Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Wielosekcyjny przegląd mediów: Superpuchar dla GKS-u Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziewięciu dni, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

W ekstralidze nasza drużyna, w ósmej kolejce spotkań wygrała na wyjeździe z Pogonią Dekpol Tczew 1:0 (0:0). Już dzisiaj zespół rozegra spotkanie w ramach Pucharu Polski z Górnikiem Łęczna. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 13:00 na Bukowej. Kolejne spotkanie ligowe drużyna rozegra 29 października o godz. 12:30, z liderkami rozgrywek TME SMS Łódź. Mecz odbędzie się również na Bukowej. Do kadry U-19 zostały powołane trzy zawodniczki GieKSy. Piłkarze w czwartek rozegrali mecz w ramach 1/16 Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. GieKSa przegrała 1:2 (1:0). Ponadto w poniedziałek drużyna rozegrała mecz z Stalą Rzeszów: zanotowano wynik 0:0. Prasówkę po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejne spotkanie męski zespół rozegra w ramach szesnastej kolejki I ligi z Ruchem Chorzów. Mecz zostanie rozegrany w sobotę, w Chorzowie, od godziny 17:30.

W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała dwa spotkania: pierwsze z nich u siebie z Cerrad ENEA Czarnymi Radom, przegrywając 0:3. W drugim z nich zespół pokonał na wyjeździe LUK Lublin 3:2. W piątek siatkarze zmierzą się z drużyną Ślepsk Malow Suwałki. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30 w hali w Szopienicach.

Bardzo intensywnie drużyna hokeistów spędziła ostatnie dni. W zeszłym tygodniu, we wtorek i czwartek zespół zmierzył się dwukrotnie z Cracovią, najpierw zdobywając Superpuchar Polski po zwycięstwie 7:1. Następnie w meczu ligowym wygrywając 3:1. W niedzielę hokeiści pokonali Energę Toruń 5:0, wczoraj z kolei pokonali Ciarko STS Sanok 3:1. Kolejne spotkania ligowe drużyna rozegra w piątek i niedzielę: odpowiednio z Zagłębiem Sosnowiec i Podhalem Nowy Targ. Mecze zostaną rozegrane w Katowicach odpowiednio o godzinach 18:30 i 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Powołania na zgrupowanie kadry U-19
Poznaliśmy listę zawodniczek powołanych przez trenerkę Katarzynę Barlewicz na zgrupowanie kadry U-19, które odbędzie się w dniach 7-10 listopada w Siedlcach.
Lista powołanych piłkarek:
[…] Oliwia Grzegorczyk (GKS Katowice)
Patrycja Kozarzewska (GKS Katowice)
Kinga Seweryn (GKS Katowice)

 

Pogoń Tczew za słaba dla faworytek z Katowic
W meczu 8. kolejki Ekstraligi Pogoń Tczew uległa GKS-owi Katowice 0:1. Ten wynik sprawił, że beniaminek wciąż jest niebezpiecznie blisko strefy spadkowej.
W obliczu porażki UJ Kraków, gościnie musiały wygrać, by odskoczyć innym rywalkom w walce o pozycję wiceliderek. Gospodynie zaś w przypadku ewentualnej wygranej zrównały by się punktami z Medykiem Konin oraz Czarnymi Sosnowiec. Wyzwanie z gatunku tych niezwykle trudnych.
Beniaminek z Tczewa dosyć długo stawiał opór faworyzowanym przyjezdnym. Stwarzane szanse długo nie przekładały się na wynik bramkowy. Zmieniło się to dopiero w 56. minucie, kiedy jedyne trafienie w meczu zanotowała Amelia Bińkowska. To już siódmy gol w tym sezonie 20 – latki.
Dzięki zdobyciu kompletu oczek GKS Katowice utrzymał trzy punkty dystansu do niepokonanego UKS Łódź. Tyle samo punktów obecne wiceliderki od Śląska Wrocław oraz UJ Kraków. Zespół z Tczewa zaś póki co z sześcioma punktami zajmuje dziewiąte miejsce w tabeli Ekstraligi.

 

sportdziennik.com – Rafał Górak: W Chorzowie nie możemy być tak sflaczali
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice.

Jak ocenia pan – dość szczęśliwie – bezbramkowo zremisowany mecz ze Stalą Rzeszów?

Rafał GÓRAK: – Gdy sędzia gwizdnął, to pomyślałem, że nie straciliśmy gola i to ogromny plus, ale nie jesteśmy zadowoleni, a rozczarowani tym spotkaniem. Czułem, że w trakcie gry nie ma tego, co często cechuje mój zespół – ogromna adrenalina, chęć zwycięstwa, parcie do przodu. Te cechy były zaburzone u większości zawodników, dlatego mecz wyglądał, jak wyglądał i był dla nas trudny. Postawa Stali w ofensywie była bardzo dobra, co jest jasne i oczywiste. Ten zespół opiera się na bardzo doświadczonych piłkarzach, jest groźny i sądziliśmy, że będzie nam stwarzał wiele problemów. Nie wydarzyło się nic z jego strony, co mogło nas zaskoczyć. Zaskoczony jestem naszą indolencją w działaniach ofensywnych. Bardzo mocne cechy naszej organizacji gry w defensywie uratowały nas przed porażką, sprawiły, że nie straciliśmy gola. Przed sezonem w rozmowach z wami mówię: „Poczekajmy do piątej kolejki, start jest istotny”. Podobnie powiem teraz – rozegrajmy te ostatnie kolejki i po nich powiemy, czy było to dobre zakończenie rundy, czy nie. Na razie w pięciu końcowych meczach mamy remisy z Puszczą, czyli liderem rozgrywek, oraz bardzo silną Stalą. W poniedziałek jedynym plusem była organizacja naszej gry w obronie, ale tylko nią meczów nie da się rozgrywać.

Ma pan diagnozę, z czego wynikał wasz słabszy dzień?

Rafał GÓRAK: – Spokojnie z tą diagnozą, nie na gorąco.

Mimo wszystko, po pucharowym meczu z Górnikiem wiele czasu nie było, graliście w czwartek wieczorem.

Rafał GÓRAK: – Te opowieści drzewa sandałowego, że zabrakło nam regeneracji, czasu… Nie, nie, nie. Profesjonalista miał dość czasu. Kiedy grasz w środę, w sobotę i następny wtorek – to ten wtorek jest obarczony dużym niebezpieczeństwem. To rozumiem. Ale teraz? Nie, absolutnie. Piłkarz ma być gotowy.

To dla GieKSy specyficzny moment. Na przestrzeni 9 dni piłkarskie życie przyniosło wam derbowe konfrontacje z dwoma 14-krotnymi mistrzami Polski, przedzielone meczem ze Stalą Rzeszów. To jest jakieś wyzwanie emocjonalne, mentalne, przez które poniedziałkowe spotkanie mogło ucierpieć?

Rafał GÓRAK: – Nie wiem, czy to u mnie dobre, czy złe – nieraz wy to oceniacie – ale wydaje mi się, że z punktu widzenia jednak dobre: dla mnie najważniejszy jest mecz teraz. W tej chwili. To, co za mną i przede mną – nie za bardzo mnie interesuje. Stąd tak trudno nieraz rozmawiać z wami o celach. Dla mnie najważniejszy i tak jest bieżący tydzień pracy. Jeśli w sobotę mam najbliższy mecz – to jestem nim zajawiony. Dlatego przygotowywałem się do spotkania ze Stalą oczekując od drużyny pełnego zaangażowania, adrenaliny, woli walki, realizacji zadań ofensywnych. Jeśli coś się wymykało – to nie powiem, że przed chwilą graliśmy z Górnikiem, a za chwilę gramy z Ruchem. Byłbym nie fair. Zawodnicy mają być przygotowani do każdej klasówki, a nie wybierać sobie przedmioty. Nie tędy droga. Trochę brakowało mi adrenaliny, pobudzenia, męstwa, zacięcia, które widziałem w meczu z Górnikiem. W czwartek mierzyliśmy się przecież z ekstraklasowym rywalem, a w pierwszej połowie to żeśmy po boisku fruwali! Bardzo mi się to podobało. Później było, jak było, ale do tego już nie wracajmy. W poniedziałek w ofensywie najnormalniej w świecie brakowało mi piłkarskich jaj. To był dla mnie bezjajowy mecz i na pewno z zespołem się „złapiemy”, by następny był inny.

Bartosz Jaroszek w Bielsku i z Arką, Jakub Arak z Chrobrym, Patryk Szwedzik z Górnikiem, w poniedziałek Michał Kołodziejski… Sporo tych czerwonych kartek.

Rafał GÓRAK: – Dostaliśmy piątą czerwoną kartkę, a w tamtym sezonie nie było żadnej! Nie wiem, czy ktoś się nie poczuwa do odpowiedzialności, czy nie myślimy, czy spadają nam jakieś klamki na głowę… Przecież nie będę mówił, że to sędziowie. Michał Kołodziejski ze Stalą najpierw miał żółtą, potem pomarańczową, potem kartkę „zachód słońca”, potem już prawie czerwoną, a jak przypieprzył – to już miał taką czerwoną, że kino. Jeśli jestem takim obrońcą, że tylko fauluję i jestem spóźniony, to potem łapię się za głowę. Może trzeba mieć w sobie więcej adrenaliny, wyprzedzać trochę myśli przeciwnika.

W tej rundzie dobre momenty na środku obrony miał Grzegorz Janiszewski, teraz kosztem Kołodziejskiego siedzi na ławce.

Rafał GÓRAK: – Nie powiemy teraz, że to błąd, iż grał Kołodziejski. Jeśli będę chciał, to zejdę na dół do szatni i tam porozmawiam. Jest proces treningowy i każdą decyzję podejmuję w słusznej woli. Mamy czterech równych środkowych obrońców i chcę, żeby to czuli. Z Górnikiem zaczął Michał i wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Ale nie powiem też, że Kołodziejski grał ze Stalą źle. Wygrał bardzo wiele pojedynków, dobrze działał w strefie, ale te faule trochę mnie irytują.

Sobota, 17.30, Chorzów, derby z Ruchem. Co pan teraz o nim powie?

Rafał GÓRAK: – Muszą być adrenalina i zrealizowanie założeń taktycznych względem przeciwnika, którego bardzo szanuję i kłaniam się. Wiem, że to są derby, bardzo ważne dla nas wszystkich, również dla mnie, czyli trenera, który nie prowadzi GieKSy od 20, 30 ani nawet 50 meczów. To bardzo duże wyzwanie, do którego muszę się przygotować w taki sposób, by nie zabiło nas przemotywowanie. Tego absolutnie bym nie chciał. Nie możemy być tacy, jak w poniedziałek – sflaczali, nijacy w działaniach ofensywnych. Musimy być bardzo dobrze zorganizowani w grze, szukać swoich szans. Jesteśmy w stanie jak najbardziej tam wygrać, ale to będzie trudny mecz i zdaję sobie sprawę, że przy komplecie kibiców drużyny przeciwnej. Nie będzie łatwo, ale GieKSa tam pojedzie przygotowana.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Niepotrzebna strata

GKS Katowice przegrał z Czarnymi Radom do zera. Rozczarowania nikt nie ukrywał.

Po meczu w ekipie GKS-u Katowice dominującym uczuciem była irytacja, bo strata, którą zanotowano, była zupełnie niepotrzebna. Tej potyczki – rozegranej awansem – można było uniknąć, bo przecież w regulaminowym terminie (w ostatni weekend listopada) najpewniej część problemów personalnych byłaby już załatwiona. Siatkarze GKS-u już po pierwszych piłkach sprawiali wrażenie zrezygnowanych i jakby pogodzonych z losem. Owszem, podrywali się do walki, ale ostatecznie to goście wygrywali kluczowe momenty meczu.

Piotr Hain już trenuje, ale jeszcze nie był gotowy do gry. Natomiast przerwa Jakuba Lewandowskiego z powodu naderwanych więzadeł potrwa od 4 do 6 tygodni. W tej sytuacji w trybie awaryjnym działacze rozglądają się za środkowym i jak nas zapewnili, być może już w najbliższym czasie pojawi się zawodnik, który uzupełni lukę na tej pozycji. W meczu z Radomiem w roli środkowego wystąpił atakujący Damian Domagała, który przez 2 dni trenował na tej pozycji. W 1. secie dziełem tego zawodnika były 2 bloki. Do tego dołożył asa serwisowego oraz punkt z ataku. To dorobek więcej niż przyzwoity jak na środkowego z konieczności, ale – jak się później okazało – były to jego jedyne punkty.

Jeszcze kibice dobrze nie usadowili się na miejscach, a już goście prowadzili 5:1 i trener Grzegorz Słaby był zmuszony poprosić o przerwę. Przy stanie 1:7 boisko opuścił Gonzalo Quiroga, a jego miejsce zajął Tomas Rousseaux i pozostał na nim dość długo; w kolejnych odsłonach Argentyńczyk powrócił na parkiet. Po tej zmianie gra zmieniła oblicze i gospodarze zbliżyli się na odległość zaledwie dwóch „oczek” (8:10). Zatliła się iskierka nadziei na wyrównaną partię. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo goście szybko powiększyli przewagę do 5 pkt (16:11), cały czas trzymali gospodarzy na dystans i nie mieli większego problemu z wygraniem 1. partii. Siatkarze z Radomia osiągneli to, podejmując spore ryzyko w polu serwisowym, ale właśnie dzięki temu wypracowali solidną przewagę.

W 2. secie gospodarze prowadzili 5:1 i 6:3, ale potem stracili 5 „oczek” i ich entuzjazm został mocno utemperowany. Co prawda belgijski rozgrywający Rousseaux doprowadził do remisu 20:20 i pojawiła się nadzieja, lecz znów gra GKS-u się posypała. Zaczęło się od błędu serwisowego Domagały, a potem autowego ataku oraz udanego bloku po ataku Kani. Goście wyszli na prowadzenie 24:20, a zatem i tę odsłonę trzeba było zapisać po stronie strat. Gospodarzom brakowało błysku, jaki im zawsze towarzyszy podczas meczów w szopienickiej hali.

Kolejna odsłona znów zaczęła się obiecująco dla GKS-u – od prowadzenia 6:2 i 9:4. Ale goście grali cierpliwie, krok po kroku odrabiali straty, a po ataku Piotra Lipińskiego wyszli na prowadzenie 13:12. I od tego momentu rozgorzała twarda walka o każdy punkt. Prowadzenie się zmieniało, tyle że goście sprawiali wrażenie nieco pewniejszych w swoich poczynaniach zarówno ofensywnych, jak i defensywnych. Znów był remis 20:20, ale potem goście odskoczyli na 3 pkt. Przy stanie 24:22 mieli pierwszą piłkę meczową, ale po udanym ataku Jakuba Szymańskiego oraz bloku gospodarze doprowadzili do remisu 24:24. Rozpoczęła się gra na przewagi, w której minimalnie lepsi okazali przyjezdni. Wygrana Czarnych jest w pełni zasłużona, bowiem byli zespołem bardziej dojrzałym, umiejętnie rozgrywającym końcówki poszczególnych setów.

GKS Katowice – Cerrad Enea Czarni Radom 0:3 (21:25, 21:25, 28:30)

 

siatka.org – Dzień tie-breaków zakończył podział punktów w Lublinie

[…] Goście już na początku meczu za sprawą ataków Szymańskiego odskoczyli na dwa oczka. Na 6:6 zagrywką wyrównał Konrad Stajer. Problemy z przyjęciem miał jednak Wojciech Włodarczyk, co pozwoliło katowiczanom, ustawić szczelny blok. Oba zespoły jednak były w kontakcie punktowym 9:7. LUK Lublin szybko wyrównał, a przy zagrywce Nicolasa Szerszenia odskoczył na 14:11.

Zagrywką szybko odpowiedział Sebastian Adamczyk (13:14). Po ataku Jakuba Szymańskiego na tablicy był remis 15:15, ale dobrze w bloku radził sobie Jan Nowakowski (19:17). Po raz kolejny znakomicie zagrywką popracował też Szerszeń i podopieczni Dariusza Daszkiewcza przeważali 23:19 i byli bliżej zwycięstwa w tym secie. Premierową odsłonę atakiem ze środka zakończył Stajer.

Lublinianie lepiej weszli w seta numer dwa (2:0), po obu stronach nie brakowało prostych błędów. Na 4:4 wyrównał Tomas Rousseaux. Gra toczyła się punkt za punkt, żadna z ekip nie była w stanie odskoczyć (15:15). Po autowym ataku Szerszenia to GKS miał dwupunktowy zapas (17:15), na 18:18 atakiem wyrównał Jan Nowakowski. Siatkarska wojna trwała w najlepsze i doszło do walki na przewagi. Dobrze spisywał się po stronie katowickiej Rousseax, ale to błąd w ataku GKS-u sprawił, że w meczu było 2:0 dla LUK.

Po indywidualnych akcjach blokiem Jakuba Szymańskiego było 7:4 dla GKS w trzeciej części spotkania. Dobra postawa tego zawodnika w połączeniu z niezawodnym Jakubem Jaroszem dała katowiczanom już wynik 12:7. Siatkarze GKS-u przejęli kontrolę nad wydarzeniami, wykorzystywali błędy rywali i prowadzili już 15:10. Gra LUK Lublin zupełnie się posypała, po ataku Jarosza przegrywali oni już 14:21. Wynik seta na 25:16 ustalił atakiem ze środka Marcin Kania.

Po powrocie na boisko obraz gry nie uległ zmianie dobra postawa Tomasa Rousseaux w ataku i Jakuba Jarosza na zagrywce sprawiła, że było 4:1 dla GKS. Lublinianie poderwali się do walki i zbliżyli się na dwa oczka, ale kiedy zadziałał blok, dodatkowo zagrywkę dołożył Jarosz i było już 12:7. Katowiczanie zmierzali ku tie-breakowi (17:11). Był to w tym momencie meczu zespół zdecydowanie lepszy w każdym elemencie (19:13). Po udanym zbiciu Rousseaux GKS miał wynik 24:19. Przy zagrywce Marcina Komendy siatkarze z Lublina obronili dwa setbole, ale ostatnią akcją seta był atak Jakuba Jarosza.

Decydująca partia od początku była zacięta. Po stronie gospodarzy dobrze spisywał się Wachnik, po drugiej stronie nie zawodził duet Jarosz-Rousseaux. Na 12:10 dla GKS zapunktował Adamczyk. Piłki meczowe katowiczanom dał z kolei autowy atak Szerszenia (14:11). Wynik meczu na 3:2 dla gości ustalił atakiem Jakub Szymański.

MVP: Jakub Szymański

LUK Lublin – GKS Katowice 2:3 (25:20, 27:25, 16:25, 21:25, 12:15)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Superpuchar dla GKS-u Katowice!
9. edycja Superpucharu Polski pomiędzy GKS-em Katowice i Comarch Cracovią w „Satelicie” stała na wysokim poziomie i mogła zadowolić nie tylko kibiców zgromadzonych na trybunach, ale również tych przed telewizorami.

Obrońcy mistrzostwa Polski okazali się zdecydowanie lepsi od zdobywców Pucharu Polski i po raz pierwszy w historii klubu sięgnęli po to cenne trofeum! To pierwszy skalp GKS-u w tym sezonie, ale, jak twierdzą fani tej drużyny, nie ostatni. Oba zespoły, jak na ironię losu, już w piątek spotkają się w tej samej hali w potyczce o ligowe punkty.

Hampsun Olsson, rosły szwedzki napastnik, imponuje dobry przeglądem gry i nie raz udowodnił, że można na niego liczyć. Olsson w tym meczu odegrał jedną z kluczowych ról, ponieważ ustrzelił hat-tricka. Najpierw idealnie podał do niego Japończyk Sigeki Hitosato i Szwed nie miał problemów z pokonaniem Davida Zabolotnego. Na początku 2. tercji, gdy gospodarze grali w przewadze, Marcin Kolusz przekazał krążek do Bartosza Fraszki, a ten niewiele się namyślając, posłał go na bramkę. A przed zabolotny stanął Olsson i spokojnie przekierował go do siatki. Ponownie Zabolotny nie miał nic do powiedzenia. A pod koniec meczu trafił po raz 3. i trudno się dziwić, że zdobył miano MVP tego spotkania.

Gdy Jirzi Gula zdobył kontaktowego gola, „Pasy” ruszyły do przodu. Pod bramką Johna Murraya było gorąco, ale status quo zostało zachowane. Krakowianie w najmniej oczekiwanym momencie stracili gola. Maciej Kruczek wielce doświadczony defensor zdecydował się na indywidualną akcję i z ostrego kąta posłał krążek do siatki obok zdezorientowanego Zabolotnego. A ostatnia odsłona była popisem drugiego Szweda Christiana Blomqvista, który zdobył 2. bramki. Najpierw wykorzystał podanie Patryka Krężołka, a potem tak skutecznie zaatakował bramkarza i wepchnął krążek do siatki. A wspomniany Olsson dołożył swoją cegiełkę. To był już nokaut. Goście próbowali atakować, ale już bez większej wiary.
Hokeiści GKS-u zdominowali „Pasy” w tym meczu i zasłużenie sięgnęli po to trofeum.

 

Marsz obrońców tytułu mistrzowskiego!

W środę meczu o Superpuchar, zaś dwa dni później mecz o ligowym punkty GKS-u Katowice z Comarch Cracovią. Końcowy efekt ten sam, czyli wygrana gospodarzy.

Tym razem znacznie skromniejsza, bo „tylko” 3:1, ale w pełni zasłużone. To już 3. wygrana GKS-u nad „Pasami” w 1. spotkaniu ligowym również wygrali 3:1, a potem wysoka wygrana w minioną środę.

Od początku oglądaliśmy ciekawy mecz i wiele składnych akcji. W 1. tercji zabrakło goli, choć okazji ku temu były. Patryk Krężołek trafił w słupek(16 min), a nieco wcześniej i nieco później Brandon Magee miał okazję pokonać Roka Stojanovicia, który między słupkami zastąpił Davida Zabolotnego. W 18 min Mateusz Michalski był w bezpośrednim sąsiedztwie bramki Johna Murraya, ale ostatecznie nie skierował krążka do siatki.

Również sporo się działo w 2. odsłonie, ale wynik nadal się nie zmienił. W 35 min do boksu kar powędrował, a niewiele później Mateusz Rompkowski. Gospodarze grali 3. przeciwko 5. rywalom. Jednak „Pasy” jednak tej znakomitej sytuacji nie potrafili wykorzystać. Bronili się niezwykle rozsądnie, a pondto Murray, podobnie jak w poprzednich potyczkach, mocno wsparł kolegów. W 39 min znakomitą okazję zmarnował Sigeki Hitosato, który nie potrafił wykorzystać okazji sam na sam. Tak więc ostatnia tercja zapowiadała się niezwykle interesująco. Japończyk na początku tercji miał 2. okazje, ale je zmarnował. W końcu doczekaliśmy się bramek. Brandon Magee strzelił inauguracyjnego gola i asystował przy 2. Grzegrza Pasiuta. Jednak w międzyczasie Roman Rac wykorzystał osłabienie rywala (Olsson w boksie kar) i doprowadził do remisu. Jednak wspomniany Pasiut, lider i kapitan drużyny, po podaniu Magge wyprowadził swój zespół na prowadzenie. A potem skierował krążek do pustej bramki, bo 10 sek. wcześniej Stojanović zjechał z lodu.

To nie był łatwy mecz dla gospodarzy, ale wykazali się niezwykłą konsekwencją oraz cierpliwością. To dla obrońców tytułu mistrzowskiego niezwykle ważne zwycięstwo, przybliżających ich do finałowego turnieju o Puchar Polski.

 

hokej.net – Wysokie zwycięstwo katowiczan nad „Stalowymi Piernikami”. Czyste konto Miarki
W ramach 15. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowice na własnej tafli pokonał KH Energę Toruń 5:0, dzięki czemu przynajmniej chwilowo znaleźli się na pozycji lidera, a Maciej Miarka zachował czyste konto. Do tego spotkania katowiczanie przystępowali bez kontuzjowanych Matiasa Lehtonena i Marcina Kolusza. Ponadto trener Jacek Płachta postawił w bramce na Macieja Miarkę, który debiutował w tym sezonie PHL.

W mecz znacząco lepiej weszła GieKSa, która już po 86 sekundach wyszła na prowadzenie. Joona Monto celnie wypatrzył przed bramką Shigeki Hitosato, a ten nie pomylił się i trafił tuż pod poprzeczkę.

Na kolejne trafienie także nie było nam dane długo poczekać. Padło ono dokładnie 110 sekund po trafieniu Japończyka. Maciej Kruczek dobrze wypatrzył na środku tafli Grzegorza Pasiuta, który pognał pomiędzy obrońcami i został w sytuacji sam na sam, w której okazał się lepszy od Ervīnsa Muštukovsa. Liczebną przewagę na zdobycz bramkową zdołał jeszcze w tej samej tercji zamienić Brandon Magee. Warto także zaznaczyć, że to trafienie poskutkowało zmianą w bramce torunian.

Patrząc na dalsze losy meczu Teemu Elomo może żałować, że dopiero wtedy postawił na Mateusza Studzińskiego. 25-letni golkiper znakomicie prezentował się w toruńskiej bramce, a katowiczanie mieli spory problem, żeby go pokonać.

Najlepszą okazję do tego miał Bartosz Fraszko w 32. minucie, gdy był w sytuacji sam na sam i próbował po lodzie przy słupku posłać gumę, ale dostawił tam parkan bramkarz torunian i to on wyszedł górą z tego starcia.

Katowiczanie dopięli jednak swojego niespełna minutę później. Wówczas na ławce kar siedziało łącznie trzech zawodników, co skutkowało przewagą gospodarzy 4/3. Na bramkę tę przewagę zamienił Bartosz Fraszko, który dołożył łopatkę kija przed bramką po dograniu Brandona Magee.

Trzecia tercja tego spotkania stała pod całkowitą kontrolą katowiczan. Torunianie wychodzili z kontrami, ale w bardzo dobrej dyspozycji był dzisiaj Maciej Miarka, który także zaliczył czyste konto w tym meczu.

Ostatnia bramka w tym spotkaniu padła w 52. minucie, a jej zdobywcą był Piotr Ciepelewski, który skutecznie wykorzystał dobre podanie od Jakuba Wanackiego i zdobył swoją pierwszą bramkę w tym sezonie.

 

W Katowicach bez niespodzianek. GieKSa pokonuje STS

W ramach 16. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowice pokonał na własnym lodzie Marmę Ciarko STS Sanok 3:1. Dla podopiecznych Jacka Płachty było to trzecie ligowe zwycięstwo z rzędu.

Pierwsza odsłona tego spotkania była niezwykle zacięta. Wyglądało to tak, że katowiccy zawodnicy przystąpili do spotkania z nadzieją, że mecz sam się wygra. Okazało się to złudne, bo sanoczanie rozpoczęli agresywnie i dynamicznie. Na dodatek w 5. minucie wynik spotkania otworzył Ville Heikkinen, który – po wrzutce Aleksandra Pawlenki – zbił gumę do bramki strzeżonej przez Johna Murraya. Podopieczni Jacka Płachty dostali przysłowiowy kubeł zimnej wody na głowę i wrzucili wyższy bieg. Od tego momentu nie pozwalali już sanoczanom wyprowadzać akcji ofensywnych.

Początek drugiej tercji wyglądał podobnie, ale ze swoich obowiązków dobrze wywiązywał się Dominik Salama. W 29. minucie na ławkę kar trafił Aleksandr Pawłenko, a hokeiści ze stolicy województwa śląskiego dobrze rozegrali zamek. Hampus Olsson zachował zimną krew pod sanocką bramką i dobił gumę wprost do siatki. Po około 30 minutach spotkania na tablicy wyników widniał rezultat remisowy i mecz zaczynał się od nowa.

Od kary Pawłenki minęło siedem minut, a sanoczanie ponownie grali w osłabieniu. Karę za trzymanie przeciwnika otrzymał Juho Mäkelä. Katowice potrzebowały zaledwie 27 sekund, aby zdobyć następnego gola i wyjść na prowadzenie w tym meczu. Brandon Magee podał za bramki do nadjeżdżającego Bartosza Fraszki, który oddał potężny strzał pod poprzeczkę, notując drugie trafienie dla GieKSy. Zawodnicy Mikki Elomo starali się wyprowadzać niebezpieczne kontry, które mogły przynieść im zdobycze bramkowe. John Murray czujnie i pewnie interweniował, wiele razy ratując swoich kolegów z pola gry.
Podczas trzeciej tercji tego starcia obie drużyny grały bardzo spokojnie i z rozwagą podchodziły do każdej kolejnej wyprowadzonej akcji ofensywnej. Każdy, nawet minimalny, błąd mógł skutkować utratą bramki co w takim spotkaniu w mgnieniu oka mogło przerodzić się w korzystny wynik dla jednej, jak i drugiej ekipy. Pod koniec ostatniej odsłony tego meczu trener Mikka Elomo zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu, bo gumę w pustej bramce umieścił Grzegorz Pasiut. Pełna pula została w „Satelicie”.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie popadać w euforię ani lament

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga