Piłka nożna
Trzy próby Żurka w GieKSie
W niedzielę czekają nas derby GKS Tychy – GKS Katowice. Trenerem tyszan jest bardzo dobrze znany w Katowicach Jan Żurek, który aż trzykrotnie prowadził nasz zespół. Najpierw w sezonie 2002/03 zdobył z GieKSą trzecie miejsce w lidze, potem w kolejnym przybył w trakcie sezonu ratować GieKSę po słabym początku, w końcu został szkoleniowcem w 2008 roku już w „nowym” klubie zarządzanym przez SSK.
Jan Żurek zanim pojawił się na Bukowej, nie zanotował większych sukcesów na ławce. Zdobył szacunek w Zabrzu za to, że z przeciętną drużyną spisywał się jak na warunki klubu bardzo dobrze, awansując nawet do półfinału Pucharu Polski. I z tym jedynym zespołem mogliśmy kojarzyć go dobrze. Późniejsze pobyty w Ruchu Chorzów czy Widzewie Łódź okazały się niewypałami. Właśnie z tego powodu można było obawiać się, jak popularny Zupa poradzi sobie w GKS. Po bardzo dobrych sezonach pod wodzą Bogusława Kaczmarka i Janusza Białka w Katowicach mieliśmy apetyty na coś więcej lub przynajmniej utrzymanie poziomu, a nie zapominajmy, że GKS był zaledwie po dwóch sezonach gry w ekstraklasie.
Początek sezonu pokazał jednak, że może być dobrze i – choć taktyka była czasem mocno defensywna z nadzieją na kontrę – GieKSa gromadziła punkty. Po remisie w Płocku przyszły trzy wygrane, z Widzewem u siebie, Lechem w Poznaniu oraz Szczakowianką przy Bukowej przy pustych trybunach 4:0. Zwłaszcza wygraną z Kolejorzem można było uznać za odniesione w stylu „Żurkowego Catenaccio”, bo momentami obrona była dość dramatyczna, ale gol Stanisława Wróbla dał trzy punkty gościom.
Zdarzały się oczywiście mecze niewygrane – GKS przegrał choćby z Ruchem czy w Pucharze Polski z Zagłębiem Lubin aż 1:4. Mało kto się jednak spodziewał, że w 8. kolejce na boisko lidera może przyjechać mistrz Polski. Bo to właśnie GieKSa jako zespół ze szczytu tabeli podejmował Legię Warszawa. Niestety zabrakło atutów i to warszawiacy wyjechali z Katowic z kompletem punktów. Styl Żurka stawał się coraz bardziej rozpoznawalny i omal nie doprowadził do uszczknięcia punktów wielkiej Wiśle Kraków, która miała świetną jesień w Pucharze UEFA (kilka dni później Wiślacy grali pierwszy mecz przeciwko Parmie). Do 80. minuty utrzymywał się w Krakowie wynik 0:0, ale końcówka i 2 gole Wisły dały tej drużynie trzy punkty.
GKS bardzo dobrze radził sobie na wyjazdach. Pod koniec rundy w ciągu kilku dni wygrał w Wodzisławiu i Wronkach. Do dobrej gry defensywnej dochodziła jeszcze… fura szczęścia, bo w obu spotkaniach rywale nie wykorzystywali rzutów karnych. Na koniec jesieni w końcówce udało się wyrwać zwycięstwo Polonii Warszawa. GKS po rundzie jesiennej był drugi ze stratą zaledwie punktu do liderującej Wisły, a dorobek był imponujący – 10 wygranych, 2 remisy i 3 porażki.
Mogliśmy się obawiać co będzie w rundzie wiosennej – czy da się powtórzyć tak dobrą rundę? Pierwszy mecz temu w zupełności zaprzeczył – po najgorszym pojedynku w sezonie GKS uległ Widzewowi 0:2. Potem było już jednak lepiej GKS wygrywał z Wisłą Płock i Lechem (pamiętna bramka Leo), Szczakowianką na wyjeździe i Ruchem. Na przełomie jesieni i wiosny GKS miał serię 9 meczów, w których wygrał 8 razy! Nic dziwnego, że przeskoczył w tabeli Wisłę i liderował, a że mecz z Ruchem był piątkowy, to w tym momencie katowiczanie mieli 4 punkty przewagi nad Wisłą!
W Katowicach o mistrzostwie jednak nikt głośno nie mówił, a jedynie cicho pod nosem szeptał, gdyż mimo wszystko przegonienie Wisły na koniec wydawało się mało realne. Jak najbardziej realne wydawały się jednak puchary i o nie trzeba było walczyć. Niestety po derbach przyszły wątpliwości czy uda się w ogóle zakwalifikować do europejskich rozgrywek. Piłkarze Żurka przegrali w Lubinie, u siebie z Dyskobolią i w Warszawie z Legią. To mocno skomplikowało sytuację, bo było widać zniżkę formy (brak bramki w tych trzech spotkaniach). Na szczęście chwilę oddechu można było uchwycić z absolutnym outsiderem ligi – Pogonią Szczecin, która kilka kolejek wcześniej przegrała w Zabrzu 0:9. Jednak i ten mecz nie nastroił optymizmem, bo GKS w kiepskim stylu wygrał 2:0, a dodatkowo szczecinianie stwarzali sobie przy Bukowej okazje bramkowe.
Prawdziwą weryfikacją miał być mecz w Zabrzu. Po kapitalnym widowisku GKS wygrał 3:1 i na nowo włączył się do gry, a w następnej kolejce czekała już Wisła Kraków. Wszyscy pamiętamy ten wspaniały spektakularny mecz i piękną wygraną 1:0. Stadion wówczas oszalał i popadł w euforię, bo Wisła nawet do dzisiaj pozostaje chyba najsilniejszą polską drużyną od czasów Legii w PZP w 1991 roku. Mimo że dzisiaj wiadomo, że nie wszystkie spotkania w tamtym sezonie były czyste, to jednak chyba nikt nie ma wątpliwości, że akurat mecz z Białą Gwiazdą rozgrywany był w 100% sportowo i tą wygraną możemy z sentymentem wspominać do dzisiaj. GKS na kilka kolejek przed końcem miał trzy punkty straty do lidera i nieśmiałe marzenia o mistrzostwie… nadal można było mieć. Jednak Wisła wygrała do końca sezonu już wszystko, więc trzeba było walczyć o tytuł wicemistrza. Katowiczanie wygrali z KSZO i Odrą. Niestety później przyszedł remis z Amiką Wronki, kiedy to za jednym zamachem marzenia o Europie mogły prysnąć jak bańka mydlana. Z odsieczą GKS przyszedł jednak… Ruch Chorzów, który zremisował na Łazienkowskiej 3:3.
Przed ostatnią kolejką GKS do pucharów potrzebował więc remisu, ale żeby zdobyć tytuł wicemistrza Polski, trzeba już było wygrać. Katowiczanie zdobyli punkt przy Konwiktorskiej, wykopali Legię z pucharów, ale dali się przeskoczyć Dyskobolii. Na utratę tytułu wicemistrza jednak nikt nie patrzył, bo i piłkarze i kibice byli w siódmym niebie z powodu awansu do pucharów.
Niestety po sezonie prezes Piotr Dziurowicz pożegnał się z Janem Żurkiem, co było szokiem dla wszystkich. Kibice protestowali, nie rozumiejąc kuriozalnej decyzji młodego Dziury. Jeszcze większe oburzenie przyszło z powołaniem na stanowisko szkoleniowca Edwarda Lorensa, który rozwalił wszystko, co zastał, miał tragiczny początek sezonu, skompromitował się odpadając z Cementarnicą. Okazało się, że kibice mieli rację dziwiąc się zwolnieniem Żurka i zatrudniając niebieskiego szkoleniowca. Wszystko, na co pracowano cały rok – przepadło już na początku kolejnego.
Jan Żurek na inaugurację sezonu i przegraną z Dyskobolią 0:4 dostał kwiaty od prezesa. To jednak nie łagodziło bólu związanego z utrata tego trenera. Po kilku latach jednak dowiemy się, że Dziurowicz uwikłany był mocno w korupcję i w tym momencie jego decyzje mogą wydawać się bardziej racjonalne – uznał, że trzecie miejsce w lidze to nie zasługa trenera, tylko… jego samego. Nie widział więc powodu, by trzymać szkoleniowca, chcąc na puchary zatrudnić bardziej doświadczonego… Wówczas nikt o tym nie wiedział, a i tak okazało się, że zatrudnienie Lorensa było strzałem kulą w płot.
Po wysokiej przegranej w kolejnym sezonie w Łęcznej, z Lorensem pożegnano się już po 5. kolejce. Nikt z tego powodu nie płakał, wszyscy kibice cieszyli się z pozbycia się tego wrzoda, który nie tylko wynikami, ale i wypowiedziami doprowadzał do furii. Na stanowisko powrócił Jan Żurek, który przeprosił się z Dziurowiczem.
Mit tego szkoleniowca po jego drugim pobycie upadł. Niby minęły zaledwie 3 miesiące od czerwca, ale wyniki były już dużo słabsze, choć początek był niezły. Oczywiście osłabienia kadrowe m.in. utrata Mirosława Sznaucnera robiły swoje. GKS rozpoczął od remisu z Polonią Warszawa 1:1, ale potem były wygrane w Poznaniu i z Górnikiem Polkowice u siebie oraz zwycięstwo 3:0 z Amiką w ćwierćfinale Pucharu Polski. Ostatecznie GKS awansował do półfinału, gdzie przegrał z Lechem. Przegrane 0:5 z Wisłą czy 0:6 z Dyskobolią były jednak spektakularne i świadczyły, że to już nie jest ta drużyna, co wcześniej. W połowie kwietnia zwolniono Żurka, a stery przejął Lechosław Olsza. GKS cudem utrzymał się w ekstraklasie, wygrywając na wiosnę zaledwie jeden mecz.
Do Katowic trener Jan Żurek powrócił po 4 latach i zaczął przygotowywać drużynę do sezonu 2008/09. GKS poczynił przed sezonem kila „wzmocnień”, zatrudniając zawodników z nazwiskami, ale jak się szybko okazało, mocno przebrzmiałymi. Pojawili się Daniel Treściński, Paweł Sobczak, Grzegorz Bonk czy Tomasz Prasnal. Przyszedł też Adrian Napierała i Grzegorz Domżalski. GieKSa miała ze wspomnianymi doświadczonymi piłkarzami walczyć o awans. Niestety już od początku były problemy ze zdobywaniem punktów. Inauguracja w Turku okazała się fatalna i GKS przegrał, a w Zabierzowie w końcówce uratował punkt. Co prawda w 3. kolejce była wygrana ze Zniczem, ale to było jedyne zwycięstwo w pierwszych 10 kolejkach. Kibice dawali wyraz swojemu zniecierpliwieniu choćby w meczu z Zagłębiem Lubin. Po przegranym spotkaniu z Flotą Żurek po raz trzeci pożegnał się z GKS i jak dotychczas – bezpowrotnie.
Najbardziej w Katowicach pamięta się awans do pucharów, dlatego Jan Żurek wspominany jest z sympatią. Gdzieś w cień odchodzą niektóre okoliczności tej promocji, ale mimo to, nie da się ukryć, że GKS miał wtedy świetną drużynę, która potrafiła walczyć z najlepszymi, miała charakter. Tego nie można odmówić i dlatego sentyment pozostaje. Pozostałe dwa pobyty – jak zostało opisane wyżej – okazały się klapą i potwierdzeniem powiedzenia o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki. Pierwszy powrót Żurka był powrotem do tej rzeki praktycznie kilka metrów od tego miejsca, z którego wyszedł, jednak nic już nie było takie samo. Powrót w pierwszej lidze, czyli już nowszych czasach okazał się nieporozumieniem głównie ze względów kadrowych. Nowi zawodnicy okazali się piłkarzami odcinającymi kupony od swoich karier, którzy praktycznie nic nie wnieśli do zespołu. Jedynie przyzwoicie spisywał się Tomasz Prasnal, no i Adrian Napierała jako jedyny został na dłużej, stając się w późniejszych latach kluczową postacią GKS.
Teraz Jan Żurek stanie przeciwko GieKSie. Na pewno nie ma w nim jednak żadnej chęci rewanżu, bo szkoleniowiec to sympatyczny i niezawistny. My jako osoby z redakcji zawsze mieliśmy z nim dobry kontakt, można było pożartować, pośmiać się. Zresztą szkoleniowiec był ostatnio na meczu ze Stomilem, obserwując nasz zespół, i z sympatią wyściskał się z Pawłem Maźniewskim, którego pamięta z każdego pobytu w GKS.
Sentymenty musimy jednak odłożyć na bok, bo w niedzielę czeka walka o ligowe punkty. Mamy nadzieję, że coraz lepiej radzący sobie pod wodzą Żurka tyszanie nie znajdą sposobu na team Kazimierza Moskala, a trzy punkty pojadą z niedalekiego Jaworzna do Katowic.
I na koniec przytoczmy chwilę zapomnienia Jana Żurka, która jednak jest bardzo wymowna. Jako komentator Polsatu Sport w trakcie jednej z transmisji ocenił, co powinni zrobić piłkarze którejś drużyny i powiedział „Tu trzeba zapierdalać!”. I tego się trzymajmy!
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze