wśród kibiców gospodarzy. Nie wspominałem miło tamtego meczu.

9. Tym razem odbiór akredytacji odbył się błyskawicznie. Jako, że do meczu była wspomniana godzina z kawałkiem, to kibice Legii w dużej liczbie kręcili się pod stadionem i obok Legia Sports Bar. Z Mariuszem udaliśmy się do wejścia dla mediów, Misiek i Kazik na foto, oczywiście najpierw Kazik zrobił kilka efektownych ujęć z drona. Fotka ze stadionem Legii z Warszawą w tle przy zachodzącym słońcu to prawdziwa magia. Po drodze minęli też nasz nowy autokar.

10. Później dojście do wejścia do budynku klubowego i podobną trasą jak rok wcześniej poszliśmy w kierunku sektora prasowego.

11. Catering, o którym pisałem rok temu to osobna sprawa. Na razie napiszę tylko, że dla mediów są dwa cateringi, jeden – mniejszy – zaraz przy wejściu na dole, a kolejny – wypasiony – na pierwszym piętrze.

12. Gdy doszliśmy w jego okolice, wylegitymowaliśmy się po raz drugi, a sympatyczna pani skierowała nas do windy, która miała nas zawieźć na piąte piętro.

13. No, ale właśnie – ten catering. Już rok temu pisałem o tym, ale to mistrzostwo świata. Widać, że klub chce się dobrze zaprezentować nie tylko na polskiej, ale na europejskiej scenie. Tam to można by przyjechać się tylko najeść.

14. Ja czekałem na mini-hamburgerki i mini-pizze, które pamiętałem sprzed roku. Oba te dania były, pod specjalną podgrzewającą lampą. Dodatkowo jakieś kapuśniaczki itd.

15. Z kranów można było sobie nalewać soki (kilka rodzajów), do tego gazowane napoje w wersji pełnej i zero. I fikuśne kanapki, chleb ze smalcem, ogórek. A po drugiej stronie słodkości oraz bemary już z typowo obiadowymi daniami, mięsa, kluski, warzywa grillowane. Aż nie mógł się oprzeć tym smakom Kamil Kosowski, który po skomentowaniu meczu udał się tutaj, na sowity posiłek.

16. Nie omieszkałem przed meczem się tymi hamburgerkami posilić. Obiad mnie nie usatysfakcjonował, więc chciałem dojeść. I nabrać sił na to ekscytujące widowisko, które miało być przed nami.

17. Na Legii prasa dostaje taki bilecik z przydzielonym miejscem do siedzenia, jest tam kilka sektorów. Rok temu popełniliśmy błąd idąc dokładnie na te miejsca, które na bileciku i dlatego byliśmy dosłownie zepchnięci na margines prasy.

18. Tym razem stwierdziliśmy, że usiądziemy w bardziej cywilizowanych warunkach, a najwyżej, jak ktoś przyjdzie i przegoni nas z miejsca, to się usuniemy. Ostatecznie okazało się, że w tej części i tak było potem dobrych kilka miejsc niezajętych, więc nie niepokojeni przez nikogo, mogliśmy relacjonować mecz.

19. Trybuna prasowa jest im. Wiesława Gilera, twórcy i redaktora naczelnego magazynu „Nasza Legia”. Pamiętam, że w początkach mojego zainteresowania piłką, gdy jeździłem na wakacje na Podlasie, można było w kioskach ten magazyn kupić, więc mimo, że był legijny, zaczytywałem się, bo czegoś w takim wymiarze po prostu w Polsce nie było. W późniejszych latach, gdy już zacząłem udzielać się medialnie w GieKSie, sporo rzeczy było zapożyczonych właśnie z „Naszej Legii”.

20. A to miejsce prasowe – magia. Niemal na środku boiska, praktycznie tuż obok głównej kamery Canal Plus. Widoczność doprawdy doskonała. Do tego coś, czego nie ma na żadnym (chyba) innym stadionie. Zawieszone monitory z transmisją z Canal Plus. Boże, jaki to luksus relacjonowania, że widzisz boisko i relację na żywo w TV.

21. Wiadomo, że nieraz wspomagamy się Canal Plusem, ale puszczony przez internet ma co najmniej kilkadziesiąt sekund opóźnienia. Tutaj mieliśmy wszystko na żywo, więc wszelkie powtórki kluczowych sytuacji były momentalnie. Powtórzę – kapitalne warunki. Nawet jak w przerwie Cezary Olbrycht robił wywiad z Marcinem Wasielewskim, to mając odpalonego Canal Plus jeszcze na moim kompie, widziałem trzech Cezarych i trzech Wasylów – po jednym na lapku, na monitorze stadionowym i na żywo na murawie.

22. Jedyny minus to pochyły blat, bez żadnej krawędzi, więc położenie komórki było problematyczne, bo się ześlizgiwała. Ale to naprawdę jeden niewielki minus. W porównaniu z warunkami sprzed roku – niebo, a ziemia.

23. Na trybunach gorąco było już na kilkadziesiąt minut przed meczem. Kibice Legii mocno (chyba jak nigdy) wzięli sobie na celownik sympatyków GieKSy i pozdrawiali ich dość często. Katowiczanie odpowiadali tym samym, co zapowiadało, że i podczas meczu będzie się działo na trybunach.

24. Żyleta, jak i prawie cały stadion odśpiewali „Sen o Warszawie”, a kibice GieKSy jak tylko mogli, próbowali zagłuszyć ten zawsze specjalny dla gospodarzy moment. A potem zaczęło się granie.

25. Sam mecz, jaki był każdy widział. W pierwszej połowie przez długi czas mogliśmy być zadowoleni z tego, jak gra GieKSa. Nasz zespół grał ofensywnie i stwarzał sytuacje bramkowe. Wyglądało to dużo lepiej niż w Łodzi. Legia była nieco pogubiona, ale co jakiś czas atakowała i mimo wszystko udało jej się strzelić gola do szatni.

26. W drugiej połowie katowiczanie spuścili z tonu. Trochę ten mecz przypominał starcie z poprzedniego sezonu, kiedy do 25. minuty GieKSa była lepsza. Wtedy jednak jak Legia się obudziła, to zagrała koncert. Tutaj i ze strony gospodarzy było dużo słabiej.

27. Mimo braku większych sytuacji, GKS doprowadził jednak do wyrównania przy Łazienkowskiej. Dośrodkowanie Wasielewskiego fenomenalnym strzałem wykończył Bartosz Nowak. Bramka była naprawdę estetyczna, bo uderzenie takiej bomby z pierwszej piłki i moment, jak piłka wpada do bramki wlał euforię w serca katowickich kibiców.

28. Co ciekawe, bramka dla GKS padła, gdy kibice Legii weszli na wyższy poziom mobilizacji i zaczęli bardzo głośno śpiewać jedną ze swoich sztandarowych piosenek „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się…”.

29. Odliczaliśmy minuty i sekundy do końca. Modliliśmy się o końcowy gwizdek. Niestety robili to również piłkarze GKS, którzy cofnęli się, choć przecież z tak przeciętną Legią była okazja, żeby i drugi raz trafić do siatki Tobiasza.

30. Moment, gdy Jędrzejczyk strzelił gola, a cały (prawie) stadion wybuchł radością to było coś, czego żaden kibic nie lubi przeżywać, a przecież, co jakiś czas musi, bo każda drużyna traci czasem bramkę w doliczonym czasie. Tylko dlaczego akurat z Legią i to na wyjeździe? Bolało to naprawdę przez to bardziej. Prawdziwy cios w serce. Trener Górak skrył twarz w dłoniach.

31. I tutaj – w przeciwieństwie do przytoczonej wcześniej piosenki – Jędza strzelił bramkę dokładnie w momencie, w którym kibice śpiewali, że Legia „zawsze o zwycięstwo gra”. To im się naprawdę ziściło.

32. W ogóle będąc na środku, miałem lepszy ogląd i… osłuch na wszystko niż rok temu. I muszę powiedzieć, że takiego dopingu, jak tutaj, nigdzie nie widziałem. To co wyprawiał młyn Legii, było naprawdę godne uwagi, śpiewali dosłownie przez cały mecz, głośno, nie było żadnych przestojów. Naprawdę w pewnym momencie głowa bolała. Widać, że nie potraktowali tego meczu jako spotkanie drugiej kategorii, tylko zmobilizowali się solidnie i ten doping był na szóstkę.

33. GieKSa dopingowała, na ile mogła, z sektora gości, ale ciężko było się przebić przez decybele gospodarzy. Tym cenniejsze były momenty, kiedy jednak było nas słychać, łącznie z tymi zaczepnymi wrzutkami w stronę warszawian.

34. Trzecia bramka była już konsekwencją i nie miała większego znaczenia. Choć typowałem, że jeśli ktoś z Legii ma nas pokarać, to będzie to Morishita.

35. Tym samym przegraliśmy z Legią trzeci mecz od powrotu do ekstraklasy. Wyniki 1:4, 1:3 i 1:3 nie są czymś, czego byśmy oczekiwali. Jak nam Legia nie leżała, tak nam dalej nie leży.

36. Trzeba było zrobić swoje, zamieścić relację, zrobić nagrywkę pomeczową. Kibice Legii dziękowali swoim piłkarzom za zwycięstwo, a kibice GKS – za walkę. Na tle Legii nasz zespół pokazał się przyzwoicie i w końcu zagrał mecz, po którym nie mamy niesmaku dotyczącego samej gry.

37. Udałem się w kierunku strefy mediów. Tam, zanim rozpoczęła się konferencja prasowa, trzeba było się ponownie posilić i osłodzić wytrawnymi potrawami tę ciężką do przełknięcia porażkę.

38. Legia przyciąga już super mainstreamowych dziennikarzy, więc na konferencji byli obecni m.in. Andrzej Janisz czy Roman Kołtoń, którzy po meczu ucięli sobie pogawędkę z Rafałem Górakiem.

39. Tym razem mieliśmy odmianę, najpierw wypowiadał się trener Edward Iordanescu, gdyż naszego szkoleniowca wzięli do łączenia z Ligą+ Extra.

40. Co ciekawe, tłumaczenie rumuńskiego szkoleniowca odbywało się na żywo, na słuchawkach, a nie po wypowiedzi trenera – przez tłumacza/rzecznika. To na pewno przyspiesza cały proces. Tydzień wcześniej w Łodzi, Żelijko Sopića tłumaczył właśnie rzecznik.

41. Po konferencji jeszcze chwilę popracowaliśmy nad naszymi materiałami na stronę, dlatego szybko pojawiła się galeria. Myśleliśmy nad tytułem – Kazik zdecydował się na „Bida z Jędzą”, ja optowałem za tytułem „Legia to stara Jędza”.

42. Zebraliśmy się nieco przed północą i znów prawie zamykaliśmy Łazienkowską. Wyjście medialne było już zamknięte, więc przechodziliśmy tym wjazdem dla autobusów.

43. Droga powrotna minęła szybko i spokojnie. Po drodze nawet byliśmy na stacji, gdy GieKSa (drużyna) miała tam postój swym nowym autokarem.

44. W Katowicach byliśmy około trzeciej. Niepocieszeni po tym meczu, ale z dobrze wykonaną naszą pracą.

45. Pozostaje tylko trzymać kciuki i czekać na pozytywne rozstrzygnięcie meczu z Arką!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga