Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: z GieKSą nigdy nie grało się łatwo
Tego rywala z pewnością nikomu przedstawiać nie trzeba. Cokolwiek wydarzy się w Warszawie, od razu ląduje na głównych stronach najważniejszych serwisów w Polsce. Mimo to spróbowaliśmy zajrzeć na Łazienkowską „od kuchni”, a o subiektywne spojrzenie na sytuację w Legii i nastroje przed niedzielnym meczem zapytaliśmy Marcina Szymczyka, redaktora naczelnego portalu Legia.net.
19 lat temu Legia Warszawa biła się o podium Ekstraklasy, a GKS tonął na dnie ligowej tabeli. Warszawscy kibice przepowiadali wtedy, że „spadnie GKS na sezonów sześć”. Tymczasem minęło ponad trzykrotnie więcej czasu zanim znów spotkamy się na murawie.
Zerkałem czasami na tabelę I ligi, z sentymentu dla drużyn, które kiedyś rywalizowały z nami w Ekstraklasie, także na GKS. Katowice to duże miasto, część wielkiej aglomeracji, a klub ma dużą bazę kibiców. Naprawdę szkoda, kiedy takie miasta i kluby nie wykorzystują swojego potencjału. Przez ostatnie 20 lat jako Legia przyjeżdżaliśmy na Śląsk do różnych, dużo mniejszych klubów, na przykład w Katowicach graliśmy z Rozwojem. Natomiast przez te wszystkie lata to nigdy nie była GieKSa. Można się domyślać, że wynikało to ze złego zarządzania, braku pieniędzy i sponsorów. Dzisiaj najważniejsze, że wyszliście wreszcie na prostą.
Na obecnym etapie rozgrywek ligowych jesteśmy sąsiadami w tabeli. O ile w Katowicach taką sytuację przyjmujemy z zadowoleniem, to w Warszawie apetyty są z pewnością większe.
Jesteśmy w takim momencie, że apetyt na ligowe zwycięstwa w Warszawie długo nie będzie zaspokojony. W okresie pomiędzy przerwami reprezentacyjnymi dopadł nas kryzys, Legia nie wygrała 4 meczów z rzędu, zdobywając zaledwie dwa punkty. W klubie takim jak nasz jest to bardzo słaby wynik, więc wkradła się nerwowość. Można powiedzieć, że było o włos od zmiany trenera. Na szczęście do tego nie doszło, bo uważam, że przy odpowiednim wsparciu okazanym trenerowi wszystko pójdzie jeszcze w dobrym kierunku.
Pozycję trenera poprawiają z kolei występy w Europie.
Jeżeli chodzi o Ligę Konferencji, to na razie wykonaliśmy dwa duże kroki, ale trzeba wygrać jeszcze co najmniej jeden, a najlepiej dwa mecze, by być pewnym awansu. Idealna byłaby sytuacja, gdyby udało się zająć miejsce w pierwszej ósemce LKE, co pozwoli uniknąć rywalizacji w pierwszej rundzie w przyszłym roku i mieć więcej czasu na odpoczynek. Z kolei w Ekstraklasie nie ma w ogóle marginesu błędu – trzeba po prostu punktować. Dla Legii mecz z GKS-em jest moim zdaniem pułapką, bo warszawscy dziennikarze i kibice oczekują, że Legia dopisze sobie trzy punkty. Natomiast GieKSa jak dotąd pokazuje fajną, ofensywną piłkę. Wygraliście u siebie z Pogonią i Jagiellonią, na wyjeździe roznieśliście Puszczę, z którą Legia jeszcze w całej swojej historii nie wygrała. Był remis z Piastem, z którym my przegraliśmy 1:2.
Humory z pewnością poprawiło Wam zwycięstwo w Serbii. Jak ocenisz potencjał FK TSC Bačka Topola w porównaniu do naszej ligi?
Trudno oceniać na podstawie jednego meczu, ale myślę, że spokojnie utrzymaliby się w Ekstraklasie. Widać było w poszczególnych sytuacjach, że mają umiejętności techniczne, potrafią grać w piłkę, jednak Legia nie pozwoliła im na zbyt wiele, była dobrze ustawiona taktycznie. Z drugiej strony mógł imponować czas utrzymywania się rywala przy piłce. Legia wygrała 3:0, miała wysoki współczynnik oczekiwanych goli, a jednocześnie jedynie 28% posiadania piłki. To naprawdę rzadko spotykane. Jechaliśmy tam z nastawieniem, że ten mecz trzeba wygrać. Podobnie będzie w niedzielę, natomiast moim zdaniem poprzeczka będzie zawieszona wyżej niż z TSC Bačka Topola. Czwartkowy mecz dobrze się ułożył, Legia szybko strzeliła gola i później mogła kontrolować sytuację.
Czy tak duże natężenie meczów zmusi trenera do zmian w wyjściowej jedenastce na mecz z GKS?
Spodziewam się jedynie drobnych korekt. Od początku sezonu trener Feio zapowiadał nie więcej niż jedną zmianę na formację, o ile nie zmuszą go do tego kontuzje. Od momentu, gdy skład się ustabilizował, to chce w ten sposób grać. Jakieś zmiany będą jednak na pewno. Myślę, że Wojtek Urbański może zagrać w większym wymiarze czasowym, może nawet od początku. W Serbii nie grał, bo nie jest zgłoszony do rozgrywek, jest więc wypoczęty, co na pewno działa na jego korzyść. Myślę, że jutro od początku zagra Luquinhas, a także Janek Ziółkowski, bo Pankov ma problemy zdrowotne. Może być jeszcze jakaś zmiana w linii ataku i to wszystko, czego można się spodziewać w niedzielę.
Porównując nasze drużyny, w oczy rzuca się różnica w systemie gry. W Katowicach stawiają na wahadłowych, natomiast Legia gra na czterech obrońców.
Goncalo Feio grał czwórką z tyłu w zasadzie zawsze, choćby w Motorze. Można powiedzieć, że w Legii „odziedziczył” kadrę skrojoną pod system gry wahadłowymi, bo tak naprawdę nie ma u nas bocznych obrońców. Długo ciągnął to w ten sposób, natomiast wspomniany wrześniowy kryzys być może przyspieszył zmiany w systemie gry i od meczu z Górnikiem Zabrze gramy już czwórką z tyłu. Na prawej obronie gra Paweł Wszołek, który tak naprawdę obrońcą nie jest, a na lewej gra Vinagre, który też ma zapędy bardziej ofensywne. Na razie dają sobie radę i moim zdaniem wyglądamy zdecydowanie lepiej w tym systemie. Potwierdzają to i wyniki, i sam sposób gry.
Zwracasz uwagę na brak nominalnych bocznych obrońców. A jak wygląda kadra Legii na pozostałych pozycjach? Jesteście zdolni utrzymać wysoki poziom grając na trzech frontach?
Kadra jest szeroka, jeśli chodzi o ilość, natomiast można dyskutować o jej jakości. Wielu zawodników, których dopiero sprowadzono, na razie zawodzi i nie pokazuje swojej jakości. Claude Gonçalves przychodził tutaj jako następca Bartosza Slisza i dobrze się prezentował w okresie przygotowawczym. Tymczasem właściwie od pierwszego meczu gra fatalnie. Jean-Pierre Nsame został sprowadzony jako król strzelców ligi szwajcarskiej, a obecnie wygląda jak cień zawodnika. Można by wskazać jeszcze kilku podobnych graczy. Natomiast sezon jest długi, więc pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce wejdą na właściwe tory.
Czy to wystarczy, żeby wygrywać wszędzie?
Scenariusz na Puchar Polski jest jeden: awans w meczu z Miedzią jest obowiązkowy i nikt sobie nie wyobraża, by mogło być inaczej. Kibice są najbardziej spragnieni mistrzostwa, natomiast trzeba być świadomym, że będzie o to bardzo ciężko. Lech Poznań ma dzisiaj dziewięć punktów przewagi, odpadł już z Pucharu Polski, nie gra też w Lidze Konferencji. Między poprzednią a następną przerwą na kadrę są 23 dni, Legia rozegra w tym czasie 7 meczów, a Lech 4. To zupełnie inny tryb przygotowań. O mistrzostwo będzie bardzo trudno, ale będziemy walczyć do końca.
Jednym z kluczowych letnich transferów w Warszawie było odejście Josue. Czy Luquinhas jest w stanie go zastąpić?
To zupełnie inne typy piłkarza. Josue to zawodnik o trudnym charakterze, wszystko w zasadzie było podporządkowane pod niego. Za tą cenę dawał jednak ogromną jakość, doskonałe podania. Gdyby koledzy z drużyny byli skuteczniejsi, powinien mieć po 30 asyst w sezonie. Był cały czas w formie, nie miał praktycznie żadnych kontuzji. Z kolei Luquinhas jest mobilny, szybki i na tym bazuje. Są to więc zawodnicy o innych profilach, natomiast ja osobiście wyżej cenię Josue.
Najwięcej zastrzeżeń budzi jak dotąd postawa Waszych napastników. Żałujecie odejścia Blaža Kramera?
W momencie, w którym odchodził Kramer, był on jedynym napastnikiem, który był w formie. Mimo to uważam, że dobrze się stało, że odszedł. Legia wykorzystała najlepszy moment na jego transfer, a jego postawa w Konyasporze potwierdza, że zrobili dobry ruch. Kramer ma tam kiepskie statystyki, więc wyobrażam sobie rozczarowanie wśród tureckich kibiców. Obecnie jedynym napastnikiem, który ma potencjał, by seryjnie zdobywać gole jest Marc Gual. Jest młody, dynamiczny, z całkiem niezłą techniką, tyle że jest niestabilny: raz zagra dobrze, potem przez dwa mecze go nie ma, albo zagra katastrofalnie. Jako jedyny daje jednak nadzieję, że może grać na wysokim poziomie. Z kolei Tomáš Pekhart ma już swoje lata, poza tym nie dostaje już takich podań jak wcześniej. Kapitalnie gra głową, ale musi dostać dobre podanie w polu karnym. Poza nim jest jeszcze młody Majchrzak, ale to raczej melodia przyszłości.
W ostatnim czasie zrobiło się głośno o Maxim Oyedele. Jak oceniasz ten transfer?
Legia przez rok szukała piłkarza na pozycję numer 6 i nie mogła znaleźć. Mieliśmy Qëndrima Zybę, który rozczarowywał i już go nie ma. Rafał Augustyniak ma swoje ograniczenia, nie jest zawodnikiem wystarczająco szybkim na tę pozycję. Jurgen Çelhaka ma z kolei dużo kontuzji, poza tym moim zdaniem nie nadaje się do nowoczesnego stylu gry na tej pozycji. Gdy zaczął tam grać Oyedele, wszyscy poczuliśmy ulgę, że w końcu mamy zawodnika, który gra do przodu, łącząc obronę z ofensywą. Jak dotąd wszyscy są z niego bardzo zadowoleni. Liczę jednak na więcej spokoju wokół niego, bo po debiucie w reprezentacji było wokół niego za dużo zamieszania.
Mówiliśmy o zagranicznych transferach Legii, które nie zawsze okazują się strzałem w dziesiątkę. Czy tak trudno znaleźć dobrego polskiego piłkarza, że łatwiej szukać wzmocnień za granicą?
Nie zgadzam się z opinią, że dobrych piłkarzy trzeba szukać za granicą. Przykład Kacpra Chodyny pokazuje, że warto sięgać po zawodników wyróżniających się w Ekstraklasie. Mówi się, że młodzi Polacy są drodzy, dlatego sprowadzamy za 1,4 miliona euro Alfarelę. Tymczasem okazało się, że za milion można było sprowadzić Ameyawa. Moim zdaniem transfery Ameyawa i Mosóra to świetne ruchy Rakowa i takich zawodników bym szukał.
Można znaleźć takich zawodników w GieKSie?
Kto wie, być może w obliczu naszych problemów z napastnikami nie byłoby złym rozwiązaniem sprowadzenie Adama Zrel’aka na sezon czy dwa. Osobiście z dużym sentymentem wspominam Kubę Araka. Pamiętam go dobrze z rezerw Legii i Młodej Ekstraklasy. Jest to najlepiej grający głową zawodnik, jakiego widziałem, lepiej nawet od Tomáša Pekharta. Gdyby w piłkę grało się tylko głową, to Arak grałby w Premier League. Dziwię się z kolei, że Legia nie próbowała wcześniej sięgnąć po Bartka Nowaka, bo jest to zawodnik grający fajną, ofensywną piłkę, ma smykałkę do strzelania goli. Moim zdaniem Legii brakuje takiego zawodnika i Nowak mógłby się tutaj przydać.
Jak silną pozycję ma w tej chwili Goncalo Feio?
Osobiście bardzo mu kibicuję. Uważam, że to dobry szkoleniowiec, bardzo dobrze przygotowany merytorycznie, a przy tym bardzo młody. Znam go też bardzo długo, bo pamiętam go z czasów, gdy poprzednio pracował w Akademii Legii. Już wtedy miał duże ambicje, by być pierwszym trenerem. Jest całkowicie sfokusowany na piłce, a wiedzą merytoryczną przewyższa wielu szkoleniowców w Ekstraklasie. Musi nauczyć się przekładać tę wiedzę na boisko i przede wszystkim nauczyć się panować nad emocjami. Pod tym względem jest coraz lepiej, trener wciąż zbiera doświadczenie i cały czas się uczy. Wierzę, że uda się to wszystko poukładać i może to być trener, który poprowadzi Legię do sukcesów. Potrzebuje tylko czasu.
Czy trener może się obawiać o swoją posadę?
Ostatnie tygodnie pokazały, że ta linia, która oddziela trenera od dymisji, jest bardzo cienka. Obecnie trwa weryfikacja i okres do meczu z Lechem włącznie, czyli do listopadowej przerwy na kadrę, to czas, w którym wszyscy w klubie przyglądają się pracy trenera. To będzie czas ocen i podsumowań. Jak dotąd ta ocena wypada pozytywnie, natomiast tąpnięcie w postaci porażki z GKS-em czy Miedzią mogłoby poważnie zachwiać pozycją trenera. Nie sądzę, aby w przypadku porażki z GieKSą doszło do takiej zmiany, natomiast w dalszej perspektywie porażka może zaważyć na ocenie trenera.
Być może więcej obaw o swoją posadę powinien mieć dyrektor sportowy?
Jacek Zieliński jest raczej negatywnie oceniany przez kibiców, jednak na jego pracę patrzy się głównie przez pryzmat wyników. Zobaczymy, jaka będzie nasza sytuacja na koniec roku. Latem w Legii doszło do wielu zmian – dziewięć transferów plus w zasadzie nowy sztab. Sam Feio jest w klubie od kwietnia, więc drużyna jest zbyt świeża, by ją jednoznacznie ocenić. Jeżeli kolejni zawodnicy sprowadzeni latem przez Jacka Zielińskiego odpalą, a kilku z nich pokazało się już z dobrej strony, to prawdopodobnie wszystko zostanie po staremu. Natomiast w razie kolejnych wpadek może być różnie.
Jakie wspomnienia towarzyszą Ci z czasów rywalizacji z GieKSą w Ekstraklasie?
Mam wiele wspomnień z meczów z GKS, ale najbardziej zapadły mi w pamięci dwa wydarzenia. Pierwsze to finał Pucharu Polski w Warszawie w 1995, wygrany 2:0. Mecz skończył się olbrzymią awanturą, gdzie pół stadionu zostało zdemolowane. Kolejne to mecz w Katowicach w 2004 roku. Był to chyba mój pierwszy mecz wyjazdowy, który Legia wygrała 4:2 Pod koniec meczu, po obu stronach boiska, wzdłuż linii autowej ustawili się kibice GieKSy, którzy równo z ostatnim gwizdkiem wbiegli na murawę, a piłkarze musieli uciekać do szatni. Wielu osobom się dostało, również piłkarzom. Ja wylądowałem w szatni razem z piłkarzami, wcześniej próbując chronić Wojtka Szalę od kolejnego uderzenia. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Natomiast piłkarsko GKS to nie był wtedy łatwy rywal dla Legii. Pamiętam dobrze, że w Katowicach dochodziło do niespodzianek, same mecze były trudne, często blisko remisu. Nigdy nie grało się nam łatwo z GieKSą. Z dzieciństwa pamiętam, gdy w Katowicach szalał Janek Furtok, ale to już dla wielu zamierzchła historia.
W naszych pojedynkach nigdy nie brakowało walki i twardej fizycznej gry. Podobny scenariusz zakładasz na niedzielny mecz?
Spodziewam się bardziej rozgrywki taktycznej. Jestem pewny, że trener Feio podejdzie do tego meczu bardzo poważnie, starając się wyłączyć największe atuty GieKSy. Nie oczekiwałbym otwartego meczu, chociaż wiem, że GKS lubi tak grać i ma zawodników, którzy odpowiadają takiemu stylowi. Wyobrażam sobie, że skończy się na tym, że jedna czy druga akcja Legii zakończy się golem i ostatecznie wygramy 2:0 lub 2:1.
W niedzielę stadion będzie pełny?
Nie widziałem jeszcze komunikatu, ale jest już chyba bardzo blisko sold-outu. Zapowiada się ciekawe wydarzenie, bo klub zaplanował specjalny pokaz świateł, mecz jest powiązany z promocją strojów poświęconych Lucjanowi Brychczemu. Zapowiada się więc fajna oprawa meczu. W Warszawie panuje moda na imprezy, nie tylko sportowe, ale przekłada się to też na piłkę nożną. Kibice oczekują wprawdzie więcej jakości na boisku, ale można powiedzieć, że idziemy w dobrym kierunku.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

Najnowsze komentarze