Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

„Skoro mecz na Bukowej, kibicuję GieKSie” – pod rękę z legendą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Głośny jęk zawodu i złości, który wydał sektor VIP w momencie, gdy Widzew zdobył wyrównującą bramkę na długo zapadnie mi w pamięci. Siedziałem na „czwórce” w najbliższym sąsiedztwie sektora z bordowymi krzesełkami i był to tak sugestywny wyraz frustracji, która wynikała przecież z tego, że szykowaliśmy się do wybuchu euforii. Nic nie zapowiadało, że wydarzyć może się to, co wydarzyło się w doliczonym czasie gry.

Mecz z Widzewem jest trudny do jednoznacznej oceny ze względu na różne fazy, jakie miało to spotkanie. Wedle opinii wielu obserwatorów Widzew był lepszy przed przerwą, ale do szatni schodził z deficytem jednego gola. W drugiej to katowiczanie byli stroną dominującą, a ostatecznie tę część gry przegrali. Wyszło na remis i w postawie, i w wyniku. Dla nas jednak niedosyt polega na tym, że to co pamiętamy, jako (prawie) ostatnie, to GieKSę grającą ofensywnie, szukającą trzeciej bramki, niecofającą się w modlitwie o końcowy gwizdek.

Faktem jest, że Widzew od początku spotkania grał bardzo dobrze, a piłkarze Rafała Góraka wydawali się być pogubieni. Obawiałem się powtórki z Motoru Lublin, gdzie niemrawa GieKSa była niemal przez dziewięćdziesiąt minut. I teraz było sporo nerwowości, a Widzew swoją kulturą gry pokazywał, że już chwilę gra w ekstraklasie, a dodatkowo trener Daniel Myśliwiec zaszczepia zespołowi swoją filozofię i to po prostu widać na boisku.

Jednym z najważniejszych elementów, za który należy pochwalić nasz zespół jest to, że otrząsnęli się z tej przewagi Widzewa, udokumentowanej jeszcze Gongiem, zagrywającym w pole karne tak, że przypadek (rykoszet od Klemenza) i chyba jednak błąd Kudły doprowadziły do utraty bramki. Jeszcze w drugiej fazie pierwszej połowy GieKSa próbowała oddalić grę od własnej bramki i przeprowadziła kilka niezłych akcji.

Cieszy powtarzalność w niektórych elementach, jak na przykład wrzuty z autu, przez wiele lat niedoceniane, a teraz dopracowane przez nasz zespół bardzo dobrze. W Lubinie ze trzy razy GKS dochodził do sytuacji strzeleckiej – jeszcze bez powodzenia – a tym razem w końcu strzelił po takiej akcji bramkę. Potem Wasielewski zabawił się w Zrelaka z Piasta i po nawinięciu obrońcy strzelił drugą bramkę.

W drugiej połowie piłkarze z Bukowej grali już bardzo dobrze i zdominowali Widzew kompletnie. Było kilka sytuacji, chyba z najlepszą Bartosza Nowaka, który posłał piłkę zza zasłony minimalnie tuż obok słupka. Wydawało się, że nic nie jest nam w stanie odebrać zwycięstwa – Widzew nie potrafił przyatakować (choć na początku drugiej połowy mieli sytuację), piłkarze ślizgali się po boisku i ogólnie powoli szykowaliśmy się do świętowania.

Niestety gola straciliśmy podobnie jak z Zagłębiem Lubin, choć tym razem niefrasobliwość była jeszcze większa. Mimo wszystko oczekiwalibyśmy od Mateusza Marca większej koncentracji po wejściu na boisko, bo zawalił przy podaniu Klemenza straszliwie. Repka też obciął się przy próbie interwencji, ale tutaj to już można po prostu mówić o pechu. Potem był już tylko ultraprecyzyjny strzał Łukowskiego i wyrównanie.

Jest ta niefrasobliwość naszym problemem. Sytuacja przypomniała bramki tracone w pierwszej kolejce z Radomiakiem, kiedy nie potrafiliśmy wybić piłki. Wydaje się, że to w ogóle problem współczesnej piłki w kwestii tego technicznego, krótkiego rozgrywania, a nie wybijania piłki na oślep. Wiele zespołów ma problem ze znalezieniem balansu pomiędzy właśnie rozgrywaniem, a wyekspediowaniem futbolówki jak najdalej, gdy jest niebezpieczeństwo. A tym bardziej w końcówce meczu, gdzie najważniejszym jest zminimalizować ryzyko.

Trener Daniel Myśliwiec po meczu wypowiedział się w sposób bardzo pozytywny o naszym zespole. I nie była to mowa-trawa i brednie typu, że Bukowa to gorący teren w czasie, gdy GKS przez rok nie umiał wygrać u siebie meczu. Tutaj szkoleniowiec poparł swoje pochwały konkretami, odnosząc się zarówno do kwestii merytorycznych, jak i mentalnych.

GieKSa gra dobrze i optymistyczne jest chyba to… że nadal są rezerwy. Nie wszyscy zawodnicy prezentują swoje umiejętności optymalnie. Cały czas czekamy na większy błysk Nowaka, choć oczywiście, gdyby tego gola strzelił, odbiór byłby inny. Wielu kibiców chwali Oskara Repkę i zawodnik rzeczywiście zrobił kolosalny postęp, ale zdarzają mu się głupie błędy. Jeśli je wyeliminuje będzie zawodnikiem top na tej pozycji w lidze. Wchodzący na boisko Borja Galan powinien zdecydowanie więcej dać od siebie.

Trener musi cały czas mieć baczenie na obronę, bo niepokojąco w meczach z Motorem i wczoraj wyglądała momentami gra Lukasa Klemenza, który bywa niepewny i gdy piłka jest w jego rejonie, serce zaczyna bić szybciej. Co do Dawida Kudły kibice mają bardzo różne opinie, wielu nadal domaga się posadzenia go na ławce – w piątek pierwsza bramka po części obciąża jego konto, ale też zaliczył dwie kapitalne interwencje i uchronił nasz zespół od kolejnych bramek.

Trener zapowiedział, że Adam Zrelak od poniedziałku powinien być do dyspozycji. Z całym szacunkiem do Sebastiana Bergiera, na ten moment to jednak nie ta klasa, co Słowak. Bergier nie zagrał źle, ale brakuje mu „Zrelakowej” twardości, nieustępliwości i zdecydowania. Sebastian był tak naprawdę coraz dalej od pierwszego składu i czy poprawił swoją sytuację tym meczem? Dyplomatycznie odpowiem – asystę zaliczył.

Po raz kolejny należy pochwalić Marcina Wasielewskiego, który gra po prostu świetnie, jest ostoją w defensywie, a jego wejścia ofensywne również są efektywne. Z wielką przyjemnością patrzy się na charakter i grę tego piłkarza.

Wszystkich nas boli ta utrata punktów, ale nadal możemy być zadowoleni z postawy zespołu. Ciągle aktualne jest to, że w ośmiu meczach nie byliśmy widocznie słabsi od rywala tak naprawdę w ŻADNYM. W każdym meczu GKS walczy i ma szanse na punkty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Faktem jest, że jak na naszą postawę, to tych punktów jest za mało. Wiadomo, jak to jest z gdybaniem – ale gdybyśmy wygrali z Widzewem, można byłoby powiedzieć, że i wynik punktowy jest bardzo akceptowalny.

Ale spójrzmy na to z drugiej strony. Dokładnie rok temu przegraliśmy u siebie z Zagłębiem Sosnowiec, które teraz tuła się w drugiej lidze. Za kilka dni zostaliśmy rozgromieni w Gdańsku 1:5 i w Pucharze Polski przez Górnik Zabrze u siebie 0:4. Kolejny mecz ligowy wygraliśmy dopiero 12 listopada. Wtedy nie było mowy o awansie. A nawet, gdy w maju GKS uzyskał promocję – nikt na pewno nie spodziewał się, że GieKSa będzie tak dobrze grała.

Czas jednak leci i wrażenia stylistyczne wkrótce już nie wystarczą. Tu trzeba punktować. Optymizm w grze jest, to daje bardzo dużą nadzieję na przyszłość. Obawiam się tylko jednego, że w którymś momencie, gdy ten animusz nadal nie będzie przynosił punktów, że poziom samej gry spadnie. Liczę bardzo na to, że to się nie stanie, bo droga obrana przez trenera i zespół jest najlepszą z możliwych.

Dla mnie ten mecz miał szczególną otoczkę. Obserwowałem trochę, co się dzieje dookoła mnie na stadionie. Siedziałem w bliskim sąsiedztwie Jerzego Wijasa i widziałem jego emocjonalne reakcje – na gola Wasielewskiego, gdy z żoną trzymając się za ręce podnosił je ku górze, widziałem jak przeklął siarczyście bo wyrównaniu Widzewa.

Zdarzyła się też jedna rzecz, która zapadnie mi w pamięci mocno. Gościem na tym meczu i człowiekiem łączącym oba kluby był trener Władysław Żmuda. Trener legenda – jako szkoleniowiec GieKSy dwukrotny wicemistrze Polski, ale bezsprzecznie największe sukcesy odnosił w Widzewie Łódź, z którym zdobył Mistrzostwo Polski i awansował do półfinału Pucharu Mistrzów, eliminując Liverpool, a w półfinale ulegając dopiero Juventusowi z Platinim i Bońkiem w składzie (Bońka zresztą prowadził w Widzewie). Był trenerem takich zawodników, jak choćby Młynarczyk czy Smolarek.

Już przed meczem widziałem, jak trener jest prowadzony przez inną legendę naszego klubu – trenera Henryka Górnika – po schodach na samą górę sektora VIP, tam gdzie są miejsca prasowe. Potem widziałem, że siedział w towarzystwie Marka Koniarka, który znowuż wystąpił w studiu przedmeczowym Canal Plus. Potem już po meczu zobaczyłem, że z trenerem Żmudą przed meczem rozmawiała Widzew TV. Jeden cytat z tego bardzo ciekawego wywiadu przeprowadzonego przez naszych medialnych „kolegów” z Łodzi warto przytoczyć:

– Prezes Dziurowicz miał inną ścieżkę niż ja. Ja dbałem o to, by grali najlepsi. A on sprzedał Futroka i sprzedał Rudego. Jak ja bym miał tych dwóch zawodników, to GKS zostałby Mistrzem Polski – powiedział trener na łamach widzewskiej telewizji.

Zakończyła się pierwsza połowa. Siedziałem na swoim miejscu i w głowie analizowałem przebieg gry, oczywiście radując się z bardzo dobrej końcówki GKS. Nagle poczułem dotyk na ramieniu. Odwróciłem się.

To był trener Władysław Żmuda.

Powiedział, że na górze zostawił torebkę prezentową, w której ma krawat. Myślałem, że chodzi o to, by rzucić okiem i przypilnować, ale on powiedział, że po prostu już nie da rady po tych schodach wrócić. Bez namysłu więc na nielegalu przeskoczyłem barierki i poszedłem po tę własność trenera. Powiedział, że idzie do salki VIP, bo go tam zapraszano. Widząc jednak, że ma trudność w chodzeniu po schodach stwierdziłem, że po prostu zaprowadzę go na dół. I tak maszerowałem z jednej strony pod rękę z legendą, w drugiej ręce niosąc torbę prezentową z herbem Widzewa.

Zamieniliśmy kilka słów, trener mówił, że szuka Jacka Góralczyka, ja zapytałem go natomiast, któremu klubowi w bieżącym meczu jego serce jest bliższe. Powiedział, że skoro GieKSa jest gospodarzem, to kibicuje gospodarzom 🙂

Szybko jeszcze zorientowałem się, gdzie obecnie jest strefa VIP, wróciłem po trenera i odprowadziłem go pod same drzwi. Może to śmiesznie i głupio zabrzmi, ale dla mnie był to zaszczyt, że mogłem takiej osobistości pomóc. Tym bardziej, że wyczułem od niego tak dobrą energię i mnóstwo uśmiechu. Mimo, że…

Gorzka część tej historii jest taka, że można się zastanowić, jak to się stało, że wszyscy o trenerze zapomnieli i został sam jak palec na górze sektora. Prawdopodobnie coś zaszwankowało komunikacyjnie albo po prostu ktoś nie pomyślał o tym, że na koniec pierwszej połowy trzeba pójść na górę i pomóc trenerowi zejść. Tak czy tak wyszło nie za dobrze, widziałem, że trenerowi jest przykro z tego powodu.

Daleki jestem tutaj od jakiejś wielkiej krytyki, po prostu ktoś popełnił błąd. Warto jednak mieć na przyszłość na uwadze to, żeby była jakaś dedykowana osoba, która tego typu sytuacje może przypilnować. Legendy trzeba szanować.

Po pożegnaniu się z trenerem stwierdziłem, że pokręcę się jeszcze chwilę po starych śmieciach, udałem się na salkę konferencyjną, na której nie byłem już od ponad trzech lat. Zrobiłem sobie herbatę i grzecznie wyszedłem z budynku klubowego udając się z powrotem na swój sektor czwarty.

 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga