Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: spokojne utrzymanie będzie dobrze wykonaną pracą
Po czterech latach nieobecności w Ekstraklasie Wisła Kraków wraca do elity, a jej pierwszym rywalem będzie GKS Katowice. Jak w tym czasie zmieniła się ligowa rzeczywistość i czy Biała Gwiazda jest na nią gotowa? O wspomnienia z pierwszoligowych boisk i nadzieje przed nowym sezonem zapytaliśmy Mateusza Prochwicza, prowadzącego podkast „Biała Gwiazda pod lupą”.
Na Śląsku wiemy co nieco o derbowym klimacie, praktycznie z każdej strony mając za miedzą inny klub piłkarski. Kraków pod tym względem jest szczególny, bo w tym sezonie aż trzy zespoły z tego miasta zagrają w Ekstraklasie. Różne koleje losu doprowadziły do tego momentu – spodziewałeś się takich rozstrzygnięć?
Jeszcze przed rozpoczęciem ostatniego sezonu targały mną różne uczucia, bo trzy lata poza Ekstraklasą nauczyły mnie jednego: nie można zakładać, że w pierwszej lidze będzie lekko. Na szczęście ostatni sezon okazał się inny niż poprzednie, bo praktycznie nie zdarzało się, aby jeden zespół od pierwszej do ostatniej kolejki był liderem tabeli. Mogłoby się więc wydawać, że ten awans przyszedł łatwo, ale po drodze były lepsze i gorsze momenty. Na szczęście lepszych było dużo więcej, bo tylko dwie porażki przez cały sezon, a kryzysem było kilka wiosennych kolejek, w których zaliczyliśmy serię remisów. Koniec końców poprzedni sezon był w wykonaniu Wisły bardzo dobry, a kolejne zwycięstwa napędzały tak, że tym razem Biała Gwiazda nie tylko mogła, ale wręcz musiała awansować. Spodziewałem się też, że tą samą drogą może pójść Wieczysta, bo zbudowano tam zespół zdolny poradzić sobie w 1. lidze. Przed sezonem nigdzie tego nie publikowałem, ale takie właśnie były moje typy na awans – Wisła, Śląsk i Wieczysta. Mimo to rozczarował mnie brak awansu Polonii Warszawa, bo byłaby ciekawszym uzupełnieniem Ekstraklasy pod względem historycznym i kibicowskim.
W stolicy derbów jednak nie będzie, za to w Krakowie jedne za drugimi.
To rzeczywiście ciekawe, bo takiej sytuacji w Krakowie nie było od lat 50. poprzedniego wieku. Nie wierzyłem, że z tego grona może wypaść Cracovia, nawet gdy na początku multiligi traciła bramkę z Koroną. Spodziewałem się, że wkrótce wyrównają i zakończą sezon na bezpiecznym miejscu. Nie życzyłem im tego spadku, bo zdecydowanie wolę scenariusz derbowy niż „wymianę” ligami. A gdyby już rzeczywiście „Pasy” miały spaść, to – będąc nieco złośliwym – niech to będzie w sezonie, kiedy my też jesteśmy w Ekstraklasie i moglibyśmy dołożyć to tego spadku swoją cegiełkę.
Nie od dziś wiadomo, jak zacięta jest rywalizacja między Wisłą a Cracovią o prymat w mieście. Jak w tym wyścigu pozycjonujesz Wieczystą, z którą jako klub będziecie na pewnych polach współpracować?
Nie przeszkadza mi, że Wisła będzie gościć Wieczystą na swoim stadionie, tym bardziej że nie jest to akcja charytatywna, tylko transakcja biznesowa – Wieczysta będzie ponosić koszty utrzymania stadionu i murawy. Nie widzę też większego problemu z kibicami, bo od lat było tak, że na Wieczystą chodzą kibice Wisły, którzy mieszkają na tamtym osiedlu i mają stadion pod nosem. Potężne inwestycje finansowe wywindowały Wieczystą z poziomu osiedlowego na ekstraklasowy i dziś będziemy rywalizować o punkty na najwyższym poziomie. Mimo to złej krwi między nami nie ma, chociaż zdarzają się małe sprzeczki w social mediach. Nie jest to jednak ten poziom zaciętości, co w przypadku Cracovii.
Nie będziemy już roztrząsać waszej pierwszoligowej gehenny sezon po sezonie, ale chciałbym wrócić do rozgrywek, w których rywalizowaliśmy na pierwszoligowych boiskach. W latach 2022/2023 to wy byliście górą, ale do awansu czegoś zabrakło, mimo że przed ostatnią kolejką rzuciliśmy wam koło ratunkowe.
Śledziłem wasz mecz z Ruchem na drugiej zmianie w pracy. Zwycięstwo po golu w doliczonym czasie gry otworzyło nam drzwi do bezpośredniego awansu, o który następnego dnia graliśmy z Zagłębiem Sosnowiec. Nie wykorzystaliśmy jednak tej szansy, której żałuję do dzisiaj. W końcówce sezonu dała o sobie znać krótka ławka, ponadto nie dostrzegałem w zespole woli zwycięstwa za wszelką cenę. Trudno nam się grało w meczach o wysoką stawkę, stąd przegrane baraże. Wielu obserwatorów 1. ligi przewidywało, że jeśli Wisła nie awansuje od razu jak kiedyś Górnik Zabrze, to z każdym rokiem będzie coraz trudniej. Przekonaliśmy się o tym boleśnie, przegrywając baraż z Puszczą, a w kolejnym sezonie zajmując 10. miejsce, najgorsze w historii klubu. Rok później znowu przegraliśmy baraż, tym razem z Miedzią Legnica.
Nas już wtedy w 1. lidze nie było, bo rok wcześniej wykorzystaliśmy szansę na bezpośredni awans. Dla was był to sezon słodko-gorzki, bo z jednej strony 10. miejsce było porażką, a z drugiej wygrany Puchar Polski dał wam przepustkę do Europy. Pucharowy sukces przykrył ligową porażkę?
W moim mniemaniu w żaden sposób, bo zawsze powtarzałem, że liga jest najważniejsza, a awans był naszym obowiązkiem. Puchar dał chwilę radości – wstawiliśmy coś do gabloty i zmierzyliśmy się z europejskimi rywalami. Miało to jednak swoje odbicie na postawie zespołu w kolejnym sezonie ligowym. Pojedynki z Rapidem czy Cercle Brugge były fajną przygodą, ale w międzyczasie traciliśmy kolejne punkty w lidze, których w ostatecznym rozrachunku znów zabrakło do awansu.
Fotoreporterzy wyłapali na trybunach Stadionu Narodowego ubranego w okolicznościową koszulkę Lukasa Klemenza dopingującego Białą Gwiazdę w finale Pucharu. Jak wspominasz obrońcę, który dziś broni barw GieKSy?
Bardzo dobrze wspominam Lukasa, który pomógł Wiśle wygrzebać się z dużego dołka, jeszcze w Ekstraklasie. Był taki mecz z Pogonią, w którym jedyną bramkę zdobył właśnie Klemenz, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu rożnego. To samo zresztą zrobił w czwartek w Żylinie. Cieszę się na jego powrót do Krakowa i mam nadzieję, że uda mi się z nim porozmawiać po meczu. Zawsze staramy się zapytać byłych zawodników o wspomnienia związane z Wisłą i praktycznie zawsze są to wspomnienia pozytywne.
Ekstraklasa się rozwija i dziś może już być nieco inna niż w momencie, kiedy opuszczaliście jej szeregi. Z jakim nastawieniem przystępujecie do rozgrywek?
Opierając się na opinii mojej i znajomych, z którymi mam do czynienia zarówno na trybunach, jak i na Twitterze, przeważają głosy, że spokojne utrzymanie będzie nie tyle sukcesem, co dobrze wykonaną pracą. Ja celuję w 10. miejsce, a wszystko co powyżej będę traktował jako sukces. Poziom Ekstraklasy jest dziś dla nas zagadką, bo w mojej opinii siła ligi rośnie, niezależnie od memów i kompilacji nieudanych zagrań, które co rusz obiegają internet. Mam wrażenie, że w ostatnim czasie zdecydowanie więcej jest pięknych bramek, zdobywanych przez coraz lepszych piłkarzy.
Jakie wnioski co do formy Wisły można wyciągnąć po okresie przygotowawczym, zarówno jeśli chodzi o jego przebieg, jak i okno transferowe?
Łukasz, który razem ze mną prowadzi kanał, rozmawiał niedawno z naszym obrońcą, Jakubem Krzyżanowskim, który ocenił, że był to najtrudniejszy okres przygotowawczy w całej jego karierze. Trener Jop zapowiadał zresztą, że obciążenia będą odpowiednio większe w stosunku do 1. ligi, mając przyzwyczaić piłkarzy do większego wysiłku, który z pewnością trzeba będzie podjąć w Ekstraklasie. Co do transferów, Wisła poszukuje głównie piłkarzy, którym kończą się kontrakty, przede wszystkim na rynku europejskim. Za Polaków trzeba ostatnio płacić niemałe pieniądze, więc być może nieco z przymusu trzeba szukać wzmocnień za granicą. W ubiegłym sezonie patrzyłem sceptycznie, kiedy sprowadzano takich zawodników jak Raoul Giger, Julian Lelieveld czy Darijo Grujčić. Za te ruchy odpowiada dyrektor sportowy Vullnet Basha, który zna wiele języków i dobrze porusza się w europejskim środowisku piłkarskim. Większość jego decyzji obroniła się jednak sportowo – wymienieni wyżej zawodnicy grali w pierwszym składzie, trzymając solidny poziom. Mam nadzieję, że podobnie będzie w tym sezonie i z ciekawością czekam na rezultaty pracy Bashy w trwającym okienku. Dobrym przykładem jest bramkarz Marcel Łubik – pojawiają się głosy, że bez sensu jest wypożyczanie zawodnika tylko na rok. Ja natomiast uważam, że beniaminkowi potrzebny jest ograny na tym poziomie bramkarz, który odnosił sukcesy w Ekstraklasie i w Pucharze Polski.
A jakie wnioski można wyciągnąć z wyników sparingów?
Osobiście nie przywiązuję wagi do wyników, bo sztab na różne sposoby zestawia skład, często zmieniając w przerwie praktycznie całą jedenastkę. Sparingi to faza testów określonych rozwiązań, trochę jak trening w Formule 1 – poszukiwania nowości, optymalnych ustawień, a następnie złożenie z tego najlepszego bolidu, czy w naszym przypadku najlepszej jedenastki. Słyszałem jednak wiele opinii, że Wisła dobrze prezentowała się w meczach kontrolnych, nieźle operowała piłką i potrafiła zaskoczyć szybkim atakiem. Wygląda na to, że w okresie przygotowawczym wykonaliśmy dobrą robotę.
Kto w tym sezonie będzie stanowił o sile Białej Gwiazdy? Ekstraklasa od lat czeka na Angela Rodado, ale w międzyczasie w Krakowie wyrosło pokolenie młodych piłkarzy, którzy również chcą dać się poznać kibicom.
Nie jestem pewien czy Angel Rodado i Julius Ertlthaler będą gotowi do gry od początku sezonu, bo zmagają się z urazami. Dlatego w niedzielę w wyjściowej jedenastce spodziewam się Jordiego Sancheza, a Angel ewentualnie wejdzie z ławki. Nawet jeśli nie przepracował w pełni okresu przygotowawczego, to i tak będzie groźny dla każdego rywala. W 1. lidze potrafił wyczarować coś z niczego, w finale Pucharu Polski również wiedział, jak wykorzystać błędy Pogoni. Będzie na sobie skupiał uwagę obrońców. Drugim naturalnym liderem jest Frederico Duarte, który pod nieobceność Rodado ciągnął drużynę i głównie dzięki niemu udało się utrzymać bezpieczną przewagę nad rywalami. Dobrze prezentuje się Marko Božić, który mimo że nie jest najszybszy, to potrafi dryblować i stwarzać przewagę na skrzydle. Mam nadzieję, że formę odzyska Maciej Kuziemka, bo wiosną nie prezentował się tak dobrze jak na początku sezonu. Jest to młody skrzydłowy, który może mieć wahania formy, ale bazując na szybkości potrafi zaskoczyć obrońców rywala. Ważną postacią środka pola jest wspomniany Ertlthaler – wielu uważa, że jest to typ zawodnika, którego przez lata brakowało pod Wawelem. Austriak był kluczowym zawodnikiem naszej ofensywy w ubiegłym sezonie.
Czas pokaże, który z tych zawodników będzie się wyróżniał na boisku. Ja mam jednak pewność, że w środowisku medialnym będzie się wyróżniał właściciel Wisły. Jarosław Królewski lubuje się w twitterowych wojenkach i nie stroni od ostrych komentarzy. Jak kibice patrzą na jego aktywność?
W naszym środowisku są dwa obozy: zwolennicy Królewskiego nazywani „brawoszefami” i jego krytycy. Jedni ufają mu bezgranicznie, a inni czepiają się każdej jego decyzji. Królewski to postać barwna, emocjonalna, zawsze pisze to, co myśli i często te emocje biorą u niego górę. Sam przyzwyczaiłem się już do tego i często omijam nawet jego wpisy, które potem wracają do mnie z innej strony. Prezes swojego stylu nie zmieni i trzeba do tego przywyknąć. Co ciekawe, kilka dni temu konto na Twitterze założył prezes Cracovii Murat Çolak, z niecierpliwością czekam więc na derby – nie tylko na boisku, ale też na Twitterze.
Nie nastraszyła was chyba zbytnio GieKSa postawą w pucharowym meczu w Żylinie…
Nie ukrywam, że zawiodłem się na GKS-ie w tym spotkaniu. Liczyłem, że po stracie drugiej bramki bardziej zdecydowanie ruszą do przodu, tymczasem dopiero ostatnie kilka minut toczyło się pod wasze dyktando, choć nie przyniosło efektu bramkowego. Tłumaczę to sobie poniekąd faktem, iż był to pierwszy od wielu lat mecz GieKSy w europejskich pucharach i dał o sobie znać związany z tym stres. Nie wszystko jest jednak stracone – w rewanżu u siebie strata bramki jest do odrobienia. Na naszą korzyść może działać fakt, że straciliście trochę sił i w nienajlepszych humorach przyjedziecie do Krakowa. Spróbujemy to wykorzystać w niedzielę.
Jak więc przywita nas Wisła przy Reymonta? Spodziewasz się dominacji gospodarzy czy bardziej pragmatycznego podejścia ze strony trenera Jopa i jego piłkarzy?
GKS jest w sytuacji, kiedy myślami może być bardziej przy rewanżowym meczu z Żyliną, który będzie decydował o być albo nie być w pucharach. Wisła spróbuje to wykorzystać, narzucając swoje warunki rywalowi. Spodziewam się, że spróbujemy odebrać GieKSie piłkę i kontrolować spotkanie przez jej posiadanie. Taki styl preferowaliśmy w 1. lidze, aczkolwiek w ostatnim sezonie zaszła tu pewna zmiana. Wcześniej mocno podkreślano konieczność utrzymywania się przy piłce dłużej niż rywal, stwarzanie wielu sytuacji bramkowych, często jednak zawodziła skuteczność. W ostatnim sezonie Wisła zależnie od sytuacji potrafiła oddać piłkę rywalowi, wyczekać go i zaskoczyć z kontry. Sam jestem ciekaw, jak Mariusz Jop podejdzie do rywalizacji w Ekstraklasie. Uważam, że jeśli tylko nadarzy się szansa, będziemy chcieli mieć piłkę przy nodze i zmusić GKS do biegania za nią.
Jakiego wejścia Wisły w Ekstraklasę oczekujesz i jakim wynikiem zakończy się nasz niedzielny pojedynek?
Chciałbym, aby Wisła wygrała pierwsze 2-3 spotkania i z pewnym luzem przystępowała do kolejnych meczów. W drugiej kolejce gramy z Piastem, który też ma swoje problemy, więc nie będziemy skazani na porażkę w Gliwicach. Wcześniej jednak liczę, że obojętnie jak, ale wygramy z GKS-em. Obstawiam 2:1 dla Wisły.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze