Piłka nożna Wywiady
Okiem eksperta #1 – Maciej Grygierczyk
Redakcja GieKSa.pl złożona jest z kibiców GieKSy. W ostatnim czasie, jak wszyscy trójkolorowi fani, mamy same powody do niepokoju. Dla jednych za dużo tu negatywnych emocji, a innym przeszkadza wspieranie zawodników. Każdy ma swoje zdanie, ale by wszystko wyważyć i spokojniej spojrzeć na to, co dzieje się w GieKSie i lidze, postaramy się poprosić o głos ekspertów z zewnątrz. Na pierwszy ogień – Maciej Grygierczyk z katowickiego „Sportu”.
GieKSa.pl: Po meczu GieKSy napisałeś na Twitterze: „co z tą GieKSą?”. Znalazłeś odpowiedź?
Maciej Grygierczyk: Odwieczne pytanie na Bukowej, na które wiele osób od lat nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Napisałem też przed meczem w Krakowie, że GieKSa spokojnie sobie poradzi. Nie chodziło tu o jakiś mój hurraoptymizm, ale po prostu widziałem, jakie Hutnik miał problemy w sparingach z naszymi śląskimi trzecioligowcami. Wiadomo – trzecia liga ruszała na początku sierpnia, Hutnik szykował formę dopiero na tę niedzielę, ale mimo wszystko o czymś te porażki i duża liczba traconych goli świadczyły. Nie zakładałem, że GieKSa może przegrać. W grze skumulowały się jednak popandemiczne problemy – bezsensownie sprokurowany rzut karny, błędy stoperów, niepewność bramkarzy. Frankowski ma może trochę lepszy PR niż Mrozek, ale coś jest powodem tego, że siedzi na ławce. Jesteśmy przecież wszyscy przekonani, że taki stan wynika z oceny umiejętności i potencjału tej dwójki, a nie zapisów kontraktowych pomiędzy Lechem a GieKSą. Sam mecz? Przychylam się do zdania Adriana Błąda. Kompromitacja.
Co dalej?
Widzę, co się dzieje i smutne tak po ludzku jest to, że z wielkiego kredytu zaufania trenera Góraka niewiele zostało, a w oczach części kibiców ten kredyt zamienił się wręcz już w taczkę czy wilczy bilet. Piłka ma jednak to do siebie, że za miesiąc możemy być w zupełnie innych nastrojach. Przykro byłoby, gdyby trener Górak stał się kolejną osobą, która poległa na Bukowej. Wiemy, że takich osób było w ostatnim czasie dziesiątki a te, którym się powiodło, policzymy pewnie na palcach – i to raczej jednej niż dwóch rąk. Mimo wszystko za wcześnie na nerwowe ruchy. Trener ściągał ludzi, jakich chciał. Dwa oficjalne mecze sezonu to na pewno nie czas na wywracanie wszystkiego o 180 stopni, choć na pewno niepokoi fakt, że od dłuższego czasu zamiast postępu jest regres. GieKSa od momentu wznowienia rozgrywek po pandemii kręci się w kółko wokół tych samych problemów – braku goli i stwarzanych sytuacji po ataku pozycyjnym, ciągłych błędów w obronie, pomyłkach bramkarzy czy decyzji personalnych wzbudzających wątpliwości. Jak przedłużenie kontraktu i stawianie na Urynowicza, brak sensownego zmiennika dla Stefanowicza czy będący pod formą Woźniaka. Sądzę jednak, że trzeba teraz wytrzymać ciśnienie. Żałuję, że w najbliższy weekend jest pauza, a nie mecz, bo byłaby okazja do zmazania plamy po dwóch krakowskich wyjazdach, a tak – środowisko GieKSy przez najbliższych kilkanaście dni będzie się karmić złą energią. Z drugiej strony, teraz są dwa tygodnie na spokojny trening, a tego nie było już dawno, bo po pandemii kolejka goniła kolejkę, a letnia przerwa była bardzo krótka i tylko z jednym sparingiem. Ten czas na pracę się przyda. Możemy oceniać tylko to, co widzimy na boisku czy ekranie, bo nie ma nas w środku, dlatego trener czy dyrektor pewnie by nas przegadali, ale drużyna jest od jakiegoś czasu bardzo przewidywalna, w złym tego słowa znaczeniu. Brakuje elementu zaskoczenia, szybkości, arytmii w rozegraniu. Czekamy, aż do zaproponowania będzie też coś innego.
Górak to jeszcze katowicki Klopp czy powoli depresyjny Mandrysz?
Skinąłbym głową, gdyby ktoś powiedział mi, że trenera Góraka obserwuje w ostatnim czasie z niepokojem. Niestety, ale na zewnątrz może wyglądać to tak, jakby GKS „zżerał” kolejną osobę. Przypomnijmy sobie, jak to było z trenerem Paszulewiczem. Przychodził na Bukową niezwykle pewny siebie, na wszystkich patrzył z góry – co swoją drogę potem wskazywano jako jego wadę – ale to napędzało jego i drużynę. W schyłkowym okresie pobytu w GieKSie jego mowa ciała była diametralnie inna. Na konferencjach mówił cicho, pewność siebie uleciała, wyglądał jak zbity pies. Podobnie było z trenerem Mandryszem, który w Katowicach nie przypominał tego ostrego faceta, jakim zawsze był. Niestety symptomy tej „choroby” można powoli dostrzegać u trenera Góraka. Jego wypowiedzi po Resovii czy też Stali Rzeszów były pełne nostalgii, choć trudno też, by seria rozczarowujących rezultatów nie odcisnęła tu swojej pieczątki. Niepokojących rzeczy wokół GieKSy znajdziemy wiele, ale mimo wszystko, choć pod tym adresem to już zdarta płyta, apelowałbym o jeszcze trochę spokoju i cierpliwości. Z ligi GieKSa nie spadnie, miejsc dających nadzieję na awans jest sporo, a zmienić trenera to nie sztuka. To można uczynić w każdej chwili. Dajmy tej grupie ludzi popracować. Osobiście mam przekonanie, że zespół latem został wzmocniony i jest na papierze lepszy w porównaniu do poprzedniego sezonu.
Spójrzmy na ligę. Trzy wygrane drużyn, które wcześniejszy sezon szybko zakończyły. Przypadek?
Być może coś w tym jest, ale ja nie dorabiałbym ideologii. Pewnie to pytanie do jakiegoś trenera przygotowania fizycznego. Pamiętajmy, że nie są to przypadkowe zespoły. Kalisz to dobra drużyna, być może przyszły czarny koń rozgrywek. Ostróda ma sporo graczy ściągniętych latem ze szczebla centralnego. Drużyny te nie grały też w pierwszej kolejce z mocnymi rywalami.
Czarny koń na najbliższe dwie trzy kolejki?
Jestem ciekaw Wigier Suwałki, które spadły i raczej nie wymieniało się ich w gronie kandydatów do walki o najwyższe cele – tak jak choćby innego ze spadkowiczów, Chojniczanki. W Suwałkach pracuje najmłodszy trener na szczeblu centralnym, drużyna personalnie jest ciekawa, gra trójką środkowych obrońców, podobno ruchy transferowe jeszcze się tam nie skończyły. Wigry zaczęły dobrze, wygrały z Olimpią Elbląg. Moim zdaniem namieszają w czołówce.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Irishman
1 września 2020 at 11:42
Bardzo dobry pomysł Panowie z tymi wywiadami z osobami stojącymi z boku, którym nie da się na przykład zarzucić, że się nie znają, że patrzą przez różowe okulary, czy też emocjonalnie odnoszą się do naszej gry oraz wyników.
Jakbym miał ocenić tą wypowiedź to oczywiście zgadzam się, że jeszcze trzeba dać czas tym ludziom, choć sam już tracę cierpliwość i zacząłem w nerwach bluzgać na piłkarzy i trenera.
Tylko mam takie wrażenie, że im ta drużyna mocniej trenuje, im zapewne lepiej wykonuje polecenia trenera, tym jest coraz bardziej przewidywalna, coraz mniej w niej elementu zaskoczenia, jakiejś kreatywności. Zamiast tego mamy nudne jak flaki z olejem, , monotonne, schematyczne podawanie sobie piłki z czego nic, totalnie nic nie wynika. Jedyne co potrafimy w ten sposób wywalczyć to stałe fragmenty gry, które czasem coś tam dają.
Daro
1 września 2020 at 14:51
Pomysł fajny z tymi wywiadami.
Jedynie co się nie zgadzam to to żeby dać im czas bo po tych meczach widać że to wszystko zmierzą w złą stronę. Z meczu na mecz grają coraz gorzej i niestety nie widać żadnego promyczka nadziei aby było lepiej. Niestety ale widać że trener Górak stracił kontrolę nad tym co się dzieje w zespole a te wypowiedzi po meczu to tylko potwierdzają. Sama gadka piłkarzy o łapaniu się za ryje nic nie da a trener od jakiegoś czasu zamiast gadać tak jak na początku i trzymać ich w ryzach zaczął lać wodę i gadać tylko pod publikę.
Więc reasumując im szybciej nadejdzie zmiana tym lepiej dla klubu bo da się to jeszcze posprzątać i wyprowadzić na odpowiednie tory. Szkoda ino że przed sezonem nie zrobili roszady bo coś czuję że taki Nocoń który był w Olimpii a teraz jest w Chojniczance dał by sobie tutaj radę bo widać że nie boi się stawiać na młodych z czym trener Górak ma bardzo duży problem.
jezyk
1 września 2020 at 17:55
pierdy nad pierdami
Arkadiusz
1 września 2020 at 22:31
GieKSa kreci sie jak g… w przereblu????