Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GKS wygrał bez straty seta
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Klub opublikował raport finansowy za III kwartał 2022 roku. Ze względu na przerwę reprezentacyjną Ekstraliga miała przerwę w rozgrywkach. Najbliższe spotkanie nasza drużyna rozegra w sobotę 19 listopada z Medykiem Konin. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 13:00 na stadionie przy Bukowej. Będzie to ostatnie spotkanie tej rundy. Anna Konkol, ze względu na kontuzję będzie pauzować dłuższy czas. W ostatnim tegorocznym spotkaniu ligowym piłkarze przegrali z liderem rozgrywek ŁKS-em Łódź 1:5 (0:4). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ.
W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała jedno spotkanie wygrywając z Cuprum Lubin 3:0. W bieżącym tygodniu zespół zagra dwa mecze: w poniedziałek 14 listopada (początek o 20:30) z BBTS Bielsko-Biała oraz w sobotę 19 listopada (początek również o 20:30) ze Skrą Bełchatów. Pierwsze ze spotkania siatkarze zagrają na wyjeździe, drugie w Katowicach.
Hokeiści wracają na lód: w rozpoczętym tygodniu drużyna rozgra trzy spotkania: we wtorek (15.11, godz. 18:30) z Unią Oświęcim, następnie w piątek (18.11, godz. 18:00) z JKH GKS-em Jastrzębie oraz w niedzielę (20.11, godz. 17:00) z GKS-em Tychy. Spotkania z Unią i Tychami zostaną rozegrane w Katowicach, z JKH w Jastrzębiu.
KLUB
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Raport finansowy klubu. Pieniądze za hokejową Ligę Mistrzów zwróci GieKSie miasto
W opublikowanym przez GKS Katowice raporcie finansowym za III kwartał 2022 znalazła się między innymi ciekawa informacja o kolejnym dokapitalizowaniu klubu przez miasto. Same wyniki też są zaskakujące: GieKSa wyszła na plus, ale według szacunków cały rok zakończy w okolicach zera.
Według raportu finansowego za III kwartał 2022 roku zysk netto GKS Katowice wyniósł 4.894.768,96 zł. To wynik, który w praktyce otwiera przed klubem możliwość zamknięcia roku kalendarzowego w okolicach zera. Taki wynik jest zresztą celem GKS-u, którego łączna strata z lat ubiegłych przekracza 74 miliony złotych.
2022 rok przyniósł niezły wynik sportowy, wszystkie sekcje zanotowały progres. Największy sukces – mistrzostwo Polski hokeistów – wiązał się jednak też ze sporymi kosztami. Część z nich ma zostać zwrócona do kasy klubu w formie dokapitalizowania z kasy miasta.
Udział w Hokejowej Lidze Mistrzów związany był z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów organizacji meczów domowych oraz transportu na spotkania wyjazdowe. W związku z tym Zarząd wystąpił do Rady Nadzorczej z wnioskiem o aktualizację budżetu Spółki, uwzględniającą koszty i przychody wynikające z gry w CHL. Wniosek ten został pozytywnie zaopiniowany, a jego bezpośrednią konsekwencją było wszczęcie procedury podwyższenia kapitału Spółki o kwotę 2.500.000 zł. Zaproszenie do objęcia akcji serii AC skierowane zostało do akcjonariusza większościowego, Gminy Katowice. Proces ten nie został zakończony, jego zamknięcie przewidywane jest w połowie listopada 2022 r.
Według pierwotnych założeń pieniądze te miały trafić do klubu z rządowego Programu Wsparcia Mistrzów dla zespołów uczestniczących w rozgrywkach pucharowych w piłce nożnej, koszykówce, piłce ręcznej, siatkówce i w hokeju. Opóźnienia proceduralne sprawiły, że w hokeju, który rozgrywki już zakończył, uzyskanie tych pieniędzy okazało się niemożliwe. Stąd też wyciągnięcie ręki w kierunku miasta.
Nad klubem ciąży też sprawa z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Zgodnie z wyrokiem ZUS naliczył klubowi 3.335.613,75 zł zaległych zobowiązań plus 600.000 odsetek. Jest to efekt kontrolę składek Fundacji „Sportowe Katowice” za okres od stycznia 2014 r. do października 2019 r. kontrolerzy stwierdzili w przypadku 49 zleceniobiorców, będących jednocześnie pracownikami Fundacji „Sportowe Katowice” , rozdzielenie wykonywanej pracy na dwie różne umowy, tj. umowę o pracę i umowę zlecenie, co – zdaniem ZUS – umożliwiło uzyskiwanie korzyści związanych z obniżeniem kosztów prowadzenia działalności w postaci zminimalizowania obowiązku składkowego.
Postępowanie odwoławcze trwa, ale niewiele wskazuje, by GKS zdołał je wygrać. Znalazło to odbicie w raporcie:
W związku z niekorzystnymi dla Spółki rozstrzygnięciami Sądu Okręgowego w ramach toczącego się postępowania dotyczącego składek na ubezpieczenia społeczne, Spółka analizuje dostępne opcje strategiczne w kontekście utworzonych na ten cel rezerw oraz minimalizowania niekorzystnych skutków finansowych zapadających wyroków. W oparciu o prawomocne wyroki dokonana została, częściowo przez ZUS a częściowo przez Spółkę korekta deklaracji ZUS, w oparciu o która wyliczona zostanie kwota do zapłaty przez Spółkę.
Rezerwy na zobowiązania wynoszą, według raportu, 4.285.613,75 zł. Zostały one jednak „przepisane” z poprzedniego roku i nie są de facto rezerwą finansową (gotówkową), a jedynie bilansową.
Uwagę zwracają zobowiązania związane z wynagrodzeniami. W tej rubryce widnieje kwota 262.112,52 (wobec 5.350,83 zł na koniec roku 2021).
W klubie, w którym udziały miasta wynoszą 87,01 procent zatrudnionych jest szesnaście osób.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Dłuższa przerwa obrończyni GKS-u Katowice z powodu kontuzji
Anna Konkol, która podczas spotkania 10.kolejki Ekstraligi opuściła plac gry w 32.minucie z powodu kontuzji będzie pauzowała przez kilka tygodni.
20-letnia zawodniczka przeszła szczegółowe badania, które wykazały uszkodzenie więzadła oraz łąkotki w prawym kolanie. Występująca na pozycji obrończyni zawodniczka wystąpiła dotychczas we wszystkich dziesięciu spotkaniach zespołu GKS Katowice.
Konkol na pewno nie zagra w kończącym rundę spotkaniu przeciwko Medykowi Konin. Zespół GKS-u jest liderem tabeli z taką samą liczbą punktów jak UKS SMS Łódź.
sportdziennik.com – Rafał Górak: Musimy wiedzieć, dlaczego wygrywamy
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice.
W sobotę zanotowaliście najwyższe w sezonie zwycięstwo, pokonując Chojniczankę 3:0. Czy było wyzwaniem podnieść szybko zespół po derbowej porażce 0:1 w Chorzowie?
Rafał GÓRAK: – Było trudno. Może wręcz byłoby łatwiej, gdybyśmy zostali w Chorzowie rozniesieni. Wszyscy wróciliśmy do Katowic w poczuciu, że nie powinniśmy przegrać, bo tak wynikało z boiska. Mocna analiza wskazała, że w większości meczu byliśmy zespołem lepszym. Trzeba było przekazać to zawodnikom. Zawsze tego chciałem i do tego będę dążył, by drużyna wiedziała, dlaczego przegrała i dlaczego wygrała. Szatnia była mocno zmotywowana przed meczem z Chojniczanką, ale chciejstwo na siłę czasem bywa niebezpieczne. Chodzi o cierpliwość, zachowanie pewnych ram, gry zgodnie z duchem, w jakim pracujemy. Jestem bardzo zadowolony, że drużyna uniosła tę porażkę w Chorzowie, przyjęła ją godnie, po sportowemu. Czas na to, by się zrewanżować, kiedyś nadejdzie.
Mówił pan na początku sezonu, nawiązując do bojkotu, że „miejsce kibiców jest na trybunach”. Czy skomentuje pan brak kibiców GieKSy w Chorzowie, których wsparcie na pewno by się przydało?
Rafał GÓRAK: – Ale czy ja w ogóle powinienem komentować takie rzeczy? Powiedziałem w dobrej wierze, że miejsce kibiców jest na trybunach, a potem przeczytałem o sobie, że nie mam pojęcia, co się dzieje. Nie będę nikogo uszczęśliwiał na siłę, by potem tłumaczyć moje słowa. Skoro mówię, że miejsce kibiców jest na trybunach, nie warto mnie pytać, czy zmieniłem zdanie. Jestem odpowiedzialny za drużynę, staram się jak najlepiej przygotowywać ją do rozgrywek, walki na boisku. Prosiłbym o pytania w tej materii, sportowej. Inne są wręcz nie w porządku, bo nie jestem trenerem, który pracuje tu od pięciu miesięcy, tylko już siódmy sezon.
Czy Chojniczanka trochę zaskoczyła, dokonując w wyjściowym składzie sześciu zmian i grając na czwórkę, a nie jak zwykle trójkę obrońców?
Rafał GÓRAK: – To mój czwarty kolejny sezon pracy w GKS-ie i opinia o mnie, o moim sztabie, byłaby bardzo zła, jeśli przeciwnik grając w jakimś ustawieniu mógłby nas zaskoczyć. Jako zespół musimy reagować na wszystko, co się dzieje na boisku. Chojniczanka zaczęła czwórką obrońców, potem przeszła znów na trójkę, my musimy to rozczytywać. Drużyna musi być inteligentna, musi działać, a my jako sztab w czasie meczu czy w przerwie możemy jej jakimiś uwagami pomagać. Od tego jesteśmy. Zdobyliśmy 3 punkty, tylko 3 punkty, a w piątek czeka nas bardzo ważny mecz z ŁKS-em, do którego musimy się dobrze przygotować. To dla nas priorytet.
Z Chojniczanką przerwaliście nie tylko serię bez wygranych, ale też meczów, w których byliście karani czerwoną kartką. Zwracał pan na to zawodnikom uwagę?
Rafał GÓRAK: – Mam wrażenie, że gdybym powiedział zawodnikom: „nie łapcie czerwonych kartek”, to byśmy w sobotę kończyli w ośmiu. To świadomi ludzie. Wiedzą, za co były te czerwone kartki, sami muszą się reflektować. Postanowiłem w ogóle nie podkreślać na odprawach tego tematu. Z Chojniczanką kartkowo było na zero i dobrze.
Miejsce w składzie stracił po derbach Adrian Błąd. Z Chojniczanką zaczął na ławce, co – gdy jest zdrowy – praktycznie się nie zdarza. W roli zmiennika zdobył ładną bramkę.
Rafał GÓRAK: – Runda dobiega końca, część zawodników ma rozegranych więcej minut, część – mniej. W pewnym momencie można rotować składem. Adrian grał bardzo wiele, rozmawiam z nim na odprawach bardzo szczerze o piłce, życiu, tym, co nas otacza. Jeśli za każdym razem miałby wchodzić z ławki i strzelać gola – to co za problem? Nie byłoby w tym nic złego. Kadrę mamy szeroką. Adrian jest profesjonalistą, w sobotę dałem mu odpocząć. Bardzo ładnie wszedł w mecz, był ważną częścią zespołu zarówno przed spotkaniem, jak i w trakcie gry.
Czy dobrze zrozumiałem, że ma pan indywidualne odprawy z zawodnikami?
Rafał GÓRAK: – Tak, bo większy nacisk kładę na pracę indywidualną z zawodnikami niż na odprawy zespołowe. Na nich rozmawiamy, jak ma grać zespół, a wiele czynników to przecież kwestia indywidualna ludzi, ich życia, codziennego trudu. Od tego jestem, by moje drzwi były otwarte. Piłkarze mają ze mną rozmawiać indywidualnie – na fajne tematy, ale i te mniej fajne.
Do podstawowego składu po dłuższym czasie wrócił Alan Bród i jako młodzieżowiec znów nie zawodzi, w Chorzowie był jednym z jasnych punktów zespołu. Pewnie wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo dobrego początku sezonu potem grał tak niewiele?
Rafał GÓRAK: – Po raz kolejny wszystkim odpowiadam: trenerem piłki nożnej w GKS-ie Katowice i człowiekiem, który powinien się na tym najlepiej znać, jest Rafał Górak; choć oczywiście ktoś może powiedzieć, że zna się ode mnie lepiej. Młodych ludzi wprowadzam do piłki już długie lata. Dla Alana Bróda mam ogromnie otwarte serce, chcę przekazywać mu moją wiedzę, jak do tej piłki wchodzić. To chłopak, który nie grał w CLJ. Nie grał w juniorskich reprezentacjach Polski. Jego droga jest inna. Ktoś powie: „zagrał cztery mecze, był gotowy, a potem go zasypali!”. To jest budowanie narracji publicystycznej, która nie ma nic wspólnego z prawdą, codziennym treningiem, rozmowami, wprowadzaniem zawodnika do gry. Nie wiem, czy Alan będzie piłkarzem ekstraklasowym, pierwszoligowym, czy będzie fenomenalny w GKS-ie Katowice. To człowiek, który potrzebuje czasu, musi umieć popełniać błędy i ja muszę dać mu czas, by je popełniał. Uwierzcie mi, że nadal w codziennej pracy treningowej popełnia ich masę. Czasem zawodnik zaczyna mecz, czasem nie, czasem twierdzę, że powinien poczekać na ławce rezerwowych. Obserwuję, co mu to daje, w jaki sposób na to reaguje, czy rezygnuje, czy podejmuje rękawicę. To świetny chłopak, ale wszystko jest dopiero przed nim. Jeśli ktoś chce – powinien mi ufać, bo na tym, by Alan został wprowadzony do poważnej seniorskiej piłki, Górakowi zależy najbardziej. Nie ma dla mnie większego kapitału niż kolejny chłopak w piłce ekstraklasowej czy pierwszoligowej.
Na przestrzeni sześciu ostatnich kolejek 4-krotnie do siatki trafiał Jakub Arak. Jest ulga, że wreszcie zaczął strzelać, bo zaczynało już brakować cierpliwości?
Rafał GÓRAK: – Kuba to po prostu dobry piłkarz, dobrze funkcjonuje na treningach, dobrze czuje się w polu karnym. Czas na niego pracuje. Przez dwa lata był w dobrych klubach, ale meczów rozgrywał mniej, a to mimo wszystko zawsze bardziej hamuje niż rozwija. Nadal jest w wieku produkcyjnym i mam nadzieję, że będzie to wykorzystywał. W sobotę bramkę na 1:0 zdobył w modelowy sposób, jeśli chodzi o działania napastnika w polu karnym.
Rozwiązaliście kontrakt z Danielem Krasuckim, młodzieżowcem ściągniętym latem z Lipska z kontuzją. Wyleczył się, zagrał sparing, odszedł za porozumieniem stron bez ligowego debiutu… Jak podsumuje pan tę współpracę?
Rafał GÓRAK: – To świat dzisiejszej psychiki młodych ludzi. Świat bardzo trudny, niekiedy dla nas niezrozumiały. Daniel dostał w GieKSie wszystko, co mógł dostać. Powinien to wykorzystać, a on tego najnormalniej w świecie nie chciał. Nie chciał wziąć tego, co my mu daliśmy. To był jego pieprzony interes. Jeśli go to nie interesowało, to w pewnym momencie musieliśmy się rozstać.
To nauczka dla was?
Rafał GÓRAK: – Nie, to nie nauczka. Nam się wydaje, że wszyscy są ukierunkowani na wykorzystanie czasu, który w danym miejscu dostajesz. Nie każdy taki jest. Ludzie mają ogromnie rozszerzony wachlarz swoich zachcianek, widzimisię. Są rozpieszczeni przez świat. To była nasza dzielna, odważna decyzja o rozwiązaniu umowy. Mogę tylko przyklasnąć. Mogliśmy przekonywać, żeby został.
Nie robiliście tego?
Rafał GÓRAK: – Przekonywać to ja mogę żonę, żeby nie jechała co drugi tydzień do Silesii, a nie Krasuckiego, by został w GieKSie. Proszę was.
Daniel Tanżyna, inny z letnich nabytków, który nie zdołał jeszcze zadebiutować, już tej jesieni na boisku się nie pojawi, skoro została jedna kolejka?
Rafał GÓRAK: – Będzie miał ciężko, ale bardzo ważne jest, że z nami dzisiaj trenuje. Z całym zespołem.
Do sztabu szkoleniowego dołączył Łukasz Tomczyk, 33-letni analityk wcześniej pracujący w Resovii. Skąd taka decyzja?
Rafał GÓRAK: – Jeśli chcemy się rozwijać, nasza praca w sztabie musi być udoskonalana. Chcemy działać też na polu skautingowym, mamy na to wiele pomysłów. Jako sztab pierwszoligowego klubu z aspiracjami, uważałem, że jesteśmy jeszcze trochę w personalnym deficycie, dlatego wnosiłem na ręce dyrektora, by rozszerzyć go o jedną osobę. Trener Tomczyk będzie dla nas ważny, na razie jestem bardzo zadowolony.
Jesień kończycie meczem z ŁKS-em, który gładko pokonaliście w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu oraz na inaugurację obecnego. Zaskoczenie, że teraz zespół ten jest na 1. miejscu?
Rafał GÓRAK: – Po pierwszym meczu w Łodzi powiedziałem, że ŁKS będzie zdobywał punkty i plasował się bardzo wysoko. Któryś z łódzkich żurnalistów powiedział: „ha, a dlaczego pan tak sądzi, skoro dzisiaj nie istniał””. Dlatego, bo to ja się znam na piłce. Nie mówię, że druga strona się nie zna, ale widziałem, jak ogromny potencjał mają zawodnicy ŁKS-u. A czy mnie zaskakuje, że dziś są liderem? Nie śledzę tego, jak to się „mieli” w tabeli. Przez moment liderem był Ruch, teraz ŁKS… Dla mnie najważniejsze jest dobro GKS-u, jego miejsce w tabeli, jego granie. Zmierzymy się w piątek z bardzo silnym zespołem. Ale cóż? Gramy!
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Popis Belga
Efektowny triumf katowiczan. W żadnym z setów nie pozwolili Cuprum Lubin na zdobycie 20 punktów.
Przez wiele sezonów ekipa z Lubina była prawdziwą zmorą GieKSy. Dopiero w poprzednich rozgrywkach, w lutym tego roku, udało się jej ją ograć po raz pierwszy we własnej hali (3:2). I choć Cuprum na razie nie wiedzie się najlepiej – przed starciem z GKS wygrało tylko dwa z siedmiu spotkań – w Katowicach spodziewano się trudnej przeprawy.
Emocji w poniedziałkowy wieczór jednak nie było. Katowiczanie wygrali nadspodziewanie łatwo, wręcz gromiąc rywali. Na początku seta gra toczyła się jednak zgodnie z przewidywaniami, punkt za punkt. W jego połowie przewagę zyskali gospodarze (17:14). Spory udział miał w tym Thomas Rousseaux. Belgijski przyjmujący był najlepszy na parkiecie. Nie tylko skutecznie atakował, ale także trzymał poziom w przyjęciu zagrywki. W obu elementach był niemal bezbłędny. Mocno wspierali go Jakub Jarosz i Marcin Kania. Miejscowi bez problemów utrzymali prowadzenie.
Katowiczanie w kolejnych setach poszli za ciosem. Mieli jednak ułatwione zadanie. Goście prezentowali się źle. Popełniali mnóstwo prostych błędów. Mylili się w przyjęciu zagrywki i ofensywie. Trener Paweł Rusek próbował ratować sytuację, rotując składem. Zmiennicy nic jednak nie wnosili. Ich atak praktycznie nie istniał. Atakujący Jakub Ziobrowski i jego zmiennik Remigiusz Kapica w sumie wywalczyli zaledwie 10 punktów.
Gospodarze kontrolowali mecz. Dominowali. Chwilowe kłopoty mieli jedynie na początku trzeciego seta. Gra znów była wyrównana. Był remis 11:11. Po chwili było już jednak 20:14 i mecz został rozstrzygnięty.
GKS Katowice – Cuprum Lubin 3:0 (25:19, 25:17, 25:16)
siatka.org – GKS wygrał bez straty seta
Na zakończenie 8. kolejki zmagań w PlusLidze drużyna GKS Katowice podjęła zespół Cuprum Lubin. Wszystkie trzy sety rozgrywane były na podobnym poziomie, z widoczną przewagą katowiczan.
[…] Na początku spotkania mnożyły się błędy w polu zagrywki (8:7). Chociaż po skutecznym ataku Pawła Pietraszko Cuprum odskoczyło na 11:9, szybko inicjatywę przejęli gospodarze i po kontrataku Jakuba Szymańskiego to GKS prowadził 12:11. Stopniowo warunki na boisku zaczęli dyktować katowiczanie. Goście mieli problemy z przyjęciem, co rzutowało na ich skuteczność. Przy stanie 16:14 interweniował szkoleniowiec Cuprum. Po przerwie problemy z odbiorem zagrywek Szymańskiego trwały, do przejścia doprowadził błąd zagrywającego (17:15). Gdy kontratak wykorzystał Piotr Hain, drugi czas wykorzystał trener Rusek (19:15). Po kolejnym nieudanym przyjęciu gości Kovalova zmienił Czerny. Mocno atakował Tomas Rousseaux. Katowiczanie nie ustrzegli się jednak pomyłek, przy stanie 21:18 interweniował trener Słaby. Po kiwce Georgi Seganowa GKS miał piłki setowe, w kolejnej akcji zablokowany został Jakub Ziobrowski. Od pierwszych akcji drugiej odsłony to gospodarze kontrolowali przebieg gry, skuteczne ataki z błędami przeplatał Remigiusz Kapica (8:4). Gdy zagraniem z szóstej strefy popisał się Rousseaux gospodarze wyszli na prowadzenie 10:6, o czas poprosił trener Rusek. W kolejnych akcjach przyjezdnych do walki starał się poderwać Aleksander Berger. Wciąż celnie atakował Jakub Jarosz, a gdy Moustapha M’Baye nie skończył swojego ataku, czas wykorzystał lubiński szkoleniowiec (15:9). W kolejnych akcjach obie drużyny nie ustrzegły się błędów, nie brakowało też mocnych ataków. Dystans utrzymywał się, po ataku Rousseaux z szóstej strefy było już 21:13. Dobrze funkcjonował katowicki blok. Skuteczny atak Wojciecha Ferensa i as Kapicy pozwoliły lubinianom obronić piłki setowe, ale ostatnie słowo należało do Rousseaux.
Otwarcie trzeciej odsłony grane było punkt za punkt. Chociaż po asie Szymańskiego GKS wyszedł na prowadzenie 7:5, po kontrataku Pietraszko wynik się wyrównał (7:7). Obie drużyny nie ustrzegły się błędów. Po stronie Cuprum skutecznie atakował Kapica. Wynik wciąż oscylował wokół remisu. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, atak Marcina Kani i blok na Kapicy pozwoliły GKS-owi zbudować trzypunktową przewagę, czas wykorzystał trener Rusek (15:12). Przyjezdni nie wykorzystywali swoich szans, przy stanie 18:14 ponownie interweniował szkoleniowiec Cuprum. Po czasie Rousseaux zaliczył efektowny pojedynczy blok na Kapicy. Mimo wyraźnej przewagi katowiczanie nie tracili koncentracji. W końcówce skutecznie kontratakował Kania (24:16). Atak Rousseaux z szóstej strefy zamknął pojedynek.
MVP: Tomas Rousseaux
HOKEJ
hokej.net – Magee: Staram się robić wszystko, co mogę, by pomóc drużynie
Brandon Magee jest jednym z kluczowych zawodników GKS-u Katowice. Kanadyjski napastnik podsumował drugą rundę w wykonaniu swojego zespołu, jak i swoim. – Nie zdobylibyśmy tylu punktów w lidze bez znakomitych występów wszystkich graczy w drużynie – wyjaśnił
Przerwa na mecze reprezentacji jest idealną okazją do tego, by odpocząć, a następnie podładować nieco akumulatory. A dwie rundy w wykonaniu katowiczan były naprawdę dobre. Dość powiedzieć że wygrali oni 13 z 16 meczów, co przełożyło się na 39 punktów w ligowej tabeli.
W tej chwili o „oczko” więcej mają oświęcimianie, ale trzeba zaznaczyć, że rozegrali oni od GieKSy o dwa spotkania więcej.
– Wykonaliśmy bardzo duży progres w ciągu rozegranych 16 ligowych gier. Oczywiście nie zagraliśmy każdego meczu perfekcyjnie od pierwszej do sześćdziesiątej minuty, ale byliśmy w stanie znajdować różne sposoby na to, by strzelać zwycięskie bramki i odpierać ataku przeciwników – wyjaśnił Magee
I dodał: – Jeżeli chodzi o mnie, to po prostu staram się robić wszystko, co mogę, by pomóc drużynie i by odnosiła ona kolejne zwycięstwa.
Brandon Magee jest jednym z najskuteczniejszym zawodników Polskiej Hokej Ligi. W 16 meczach strzelił 10 bramek i zanotował 10 asyst, a lepszym dorobkiem może pochwalić się jedynie Bartosz Fraszko. „Fracho” zgromadził na swoim koncie o 7 kluczowych zagrań więcej.
– Zanotowaliśmy wraz z Bartoszem dobry start rozgrywek, ale hokej to sport zespołowy i nie zdobylibyśmy tylu punktów w lidze bez znakomitych występów wszystkich graczy w drużynie, od obu bramkarzy po obrońców i napastników – zwrócił uwagę kanadyjski napastnik.
– Nasi rywale to ciężko pracujące zespoły, które stawiają na trudne warunki na lodzie i jeżeli nie przewyższymy ich intensywności i zaangażowania w mecz, nie będziemy w stanie osiągać naszych założonych rezultatów i sami sobie utrudnimy pracę – dodał.
We wtorek katowiczanie w meczu na szczycie zmierzą się z Re-Plast Unią Oświęcim. Pierwotnie to spotkanie miało być rozegrane dzień później, ale zostało przełożone z uwagi na fakt, iż biało-niebiescy już za tydzień rozpoczną zmagania w Pucharze Kontynentalnym.
– Czeka nas starcie z bardzo silną drużynę ukierunkowaną na atak, dlatego postaramy się zrobić wszystko, by przygotować się jak najlepiej do rywalizacji na naszym lodzie i przez cały mecz realizować naszą taktykę. Liczymy na zwycięstwo, ale jeżeli przydarzy się porażka, wyciągniemy z niej lekcję i nie będziemy się tym załamywać, bo ufamy procesowi treningowemu i naszemu progresowi podczas całego sezonu – zakończył Magee.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Najnowsze komentarze