Piłka nożna
Wasz czas w GieKSie się skończył
No i zakończyliśmy sezon. Sezon trudny, najtrudniejszy dla nas – kibiców. Najtrudniejszy z dotychczasowych dziesięciu w pierwszej lidze. Rozbudzone nadzieje, bardzo realne – wydawało się – szanse na sportowy sukces. Brak jakiegoś musu wielkiej gry, tak jak w niektórych poprzednich sezonach. Po prostu były nadzieje, były okoliczności i trzeba było po prostu w miarę przyzwoicie grać w piłkę. To by wystarczyło.
Pisząc ten artykuł, w kilka godzin po meczu, już nie czuję złości. Takiej jak po Kluczborku, gdy zaprzepaszczona została szansa, takiej jak po Grudziądzu, gdzie swoim radosnym zachowaniem piłkarze zakpili sobie z kibiców.
Teraz pozostał już tylko smutek i żal. To nie tylko można było, nie tylko było na wyciągnięcie ręki. To po prostu w okolicznościach całej rundy wiosennej trzeba było zrobić. Jedynie ostatni frajerzy takiej sytuacji by nie wykorzystali. Piłkarze GKS takimi się okazali.
Dzisiejszy mecz z Bytovią dobitnie pokazał, jaki był obraz tej rundy. Nawet ja się daję łapać na to, że twierdzę, że to nie był taki zły mecz. Wiem, jaki to jest błąd. Znów kilka ofensywnych akcji spowodowało taki mylny obraz, że to był dobry mecz. Nie – nie był dobry. Jak by był, to GKS wygrałby spokojnie z broniącą się przed spadkiem ekipą.
A tak? Skończyliśmy z iście kompromitującym dorobkiem na swoim boisku na wiosnę. Uwaga, uwaga – zdobyliśmy:
5 punktów!!!
Jedno zwycięstwo, dwa remisy, cztery porażki.
GKS Katowice wygrał jedno na siedem spotkań na własnym boisku. Postawa dyskwalifikująca tych pajaców oraz ich trenera, po którym słuch zaginął, gdy uciekł z konferencji.
W meczu z Bytovią mieliśmy kilka pozorowanych, szybkich ataków. Jednak nonszalancja i brak przykładania się do swoich obowiązków był zatrważający, zwłaszcza w pierwszej połowie. Do 20. minuty mieliśmy 3-4 tak proste i niechlujne straty, że mogło to się skończyć co najmniej jedną bramką straconą więcej. Im się po prostu nie chciało być dokładniejszym. Wiadomo, ciepło, wakacje, o nic nie gramy, to nie trzeba się starać. A czekaj, wróć: jak było o co grać, to też im się nie chciało.
Trener Bytovii Adrian Stawski musiał rozmawiać z Brzęczkiem. Jego stwierdzenie, że GKS Katowice jest najlepszą drużyną w tej lidze było naprawdę z dość kiczowatego science-fiction. Widać, że trener skromny i kurtuazyjny, ale proponowalibyśmy szkoleniowcom polskim (i piłkarzom również), żeby nie ośmieszali się taką nadmierną kurtuazją. Bo jeszcze ktoś taką wypowiedź potraktuje poważnie.
Apropos trenerów. Nie wiadomo, kto będzie szkoleniowcem w GKS w przyszłym sezonie. Jednak patrząc z perspektywy czasu, trudno spodziewać się, że beznamiętny trener Brzęczek mógł coś wyczarować w powiązaniu z bezjajecznymi piłkarzami. Przyznajemy, że trenera trochę oszczędzaliśmy, w takim sensie, że dawaliśmy mu wykonywać spokojnie swoją pracę. Bez większych jazd. Z drugiej strony nie zgadzamy się z opiniami, że nie krytykowaliśmy go w ogóle. Jeśli tak było, to zapraszamy do poczytania niektórych felietonów pomeczowych, po poszczególnych meczach.
Oczywiście w szatni nie jesteśmy, nie wiemy jaki był Jerzy za zamniętymi drzwiami. Być może stosował suszarki do zawodników, być może kopał, rzucał i gryzł. Nie da się jednak nie odnosić wrażenia, że charyzmy to on nie ma za grosz. Patrząc ostatnio na filmik pożegnalny Macieja Bartoszka z Korony Kielce, naprawdę można było odnieść wrażenie, że mentalnie Korona i GKS to było niebo, a ziemia. Oczywiście filmikami można mówić, co się chce, ale przecież myśmy tego na wiosnę nie mieli…
Nie było widać nawet po twarzach zawodników tej agresji, tej radości po wygranych meczach (no może poza Grudziądzem). Nie było sportowego wkurwu. Jak piłkarze przychodzili po przegranych meczach na konferencję prasową to ze spuszczonymi głowami, a nie sportową złością. Tak jakby właśnie przegrali cały sezon, a nie tylko jeden mecz. Niestety – my po prostu nie mamy w drużynie wojowników. Nie mamy boiskowych łobuzów i ludzi ambitnych. Mamy piłkarzy-panienki, a trafili oni na trenera-panienkę i wszyscy głaskali się po pupciach.
Dzwoniliśmy na alarm, sygnalizowaliśmy w pomeczowych felietonach już od początku rundy. Zwłaszcza po strasznej porażce z Zagłębiem Sosnowiec. Niestety te nasze głosy nie były słyszane. Nie reagowano wtedy, kiedy trzeba było. Zaufaliśmy trenerowi i ufaliśmy do końca. I to też był nasz błąd.
Przez to wszystko nie tylko nie awansowaliśmy do ekstraklasy, ale w sposób doprawdy haniebny spadliśmy aż na siódme miejsce. W głowie się nie mieści być w TOP3 przez cały sezon, na jesieni kilka razy lider, na wiosnę pięć szans na lidera i skończyć na tej pozycji.
Nie jest tak, że na Bukowej nie oglądaliśmy dziś w ogóle walki. To co pokazały dzieci w finale Zagraj na Bukowej to był wzór zaangażowania na chwałę swoją i GieKSiarskich barw. Banda z szatni powinna patrzeć i uczyć się, co to jest ambicja. Dzieciaki dostały doping, ale nie taki piknikowy – tylko normalny ligowy doping. Na pewno było to dla nich piękne przeżycie, ale na to oni sobie zasłużyli. Brawo!
A piłkarze? Nawet nie podeszli po meczu do Blaszoka. Pewnie by się nasłuchali, ok. Jednak wydaje się, że oni są bardziej obrażeni za zasłużoną krytykę i brak dopingu, niż wdzięczni za całą rundę nieadekwatnego wsparcia dla swojej żenującej postawy.
Ekstraklasa to dla nas takie marzenie nieosiągalne. Jak Liga Mistrzów przez wiele lat dla polskich drużyn. Przez chwilę wydawało się, że jednak, że to marzenie jest już na wyciągnięcie ręki. Niestety dostaliśmy po mordzie i okazało się, że to jednak chyba było takie nierealne, urojone. Nie z tymi piłkarzami. Nie z tym trenerem.
Teraz nadchodzi czas na pożegnania. Powiedzielibyśmy, że trzeba zrobić kompleksową analizę – dlaczego nie udało się awansować. Ale po co? Jak na dłoni widać, że wszystko rozstrzygnęło się pozasporotowo. Tak jak pisałem – nie wiem czy to była korupcja, bukmacherzy, strach przed tym, że w ekstraklasie i tak nie będą mieli miejsca w składzie czy po prostu zwykła sportowa pizdowatość, która nie pozwoliła na wyzwolenie jakichś pokładów ambicji. A skoro pozasportowo, to bez twardych dowodów nie ma co analizować. Bo i tak piłkarze będą brnąć, że chcieli, ale nie mogli, nie wiedzą czemu, ale na pewno im się zachce i już będą mogli w przyszłym sezonie. I że w ogóle im się zawsze chce, a jeśli ktoś uważa inaczej, to nie zna się na piłce. I inne tego typu bzdury.
Nie ufam tej szatni. Nie chcę mieć w drużynie piłkarzy, którzy grają tylko, jak im się zachce. Dla których dobro klubu nie jest najważniejsze.
Chcę facetów – nie panienki. Sportowców – nie hobbystów. Piłkarzy – nie kopaczy.
I drużynę, która będzie szanować kibiców, doping i wsparcie. A nie takich, którzy to mają w dupie.
Przed rundą pisaliśmy, że porażki mogą się zdarzyć, że będziemy wspierać zespół w trudnych momentach, nie będziemy po nich jechać. Niestety nie dało się. Ich postawa już prawie od początku przekraczała granice dobrego smaku. Dość długo jeszcze po nich nie jechaliśmy, choć pisaliśmy dosadnie. Chcieliśmy wspierać drużynę i trenera.
Koniec z tym.
Liczę na to, że z większością sabotażystów się pożegnamy. Niezależnie jednak od tego, nie będziemy się pieprzyć w artykułach. Mimo że trudno wierzyć, iż akurat ta ekipa będzie potrafiła zrobić coś w kierunku awansu – od pierwszej kolejki nie będziemy się cackać. Trudno będzie nam się przemóc, by chwalić po wygranych meczach. Postaramy się być sprawiedliwi, ale bez taryfy ulgowej.
Nie chcemy was już jednak oglądać. Wasz czas w GKS się skończył.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Pan_Obserwator
4 czerwca 2017 at 21:19
Chłopcy bez ambicji i marzeń, żeby nie powiedzieć: bez jaj! (śmiech) Piłkarsko od lat przeciętnie, co sezon ten sam cel: bezpieczny środek tabeli. Żenada! Macie za dużo w dupach i chyba w głowach wam się popierdoliło od bycia piłkarzem. Nie gracie w Lidze Mistrzów i nigdy w niej nie zagracie, więc przestańcie gwiazdorzyć! Dziwie się ludzią, ktorzy chcą oglądać ten cyrk. Nie szkoda Wam czasu i pieniędzy? Nie lepiej zabrać bajtli do parku, zoo, czy gdziekolwiek tam, gdzie są pozytywne emocje? Apropo pieniędzy i emocji. Ultrasi! Zacznijcie zbierać hajs na sejf, a nie na oprawy. 😉 Może wtedy unikniecie kolejnej porażki.
GKS Katowice, powodzenia w przyszłym sezonie! 🙂
Sławoj
4 czerwca 2017 at 21:45
Ja już zrezygnowałem, szkoda czasu i pieniędzy. Na piknik to mogę iść na Lotnisko-Muchowiec. Żebyście w przyszłym
sezonie nie drżeliście do końca o utrzymanie.
CIErPLIWY
4 czerwca 2017 at 22:32
Jojko bym zostawił.
kejta
5 czerwca 2017 at 04:43
Pizdowatosc haha shellu swietne slowo az mi sie humor poprawil ???????????? a co robi Jurek w szatni za zamknietymi drzwiami?? Moze ich kurwa ruchal dlatego tacy mietcy byli haha sorry za brzydkie slowa ale dosc juz tego sezonu!! Wszyscy out out out !! Dobranoc
Tomek
5 czerwca 2017 at 09:27
Bardzo mnie ciekawi kogo zatrudni w charakterze trenera Prezes Ciamajda.Jeszcze ciekawiej będzie przy transferach i pożegnaniach. Wtedy zobaczymy czy naczelna ciamajda wyciąga jakiekolwiek wnioski.
hajna
5 czerwca 2017 at 11:55
Jojko powinien wylecieć od razu z Brzeczkiem a nawet wcześniej wstawienie Nowaka który ogarnia tylko górne piłki i to jeszcze piastkujac wyklucza go całkowicie z roli trenera bramkarzy. Należy podziękować Fosie Gonzowi i Ceremagiczowi.Szukac bramkarza pomocnika i dwóch napastników ewentualnie wyciągnąć z rezerw a najważniejsze to trener z doświadczeniem któremu nie podskoczy szatnia.
Mecza
5 czerwca 2017 at 13:09
Mandrysz pogoni nierobów i mam nadzieję że będzie trenerem tylko nie oczekujcie od razu cudów. Będzie potrzebował czasu aby wymienić tą kadrę na taką której się chce. Niestety to może być znowu plan dwuletni.
Piotr
5 czerwca 2017 at 13:17
Hajna Janusz jest legenda i łapy precz od janusza
Tomek
5 czerwca 2017 at 13:36
Mandrysz jest ok jak dla mnie choc wolałbym Fornalika. Z Mandryszem problem jest tylko taki że moga grać przeciw niemu jak ich przyciśnie. Jak wtedy zachowa sie naczelna ciamajda Prezes nie wie nikt.
Michał
5 czerwca 2017 at 14:27
Podoliński ponoć prowadzi rozmowy z cyganem oby nieeeeeeeeeeeeee on!!!!!!!!!!!!!
hajna
5 czerwca 2017 at 14:50
Piotr poczytaj o KSZO Ostrowiec a moim skromnym zdaniem nie powinien być trenerem bramkarzy decydujacym o wystawieniu do gry Zasługi dla klubu nie świadczą o tym kto jest dobrym trenerem co w GKSie już parę razy sprawdzano z kiepskim rezultatem.Dzisiejsi trenerzy mają swoich ludzi od tej roboty i to wcale nie gorszych i współodpowiedzialnych za wynik a nie nietykalnego za zasługi bo brak awansu to też częściowo jego odpowiedzialność
Mecza
5 czerwca 2017 at 19:40
@Tomek,”Z Mandryszem problem jest tylko taki że moga grać przeciw niemu jak ich przyciśnie” I o to chodzi!!! Gorzej być nie może i wiem że trzeba kadrę wyczyścić albo komuś się zachce. Zakładam że następny sezon to będzie czystka a w kolejnym już będzie 70pkt! Utrzymamy się w następnym sezonie a Ci co będą kombinować wylecą. Mamy taką samą sytuację jak w Sosnowcu na jesień ale tam odstrzelili Mandrysza zostawiając hamulcowych i im punktów brakło. Mandrysz po 6 miesiącach w Termalice odstrzelił pół kadry i po kolejnych 6 następnych i awans. Nas chyba lepiej zna bo ogląda na bieżąco, czy ta wiedza wystarczy aby sie włączyć do czołówki już w następnym sezonie nie wiem ale jedno jest pewno – Podoliński to kolejny eksperyment bez sukcesów jeśli jest brany pod uwagę. NIE!!!!!!!
MARCIN
5 czerwca 2017 at 20:15
Bartoszek jest bez roboty, brać go !
tomek
5 czerwca 2017 at 20:59
Mecza jak widziałeś w syffnowcu go wysadzili. Obawiam sie ze nasza ciamajda tez nie wytrzymalaby presji i mandrysz by polecial
Irishman
6 czerwca 2017 at 11:11
„…i trzeba było po prostu w miarę przyzwoicie grać w piłkę. To by wystarczyło.”
I to jest najlepsze podsumowanie. Niestety trener chciał grać pięknie i wydawało mu się, ze tak gramy… szkoda, że tylko fragmentami. Niestety przekonał do tego samych piłkarzy, którzy w to uwierzyli i teraz pieprzą o tym w wywiadach.
Shellu walisz w piłkarzy – i słusznie. Ale czy w innych klubach, w tych które osiągnęły awans do ekstraklasy albo choć wyprzedziły nas w tabeli, czy wygrywali z nami w lidze ważne mecze są inni piłkarze? Nie są tacy sami! A pod względem sportowym moim zdaniem znacznie gorsi! Tylko, że oni grali w piłkę, a nam pomylił się fusbal z jazdą figurową na łyżwach albo z gimnastyka artystyczną, gdzie wygrywa się robiąc ładne wrażenie na sędziach!
I tyle w temacie.
Irishman
6 czerwca 2017 at 11:26
Po przeczytaniu komentarzy:
Dajcie spokój Januszowi. Moim zdaniem praca z nim kolejnym bramkarzom wyszła tylko na dobre. Oczywiscie z małymi wyjątkami.
Na trenera tylko Mandrysz, z tych bez zatrudnienia. I dać mu pełną swobodę działania. W Zabrzu Brosz odsunął gwiazdeczki…i awansował! W Zagłębiu też w końcu po czasie przyznali rację Mandryszowi… i dobrze na tym wyszli, choć nie do końca.
A jak piłkarze będą grać przeciw trenerowi, to nie wiem jak zachowa się prezes ale myślę, że wiem jak zachowają się kibice, po tej rundzie upokorzeń, które musieli przeżyć.