Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GKS Katowice wicemistrzem Polski
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Ze względu na przerwę reprezentacyjną piłkarki kolejny mecz rozegrają 12 kwietnia na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław. Piłkarka GieKSy Klaudia Słowińska strzeliła gola w meczu reprezentacji Polski. Piłkarze przegrali na wyjeździe z Pogonią Szczecin 0:4 (0:1). Rozegranie kolejnego meczu ligowego zaplanowano na sobotę 12 kwietnia o 14:45 z Puszczą Niepołomice na Nowej Bukowej.
W drużynie siatkarzy po spadku z PlusLigi, rozpoczęły się pierwsze ruchy transferowe. Przedłużono umowy z Bartłomiejem Krulickim i Krzysztofem Gibek.
Hokeiści zakończyli udział w rozgrywkach THL zdobywając srebrne medale. Ostatecznie w finale play-off przegrali z GKS-em Tychy 3:4. W ostatnich trzech spotkaniach GieKSa dwa razy wygrała: 3:1 i 3:0 oraz w siódmym meczu przegrała 2:4.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Domowe zwycięstwo z Bośnią i Hercegowiną 5:1
Reprezentacja Polski pokonała kadrę Bośni i Hercegowiny 5:1 w kolejnym grupowym meczu w ramach kobiecej Ligi Narodów. Bramki dla naszej kadry na stadionie w Gdańsku zdobywały Adriana Achcińska, Martyna Wiankowska, Klaudia Słowińska i dwukrotnie Ewa Pajor.
[…] W 70. minucie zagrożenie pod bramką przyjezdnych stworzył duet Pajor-Jedlińska, po szybkiej wymianie podań na jeden kontakt wprowadzona chwilę wcześniej na murawę Jedlińska stanęła przed okazją na pokonanie Hodzic, ale bramkarka Bośniaczek stanęła na wysokości zadania i zapobiegła utracie gola. Siedem minut później golkiperka kadry Bośni i Hercegowiny była już bezradna, po tym jak niefortunną interwencję przy próbie przecięcia dośrodkowania Pajor zanotowała Andrea Gavrić. Futbolówka spadła wprost na nogę Klaudii Słowińskiej, a ta dopełniła formalności.
SIATKÓWKA
siatka.org – 5 sezonów w składzie i będzie kolejny. GKS Katowice odsłonił pierwszą kartę
GKS Katowice zaczął odsłaniać pierwsze karty w składzie na sezon 2025/2026. W I lidze w jego barwach zagra Bartłomiej Krulicki. Dla 31-letniego środkowego będzie to już szósty sezon w zespole z Górnego Śląska – poinformowano na stronie internetowej klubu.
Po spadku z PlusLigi w GKS-ie Katowice zachodzą spore zmiany. Wiadomo już, że w jego składzie w I lidze nie zagra aż 7 zawodników. Wśród nich są: Joshua Tuaniga, Aymen Bouguerra, Bartosz Gomułka, Jewgienij Kisiluk, Alexander Berger, Łukasz Usowicz, a także Bartosz Mariański. Po rozstaniu z siatkarzami przyszedł czas na przedłużenia umów. Działacze GKS-u doszli do porozumienia z Bartłomiejem Krulickim, który nadal będzie bronił barw GKS-u.
Bartłomiej Krulicki wcześniej w katowickim klubie występował w latach 2016-2019, a następnie wrócił do siatkarskiej GieKSy w 2023 roku po czteroletnim okresie występów dla Asseco Resovii Rzeszów i jak do tej pory zanotował łącznie 135 plusligowych występów w barwach siatkarskiej GieKSy. W kończącym się sezonie rozegrał 28 spotkań i zdobył w nich łącznie 192 punktów, w tym 63 blokiem, co dało mu miejsce w czołowej dziesiątce najlepiej blokujących graczy w fazie zasadniczej sezonu 2024/2025 PlusLigi.
– Można powiedzieć, że Bartek staje się powoli prawdziwą ikoną GKS-u Katowice. Nie ma w składzie drugiego zawodnika z takim stażem gry w naszym Klubie. Nie ukrywamy, że Bartłomiej miał propozycje z kilku mocnych klubów PlusLigi, ale mimo to zdecydował się pozostać w Katowicach i pomóc zespołowi w walce o powrót do siatkarskiej elity, z czego bardzo się cieszymy – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice, Jakub Bochenek.
polsatsport.pl – W przyszłym sezonie chcą wygrać ligę! Polski klub zatrzymał kolejnego siatkarza
GKS Katowice spadł z PlusLigi, ale chce szybko do niej wrócić. Jednym ze sposobów na wygranie pierwszej ligi ma być zatrzymanie kilku czołowych i doświadczonych graczy. Właśnie ogłoszono, że barwy katowickiego klubu będzie w przyszłym sezonie reprezentował Krzysztof Gibek. To kolejne przedłużenie kontraktu, bo wcześniej pojawiła się informacja, że w drużynie pozostanie Bartłomiej Krulicki.
Krzysztof Gibek (rocznik 1992) w swej dotychczasowej karierze występował m.in. w klubach AZS Politechnika Opolska, KPS Siedlce (2016–19), Gwardia Wrocław (2019–21), Norwid Częstochowa (2021–23, triumf w rozgrywkach I ligi 2023) i KKS Mickiewicz Kluczbork (2023–24). W lipcu 2024 roku dołączył do składu GKS Katowice, dla którego zagrał w 28 spotkaniach PlusLigi w sezonie 2024/25, zdobywając w nich łącznie 19 punktów, w tym siedem zagrywką.
– Krzysztof Gibek to synonim profesjonalnego podejścia do swojej pracy. To zawodnik zawsze zaangażowany na sto procent i chcący wnieść jak najwięcej do zespołu. Krzysztof wielokrotnie pomagał drużynie, choćby swoim popisowym elementem, czyli zagrywką. Cieszymy się, że z nami zostaje, zwłaszcza że to jeden z tych zawodników, którzy bardzo dobrze znają pierwszoligowe realia. Obecność Krzysztofa usprawni nasze poruszanie się w tym środowisku i głęboko wierzę, że będzie on świętował po raz drugi w karierze triumf na tym szczeblu rozgrywkowym, tym razem z naszym Klubem – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GieKSy Jakub Bochenek.
HOKEJ
hokej.net – Szampany nie wystrzeliły! Kanadyjskie przebudzenie. Katowiczanie zerwali się ze stryczka
To jeszcze nie koniec! W piątym meczu finału GKS Katowice pokonał na wyjeździe GKS Tychy 3:1. Tym samym podopieczni Pekki Tirkkonena ponieśli pierwszą porażkę na własnym lodzie w tegorocznej fazie play-off! Katowiczanie o wyrównanie losów rywalizacji powalczą w sobotę w „Satelicie”.
Tyscy kibice wypełnili Stadion Zimowy do ostatniego miejsca i liczyli, że po meczu będą mogli świętować ze swoim zespołem zdobycie szóstego w historii tytułu mistrzowskiego. Ale ich ulubieńcy nie zagrali dziś tak dobrze, jak w dwóch pierwszych meczach tej serii. Popełniali proste błędy i była to woda na młyn dla zdeterminowanych gości.
W szeregach GieKSy błyszczeli Kanadyjczycy, którzy w ostatnich meczach byli skutecznie neutralizowani przez zwycięzców sezonu zasadniczego. Dwie bramki zdobył Stephen Anderson, a jedną Jean Dupuy. Swoje w bramce zrobił John Murray, który w całym spotkaniu obronił 44 strzały.
Oba zespoły przystąpiły do spotkania bez zmian w składzie, ale ich sytuacja tuż przed pierwszym wznowieniem była diametralnie inna. Katowiczanie byli „na musiku”i to oni w pierwszych minutach byli częściej przy krążku.
Z kolei tyszanie, dzięki prowadzeniu w serii, mogli rozpocząć nieco spokojniej i poczekać na dobrą okazję. Ta przydarzyła się w 14. minucie. Wszystko zaczęło się od przeszywającego zagrania Valtteriego Kakkonena do Rasmusa Heljanki. Fiński skrzydłowy długo się nie zastanawiał i uderzył z niemal zerowego kąta, a guma odbiła się od słupka. Najszybciej dopadł do niej Filip Komorski, który z bliska posłał gumę do siatki. Kibice zgromadzeni na Stadionie Zimowym oszaleli ze szczęścia.
W drugiej odsłonie gospodarze mogli odskoczyć na dwie bramki, ale dobrych szans nie wykorzystali Bartłomiej Pociecha i Daņiła Larionovs. W obu przypadkach stoickim spokojem i znakomitym refleksem popisał się John Murray. Reprezentant Polski nakręcał się z każdą udaną interwencją, budując swoją pewność siebie.
W 33. minucie sygnał ostrzegawczy wysłał gospodarzom Jean Dupuy. Kanadyjski skrzydłowy przechwycił krążek, ale w sytuacji sam na sam nie zdołał pokonać Tomáša Fučíka. Ale miejscowi nie wyciągnęli z tego ostrzeżenia odpowiednich wniosków. Gdy sędziowie sygnalizowali karę dla Matiasa Lehtonena, katowiczanie ruszyli do ataku. Uderzenie Santeriego Koponena zostało co prawda zablokowane, ale dobitka Stephana Andersona znalazła drogę do siatki. Było 1:1.
Ten gol był zastrzykiem pewności siebie dla ekipy dowodzonej przez Jacka Płachtę, a gospodarze chwilę później złapali karę techniczną. Okres gry w przewadze na gola zamienił Jean Dupuy, popisując się niezwykle precyzyjnym uderzeniem z nadgarstka. Guma trafiła w samo okienko!
Podopieczni Pekki Tirkkonena w trzeciej tercji próbowali gonić wynik, ale GieKSa dobrze się broniła i mogła liczyć na świetnie dysponowanego Johna Murraya. „Jasiek Murarz” zatrzymał dwa kąśliwe uderzenia Alana Łyszczarczyka.
De facto o losach spotkania przesądziło trafienie Stephena Andersona z 45. minuty. To był sprawnie wyprowadzony kontratak, można by rzec – klasyka gatunku.
Później hokeiści GKS-u Tychy jeszcze dwukrotnie grali w przewadze, ale nie potrafili zrobić z nich użytku, choć pod bramką strzeżoną przez Murraya mocno się kotłowało. Zmiany rezultatu nie przyniósł też manewr z wycofaniem bramkarza, wykonany przez trenera Tirkkonena na nieco ponad dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry.
Memory, find, Pasiut-Wronka-Murray i wszystko jasne! GieKSa wywalczyła siódmy mecz!
Siódmy mecz będzie potrzebny, by wyłonić tegorocznego Mistrza Polski. Hokeiści GKS-u Katowice zwyciężyli w szóstym meczu finałowej batalii z GKS-em Tychy 3:0 i wyrównali stan rywalizacji na 3:3. O zwycięstwie katowiczan przesądzili ich liderzy, w ofensywie duet Pasiut-Wronka, a w bramce świetnie spisywał się John Murray, który wyzerował rywali. Mecz o tytuł w poniedziałek w Tychach.
Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze. Podopieczni Jacka Płachty, rozpromieni ostatnim zwycięstwem w Tychach i ze świadomością noża na gardle otwarli spotkanie nieco bardziej optymistycznie.
Katowiczanie mieli optyczną przewagę, sęk w tym, że nie zdobyli, mimo kilku świetnych okazji w pierwszych minutach starcia, goście byli jednak czujni, a dodatkowo pomagało im szczęściu, jak w przypadku strzału Kallionkielego, który zakończył swoją podróż na słupku bramki Tomáša Fučíka.
Tyszanie po początkowej drzemce, przebudzili się na dobre mniej więcej w połowie pierwszej odsłony i również mieli swoje okazje bramkowe, jednak i gospodarzom pomogło szczęście w postaci obramowania bramki Murraya po strzale Jony Moonto.
W końcówce pierwszej tercji gra nieco się uspokoiła i bloki defensywne obu ekip skutecznie zabezpieczyły swoje strefy obronne. Na nieco ponad minutą do końca pierwszej odsłony mieliśmy okazję zobaczyć pierwsze wykluczenie.
To gospodarze, jako pierwsi dopuścili się przewinienia, ale zrehabilitowali się i nie dali gościom z Tychów wielu szans na strzelenie bramki, podczas liczebnej zarówno w końcówce pierwszej części, jak i na początku kolejnej tercji.
Druga odsłona nie przyniosła wielu zmian w obrazie gry, z tym że mecz dużo bardziej się wyrównał. Akcje przenosiły się spod jednej do drugiej bramki, ale brakowało konkretów.
Gra była bardzo płynna i nie było zbyt wielu przerw w grze, nie było też wielu okazji strzeleckich, a gdy już tylko pojawiała się jakaś luka w szykach defensywnych, to bardzo skuteczni w bramkach byli Murray i Fučík.
Tym razem jednak to tyszanie mieli więcej z gry na początku odsłony, a miejscowi z Katowic złapali swój rytm w drugiej połowie tej odsłony, kiedy to raz za razem podopieczni trenera Płachty zagrażali Fučíkowi i trzeba przyznać, że tyski golkiper miał wydatny wpływ na utrzymanie bezbramkowego rezultatu przed finałową odsłoną.
Wiadomo było, że przy takim przebiegu spotkania, każda bramka w ostatniej tercji może okazać się być tą na wagę zwycięstwa w tym starciu i na pewno obie ekipy były wyczulone przez trenerów, żeby przede wszystkim nie popełnić błędu.
Ten błąd jednak się pojawił i pojawił się po stronie gości, a konkretnie Allena. Strata w strefie neutralnej, do gumy dopadł Grzegorz Pasiut, który wraz z Patrykiem Wronką ruszył do kontry dwóch na jednego, świetne podanie “Profesora” wykończył popularny “Wronczes” i otworzył wynik spotkania pięknym strzałem w okienko.
Posypała się gra tyskich zawodników od tego momentu, kilka minut później zrobiło się już bardzo źle dla przyjezdnych i znów w rolach głównych duet Wronka-Pasiut. Tym razem to Wronka podawał do doświadczonego reprezentanta Polski, który sprytnym strzałem z półobrotu znalazł lukę między parkanami Fučíka i wprawił po raz drugi w euforię publikę w Satelicie.
Sytuacja okazała się być na tyle trudna, że już nie do uratowania, nie pomogła nawet gra w przewadze, gdzie świetnie spisywał się John Murray, również w końcówce przy tyskiej grze bez bramkarza, golkiper GKS-u Katowice nie dał się zaskoczyć.
Manewr z wycofaniem Fučíka nie przyniósł wyrównania, a przyniósł śmierć tyskich nadziei na korzystny wynik w tym starciu, bo Steven Anderson umieścił gumę w pustej siatce i ustalił wynik spotkania na 3:0.
Dzięki fenomenalnej postawie swoich liderów, katowiczanie wywalczyli decydujący mecz o mistrzostwie w Tychach i to właśnie w poniedziałek rozstrzygną się dopiero losy tegorocznego tytułu.
Szósty tytuł mistrzowski i podwójna korona! Tyszanie spełnili marzenie
Wykonało się! Po siedmiu meczach finału play-off w końcu poznaliśmy mistrza Polski sezonu 2024/2025. Został nim GKS Tychy, który pokonał dziś GKS Katowice 4:2.
[…] Siódmy mecz był prawdziwym thrillerem. Na lodzie momentami aż kipiało od testosteronu, a zawodnicy obu ekip nie szczędzili sobie razów. Jeśli chodzi o hokejowe konkrety, to znacznie więcej zaprezentowali ich gospodarze. O losach spotkania przesądziła druga tercja, w której gospodarze dwukrotnie znaleźli sposób na Johna Murraya. Ale po kolei.
Obie drużyny przystąpiły do spotkania w tych samych składach, co w meczu numer sześć. Trybuny Stadionu Zimowego szczelnie wypełniły się do ostatniego miejsca, ale miejscowa publika wraz ze swoimi ulubieńcami szybko musiała przełknąć gorzką pigułkę. W 4. minucie sposób na Tomáša Fučíka znalazł Jean Dupuy, który z najbliższej odległości przekierował do bramki krążek zagrany przez Grzegorza Pasiuta.
Ale tyszanie, którym w ostatnich dwóch starciach zarzucano słabą skuteczność, w końcu znaleźli sposób na Johna Murraya. Golkipera GieKSy z najbliższej odległości pokonał Filip Komorski, który zmienił tor lotu krążka po uderzeniu Alana Łyszczarczyka. Był to pierwszy gol podopiecznych Pekki Tirkkonena od 116 minut i 29 sekund!
Gospodarze byli aktywniejsi w ataku i oddawali więcej strzałów, ale do końca pierwszej odsłony wynik nie zmienił się.
Milowy krok w kierunku zwycięstwa w tym spotkaniu zwycięzcy sezonu zasadniczego zrobili po zmianie stron. W ciągu zaledwie 99 sekund zdobyli dwie bramki, które zbiły katowiczan z pantałyku.
Najpierw John Murray nie zdołał zamrozić krążka, więc pracujący przed bramką Mark Viitanen wepchnął gumę do siatki z najbliższej odległości. Trener Jacek Płachta poprosił o challenge, sugerując, że rywale przeszkadzali „Jaśkowi Murarzowi” w wykonaniu skutecznej interwencji. Jednak na niewiele się to zdało. Sędziowie po obejrzeniu materiału wideo pewnym ruchem wskazali na środek tafli.
Efektowniejsze było trafienie Mateusza Bryka, który – po podaniu Bartłomieja Jeziorskiego z prawego skrzydła – popisał się przepięknym uderzeniem z nadgarstka.
Katowiczanie musieli zagrać odważniej i zaatakować. Jeszcze przed końcem drugiej tercji stworzyli sobie dwie dobre okazje. Najpierw katowickim obrońcom urwał się Brandon Magee, który nie zdołał zaskoczyć Tomáša Fučika. Chwilę później golkiper tyszan w efektowny sposób obronił uderzenie Marcusa Kallionkieliego.
Goście w trzeciej odsłonie oddali więcej strzałów, ale mieli spory problem ze znalezieniem sposobu na tyskiego golkipera, który bronił bardzo pewnie. Powodzenia nie przyniósł im tez okres gry w przewadze.
Na 234 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry Jacek Płachta zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza i chwilę później jego zespół zdobył kontaktowego gola. Spod linii niebieskiej uderzył Jean Dupuy, a guma odbiła się jeszcze od rękawicy Filipa Komorskiego i znalazła się w siatce.
Szkoleniowiec GieKSy znów zagrał va banque, ale tym razem nie przyniósł on wyrównującego gola. Przeciwnie gumę przejął Alan Łyszczarczyk i dograł do Rasmusa Heljanki. Fiński skrzydłowy położył pieczęć na zwycięstwie i tytule mistrzowskim.
wkatowicach.eu – Hokejowy GKS Katowice wicemistrzem Polski
W poniedziałek, 7 kwietnia, rozstrzygnął się wynik play-offów Polskiej Hokej Ligii. GKS Katowice zmierzył się z GKS-em Tychy na Stadionie Zimowym w Tychach. Niestety GieKSie nie udało się wygrać finałowego siódmego meczu, który zakończył się wynikiem 4:2. GKS Katowice został wicemistrzem Polski.
[…] Od początku na lodowisku były wielkie emocje. Obie drużyny ostro walczyły o krążek. Pierwszą bramkę w 4. minucie strzelił Jean Dupuy po pięknym zagraniu Grzegorza Pasiuta. Chwilę później zakotłowało się pod naszą bramką, ale rywalom nie udało się strzelić gola. Niestety w 10. minucie meczu tyszanie wyrównali. Do bramki GKS-u Katowice celnie strzelił Filip Komorski. Kilka razy kotłowało się przy bramce GieKSy, ale na szczęście bez gola. Ostatecznie 1. tercja zakończyła się wynikiem 1:1.
Druga tercja rozpoczęła się intensywnie. Murray jak zwykle stanął na wysokości zadania. Doszło do potyczki Allena i Dupuy’a – otrzymali karę na 2 minuty. Viitanen strzelił bramkę dla tyszan w 28. minucie. Trener GieKSy zgłosił challenge, ale nie został uznany. Trzecia bramka dla tyszan padła w 31. minucie. Trafił Bryk. W 35. minucie była szansa na bramkę dla nas jednak Fucik obronił nasz strzał. Piękna akcja katowiczan w 38. minucie, ale niestety nie udało się trafić do bramki. 2. tercja zakończyła się wynikiem 3:1 dla GKS-u Tychy.
GKS Katowice miał sporo do nadrobienia w trzeciej tercji meczu. W jej pierwszej połowie było kilka ciekawych akcji, ale nikt nie strzelił bramki. W 52. minucie Tychy otrzymały karę, więc GieKSa przez dwie minuty grała w przewadze. Nie udało się jednak tego wykorzystać. Dupuy trafił bramkę dla GKS Katowice w 57. minucie. Ostatnie minuty meczu były bardzo emocjonalne. W ostatniej minucie padła niestety jeszcze bramka od Heljanko dla tyszan.
Mecz zakończył się wynikiem 4:2. GKS Katowice został wicemistrzem Polski.
Po niesamowitej walce, pełnej emocji, pasji i hokejowego serca, GieKSa zdobywa tytuł Wicemistrza Polski w TAURON Hokej Lidze!
Hokej w naszym mieście to historia, tradycja i duma – a dziś dopisujemy kolejny ważny rozdział. Dziękuję najlepszym kibicom, to dzięki Wam ten zespół gra z takim ogniem! Zawsze z nami, na dobre i na złe. Trzy kolory jedno serce!
przekazał obecny na meczu prezydent Katowic, Marcin Krupa
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Najnowsze komentarze