Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brak pewności siebie nie pomaga zwyciężać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Pucharowa kosa wycięła z tych rozgrywek ponad trzy czwarte Ekstraklasy, w tym zarówno GKS, jak i rundę wcześniej Widzew. Oba zespoły mogą już więc myśleć tylko o lidze, a jest o czym myśleć. GieKSa zalicza mini serię porażek, natomiast Łodzianie na zwycięstwo czekają prawie trzy miesiące. Kto ma więcej argumentów, aby w sobotę przełamać swoją niemoc? Odpowiedzi szukaliśmy wraz z Dawidem Samulakiem z Radia Widzew.

Znam historie, gdy ktoś potrafił budować dom 20 lat systemem gospodarczym, znam też historie, gdy ktoś na budowie „popłynął” z dużym kredytem. Ale kiedy jest kasa, to taka budowa nie trwa zwykle dłużej niż rok-dwa i można sie wprowadzać. Czego więc brakuje w Łodzi, że Widzew jest ciągle w budowie?
Z budowami jest tak, że wiele zależy zarówno od materiałów, z jakich się buduje, jak i przede wszystkim od architekta, który jest odpowiedzialny za projekt – od fundamentów, aż po dach. Jeżeli ten ma ciągłość pracy, odpowiada za każdy element na każdym etapie, właściwie oceniając ilość i jakość materiałów potrzebnych do budowy i wykończenia, to cały proces łatwiej zaplanować. U nas architekci, czyli dyrektorzy sportowi, zmieniali się ostatnio często. Trudno się potem dziwić, że wykonawcy ich planów mogą wariować. Nowy architekt na początku sezonu zaufał staremu kierownikowi budowy, dołożył trochę materiału, jednak szybko okazało się, że postępy nie są zadowalające. Poszukał więc nowego kierownika w postaci Mateusza Stolarskiego, który z tą samą brygadą musi zwiększyć jakość i tempo pracy. Na domiar złego, z powodu kontuzji ekipa się wykrusza, a oczekiwania rosną. Przed meczem ze Śląskiem obawialiśmy się nawet, czy z powodu znacznej liczby kontuzji trener zdoła obsadzić ławkę rezerwowych. Do tego już w 7. minucie czerwoną kartkę zarobił Wiśniewski, więc trzeba docenić punkt wywalczony we Wrocławiu, mimo że byliśmy bardzo blisko zwycięstwa.

Rozbudzone nadzieje na szybki sukces rzeczywistość jak dotąd weryfikuje negatywnie.
Ostatni czas jest trudny dla kibiców Widzewa, bo ubiegły sezon kończyliśmy z ulgą po wywalczonym w ostatniej kolejce utrzymaniu. Myśleliśmy, że nic gorszego już się nam nie przytrafi. Nowy sezon przyniósł zatrudnienie Łukasza Masłowskiego, co większość kibiców przyjęła z zadowoleniem. Współpraca z trenerem Vukoviciem była kontynuowana i spodziewaliśmy się, że dostanie czas i nowych piłkarzy potrzebnych do wzmocnienia drużyny. Tymczasem lista kontuzjowanych wydłużała się: prawy obrońca Carlos Isaac uszkodził więzadła w jednym z ostatnich sparingów przed sezonem. Na tę pozycję udało się pozyskać Gazibegovicia, który też wypadł na prawie dwa miesiące z powodu urazu. To wszystko nie pomaga w stabilizacji formy całego zespołu. Co najbardziej rzuca się w oczy, to że Widzew zatracił umiejętność przechylania szali zwycięstwa na swoją korzyść w końcówkach spotkań. Ponadto, wręcz niezrozumiała jest niemoc drużyny na własnym boisku.

Przyjrzyjmy się obu tym zagadnieniom, bo to naprawdę ciekawe. W tym sezonie Widzew stał się królem remisów. Dlaczego nie potraficie docisnąć pedału gazu w końcówce i zamiast zdobywać gole, to częściej tracicie? Przyczyny zwykle są dwie: motoryka lub mental. Jak jest w waszym przypadku?
Patrząc z perspektywy trybun można odnieść wrażenie, że większą rolę odgrywa tu mental. Niemoc w odniesieniu zwycięstwa powoduje spadek pewności siebie, a brak pewności siebie nie pomaga zwyciężać, więc koło się zamyka. Te remisy wyglądały jednak różnie, bo z jednej strony wywoziliśmy punkt z Łazienkowskiej, postawiliśmy się Wicemistrzowi Polski z Zabrza, a niewiele zabrakło, by urwać też punkty Mistrzowi. Z drugiej strony nie wygrywamy z Wieczystą, Radomiakiem, Wisłą Kraków czy wspomnianym wcześniej Śląskiem. Jedyne zwycięstwo odnieśliśmy z kolei w meczu z Jagiellonią, kiedy niewielu dawało nam szanse. W sobotę minie dokładnie 83 dni od ostatniej wygranej. Po drodze oprócz remisów były też porażki, a najbardziej bolą te dwie – ligowa i pucharowa – z Koroną, u siebie, po bramkach traconych po stałych fragmentach gry.

W ostatnich latach Korona rzeczywiście ma na was patent, ale faktu, że z innymi rywalami też nie wygrywacie u siebie, musi budzić obawy. Dlaczego wypełnione trybuny w Sercu Łodzi zamiast atutem, stają się brzemieniem?
Kibice Widzewa potrafią być niecierpliwi. Mimo że pula karnetów w całości się wyprzedaje, a przed każdym meczem pojedyncze wolne miejsca zazwyczaj rozchodzą się w mgnieniu oka, to na godzinę przed ostatnim meczem z Górnikiem dostępnych było blisko tysiąc wejściówek. To raczej nie kwestia terminu, bo tydzień wcześniej o tej samej porze na meczu z Wisłą stadion był pełen. Być może jest to pierwszy sygnał niezadowolenia i kończącej się cierpliwości. Kibice mają powoli dość czekania, co odbija się na opiniach wyrażanych w internecie. Przypadek Widzewa „grzeje” media sportowe, które chętnie podejmują temat jego problemów, zyskując w ten sposób na zasięgach. Sprzyjały temu wielokrotne zmiany na ławce trenerskiej, nie brakowało też kontrowersji sędziowskich. Sporo zmian zachodziło też w gabinetach, a wszystko to niewątpliwie odbija się na postawie drużyny.

Wspomniana Korona pozbawiła was szans na Puchar Polski, natomiast grono ekstraklasowiczów, którzy po dwóch rundach znaleźli się za burtą Pucharu jest zadziwiające. Nie żal, że tak szybko zeszliście z tej krótkiej ścieżki do Europy?
Oczywiście, że żal, choć w ostatnich latach Widzew często trafiał na ekstraklasowych przeciwników. Z drugiej strony nie jestem pewien, czy w starciu z przedstawicielem niższej ligi byłoby łatwiej, co szczególnie widać w tym sezonie. Być może powtórzy się historia Wisły Kraków, która z poziomu pierwszej ligi sięgnęła po Puchar na Narodowym. Kilka kroków dzieli od Europy, pieniędzy i prestiżu, więc jest o co walczyć. Tym bardziej szkoda, że tak szybko pożegnaliśmy się z tymi rozgrywkami.

Podobnie było w ubiegłym sezonie, kiedy to na waszej drodze stanął GKS Katowice. Wtedy, zarówno w lidze, jak i Pucharze, górą byliśmy my.
Wiosną w Widzewie było wyjątkowo gorąco, bo graliśmy o być albo nie być w lidze. Po pucharowej porażce w Katowicach rolę strażaka przejął Aleksandar Vuković i na szczęście uratował nam Ekstraklasę. W tamtym momencie czuliśmy, że Puchar Polski jest na wyciągnięcie ręki, a mecz z GieKSą był „na styku”. Szkoda, że odpadliśmy po rzutach karnych, ale bardziej szkoda było mi Mariusza Fornalczyka, który w każdym meczu zostawia serce na boisku, tymczasem to on spudłował kluczową „jedenastkę”. Bałem się o jego psychikę, bo wciąż brakowało mu liczb, a jedyną bramkę w tamtym sezonie zdobył dopiero w ostatniej kolejce przeciwko Piastowi. Kibice jednak nigdy nie odwrócili się od niego i zawsze mógł liczyć na ich wsparcie. Tamtego wieczora to GKS przeszedł dalej, zatrzymał się jednak na kolejnej przeszkodzie w Częstochowie.

W moich poprzednich rozmowach o Widzewie wyczuwałem u was nadzieję na szybkie zasypanie przepaści między wami a ligową czołówką. Pojawiły się duże pieniądze i drodzy piłkarze. Zatrudnienie dyrektora Masłowskiego, nie słynącego przecież z rozrzutności, może oznaczać zmianę tej polityki? Z letniego okienka transferowego można wyciągać takie wnioski.
Liczyliśmy, że zawodnicy przychodzący wcześniej do Widzewa za miliony, wręcz rozniosą Ekstraklasę. Poszukiwaliśmy piłkarzy, którzy z miejsca zaprezentują taką jakość, że nie trzeba będzie się martwić o występy w lidze. Pierwszym sygnałem było ściągnięcie Fornalczyka, pobijając przy tym rekord transferowy wewnątrz ligi, później do Łodzi trafili Andi Zeqiri i Osman Bukari, za rekordową zresztą kwotę. Tymczasem jedyne na tamten moment udane transfery to byli Polacy: Drągowski i Wiśniewski wiosną odegrali główne role i to przede wszystkim im zawdzięczamy utrzymanie. Poprawiliśmy się w obronie, bo defensywa była oczkiem w głowie Vukovicia. Teraz mamy trenera nastawionego na bardziej ofensywną grę. Jestem bardzo ciekawy, jak będzie wyglądało zimowe okienko, bo miało nie być rewolucji, ale w obecnej sytuacji nieodzowne są wzmocnienia na kilku pozycjach, bo niektórzy piłkarze potrzebują rywalizacji, aby wreszcie się obudzić. Bardzo wartościowy transfer to sprowadzenie na lewą obronę Mario Garcíi, który nie tylko broni, ale też kreuje grę, daje asysty i strzela bramki. Dość powiedzieć, że ma tyle samo goli co będący ostatnio pod formą Sebastian Bergier.

Ten zawodnik zbierał bardzo dobre noty tuż po transferze z Katowic do Łodzi. Jaka jest dzisiaj jego sytuacja?
W poprzednim sezonie był w zasadzie naszym jedynym napastnikiem, który ciągnął ten zespół za uszy i walczył o każdy skrawek boiska. W obecnych rozgrywkach wyrosła mu duża konkurencja w postaci Karola Świderskiego. Przez jakiś czas występowali na boisku obok siebie, natomiast obecny trener stawia na jednego napastnika. Mateusz Stolarski zapewniał niedawno, że dopóki dostrzega u Świderskiego ciąg na bramkę i czucie piłki, to będzie na niego stawiał, mimo że ten nie trafia do siatki zbyt często. Sebastianowi pozostaje więc rola zmiennika. Znamy go z waleczności, umiejętnego zastawiania się, natomiast moim zdaniem brakuje mu nieco techniki użytkowej. Karol Świderski to ma – potrafi umiejętnie zagrać piłkę nawet pod presją rywala.

Remis z Górnikiem Zabrze okupiliście kontuzjami Fornalczyka i Świderskiego. O ile ten pierwszy na dodatek się wykartkował, więc to pewne, że w sobotę nie zagra, to jak jest ze zdrowiem tego drugiego?
W ostatnim meczu Świderski sam poprosił o zmianę, bo czuł, że nie jest już w stanie dać więcej zespołowi. Można wnioskować, że nie ma żadnej kontuzji mogącej wykluczyć go z gry, bo nie został wspomniany w oficjalnym raporcie zdrowotnym jako narzekający na uraz. Dlatego uważam, że będzie pierwszym wyborem trenera w sobotę. A że dla Sebastiana Bergiera będzie to nie lada gratka aby znów przypomnieć się kibicom z Katowic, to na pewno da z siebie wszystko, jeśli dostanie szansę od trenera.

Kto więc będzie strzelał te bramki w sobotę? Kibice Widzewa mogą być zadowoleni, bo trafiają na GieKSę w małym dołku. Goście dadzą radę to wykorzystać?
Nastawiam się na mecz walki, bo pojedynki z GKS-em zwykle tak wyglądają. Mariusz Stolarski jako trener Motoru potrafił przechytrzyć Rafała Góraka, ale zdarzały się też porażki jak 2:5 w Lublinie czy ostatnio 1:3 w Katowicach. Bramek zazwyczaj nie brakowało, podobnie zresztą bywa w przypadku naszych meczów, bo zarówno w Łodzi, jak i na starej i nowej Bukowej goli padało sporo. Chciałbym zobaczyć Widzew wygłodniały zwycięstwa, który powtórzy historię z Białegostoku i wygra na wyjeździe. Trzeba jak najszybciej przełamać ten remisowy marazm. Z drugiej strony, analizując skład GKS-u widać, że nie będzie łatwo. Szkurin jest czołowym napastnikiem w lidze i potrafi się odnaleźć w polu karnym. Bartosz Nowak, podobnie jak w ubiegłym sezonie, wyróżnia się na tle całej Ekstraklasy. Aktywni wahadłowi, a szczególnie Wasielewski, robią dobrą robotę zarówno w ataku, jak i w obronie. W formie są Klemenz i Kowalczyk – trener Górak ma w czym wybierać. GKS bardzo szybko przechodzi z obrony do ataku, ma też dopracowane stałe fragmenty gry, które ostatnio są bolączką Widzewa. Oba zespoły mają swoje atuty, a takim moim zdaniem w przypadku Widzewa jest gra z kontry. Spodziewam się, że nasz mecz może się skończyć remisem, co w przypadku Widzewa nie byłoby niczym nowym, z kolei GKS nie zwykł remisować. Gospodarze rzeczywiście są w lekkim dołku, ale trener Górak ma na tyle doświadczenia, że kiedyś ta zła passa musi się skończyć.

Jaki wynik obstawiasz?
Moim typem będzie remis 2:2.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wideo Wywiady

Rafał Strączek – laureat Bukowych Sztoli 2025/26

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Pogonią porozmawialiśmy z Rafałem Strączkiem – pierwszym z dwóch laureatów Bukowych Sztoli za sezon 2025/26. Wyróżnienie jest przyznawane na podstawie ocen pomeczowych wystawianych przez Was – kibiców GKS Katowice. Zwycięzca nagrody opowiedział o pracy bramkarza u trenera Rafała Góraka, pobycie we Francji oraz o swojej rekonwalescencji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga