Dołącz do nas

Piłka nożna

Podsumowanie września w wykonaniu Banika

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do podsumowania września i pierwszego tygodnia października w wykonaniu Banika. Piłkarze z Ostravy od września rozegrali sześć spotkań w tym jedno pucharowe i jedno towarzyskie z nami. Był to dla nich bardzo owocny okres, ponieważ zdobyli dziesięć punktów na dwanaście możliwych oraz zapewnili sobie awans do kolejnej fazy Pucharu Czech.  

Pierwsze spotkanie, jakie Banik rozegrał we wrześniu, zostało już opisane i obrobione na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ był to mecz z nami na 25-lecie sztamy. Piłkarze Banika pokonali nas 2:0 po bramkach Denisa Granecnego (15) i Jana Juroska (29), ale nie to w tym spotkaniu było najważniejsze. Kto był, ten wie jaka magia panowała wtedy na Bukowej.

Po przerwie reprezentacyjnej, czyli 11 września Banik pojechał na wyjazdowe spotkanie do Teplic, aby tam zmierzyć się z miejscową drużyną. Pierwsza połowa nie przyniosła żadnej bramki, a Banik nie oddał ani jednego strzału. Po zmianie stron wszystko się odmieniło. Oba zespoły wyszły na drugie 45 minut bardziej zdeterminowane. Mimo tego, że to Banik miał więcej z gry, to piłkarze gospodarzy w 62. minucie objęli prowadzenie. Martin Chlumecky podał prostopadle na piąty metr wprost pod nogi Daniela Trubaca, a ten bez problemu zdobył pierwszą bramkę w tym spotkaniu. Cztery minuty później był już remis. Ladoslav Almasi dograł głową wzdłuż pola karnego do Romana Potocnego, a ten z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania. W 79. minucie po zagraniu z autu Nemanja Kuzmanovic  dośrodkował w pole karne, jednak jego strzał nie doszedł do adresata. Ondrej Mazuch chciał przeciąć podanie i wpakował piłkę do własnej bramki. Na tablicy wyników nic się już nie zmieniło i Banik wrócił do Ostravy z kompletem punktów.

Sześć dni później Banik pojechał na kolejny wyjazd, tym razem do Ołomunca. Było to bardzo zaciekłe spotkanie. Obie drużyny nastawiły się na atak od pierwszej minuty meczu. Banik znów stracił bramkę jako pierwszy i to już w 10. minucie. Juraj Chvatal dośrodkował po ziemi do niepilnowanego Martina Hala, a ten posłał piłkę między obrońcami. Wynik w pierwszej połowie już się nie zmienił, chociaż mogła paść bramka samobójcza, gdy obrońca Sigmy chcąc wybić piłkę, trafił prosto w swojego bramkarza. Po zmianie stron gra się jeszcze bardziej zaogniła. W 50. minucie gospodarze domagali się drugiej żółtej kartki dla Yira Sor za faul w środkowej strefie boiska, jednak sędzia nie dopatrzył się przewinienia, a dwadzieścia minut później Pavel Zifcak zobaczył od razu czerwony kartonik za kopnięcie w głowę zawodnika Banika. W 84. minucie De Azevedo wrzucił piłkę w pole karne prosto do Ladislava Almasi, a ten głową doprowadził do wyrównania. Spotkanie zakończyło się podziałem punktów, ale było to bardzo dobre widowisko. Warto również zaznaczyć, że tego dnia Banik wspierało 2200 kibiców, którzy zaprezentowali oprawę z użyciem sporej ilości pirotechniki.

W środę 22 września Banik pojechał na kolejny wyjazd tym razem w ramach Pucharu Czech. Do pokonania mieli prawie 400 kilometrów, a w podróż za piłkarzami wybrało się 100 najzagorzalszych kibiców. Vltavin, bo to był rywal Banika w trzeciej rundzie MOL CUP, gra obecnie na trzecim poziomie rozgrywkowym w Czechach i trzyma się w czołówce. W pierwszym składzie Banika wystąpiło wielu rezerwowych zawodników, którzy nie zagrali w ostatnim spotkaniu z Sigmą Ołomuniec. Początek spotkania był bardzo rwany, a nierówna murawa nie ułatwiała pracy gościom. Trzecioligowiec postawił Banikowi bardzo wysoko poprzeczkę i kilkukrotnie zagroził bramce Viktora Budynskyego. Jednak to goście w doliczonym czasie pierwszej połowy zdobyli bramkę do szatni. Adam Janos posłał dokładne podanie do Ondreya Chveja, a ten bez problemu pokonał bramkarza. Po zmianie stron wystarczyły zaledwie dwie minuty, aby Jiri Klima podwyższył wynik spotkania. Wydawało się, że tutaj nic złego nie może się wydarzyć, jednak gospodarze zaskoczyli w ostatnich dziesięciu minutach i doprowadzili do wyrównania. Najpierw w 82. minucie David Matejka zdobył bramkę kontaktową, a pięć minut później Petr Pejsa po strzale głową doprowadził do wyrównania i kolejnej dogrywki Banika w krajowym Pucharze. Doliczone trzydzieści minut było już pod kontrolą Banika. W 102. minucie Ondrej Chveja podszedł do jedenastki i wyprowadził Banik na prowadzenie. Po kolejnej zmianie stron Banik siadł na rywala, aby nie przytrafiła się sytuacja z drugiej połowy i cały zespół grał rozsądniej. W 111. minucie Yira Sor posłał mocny strzał pod poprzeczkę, podwyższając prowadzenie. Wynik spotkania ustanowił Daniel Smekal strzelając mocno przy słupku. Banik awansował do 1/8 Pucharu Czech i teraz czeka na kolejnego rywala.

Pod koniec miesiąca Banik na własnym stadionie podejmował Bohemians Praga. Mecz rozpoczął się tak samo jak wcześniejsze ligowe spotkania, czyli od szybkiej straty bramki przez drużynę Banika. W 10. minucie Jan Chromosta dostał dokładne podanie z prawej strony boiska, przełożył sobie szybko piłkę i hukną tuż przy lewym słupku. Gospodarze znów musieli gonić wynik, przez co nadziali się kilkukrotnie na groźne kontry. Efekt w postaci gola przyszedł w 38. minucie, gdy Lukas Budinsky wykorzystał zamieszanie w polu karnym i doprowadził do wyrównania. W trzeciej minucie drugiej połowy Nemanja Kuzmanovic stał w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Gdy bramkarz gości wypiąstkował piłkę wprost pod nogi Kuzmanovica, ten bez problemu pokonał bramkarza. W 51. minucie przez błąd Jana Lustuvki znów mogło dojść do wyrównania, ponieważ wypuścił piłkę wprost pod nogi napastnika, ale ten uderzył tylko w słupek. Piętnaście minut później Jakub Pokorny, zdobył bramkę głową, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Po kilku minutach na tablicy wyników było już 4:1, a wynik w tym spotkaniu ustanowił Ladislav Almasi po uderzeniu szczupakiem. W 78. minucie Nemanja Kuzmanovic dostał drugą żółtą kartkę za brutalny faul i musiał opuścić boisko przed czasem. Banik w dziesiątkę dowiózł zwycięstwo do samego końca.

W pierwszy weekend października Banik pojechał na wyjazdowe spotkanie ze Slovanem Liberec. Tym razem udało im się nie stracić bramki w początkowej fazie meczu, do czego nas ostatnio przyzwyczaili. Gospodarze od 38. minuty musieli radzić sobie w dziesiątkę, ponieważ Christ Tiehi zobaczył czerwoną i musiał opuścić boisko. Pięć minut później Jiri Fleisman uderzył mocno z dwudziestego metra i zapewnił Banikowi prowadzenie jeszcze przed przerwą. Po zmianie stron Banik dalej był drużyną przeważającą, co przyniosło efekt w 64. minucie. Ladislav Almasi głową uderzył tuż pod poprzeczką i podwyższył wynik spotkania. Do końca meczu wynik już nie uległ zmianie, chociaż Banik kilkukrotnie mógł dołożyć kolejne trafienie. Ostatnie pięć minut oba zespoły grały w dziesiątkę, gdy po uderzeniu łokciem Almasi dostał drugą żółtą kartkę.

Kolejne spotkanie Banik rozegra na własnym stadionie po przerwie na mecze reprezentacyjne, dokładnie 16 października o godzinie 16:00. Proszę, abyście się podzielili w komentarzach, czy wolicie miesięczne podsumowania? Czy jednak cotygodniowe? W końcu robimy to wyłącznie dla Was.         

FK Teplice VS FC Baník Ostrava 1:2 (0:0)

Bramki: 62. Trubač – 66. Almási, 79. Mazuch.

Widzów: 2568 (269 Banika).

SK Sigma Olomouc VS FC Baník Ostrava 1:1 (1:0)

Bramki: 10. Hála – 84. Almási. 

Czerwone kartki: 75. Zifčák.

Widzów: 8613 (2200 Banika).

Loko Vltavín VS FC Baník Ostrava 2:5 (0:1, 2:2)

Bramki:  81. Matějka, 86. Pejša – 45.+1 Chvěja, 47. Klíma, 102. Chvěja, 111. Sor, 119. Smékal. 

Widzów: 740 (100 Banika)

FC Baník Ostrava VS Bohemians Praha 1905 4:1 (1:1)

Bramki: 38. Budínský, 48. Kuzmanović, 66. Pokorný, 74. Almási – 10. Chramosta.

Czerwone kartki: 78. Kuzmanović.

Widzów: 6969.

FC Slovan Liberec VS FC Baník Ostrav 0:2 (0:1)

Bramki: 44. Fleišman, 63. Almási.

Czerwone kartki: 38. Tiéhi – 86. Almási.

Widzów: 3200 (286 Banika).

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Alex

    6 października 2021 at 11:44

    Zdecydowanie lepsze podsumowanie cotygodniowe

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga