Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Zagłębiem
Z lekkim opóźnieniem, ale tradycyjnym „Post scriptum” zamykamy temat meczu z Zagłębiem. Obecnie mamy przerwę reprezentacyjną (życzymy Mateuszowi Kowalczykowi występu z Chorwacją!), a za tydzień w piątek wrócimy na ligowy szlak, rozgrywając mecz z Widzewem Łódź. Wróćmy myślą, mową i uczynkiem do ostatniej soboty i wyjazdu do Lubina.
1. Dla mnie osobiście to był powrót na redakcyjny wyjazd po trzech latach. Ostatni raz miałem przyjemność relacjonować spotkanie GieKSy ze stadionu trzy lata temu, a był to mecz… z Widzewem w Łodzi. Perypetie klubowo-prywatne spowodowały, że zniknąłem z radarów. Z racji potrzeb redakcji, ale też moich chęci i po prostu podjarania się Ekstraklasą, postanowiłem wrócić. Może nie w takim wymiarze, jak wcześniej. Ale tym moim „dzieckiem”, jakim jest GieKSa.pl, trzeba się po prostu w wieku 12,5 lat strony na nowo zająć.
2. W tym czasie redakcja się mocno zrotowała, bo trochę osób odeszło, pojawiły się nowe. W ostatnich dwóch sezonach prym wiedli Patryk i Magda, z którymi to właśnie udałem się na wyjazd. Z Patrykiem byłem na wspomnianym meczu w Łodzi trzy lata temu. Magdę miałem dopiero okazję poznać.
3. Wcześniej w Lubinie byłem dwa razy. W sumie trzy. A w zasadzie to nawet cztery. Dwa razy na meczach ligowych – kiedy to przegrywaliśmy 0:1 – raz po golu Micanskiego, raz Papadopoulosa czy jakoś tak. Ale w czasach trzeciej ligi było też spotkanie z rezerwami, które wygraliśmy 1:0 po bramce Gielzy – jeszcze na starym, olbrzymim stadionie, kiedy to filmowałem chyba z największej wysokości w życiu. No i jeden sparing, na którym byłem z Klaudią i Kingą i dziewczyny bardzo chciały, żebym zrobił PS z tego meczu i napisał, że przed stadionem robiliśmy samochodem bączki (takie kółka). Wówczas powiedziałem, że to zbyt beznadziejne, żeby to umieszczać w tym artykule, niniejszym – po 10 latach – czynię to teraz 😀
4. Jako że do Lubina wyjechaliśmy bardzo wcześnie, mieliśmy sporo czasu, by jeszcze zahaczyć o coś do jedzenia. Wybór padł na Czerwonego Byka, czyli burgerownię w Lubinie. Jak mi Patryk potem mówił, jakiś miejscowy bardzo zachwalał tę knajpę. A według mnie? Burger niezły, ale jak cholera przypominał te Maestro Burgers z McDonalda plus bułka była właśnie taka dmuchana, „makowa”. Lubię Maka (Mateusza też), ale cholera no – od zwykłej knajpy spodziewałbym się czegoś lepszego. Za to frytki z bekonem, które wzięli moi towarzysze, wyglądały obłędnie.
5. Gdy wychodziliśmy z auta do tejże knajpy, przeżyliśmy w Lubinie szok, bo naprawdę zawiało chłodem. Aż się Magda obawiała, że zmarznie i ją zleje deszcz, bo i chmury były niepewne. Na szczęście jednak mikroklimat stadionu był bardziej przyjazny i nic ze złych rzeczy pogodowych się nie wydarzyło.
6. Podjechaliśmy też pod most, na którym na jednych filarach był napis „Zagłębie”, a drugich „Ultras”. Magda bardzo chciała tę przeplatankę uwiecznić na fotografii. A że nadal mieliśmy dobry czas, mogła swoje redakcyjne marzenie spełnić.
7. Na stadionie byliśmy około godzinę przed meczem. Mieliśmy trochę problemów z dojazdem. „Lej”, który został po starym obiekcie Zagłębia, spowodował, że pod kameralny obiekt trzeba dostać się, przejeżdżając przez jakieś stare, zaniedbane parkingi, z pułapkami w postaci betonowych kloców na przesmykach pomiędzy nimi. Mały labirynt. Ale wkrótce dotarliśmy.
8. Choć jak na tyle lat w Ekstraklasie niektóre rzeczy wyglądają tam jak prowizorka, to trzeba przyznać, że są bardzo dobrze oznaczone, a i personel ogarnia. Tak więc budka z akredytacjami była bardzo widoczna, a ich odbiór poszedł bardzo sprawnie. Mogliśmy kierować się na nasze miejsca – Magda na murawę, my z Patrykiem na trybunę prasową.
9. Dziennikarze z Lubina to niezłe żarłoki i cukrożercy. Gdy szukałem toalety, okazało się, że trzeba przejść przez salę konferencyjną i wyjść na drugi korytarz. Kątem oka rzuciłem na tacki z kanapkami, które… były już puste (same okruszki). A gdy robiłem sobie herbatę, nie było cukru. W międzyczasie przyszedł rzecznik i coś tam dokładał.
– Co dobrego pan przyniósł? – zapytałem.
– A nic, nic.
– Bo właśnie cukru chciałem sobie nasypać…
– A właśnie cukier przyniosłem.
Było pewnie ze 20 saszetek. Mogłem sobie pocukrzyć, ale… cdn.
10. Sektor prasowy nawet wygodny, choć standardowy. Troszkę trzeba się wcisnąć, ale nie jest to taka ciasnota, jaką pamiętam z dawnych czasów z Gliwic, Gdyni czy Bełchatowa, gdzie na prasówkach można było uprawiać gimnastykę artystyczną. Umiarkowanie duży blat, więc spokojnie można było pracować.
11. Na trybunach przechadzał się Artur Andruszczak. Chciałem go nawet złapać do wywiadu, ale gdzieś mi umknął (dopiero potem dowiedziałem się, że „Andrut” dopingował w sektorze gości razem z kibicami GieKSy). W każdym razie elegancki, biała koszula (a w sektorze gości dostał żółtą koszulkę). Zupełnie jak na boisku w barwach GieKSy 😀
12. Podczas meczu za nami usiadła grupka wesolutkich, pod wpływem dopingu, jegomości. Nie potrafiliśmy wywnioskować, kim są ci ludzie, bo emocjonowali się zarówno akcjami GKS, jak i Zagłębia, ale wskazanie było chyba jednak na Lubin, bo sprawnie operowali nazwiskami piłkarzy Zagłębia. Potem jeden coś tam mówił, że jest na każdym meczu Lecha. Więc może fani Kolejorza.
13. Moim zadaniem podczas tego meczu było napisanie relacji, spisanie konferencji oraz przed meczem krótkie video ze stadionu. Nie ukrywam, że wszystko sprawiło mi niebywałą radość. W końcu po kilkuset meczach jako redaktor mogłem poczuć w tej roli Ekstraklasę. Piękne uczucie.
14. Sam mecz był naprawdę bardzo ciekawy. Głównie za sprawą GieKSy, ale Zagłębie z rzadka też się odgryzało. Co chwilę zapisywałem coś w relacji, a czasem wręcz nie mogłem nadążyć, bo już rozwijała się kolejna akcja.
15. W przerwie poszedłem na salkę zrobić sobie drugą herbatę. Po saszetkach z cukrem pozostało już tylko wspomnienie.
16. To był sentymentalny mecz dla Adriana Błąda, który przecież 10 lat temu zagrał w Lubinie z GieKSą, jako zawodnik Zagłębia. W końcówce meczu zmienił go wówczas… Arkadiusz Woźniak, który to spotkanie całe przesiedział na ławce. Wówczas w barwach GKS zagrał Alan Czerwiński, obecny i teraz w Lubinie, ale niegrający z powodu kontuzji.
17. Woźniak miał jednak swój znaczący wpływ w to zwycięstwo. Jako rezerwowy wytarł dokładnie mokrą piłkę po koszulką, dzięki czemu jego partner mógł wrzucić futbolówkę w pole karne a la Rory Delap. W konsekwencji tego wrzutu padła jedyna bramka dla gospodarzy.
18. 10 lat temu straciliśmy jedynego gola w 88. minucie, teraz w 87. Nie jest to jeszcze taka powtarzalność, jak gole Polaków w doliczonym czasie gry na Hampden Park, ale całkiem niedaleko. Trzeba ten trend zmienić w przyszłym sezonie. Albo w tym, w Pucharze Polski. Wyobrażacie sobie? Grudzień, śnieżyca, dziesięć stopni mrozu i mecz we wtorek o 20.00 na stadionie Zagłębia. Miodzio!
19. Kibice GieKSy w liczbie tysiąca bardzo dobrze zaprezentowali się na sektorze gości. Głośny, słyszalny doping naprawdę mógł się podobać. Sympatycy Zagłębia byli natomiast jacyś niemrawi. Ale fajną mieli wariację na temat znanej przyśpiewki i trochę to wprowadziło świeżości. Zamiast typowego „Kurwa mać, Zagłębie grać” było „Kurwa jego mać, Zagłębie grać”. Mała rzecz, a jakże wzbogaciła przekaz.
20. Niestety gol w 87. minucie popsuł nam nastroje. Ten mecz trzeba było co najmniej zremisować, ale tak naprawdę należało go wygrać. Braki w wykończeniu akcji zadecydowały o porażce, a Waldemar Fornalik mógł się uśmiechnąć, czym wzburzył kibiców GKS oglądających ten mecz przed telewizorem.
21. Po meczu udałem się na konferencję prasową, zaraz na salkę doszła Magda, Patryk zaś poszedł pod szatnię Zagłębia łapać Arkadiusza Woźniaka. Miał przy tym trochę problemów, bo jakieś historie, że do dyspozycji dziennikarzy są zawsze trzej piłkarze Zagłębia, już ci trzej wyszli, a Patryk chciał Arka i rzecznik mówił, że limit już wyczerpany. No ale nasz redaktor zaczekał i się w końcu doczekał, a rozmowę możecie przeczytać na naszej stronie.
22. Natomiast naczekaliśmy się rekordowo długo na konferencję prasową. Zanim na sali pojawił się trener Rafał Górak, minęło 40 minut. Nie wiemy, co było przyczyną, ale było to bardzo nietypowe. Sama wypowiedź naszego szkoleniowca, a potem trenera Fornalika plus pytania z sali i odpowiedzi były stosunkowo krótkie.
23. Magda dzielnie walczyła ze zdjęciami i losem, który jej nie oszczędzał, jeśli chodzi o sprawy technicznie. Ale czasu było na tyle dużo, że udało się jej „na dwie raty” galerię stworzyć, a wkrótce Patryk wrzucił ją na stronę.
24. Trzeba przyznać, że salka pamięci, jaką jest przy okazji sala konferencyjna, robi wrażenie. Mnóstwo pamiątek, a moją uwagę przykuły akredytacje z pucharowych meczów lubinian sprzed kilku lat – z wyjazdowych meczów ze Sławiją Sofia, Partizanem Belgrad czy SønderjyskE. Nie mogło też zabraknąć biletu ze słynnego meczu z AC Milan. Poza tym masa pucharów, pucharków i puchareczków. Świetna sprawa.
25. Po konferencji jeszcze chwilę pracowaliśmy na sali i powoli trzeba było udać się w drogę powrotną, z opustoszałego już obiektu. Czekała nas trzygodzinna podróż do Katowic.
26. Na powrocie zatrzymaliśmy się w Maku – ale nie niegdysiejszym słynnym w dawnych czasach „przypałowym” Maku w Lubinie, podczas to którego w trzeciej lidze z lubością zatrzymywała się po meczach nasza drużyna wracając z tych wszystkich Świebodzinów, Słubic, Głogowów, Zielonych Gór czy Gorzowów.
27. My wybraliśmy któryś przy autostradzie. I ku naszemu zdziwieniu – był to iście sportowy McDonald. Na parkingu była żużlowa ekipa wyjazdowa ROW Rybnik, która wracała z meczu w Poznaniu, a w „restauracji” piłkarze Pniówka Pawłowice, którzy wracali z meczu z Lechią Zielona Góra (czyli poszli w ślady niegdysiejszych GieKSiarzy). Jakieś inne osoby coś mówiły o wynikach i tabeli.
28. Ogólnie padł im w Maku system, więc mieliśmy trochę problemów z zamówieniami, zżerało promocję, ale miły pan wykorzystał swoje punkty na moją rzecz, więc nie wyszło źle 😉
29. W Katowicach byliśmy późno, bo koło pierwszej. Mimo wyniku był to bardzo udany wyjazd.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

robercik
9 września 2024 at 21:10
Zapomniałeś opisać mecz sparingowy przed rundą wiosenną w lutym 2012 roku i wejście na słynne „panie, wpuśc nas pan”:)
Shellu
9 września 2024 at 23:48
Hah, właśnie coś mi dzwoniło, ale nie wiedziałem, w którym kościele. Najlepsze jest to, że nas wpuścił 😀