Felietony
Rysa na projekcie
Jak pisać felieton pomeczowy, gdy na palce cisną się mocno emocjonalne treści? Jak napisać to dosadnie, a jednocześnie tak naprawdę ze świadomością tego, że taki tekst to jest takie rzucanie czegoś w eter, bez tak naprawdę większego znaczenia i z zerowym wpływem na cokolwiek. Tak, taka właśnie jest moja rola – coś tam mogę sobie opisać, dać opinię, popitolić, a sprawy i tak będą sobie biegły niezależnym rytmem. I te same błędy były, są i będą popełniane. Niezależnie od tego, kto jest piłkarzem, kto jest trenerem. Taki los kibica – jesteśmy po prostu zdani na to, czego doświadczamy, kibicując swojemu klubowi.
Poza tym, jak czasem czytam opinie niektórych kibiców, to też generalnie odechciewa się czegokolwiek. Tu jeden z drugim napiszę, że za bardzo głaszczę piłkarzy i trenera i ich bronię, zaraz inny delikwent powiem, że za bardzo się spinam i za bardzo im cisnę. Niby wiem, że tak funkcjonuje świat i zasadniczo, skoro tak skrajnie ktoś mnie ocenia, to raczej jest to dowód, że robię dobrą robotę, stosunkowo sprawiedliwą. A jednak i tak te skrajności mnie po prostu irytują.
Więc zacznę od tej „obronnej” strony. Sam wczoraj pomstowałem na drużynę, która zagrała w Łęcznej wprost żenująco. Ale jak po każdym słabszym meczu czy porażce słyszę „wypierdolić tego i tamtego”, „zmiana trenera, z nim już nic nie osiągniemy”, to naprawdę sobie myślę, że niektórzy nie zasługują na tę ekstraklasę. Dziewiętnaście pieprzonych lat byliśmy poza, to właśnie ten sztab nas wygrzebał z gówna – to właśnie panowie Górak, Okoń, Mrózek, Salachna i spółka doprowadzili do tego, że zdobyliśmy w dwa sezony sto punktów, że mówi się o nas w Canal Plus, a nie marginalnie w TVP Sport czy jakimś nowym tworze PZPN Plus. Dopiero co wprowadzili nas do Europy. A w tym konkretnym sezonie zanotowali najlepszy start w ekstraklasie z tych trzech rozgrywek od awansu.
Więc dajmy sobie spokój z „wypierdalaniem” wszystkich. Bo to jest powiedzieć najłatwiej. To samo się oczywiście tyczy piłkarzy. To nie jest czas tych wszystkich Foszmańczyków czy innych wieloletnich ananasów, którzy po prostu spektakularnie zawalali nam awanse, ostentacyjnie przechodzili obok meczów, a na koniec spuścili do drugiej ligi. Teraz mamy poważną drużynę, generalnie poważną, której czasami (a ostatnio dość często) zdarza się być niepoważną. Ale to za szybko i za wcześnie, by robić drastyczne ruchy. Więc ochłońcie z tym wywalaniem wszystkich po porażkach, a jak się nie podoba, to możecie się nawet przeciepnąć gdzie indziej. Na przykład na PSG, bo PSG to ostatnio zawsze wygrywa.
Zdaję sobie sprawę, że ktoś właśnie pomyślał, że „o Shellu jak zwykle ich broni i nie widzi problemu”. Cóż, jeśli ktoś jest ograniczony intelektualnie, to tak pomyśli. A jeśli ma trochę oleju w głowie, to będzie wiedział, że rozpatruję naszą kwestię od kilku stron i staram się pomieścić to, że nawet przeciwstawne uczucia mogą wspólnie zaistnieć i nie jest to żaden konflikt, tylko szersze spojrzenie.
Drużyna nawarzyła piwa, które musi teraz wypić. Chyba nikt się nie spodziewał, że wygraniu trzech meczów z rzędu – w tym dwóch po przerwie reprezentacyjnej – zaliczymy taki zjazd. Była wysoka i pewna wygrana w Częstochowie, potem po nieco słabszym – ale bardzo efektywnym meczu – zwycięstwo z Wieczystą. Podskoczyliśmy w tabeli bardzo wysoko. Wszystko wyglądało bardzo dobrze.
Potem był ten mecz z Pogonią, bo którym dałem tytuł „Taką GieKSę chcę oglądać zawsze”. Mam nadzieję, że nie rzuciłem jakiegoś zaklęcia, bo dwa kolejne spotkania to już była porażka absolutna. I o ile mecz z Koroną to był taki nasz typowy wyjazdowy, miałki, to to co się wydarzyło wczoraj w Łęcznej to już był szczyt tego, co jest nieakceptowalne. W zasadzie do teraz nie mogę uwierzyć, że GieKSa aż tak się skompromitowała. I nie chodzi mi tu już nawet o wynik, bo on w oczywisty sposób jest tragiczny, ale o samą grę.
Pojechaliśmy na stadion drugoligowca, na mecz, na którym większość kibiców to były jakieś dzieciaki ze szkół. Młyn Łęcznej był dość symboliczny. Jedynie klatka wyglądała jak na normalnym meczu ligowym.
I my w tym starciu z drużyną grającą dwie ligi niżej okazaliśmy się tak dramatycznie słabi, bezradni, bez pomysłu, nerwowi. Nie wyglądaliśmy nawet jak pierwszoligowiec. Wyglądaliśmy jak jakaś drużyna z dolnych rejonów drugiej ligi. W naszej grze nie zgadzało się absolutnie nic, ani w obronie, ani w ataku.
Górnik postawił na 17-latka w bramce. Ten szczaw jeszcze od ziemi nie odrósł, a „mocarna” GieKSa oddała tylko dwa celne strzały na bramkę. Przecież to samo się prosi o szyderczy komentarz. Ta nasza do porzygu gra pozycyjna, bo przecież atakiem tego nazwać nie można, jest taka, że nic z niej nie wynika. To wycofywanie piłki, które niczemu nie służy, jak tylko przygotowaniu pod kolejne jałowe kopanie wszerz boiska. A nawet jak próbujemy zagrać prostopadle to kopiemy w trzy pary nóg rywali. A jak mamy piłkę na skrzydle, to komplet naszych wahadłowych okazuje się tak słabych w grze 1 na 1, że piłka nawet nie dochodzi do centralnej części pola karnego. Naprawdę niesamowite, że drużyna z ekstraklasy nie potrafi nawet w 5 procentach przełamać obrony rywala. Tak, to jest obrona niska, bo oni taką obrali taktykę, nie poszli na wymianę ciosów. No ale jaką taktykę mieli obrać? Od początku było wiadomo, że tak będą grać i my nie potrafiliśmy na ten sposób zareagować od początku i potem modyfikować.
To naprawdę niesamowite, że grając w taki sposób, to jednak Górnik Łęczna dyktował warunki gry w tym spotkaniu. My byliśmy tak mało dynamiczni, tak beznamiętni, ciężcy niczym wóz z węglem, że to było tylko „w to graj” gospodarzom.
No dobra, ale jest jeszcze gra defensywna. I tu mieliśmy kolejny dramat. Sposób ustawiania się naszych zawodników był taki, że rywal jednym czy dwoma prostymi podaniami kilkukrotnie wyprowadził się do sytuacji sam na sam lub mając lotniskowy pas startowy na skrzydle. Więc nie dość, że tak jałowo graliśmy na połowie przeciwnika, to jeszcze kompletnie nie zabezpieczaliśmy tyłów. I to Górnik był bliżej zdobycia drugiej bramki, ale też pewnie trzeciej i czwartej niż GKS pierwszej.
Oczywiście wisienką na torcie pozostaje stracona bramka. I jakkolwiek w piłce takie sytuacje się zdarzają, to nie można przejść na porządku dziennym do tego absolutnego niechlujstwa Macieja Kikolskiego przy tym zagraniu. Jak można zagrać tak ryzykowną piłkę? Przecież to jest kryminał.
Już nie mówię, że powinien wziąć też uwagę, że podaje do Bartosza Wolskiego, który z natury jest flegmatykiem, przetwarza informacje nieco wolniej i potrzebuje więcej czasu na ogarnięcie sytuacji. Rywal go jeszcze obkręcił i strzelił gola. Absolutna bramka kuriozum i nie dość, że nie potrafiliśmy strzelić gola, to jeszcze sami sobie jednego zapakowaliśmy.
Wspomniany Bartek Wolski to jest cień zawodnika z Motoru. Wolny, niedokładny, kompletnie nie radzący sobie z presją rywala. Od przyjścia do GieKSy nie dał temu zespołowi kompletnie nic. Ja wiem, że za chwilę można wyciągnąć statystyki i pokazać, że w dziesiątej tercji i czwartej półprzestrzeni ma 101% celnych podań. Ale to są tylko liczby. Efektu z tego nie ma żadnego, a jest tylko złość i frustracja.
Ale tak naprawdę przyczepić się można do większej liczby piłkarzy. Na czele ze wspomnianymi wahadłowymi. Przecież to, jak oni grają w tym sezonie to jest jakiś koszmar. Mówię o aspekcie ofensywnym, bo umówmy się – niby są „bardziej” obrońcami – ale to jest mocno umowne. Przy sposobie gry, jaki ma GKS, duża część oceny dotyczy aspektu ofensywnego.
Jest z tym bardzo słabo. Naprawdę wymagałbym umiejętności tego wejścia w pole karne, nawinięcia przeciwnika, może podejścia gdzieś w narożnik i próby strzału. Albo podciągnięcia do linii i precyzyjnej centry. Nic z tych rzeczy nie ma. Borja Galan – i tak najlepszy z tej czwórki – ale i tak mało efektywny. Mateusz Wdowiak – jałowy, łamane na słaby. I tak go oszczędziłem za zmianę w Kielcach. Erik Jirka póki co w GieKSie to nieporozumienie. Przychodził z Piasta jako naprawdę bardzo dobry zawodnik. U nas zmarniał. Owszem – w poprzednim sezonie strzelił gole Jagiellonii i Rakowowi. Ale tak w ogóle to trudno mi sobie przypomnieć jakiś inny efekt z jego gry. Marcina Wasielewskiego zostawię, bo w Łęcznej nie grał. Ale to nie jest ten Wasyl, którego znaliśmy z dwóch poprzednich sezonów.
Arek Jędrych zagrał wczoraj, wracając do składu. Nie był to najlepszy występ kapitana. Znów miał sporo problemów i niepewności.
Ale i nasz środek wyglądał bardzo źle. O Wolskim już napisałem, ale pewne rzeczy też sobie powinien wziąć do serca Bartek Nowak. Ja rozumiem tę jego zabawę piłką nożną, ale czasem – jak nie idzie – a widzę, że on znów próbuje tych swoich sztuczek, albo liczy, że piłka przejdzie przez rywala, to ostatecznie jest to łatwe do odczytania. Czasem trzeba wsadzić nogę, dołożyć stopę, przepchnąć kolanem, powalczyć. Nie można wiecznie liczyć, że Bartek będzie te piłki przyciągał jak magnes, a wszystko co dotknie zamieni się w złoto. Zawodnik to nadzwyczajny, ale musi czasem chyba jednak trochę zejść na ziemię.
Myślałem, że mecz z Rakowem pokazał, że Marcel Wędrychowski może wskoczyć na wyższy poziom. Ale sam nie wiem i mam poważne wątpliwości. Z takim przeciwnikiem jak Łęczna nie był w stanie zrobić nic. Ta jego niby szybkość, to nie jest szybkość użytkowa. To jest chaotyczne granie, bez pomyślunku, że a nuż się uda. No nie – nie uda się. Jak przeciwnik jest dobrze zorganizowany, to będzie takie próby neutralizował z palcem w nosie. Nie ma elementu zaskoczenia, jakiejś zmiany kierunku, czegoś niekonwencjonalnego. Jest po prostu toporna próba rozpędzenia się, która kończy się dobiciem do ściany.
Sebastian Milewski dostał szansę i raczej mamy odpowiedź, dlaczego w ostatnim czasie praktycznie w ogóle nie gra.
Nie chcę tu się dalej rozpisywać, ale był Marius Olsen, którego chyba zarówno on sam, jak i trenerzy nie wiedzą, po co ściągnęli do klubu. Wczoraj w końcu zagrał, ale i tak został zmieniony przez Alana, który też nie notuje najlepszego okresu. W drugiej połowie wszedł Mateusz Kowalczyk, który również bił głową w mur, ale miał jedno efektowne zagranie, gdy w niezrozumiały sposób wybił głową piłkę z pola karnego przeciwnika i wyprowadził kontrę, po której prawie straciliśmy drugiego gola. Szymon Bartlewicz robi trochę szumu (ale niedużo) i też nie ma z tego żadnego pożytku. Kokos wszedł za bezradnego Ilję Szkurina i również nic nie był w stanie zdziałać.
Ogólnie obraz nędzy i rozpaczy. Nie wyglądaliśmy jak drużyna. Bardziej jak zlepek indywidualnych piłkarzy, którzy nie do końca wiedzą, po co są na tym boisku.
Problemem jest też to, że widząc, że taka gra nie daje kompletnie żadnego efektu, nasz sztab nie zmodyfikował specjalnie sposobu gry. Ja wiem, że w cenie jest konsekwencja i cierpliwość. I jak drużyna strzela gola, to potem się mówi, że to popłaciło. Ale jest różnica między konsekwencją, a uporem. Robiąc coś tak samo, nie można oczekiwać innych rezultatów. Czy jakoś tak. U nas jest tak, że jak gra siądzie, to jest okej i jest to miłe dla oka. Ale jak przeciwnik nas rozczyta i się skomasuje, to nie jesteśmy w stanie zrobić kompletnie nic. I o to mam pretensje do trenera, że tak naprawdę ten sposób się praktycznie nie zmienił, jeśli chodzi o całą drugą połowę.
Nie ma poprawy na wyjazdach. Znów Raków zaciemnił nam oczy. Jak po meczu z Górnikiem mieliśmy nadzieję, a potem przyszedł zimny prysznic w Gliwicach i Lubinie, tak myślałem, że tego już nie powtórzymy. Niestety Kielce, a zwłaszcza Łęczna pokazała, że nie ma takiego dna, którego GieKSa nie jest w stanie przebić. Nasz bilans wyjazdowy w tym sezonie to dwa zwycięstwa i osiem porażek. 2-0-8. Przecież to jest jakiś koszmar. Człowiek jeździ za tą drużyną po całej Polsce i widzi jak stadiony gospodarzy są w euforii, a my dostajemy w papę raz za razem. Do tego mamy jeszcze tę porażkę z Pogonią, czyli w sumie dziewięć przegranych meczów w sezonie. Trochę dużo. Problem w tym, że zdecydowana większość po beznadziejnych meczach.
„A GieKSa to się, kurwa, skompromitowała” – cytując klasyka. Wstyd było taką grę pokazać wczoraj przed całą Polską. Na szczęście większość ludzi siedziała w robocie, więc poznała tylko suchy wynik. I dobrze, bo śmiali się tylko trochę. Jakby widzieli ten mecz, to śmialiby się do rozpuku.
Nam do śmiechu nie jest. Po poprzednim sezonie pucharowe apetyty mieliśmy duże. Wiadomo, że o awans do półfinału jest trudno. Ale ludzie – w poprzedniej rundzie odpadło aż siedem zespołów z ekstraklasy, w tej pożegna się jeszcze kilka, choćby dlatego, że grają ze sobą (już odpadł Piast i Motor). Więc naprawdę byłaby olbrzymia szansa, żeby w kolejnych rundach trafiać na zespoły z niższych lig. Niestety my sobie tej szansy nie daliśmy i to też jest dramatyczne.
Trzy mecze przegrane do zera. Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu – nawet mimo porażki z Pogonią. Ale patrząc nawet na cztery ostatnie mecze, to stworzyliśmy sobie bardzo, bardzo mizerną liczbę szans na zdobycie bramki. Z Wieczystą przynajmniej udało się je wykorzystać. A potem mieliśmy trzy razy po zero.
Nie wiem, o co chodzi, może za szybko niektórzy obrośli w piórka. Nie było widać tej zadziorności, woli walki, ale też myślenia, że trzeba wygraną wyszarpać. Była bezradność i słabizna.
Po raz pierwszy – być może od awansu – piłkarze po meczu usłyszeli „do roboty!”. To łagodne, ale i adekwatne. Zawaliliśmy sobie Puchar Polski, ale to przecież nie pierwszyzna. Doceniając GieKSę i radość, którą nam dała, zdarzało mi się czasem coś przemilczeć czy właśnie podejść łagodniej (i jedynie tu mogę się zgodzić z tą „obroną”). Na przykład to, że dwumecz z Hapoelem zawaliliśmy strasznie, grając taką padlinę w Miszkolcu. A i puchary tak naprawdę prawie w sposób katastrofalny przegraliśmy, bo przecież pierwsza połowa w Szczecinie była dramatyczna, a w drugiej mieliśmy masę szczęścia. Drużyna jednak się wtedy mimo wszystko nie poddała i wyszarpała, za co dozgonny szacunek. Także dla Marcela. Ale my naprawdę mamy tendencję do wypuszczania różnych rzeczy z rąk.
Więc drużyno, ogarnijcie się. Bo jak tego nie zrobicie, to zaraz i w tabeli może się zrobić nieciekawie. Ja już nie chcę sobie wyobrażać porażki z Widzewem, co to drużyna przepłaconych gwiazdeczek wygrała tylko jeden mecz w sezonie. Proszę – nie przegrajcie tego.
A potem przecież jeszcze Jaga, Lech, Legia, Wisła. Terminarz naprawdę piekielnie trudny. Tu trzeba punktować. I nie ma miejsca na słabą grę.
Projekt GKS Katowice ma rysę. Ale nadal trwa. Więc grajcie to swoje, bo przecież potraficie. Wygrana z Widzewem na pewno jest w stanie osłodzić nam tę klęskę w Pucharze Polski.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Piłka nożna Wideo Wywiady
Rafał Strączek – laureat Bukowych Sztoli 2025/26
Przed meczem z Pogonią porozmawialiśmy z Rafałem Strączkiem – pierwszym z dwóch laureatów Bukowych Sztoli za sezon 2025/26. Wyróżnienie jest przyznawane na podstawie ocen pomeczowych wystawianych przez Was – kibiców GKS Katowice. Zwycięzca nagrody opowiedział o pracy bramkarza u trenera Rafała Góraka, pobycie we Francji oraz o swojej rekonwalescencji.

Najnowsze komentarze