Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Jutro arcyważny mecz!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Piłkarki zremisowały w Ekstralidze z Lechem/UAM Poznań 1:1 (1:0). W tym tygodniu Panie rozegrają dwa wyjazdowe spotkania – 25 marca 0 15:00 z Rekordem oraz w niedzielę 29 marca o 12:00 z Pogonią Tczew. Piłkarze przegrali dwa wyjazdowe spotkania w Ekstraklasie – we wtorek zaległe z Jagiellonią 1:2 oraz w sobotę z Cracovią 0:1. Prasówki po tych spotkaniach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejny mecz piłkarze rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę 4 kwietnia z Wisłą Płock. Podano dokładne terminy spotkań półfinałowych STS Pucharu Polski. GieKSa zmierzy się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa.
Siatkarze pokonali u siebie CUK Anioły Toruń 3:1. W następnym meczu zmierzą się 28 marca o 17:00 z SMS PZPS w Spale. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu, z przewagą dwóch punktów nad CUK Aniołami Toruń.
W półfinałach THL hokeiści GieKSy z Unią – wygrali kolejno 3:2, przegrali 2:3, 2:4 oraz wczoraj 1:4. W rywalizacji do czterech zwycięstw nasza drużyna przegrywa 2:3. Następne spotkanie zostanie rozegrane 25 marca o 20:15 w Oświęcimiu. Ewentualny siódmy mecz zaplanowany jest na piątek 27 marca o godzinie 18:30.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Remis w Katowicach
GKS Katowice zremisował 1:1 z Lechem UAM Poznań w meczu ekstraligi kobiet. Beniaminek skutecznie postawił się aktualnym mistrzyniom Polski.
Od pierwszych minut spotkania to gospodynie narzuciły swoje warunki gry. Długo utrzymywały się przy piłce i próbowały budować ataki pozycyjne. Lech UAM skupił się jednak na defensywie i skutecznie rozbijał kolejne akcje GieKSy. Przez większą część pierwszej połowy brakowało klarownych sytuacji. Dopiero pod koniec tej części gry gospodynie zdołały przełamać defensywę rywalek. Po akcji Amelii Bińkowskiej piłkę do siatki skierowała Victoria Kaláberová.
Po przerwie obraz meczu uległ zmianie. Lech przeprowadził trzy zmiany i zaczął grać odważniej. Podopieczne Alicji Zając ruszyły do odrabiania strat i zaczął częściej zagrażać bramce GKS-u. Wyrównanie padło po godzinie gry, gdy Oliwia Związek wykorzystała odbitą od słupka piłkę i skierowała ją do siatki z bliskiej odległości. Katowiczanki odpowiedziały zwiększoną aktywnością w ofensywie. Na boisku pojawiła się m.in. Aleksandra Nieciąg, jednak gospodyniom brakowało dokładności w finalizacji akcji. Do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się zdobyć zwycięskiej bramki i spotkanie zakończyło się podziałem punktów.
W najbliższą środę oba zespoły rozegrają zaległe spotkania – Lech ze Stomilankami, zaś GKS z Rekordem.
sportowefakty.wp.pl – Znamy dokładne terminy półfinałów STS Pucharu Polski
Znamy już szczegółowy terminarz półfinałów STS Pucharu Polski. Walka o udział ostatecznej rozgrywce odbędzie się w pierwszej połowie kwietnia.
8 kwietnia Zawisza Bydgoszcz podejmie Górnika Zabrze, natomiast dzień później Raków Częstochowa zmierzy się z GKS Katowice.
Zgodnie z regulaminem, o awansie decyduje jedno spotkanie, zatem w przypadku remisu po 90 minutach, zarządzona zostanie dogrywka, a potem ewentualnie konkurs rzutów karnych.
Pula nagród wynosi 10 mln zł. Połowa tej kwoty trafi na konto zwycięzcy.
Finał STS Pucharu Polski zaplanowano 2 maja na PGE Narodowym w Warszawie.
PÓŁFINAŁY STS PUCHARU POLSKI:
Zawisza Bydgoszcz – Górnik Zabrze / śr. 08.04.2026 godz. 18.00
Raków Częstochowa – GKS Katowice / czw. 09.04.2026 godz. 18.30
SIATKÓWKA
siatka.org – Szalona kolejka na finiszu. Beniaminek jeszcze się utrzyma?
[…] Zmienił się za to lider tabeli – GKS Katowice wskoczył nad CUK Anioły Toruń. Szansę na pozostanie w lidze wciąż ma KS Necko Augustów.
[…] Hitem tej serii zdecydowanie był jednak sobotni pojedynek GKS-u Katowice i CUK Aniołów Toruń. Sąsiadujące ze sobą ekipy rywalizują od dłuższego czasu o fotel lidera. Na dwie kolejki przed końcem Katowiczanie wrócili na tron, a to wszystko za sprawą zwycięstwa 3:1 nad ekipą z Torunia.
Początek meczu układał się pod dyktando gości, którzy bardzo dobrze pracowali blokiem. Szybko zaaklimatyzował się na boisku Luis Paolinetti, który osiągnął skuteczność 71% w ataku. Rywale stawiali twarde warunku, grając bardzo dobrze w przyjęciu, ale w końcówce lepsi byli Torunianie. Była to jednak tylko cisza przed burzą. Katowiczanie cały czas trzymali solidny poziom w defensywie, a do tego dołożyli pracę blokiem, której brakowało im w premierowej odsłonie. Wahania miał Wojciech Włodarczyk, ale odpowiedzialność brali na siebie Damian Hudzik i Michał Superlak. Torunianie pogrążali się błędami serwisowymi. Kolejne trzy partie trafiły już na konto GKS-u – kolejno do 19, 21 i 16, co zapewniło im powrót na fotel lidera.
nowości.com.pl – GKS Katowice kontra CUK Anioły Toruń. Mecz na szczycie o fotel lidera
W 28. kolejce siatkarskiej PLS 1. Ligi doszło do meczu na szczycie. Drugi GKS Katowice podejmował prowadzące w rozgrywkach CUK Anioły Toruń.
Sezon zasadniczy zmierza do końca. Pozostały trzy mecze do rozegrania i będziemy znali rozstawienie w play offach. Torunianie mieli nad GKS punkt przewagi. To zwiastowało wielkie emocje.
Torunianie tylko w pierwszym secie byli stroną dominującą. Skutecznie grał Luis Paolinetti, który zdobył sześć punkt przy 71-procentowek skuteczności. Zanotowali też trzy punktowe bloki, a ich rywale żadnego. Zdobyli też o trzy punkty więcej w kontratakach (6-3).
Niestety, w trzech kolejnych partiach nie byli już tak skuteczni. Nie potrafili zatrzymać ataków rywali, a sami mieli problemy ze zdobywaniem punktów. Aż 12 razy nadziali się na bloki rywali. Efektywność ich ataków to było zaledwie 18 procent! Katowiczanie w tej statystyce byli prawie dwukrotnie lepsi (34 proc.). Zaliczyli o osiem udanych kontr mniej (16-24).
– Ten mecz jeszcze nie decyduje kto zajmie pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, bo wszystko rozstrzygnie się w dwóch ostatnich kolejkach – uważa Marcin Kryś, trener Aniołów.
GKS Katowice – CUK Anioły Toruń 3:1 (22:25, 25:19, 25:21, 25:16)
HOKEJ
hokej.net – „Oui, oui!” niosło się po hali. Kanadyjczyk rozstrzygnął drugi mecz półfinału play-off
To był wieczór jednego aktora. GKS Katowice pokonał po dogrywce Unię Oświęcim 3:2 w drugim meczu półfinału play-off, a kibice długo nie chcieli opuszczać „Satelity”, skandując nazwisko swojego bohatera. Jean Dupuy znów pokazał, że faza play-off jest dla niego naturalnym środowiskiem życia.
Pochodzący z prowincji Ontario zawodnik zakończył ten mecz z dubletem. Był graczem, który sprawiał oświęcimskim zawodnikom najwięcej problemów. To on w 14. minucie otworzył wynik spotkania, gdy sprytnie zmienił tor lotu krążka uderzonego przez Zacka Hoffmana. Tuż po przerwie na 2:0 podwyższył Ian McNulty, ale w drugiej odsłonie Katowiczanie stracili swój impet, a Oświęcimianie doprowadzili do wyrównania.
– Myślę, że dobrze zaczęliśmy i wyszliśmy na prowadzenie, ale w drugiej tercji trochę zwolniliśmy tempo. Wiedzieliśmy jednak, że w trzeciej odsłonie musimy wrócić do swojej gry – powiedział Dupuy.
W ostatniej odsłonie nie obejrzeliśmy bramek, choć oba zespoły miały swoje lepsze i gorsze szanse. Sędziowie zarządzili więc dogrywkę, która trwała raptem 51 sekund. Zakończył ją właśnie 31-letni Kanadyjczyk, który w swoim stylu wjechał do tercji rywala, znalazł sobie miejsce i uderzył z nadgarstka. Krążek wpadł do siatki, a katowicka hala eksplodowała.
– To była szybka akcja. „Andy” (Stephen Anderson – przyp. red.) dobrze ich zamknął, ja złapałem trochę prędkości i widząc ustawienie obrońcy, zdecydowałem się na strzał. Na szczęście wpadło – tak katowicki skrzydłowy opisał zwycięskiego gola.
Po tym trafieniu „Satelita” długo skandowała jego nazwisko. „Oui, oui, Jean Dupuy”– niosło się po trybunach, a sam bohater nie krył, jak ważne dla niego oraz całego zespołu jest wsparcie kibiców.
– Mamy najlepszych kibiców w lidze. Te przyśpiewki są niesamowite i bardzo ważne dla całego zespołu. Cieszymy się, że mogliśmy wygrać dla nich u siebie – podkreślił.
GKS Katowice zrobił drugi krok w stronę finału, ale jak zaznacza popularny „Dups”, to dopiero początek, bo rywalizacja na kolejne dwa mecze przenosi się na teren rywala.
– Ogólnie wykonaliśmy dobrą robotę, ale teraz musimy to przenieść na mecz numer trzy – zakończył.
Działo się! Samobójczy gol, oblężenie w końcówce i zwycięstwo Unii
Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2 i w półfinałowej rywalizacji przegrywa teraz 1:2. Biało-niebiescy mają jednak o czym myśleć, bo niemalże wypuścili wygraną z rąk.
Oświęcimianie stworzyli sobie więcej dogodnych okazji, ale w kluczowych momentach zabrakło im chłodnych głów i skuteczności. Po czterdziestu minutach prowadzili 3:1, a potem przez pięć minut grali w przewadze. Nie wykorzystali tej szansy i „nie zamknęli meczu” na początku trzeciej tercji.
GieKSa zagrała ambitnie, w kuriozalnych okolicznościach zdobyła kontaktowego gola, a w końcówce była blisko doprowadzenia do dogrywki. Jednak szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy. Nie zmienia to faktu, że oglądaliśmy oba zespoływ zdecydowanie lepszej dyspozycji.
W zespole GieKSy zabrakło Juho Koivusaariego, a jego miejsce w trzecim ataku zajął Maksymilian Dawid. Rolę trzynastego napastnika pełnił Lauri Huhdanpää.
Trener Róbert Kaláber zdecydował się powrócić do ustawień fabrycznych i postawił na ataki, które w sezonie zasadniczym dobrze się ze sobą rozumiały. Z Danielem Olssonem Trkulją i Ołeksanderem Peresunką zagrał Nick Moutrey, a Mika Partanen trafił do formacji z Erikiem Ahopelto i Ville Heikkinenem.
Oba zespoły zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedziały, że każdy – nawet najmniejszy – błąd może okazać się fatalny w skutkach. Dlatego początek meczu był z obu stron nerwowy, ale trzeba przyznać, że lepsze sytuacje kreowali sobie gospodarze.
Pierwszą groźną okazję w 5. minucie miał Erik Ahopelto, ale nie zdołał pokonać Jespera Eliassona uderzeniem z bliskiej odległości. Później po trójkowej akcji odrobiny szczęścia zabrakło Olssonowi Trkulji, a sytuacji sam na sam z katowickim golkiperem nie wykorzystał Partanen.
Kolejne podejście biało-niebieskich okazało się już skuteczne. Tym razem gumę z linii niebieskiej wrzucił Andreas Söderberg, a Michał Kusak dopadł do odbitego krążka, wymanewrował Eliassona i uderzeniem z bekhendu trafił do siatki.
Katowiczanie próbowali odpowiedzieć, a najgroźniejsze akcje przeprowadzili w 14. i 15. minucie. Najpierw w sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem znalazł się Bartosz Fraszko, ale jego uderzenie odbiło się od słupka. Później golkiper Unii dał próbkę dobrego refleksu, stopując kombinacyjną akcję Stephena Andersona i Patryka Wronki.
Po zmianie stron podopieczni Róberta Kalábera również mieli więcej z gry. Najpierw nie wykorzystali gry w przewadze, ale w 30. minucie do siatki trafił Lukash Matthews. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia odważnie wjechał do tercji i przymierzył z nadgarstka, a guma trafiła w samo okienko katowickiej bramki.
Ale goście nie zamierzali się poddawać. W 35. minucie zdobyli kontaktowego gola, wykorzystując moment dekoncentracji oświęcimian. Ian McNulty zagrał zza bramki do nadjeżdżającego Sama Coatty, a ten precyzyjnym uderzeniem ze slotu zaskoczył Linusa Lundina.
Dwie minuty później gospodarze odpowiedzieli i ponownie prowadzili dwiema bramkami. W ramionach swoich kolegów utonął Ołeksandr Peresunko, który wjechał do tercji i uderzeniem w krótki róg zaskoczył Eliassona.
Kilka sekund przed zakończeniem drugiej tercji rozpędzonego Samuela Petráša bezpardonowo zatrzymał Albin Runesson. Sędziowie skorzystali z technologii i nałożyli na szwedzkiego obrońcę karę większą, ale bez kary meczu za niesportowe zachowanie.
Oświęcimianie nie zrobili z użytku z pięciominutowego okresu gry w przewadze, w którym mogli posłać rywali na łopatki. Najbliżej szczęścia był Joe Morrow, bo uderzony przez niego krążek odbił się od słupka.
Biało-niebiescy nie wykorzystali tak dogodnej okazji, więc zgotowali sobie nerwową końcówkę. Tym bardziej, że w 47. minucie GieKSa zdobyła kontaktowego gola. Gumę do własnej bramki skierował Reece Scarlett, który chciał wyczyścić grę nad przedpolu. Gola zapisano na konto Jakuba Hofmana, który jako ostatni po stronie gości dotknął krążek.
Ekipa z zachodniej Małopolski po karze technicznej znów miała okazję zagrać w przewadze, ale kolejny raz nie zdołała zamienić jej na gola.
Na 80 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta postawił wszystko na jedną kartę: wycofał bramkarza i wprowadził do gry dodatkowego napastnika. Choć pod bramką Unii mocno się kotłowało, to wynik nie uległ już zmianie.
Huśtawka nastrojów, kuriozalny gol i wybuch radości. Remis w półfinale!
Unia Oświęcim znów wykorzystała atut własnego lodu. Biało-niebiescy po zaciętym spotkaniu pokonali GKS Katowice 4:2 i w półfinałowej rywalizacji jest remis 2:2.
W starciach Unii z GieKSą wciąż obowiązuje reguła, że mecze wygrywają gospodarze. Do historii przeszło za to inne prawo tej serii mówiące o tym, że zwycięzca strzela o jednego gola więcej.
Podopieczni Róberta Kalábera zasłużyli na dzisiejszy triumf. Grali ofiarnie, wykreowali sobie więcej groźniejszych okazji, a w końcówce wykazali się stalowymi nerwami. Za pierwsze piętnaście minut tego starcia należy im się kilka cierpkich słów, bo zbyt łatwo dali sobie narzucić styl gry rywala. Swoje w bramce zrobił Linus Lundin, który obronił 40 z 42 uderzeń rywali, a w obronie pierwsze skrzypce grał Reece Scarlett. W roli kapitana dobrze odnalazł się Ville Heikkinen, który zdobył gola do pustej bramki i asystował przy trafieniu Miki Partanena.
Oświęcimianie przystąpili do spotkania w niemal niezmienionym składzie. Zabrakło tylko Radosława Galanta, który na rozgrzewce doznał drobnego urazu. Jego miejsce zajął Kacper Prokopiak. Z kolei w zespole GieKSy ponownie nie wystąpił Juho Koivusaari, a w trzeciej formacji zagrał dziś Lauri Huhdanpää.
Jeśli mielibyśmy jednym słowem opisać pierwszą odsłonę, użylibyśmy określenia dziwna. Gospodarze rozpoczęli ją bardzo apatycznie, popełniali proste błędy i mieli spore problemy z kreowaniem swoich akcji.
Goście – przeciwnie. W pierwszych minutach zyskali optyczną przewagę, którą w 6. minucie udokumentował Ian McNulty. Doświadczony Kanadyjczyk skutecznie poprawił uderzenie Jonasza Hofmana, które odbiło się od bandy za bramką i wróciło w pole. Prowadzenie Katowiczan mogło być wyższe, ale odrobiny szczęścia i precyzji zabrakło Albinowi Runessonowi, Jonaszowi Hofmanowi i Bartoszowi Fraszce. Krążek uderzony przez Szweda odbił się od podstawy bramki, jeden z bliźniaków huknął w poprzeczkę, a uderzenie „Frachola” sparował Linus Lundin.
Unia odpowiedziała w końcówce tercji, na dodatek z nawiązką. Najpierw do wyrównania doprowadził Samuel Petráš, który z najbliższej odległości poprawił próbę Romana Ráca, a niespełna minutę później Mika Partanen dał prowadzenie biało-niebieskim. Fiński skrzydłowy wykorzystał dobre dogranie Villego Heikkinena i uderzył z przestrzeni międzybulikowej.
Druga odsłona przyniosła prawdziwy rollercoaster. Początek należał do gospodarzy, a wynik mogli podwyższyć Ołeksandr Peresunko i Erik Ahopelto. Ukrainiec z bulika nieznacznie się pomylił, a uderzenie 29-letniego Fina Eliasson obronił… kaskiem.
Niewykorzystane okazje zemściły się w 30. minucie. Spod linii niebieskiej uderzył Jacob Lundegård, a guma najpierw odbiła się od pleksi, potem otarła się o górną siatkę bramki, aż w końcu na listę strzelców wpisał się Jean Dupuy, który uderzył z powietrza.
Ale zespół dowodzony przez Róberta Kalábera nie czekał długo z odpowiedzią. Już trzy minuty później Scarlett uderzył bez przyjęcia z linii niebieskiej, na bramkarzu GieKSy dobrze popracował Olsson Trkulja, który delikatnie zmienił tor lotu krążka, a Peresunko z najbliższej odległości skierował gumę do siatki. Trener Jacek Płachta poprosił o coach challenge, reklamując sędziom, że w tej sytuacji doszło do przeszkadzania Jesperowi Eliassonowi. Po krótkiej analizie sędzia Bartosz Kaczmarek wskazał na środek tafli.
Taki wynik utrzymał się do końcówki spotkania. Podopieczni Jacka Płachty rozpoczęli trzecią tercję z zamiarem odrobienia strat, ale ich plany popsuł Linus Lundin. 33-letni Szwed bronił jak natchniony, a sposobu na niego nie znaleźli Dupuy i Lundegård. Najefektowniejszą interwencją popisał się w 49. minucie, broniąc uderzenie z bliskiej odległości Patryka Wronki i dobitkę Stephena Andersona!
Swoje szanse mieli też gospodarze. Strzał Romana Ráca zatrzymał się na słupku, a krążek uderzony przez Reece’a Scarletta zatańczył w polu bramkowym i został wybity przez obrońców gości.
Na 146 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta wycofał bramkarza. Jednak ryzyko się nie opłaciło.Na 83 sekundy przed końcem pieczęć na zwycięstwie postawił Ville Heikkinen. Fiński środkowy umieścił gumę w pustej bramce, a kibice zgromadzeni na trybunach oszaleli ze szczęścia.
Unia wyrównała stan rywalizacji i znów wszystko zaczyna się od początku. Do finału awansuje zespół, który wygra dwa mecze.
Arcyważne zwycięstwo Unii. Finał o krok!
W piątym meczu półfinału play-off Unia Oświęcim pokonała na wyjeździe GKS Katowice 4:1 i potrzebuje już tylko jednego zwycięstwa, aby awansować do finału.
Tuż przed meczem gruchnęła informacja o tym, że w składzie nie znalazł się Jean Dupuy. Kanadyjczyk doznał urazu pleców, a jego miejsce w ataku z Patrykiem Wronką i Stephenem Andersonem zajął Mateusz Bepierszcz. W składzie GieKSy nie znalazł się też fiński napastnik Juho Koivusaari.
W ekipie Unii, podobnie jak w czwartym meczu tej serii, zabrakło kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta, a także Romana Diukowa, który dochodzi do siebie po urazie. Funkcję kapitana przejął więc Ville Heikkinen.
Spotkanie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy grali płynniej, dokładniej i wygrywali więcej pojedynków 1 na 1. Od 125 sekundy rywalizacji prowadzili już 1:0, bo sposób na Linusa Lundina znalazł Sam Coatta. 35-letni Amerykanin zachował się najsprytniej w zamieszaniu podbramkowym i zrobił użytek z dogrania Lauriego Huhdanpy.
W drugiej odsłonie sytuacja zmieniła się. To podopieczni Róberta Kalábera byli konkretniejsi w swoich poczynaniach i w 24. minucie wyrównali. Po sporym kotle pod katowicką bramką guma trafiła do Reece’a Scarletta, a ten huknął z korytarza międzybulikowego pod poprzeczkę.
Biało-niebiescy próbowali pójść za ciosem. Dobre okazje mieli Łukasz Krzemień, Jakub Kubeš i Joe Morrow, ale Jesper Eliasson pewnie obronił uderzenia pierwszego i drugiego, a po strzale Morrowa guma zatańczyła w polu bramkowym.
Później dwie szanse miał Mateusz Michalski. Najpierw pomknął lewym skrzydłem, zjechał do środka, ale nie zdołał zmieścić gumy między parkanami Linusa Lundina. Potem nie udało mu się przekierować krążka do odsłoniętej części bramki.
Jeszcze przed przerwą na prowadzenie wyszli goście. Mika Partanen wrzucił gumę na bramkę, a pechową interwencją popisał się Eliasson, który nabił Zacka Hoffmana i guma znalazła się w siatce.
W ostatniej części gry Oświęcimianie starali się przede wszystkim nie popełnić błędu i wybijać z rytmu Katowiczan. Czekali też na kontrę, po której mogliby zdobyć trzeciego gola i na dobrą sprawę przesądzić o losach spotkania.Ten moment nastąpił w 58. minucie. Ołeksandr Peresunko dograł do Nicka Moutreya, a ten wypuścił w bój Daniela Olssona Trkulję. Doświadczony Szwed nie kombinował, pociągnął z nadgarstka i guma trafiła w samo okienko.
Trener Jacek Płachta próbował ratować sytuację. Na 151 sekund przed końcem postawił wszystko na jedną kartę i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, alenie przyniósł on zamierzonego efektu. Na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry pieczęć na zwycięstwie postawił Erik Ahopelto, który umieścił gumę w pustej bramce.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze