Piłka nożna Prasówka
Media po meczu: Gliwiczanie kompletnie nie pasują zespołowi Góraka
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Piast Gliwice – GKS Katowice 3-0 (2-0).
weszlo.com – Piast znów zagrał świetny mecz. Może musimy się przyzwyczajać?
[…] Sztuką jest jak najczęstsze odnajdywanie punktu, w którym dwie dobre chwile się spotykają i Piast był w tych poszukiwaniach świetny. Tak strzelił gola na 1:0 – doskonale w środku pola zachował się Ntamack, przeniósł piłkę wyżej. Tam czekał Sanca. Czekał i czekał, i czekał, a potem strzelił. Klemenz i Resta z sobie tylko znanych powodów nie zabierali mu futbolówki, nie blokowali mu drogi do strzału. Równie bierny pozostawał Wolski. A Sanca w końcu się namyślił, uderzył i zaskoczył Kobylaka.
Podobnym spotkaniem dwóch dobrych momentów było kolejne trafienie. Boisgard z rzutu rożnego, Rivas znikąd i co? I wszystko gra jak w zegarku, dokładnie tak, jak chcieli tego obaj panowie. Resta znów zdziwiony – głównie dlatego, że GieKSa kryła strefą, a Rivas nabiegł w jego sektor gdzieś z okolic Wdowiaka i Klemenza. No nikt by się nie spodziewał, że ktoś będzie chciał zaatakować dorzucaną w doskonałe miejsce piłkę, nikt.
[…] Tym bardziej, że po drugiej stronie stali czy to wspomniany Marković, czy niezmiennie świetny Nowak, czy uskrzydlony trypletem w ostatnim meczu Szkurin. I nic do bramki strzeżonej przez Grila nie wkulali!
Także przez wskazywaną przez Kobylaka jako problem GieKSy niską intensywność. Bramkarz ekipy z Katowic schodząc na przerwę wprost przyznał przed kamerą Canal+, że to właśnie jej brakuje kolegom, a to oznacza, że nie szwankują poszczególne trybiki, a cała maszyna. Za wolno, zbyt przewidywalnie i z niesłabnącą tendencją do wpuszczania rywali za swoją linię obrony.
Szybko po zmianie stron odrobinę z takim przeszywającym zagraniem pomylił się Ntamack. Chwilkę później doskonałym prostopadłym podaniem popisał się Sanca, ale jego prezentu nie zamienił na gola Vallejo. Cały czas było czuć, że Piast jest groźny, nawet jeśli z czasem piłkarze z Gliwic zaczęli płacić cenę za wielkie fizyczne zaangażowanie w mecz.
Cenę niską, bo Nowak i spółka zwiększyli swoją aktywność, ale muru nie przebili. Piast umiał obronić prowadzenie i zasłużył na miano zespołu po prostu rozsądnego. W dodatku naprawdę fajnie ogląda się mecze Gliwiczan – nie tylko dlatego, że pada w nich sporo bramek. I – choć trudno będzie w to uwierzyć – tej oceny nie wypaczają wrażenia towarzyszące nam po golu ustalającym wynik meczu. Choć mogłyby, jak najbardziej.
dziennikzachodni.pl – Piast Gliwice wygrał z GKS Katowice. Pięć gorących wniosków po derbowym meczu
[…] Mecz zaczął się jednak od potężnego uderzenia Piasta. Leandro Sanca ośmieszył całą defensywę rywali, zabawił się z nią i strzelił tuż obok słupka, a Gabriel Kobylak nawet nie drgnął. Oszołomieni goście po niespełna kwadransie mieli też na koncie dwie żółte kartki i wyglądało na to, że derby całkowicie wymykają się im spod kontroli.
Kolejny cios nadszedł w 35 minucie, po chwilowych atakach zespołu Rafała Góraka i dwóch ostrzegawczych indywidualnych kontratakach Ivana Limy. Rzut rożny wykonał Quentin Boisgard, a piłkę głową uderzył Juande Rivas bez problemu przeskakując Paua Restę. Na przerwę GKS schodził więc z dwiema bramkami straty i czterema żółtymi kartkami.
W drugiej połowie goście wyglądali lepiej, ale na Piasta to nie wystarczyło. Co więcej, to gospodarze znów mieli zdecydowanie najlepszą sytuację, by zmienić wynik spotkania, a potem tego dokonali. Hugo Vallejo oddał strzał, który spiker słusznie skwitował określeniem „palce lizać”. Gliwiczanie wygrali derby w sposób bezdyskusyjny.
Pięć wniosków po meczu Piast Gliwice – GKS Katowice
1. Derby nie mają reguł. Katowiczanie w poprzedniej kolejce nieoczekiwanie pokonali w Zabrzu Górnika i przed spotkaniem w Gliwicach mogli czuć się faworytami. Tymczasem Piast zafundował im taką „karuzelę”, jakiej nie doświadczyli nawet w konfrontacji z wicemistrzami Polski. Z drugiej strony znów potwierdziło się, że drużyna z Okrzei jest dla GKS-u rywalem wyjątkowo niewygodnym.
2. Klucz trenera Myśliwca. Daniel Myśliwiec przed derbami z GKS-em dziwił się, że niemal bez echa przeszła zmiana stylu gry jego zespołu w obronie. Tymczasem statystycznie najbardziej dziurawa defensywa w ostanich dwóch meczach straciła tylko jednego gola. W spotkaniu z Katowiczanami znów okazała się zaporą nie do przejścia. Do tego doszedł idelany pomysł na rozgrywanie piłki w ataku. Tak właśnie powstała recepta na sukces.
3. Stałe fragmenty niestałe. To GKS Katowice uchodzi za zespół pomysłowo wykonujący tak zwane stałe fragmenty gry. Tymczasem w Gliwicach żaden rzut rożny ani wolny nie stanowił dla gospodarzy zagrożenia, za to rywale sami trafili do siatki po rzucie rożnym. Patrz punkt pierwszy, czyli w derbach wszystko jest możliwe.
4. Neutralizacja Szkurina. Napastnik Katowic w Zabrzu strzelił trzy gole, a w sumie cztery w ostatnich dwóch meczach. Na Okrzei został całkowicie wyłączony z gry. Jego najlepszym momentem było wybicie piłki… sprzed własnej bramki. W takich momentach widać jak wielkim problemem dla Rafała Góraka jest kontuzja Adama Zrelaka.
5. Sztuczka Boisgarda. Tym razem nie gole ani interwencje bramkarzy powinny trafić do telewizyjnych klipów, a akcja Quentina Boisgarda. 29-letni Francuz w drugiej połowie atakowany przez rywali utrzymał piłkę na linii bocznej… trzymając ją między udami, a po wypuszczeniu jej z uścisku ruszył z akcją, która powinna przynieść Piastowi trzeciego gola.
Blisko 1.200 kibiców GieKSy przeżyło na stadionie Piasta Gliwice duże rozczarowanie. Oni jednak dali z siebie wszystko
1150 kibiców GKS Katowice pojawiło się na stadionie Piasta Gliwice, by wspierać swój zespół. Ich sektor wyglądał imponująco, w przeciwieństwie do gry drużyny.
Kibice GieKSy przyjechali do Gliwic z nadzieją na kolejny udany występ swojego zespołu. Sektor gości wypełnił się fanami w żółtych koszulkach, których doping nie milkł ani na chwilę. Traf jednak chciał, że w pierwszej połowie Katowiczanie siedzieli za bramką Gabriela Kobylaka, więc zobaczyli z bliska, jak gospodarze dwukrotnie pakują piłkę do siatki.
„Żółta ściana” nie traciła jednak nadziei na odwrócenie meczu, podobnie jak miało to miejsce w poprzedniej kolejce w Śląskim Klasyku w Zabrzu. Tym razem jednak Piast na to nie pozwolił i fani GKS-u wracali do domów w kiepskich nastrojach.
gol24.pl – Piast Gliwice rządzi na Śląsku. Sromotna klęska GKS Katowice na oczach prezesa Cezarego Kuleszy
To był perfekcyjny mecz Piasta Gliwice z GKS Katowice. Spotkaniu 7. kolejki PKO Ekstraklasy przyglądał się z trybun prezes PZPN Cezary Kulesza i obejrzał znakomite zawody do jednej bramki. Podopieczni Daniela Myśliwca trzeci raz – po starciach z Motorem Lublin oraz Chemikiem w STS Pucharze Polski – nie stracili gola, a byli skuteczni do bólu i skończyli na trzech trafieniach.
Inauguracyjne spotkanie 7. kolejki PKO Ekstraklasy śledziła w piątkowy wieczór zaledwie garstka kibiców. Na trybunach tego dnia zjawili się w liczbie 6705. Zarówno Piast, jak i GKS Katowice grały o drugie zwycięstwo z rzędu, a także o prymat w województwie śląskim. Lepiej rozpoczęli niesieni dopingiem swoich fanów podopieczni Daniela Myśliwca, którzy już w 5. minucie mogli cieszyć się z prowadzenia, gdy Leandro Sanca popisał się pięknym, finezyjnym uderzeniem.
W tym czasie GKS Katowice, który w ostatnim meczu sensacyjnie ograł wicemistrzów Polski Górnika Zabrze w Śląskim Klasyku, nie potrafił stworzyć nic konkretnego pod bramką. Przed przerwą Piastunki zdołały nawet podwyższyć prowadzenie, gdy Juande Rivas po uderzeniu głową upolował swojego kolejnego gola.
– Tak na gorąco mogę powiedzieć, że intensywność musimy dołożyć i jeszcze odwrócimy wynik tego spotkania, jak dołożymy intensywność – wierzył w przerwie podczas rozmowy z reporterem Canal+ Sport bramkarz GieKSy Gabriel Kobylak, który szczególnie musiał napocić się na początku drugiej odsłony rywalizacji. Już w 49. minucie został ponownie zatrudniony przy technicznym strzale Hugo Vallejo, ale tym razem poradził sobie z jego próbą.
Podopieczni Rafała Góraka ruszyli, ale z minuty na minutę ich szanse na korzystny wynik drastycznie malały. Trudno bowiem, aby było inaczej, gdy taki napastnik jak Ilja Szkurin marnuje dogodną okazję po prostopadłym podaniu od Bartosza Nowaka. Przed końcem rywalizacji bezradnego tego dnia przeciwnika dobił Hugo Vallejo.
futbol.pl – Piast rozbił GKS Katowice. Gliwiczanie kompletnie nie pasują zespołowi Góraka. Co za gol na koniec
GKS Katowice ma problem z Piastem Gliwice. Na zwycięstwo z tym rywalem czeka od 2011 roku, gdy obie drużyny walczyły w I lidze. W PKO BP Ekstraklasie padały do tej pory remisy i raz wygrał Piast. W piątek gliwiczanie odnieśli drugie zwycięstwo. Rozbili ekipę Rafała Góraka aż 3:0!
Mecz ułożył się dla Piasta idealnie. Już w 5. minucie Leandro Sanca dostał piłkę i w sumie trochę podryblował, a potem strzelił. I zdobył bramkę „z niczego”. Gospodarze mieli powody do zadowolenia.
W 37. minucie zrobiło się już 2:0. Po rzucie rożnym wykonywanym przez Quentina Boisgarda do piłki dopadł Juande Rivas i strzałem głową pokonał Gabriela Kobylaka. GKS wcześniej atakował, a tymczasem dostał drugi cios.
Po przerwie obie drużyny chciały strzelić gola. GKS próbował wrócić do walki chociaż o remis, a Piast starał się zamknąć mecz trzecim golem. Długo jednak wynik się nie zmieniał. Dopiero w 85. minucie świetnym strzałem z dystansu popisał się Hugo Vallejo i Piast prowadził 3:0!
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!

Najnowsze komentarze