Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Cracovią: Piękne gole i nokaut
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Cracovia – GKS Katowice. GieKSa wygrała 4:3 (2:1).
gazetakrakowska.pl – Piękne gole i nokaut
Cracovia – GKS Katowice 3:4 w meczu 15.kolejki piłkarskiej ekstraklasy. Cracovia zdołała w doliczonym czasie gry doprowadzić do remisu, ale potem straciła jeszcze gola.
[…] „Pasy” zaczęły bardzo intensywnie, mocno presując rywali. I w 5 min groźnie strzelał głowa Filip Rózga – uderzył jednak nad poprzeczką. Goście byli bardziej konkretni. W 15 min wykonywali rzut wolny – pierwszy strzał Mateusza Maka odbił się od muru, ale poprawka była skuteczna. Mak znalazł lukę między piłkarzami „Pasów” i strzałem po ziemi z 14 m zdobył gola. W 24 min Adam Zrelak przejął piłkę po błędzie obrońców Cracovii – strzelił na bramkę, ale za lekko i Ravas zdołał obronić ten słaby strzał. Impet Cracovii, którym imponowała w pierwszych minutach osłabł zdecydowanie.
A goście robili swoje, w roli głównej znów wystąpił – Mak. Straszny błąd popełnił Jugas, który źle główkował do Andreasa Skovgaarda, którego uprzedził Mak, „objechał” Ravasa w sytuacji sam na sam i strzelił do pustej bramki. „Pasy” były w fatalnym położeniu. Wprawdzie od razu zaatakował Kallman, ale strzelał za lekko, w dodatku w nogi rywala. W 3 min doliczonego czasu gry I połowy „gola do szatni” zdobył Mikkel Maigaard. Piłka odbiła się rykoszetem od Oskara Repki i zaskoczyła Dawida Kudłę…
Przed Cracovią stało ambitne zadanie – odrobienia strat. „Pasy” grały jednak bardzo nerwowo, wiele było strat piłki w środkowej strefie, po których katowiczanie groźnie atakowali. W 60 strzelał Ajdin Hasić, ale nad poprzeczką. Po chwili trener Dawid Kroczek wzmocnił siłę ataku wpuszczając na boisko Micka van Burena. Ale po 2 min to goście zdobyli gola – pięknym strzałem z dystansu popisał się Adrian Błąd i piłka ugrzęzła w „okienku”. To wcale nie pobudziło krakowian. A to GKS grał świetny mecz. Mak ograł Jugasa i trafił w słupek, a dobitkę Sebastiana Bergiera wreszcie w dobrym stylu obronił Ravas. Była 64 min. Hasić od razu chciał odpowiedzieć, ale Dawid Kudła okazał się lepszy. W „Pasach” brylował Maigaard i Duńczyk popisał się pięknym strzałem w „okienko”.
Gospodarze znów złapali kontakt. I rozpoczęła się pogoń krakowian za wynikiem. Miejscowi grali szybko, ale mało dokładnie. W 88 min główkował Kallman, ale Kudła popisał się interwencja na wysokim poziomie. Sędzia doliczył 5 minut. I po dograniu Bartosa Biedrzyckiego Benjamin Kallman zdobył gola na 3:3. Na trybunach zapanował szał radości. To 10 gol Fina w tym sezonie. Ale gospodarze nie mogli się ucieszyć bo w 7 min doliczonego czasu gry Sebastian Milewski strzałem z 5 m pokonał Ravasa, zapewniając zwycięstwo katowiczanom.
weszlo.com – Kroczek w tył. Cracovia nie wykorzystała szansy, by zostać liderem
Cóż to był za wspaniale popieprzony mecz! Mieliśmy w nim trzy bramki światowej klasy, trafienie po akcji pełnej rykoszetów, dwa gole gościa, którego wielu uważało już za emeryta, oraz dwa celne strzały w doliczonym czasie. W to szare, listopadowe popołudnie w Krakowie oglądaliśmy piłkarskie fajerwerki. Więcej odpalili ich katowiczanie, którzy ograli Cracovię 4:3.
Masz szansę, by zostać liderem Ekstraklasy. Naprzeciwko ciebie staje drużyna, która niedawno w Pucharze Polski odpadła z trzecioligowcem, w lidze przegrywała ostatnio u siebie z kiepską Koroną Kielce, a dodatkowo jest pozbawiona jednego z liderów, Bartosza Nowaka. Wystarczy, że ją pokonasz i wskakujesz na czoło tabeli. Wymarzona sytuacja, prawda? W teorii – tak. W praktyce gospodarze nie sprostali dziś GieKSie.
Gośćmi dowodził dziś Mateusz Mak, czyli facet, który rozgrywał… pierwszy mecz w tym sezonie w podstawowym składzie w lidze, a ogółem przebywał w obecnych rozgrywkach Ekstraklasy na boisku całe 86 minut. Nie przeszkodziło mu to jednak w zdemolowaniu niedoszłego lidera.
Najpierw mieliśmy rzut wolny, podyktowany niesłusznie przez Damiana Sylwestrzaka. Zdaniem arbitra Mateusz Kowalczyk był faulowany przed polem karnym, powtórki każą jednak wątpić w zasadność tej decyzji. Mak podszedł do piłki, przycelował w mur, po czym poprawił z woleja tak, że klękajcie narody.
Przy pierwszym golu Mateuszowi pomógł sędzia, przy drugim – Jakub Jugas. Zwrotu „jak w czeskim filmie” używamy w sytuacji absurdalnej, tu pasuje znakomicie nie tylko dlatego że stoper gospodarzy pochodzi z tego kraju, ale i z powodu, że chłop… podał piłkę głową do Maka. Ten wpadł w pole karne i dopełnił formalności.
Kiedy piłkarz GieKSy podwyższał wynik, na boisku nie było już Adama Zrelaka. Napastnik katowiczan nabawił się urazu w bardzo nietypowych okolicznościach. Wszystko zaczęło się od Henricha Ravasa, który niespodziewanie… podał mu piłkę z własnego pola karnego. Zrelak chciał skorzystać z tego prezentu bramkarza i szybko oddał strzał, nie dość, że było to jednak fatalne uderzenie, to jeszcze padł po wszystkim na murawę i już do gry nie wrócił.
Nietypowa była też sytuacja, w której Cracovia strzeliła gola kontaktowego. Otóż najpierw dośrodkowanie z lewej strony boiska odbiło się rykoszetem od piłkarza GKS-u, potem mieliśmy rykoszet numer dwa – po strzale Mikkela Maigaarda.
Akcja, która dała gospodarzom kontakt, miała miejsce w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Kibice Cracovii zapewne uznali, że poniesie ich drużynę do odrabiania strat po przerwie. Mało kto z nich mógł przypuszczać, że kolejne trafienie będzie dziełem rywali, a precyzyjniej Adriana Błąda. Piłkarz z Katowic odkrył w sobie wewnętrznego Juninho Pernambucano i załadował taką bombę sprzed pola karnego, że Ravas powinien dać jutro na mszę, że piłka nie trafiła go w głowę, bo chyba by ją urwała.
Przy stanie 1:3 zabawa się nie zakończyła, ba, ona się dopiero rozkręcała! Wyzwanie Błąda podjął Maigaard, który popisał się równie efektownym trafieniem z dystansu. Duńczyk trzymał swój zespół w kontakcie z rywalem, bo zupełnie niewidoczny był krakowski superstrzelec Benjamin Kallman. O Finach zwykło się mówić, że bywają zimni i niedostępni, on te cechy przeniósł dziś na boisko, na którym zupełnie nie współpracował z kolegami. Do pewnego momentu, bo w doliczonym czasie popisał się spektakularną główką, a publika w Krakowie oszalała.
Remontada się udała, przed meczem remis by nas nie cieszył, ale w takich warunkach – a i w owszem. Tak mogli kombinować w tym momencie kibice Cracovii. Problem w tym, że na GieKSie ta bramka nie zrobiła żadnego wrażenia.
Mówiąc o mieszkańcach Śląska, często wspomina się ich pracowitość. Taką mrówką był dziś Kowalczyk, cichy bohater tego spotkania. Chłop biegał bez wytchnienia, a w decydującej akcji meczu przedłużył piłkę głową do Sebastiana Milewskiego, który w czystej pozycji nie mógł się pomylić. To znaczy w sumie mógł, wiadomo, to Ekstraklasa, ale jednak tego nie zrobił!
Ten mecz to była jazda bez trzymanki godna kultowego filmu Adrenalina z Jasonem Stathamem albo koncertu AC/DC z najlepszych lat. Panowie, dziękujemy pięknie za te emocje. Przed Jagiellonią, Rakowem, Lechem i Legią ciężkie zadanie, by jutro przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę.
dziennikzachodni.pl – Mateusz Mak „Pasom” nie w smak. Katowiczanie znów wygrali na swoim ulubionym stadionie
W rozegranym 9 listopada meczu 15. kolejki PKO Ekstraklasy Cracovia przegrała z GKS Katowice 3:4. Katowiczanie znów wygrali wyjazdowe spotkanie na swoim ulubionym stadionie po bardzo dramatycznej końcówce, a bohaterem gości byli Mateusz Mak, który strzelił dwie bramki i Sebastian Milewski, który w doliczonym czasie gry zdobył gola na wagę zwycięstwa.
GKS Katowice wrócił na stadion Cracovii i znów odniósł na nim ligowe zwycięstwo. Po rozgromieniu na początku października na tym obiekcie Puszczy Niepołomice podopieczni trenera Rafał Góraka w sobotnie przedświąteczne popołudnie przy ul. Kałuży po dramatycznej końcówce pokonali radzącą sobie w tym sezonie bardzo dobrze Cracovię.
Bohaterem spotkania w Krakowie był Mateusz Mak. 33-letn i pomocnik po raz pierwszy w tym sezonie zagrał w PKO Ekstraklasie w podstawowym składzie GieKSy i strzelił dwie bramki sprawiając sobie znakomity prezent na przypadające 14 listopada urodziny.
Mak otworzył wynik meczu dobijając do siatki własny strzał z rzutu wolnego w mur. Zasłonięty bramkarz Cracovii Heinrich Ravas nie zdążył zareagować. Na 2:0 Mak podwyższył jeszcze przed przerwą wykorzystując sytuację sam na sam z golkiperem „Pasów”. Po zmianie stron pomocnik katowiczan trafił jeszcze w słupek.
Cracovia w doliczonym czasie gry I połowy zdołała zdobyć kontaktową bramkę. Po uderzeniu Mikkela Maigaarda piłka odbiła się od Oskara Repki i myląc bramkarza GKS wpadła do siatki. Katowiczanie odpowiedzieli po przerwie wspaniałym strzałę Adriana Błąda, który mocno huknął z dystansu zdejmując pajęczynę z okienka krakowskiej bramki.
Gospodarze nie chcieli być gorsi i Duńczyk Maigaard zdobył równie pięknego gola po strzale z woleja po raz drugi pokonując Dawida Kudłę. Cracovia nacierała do końca i w doliczonym czasie gry Fin Benjamin Kallman uderzeniem głową doprowadził do wyrównania.
GieKSa walczyła jednak do końca i w siódmej minucie doliczonego czasu gry rezerwowy Sebastian Milewski, który chwilę wcześniej pojawił się na murawie, z bliska strzelił zwycięską bramkę. Po tym golu na boisku mocno się zakotłowało. Doszło do przepychanek piłkarzy i aż czterech graczy obejrzało żółte kartki
katowickisport.pl – GKS Katowice zapewnił sobie zwycięstwo w 97. minucie!
GKS Katowice po szalonym spotkaniu wyszarpał zwycięstwo z Cracovią w samej końcówce. Jednym z bohaterów beniaminka był Mateusz Mak, który popisał się dubletem.
Prowadzenie GKS-owi już w pierwszym kwadransie dał Mateusz Mak, którego strzał z rzutu wolnego najpierw trafił w mur, ale ten sam dobił swoje uderzenie z półwleja, nie dając szans zasłoniętemu Henrichovi Ravasowi. Niespełna dwadzieścia minut później było już 2:0. Jugas zbyt krótko zgrywał do Skovgaarda, co wykorzystał Mak, wychodząc sam na sam z Ravasem, mijając go i pakując piłkę do pustej bramce. Cracovia szukała trafienia kontaktowego i znalazła je w doliczonym czasie gry do pierwszej połowy. Wtedy do bezpańskiej piłki dopadł Mikkel Maigaard i nie dał szans Kudle.
Po zmianie stron GKS wrócił do dwubramkowego prowadzenia. Adrian Błąd miał sporo miejsca przed polem karnym Cracovii i posłał fenomenalne uderzenie. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki i wpadła do siatki Ravasa. GKS był blisko czwartego gola, ale znakomitą interwencją popisał się golkiper Cracovii. Nie minęło 10 minut, a równie pięknie odpowiedział mu Maigaard. Duńczyk ponownie był dobrze ustawiony przed polem karnym i tym razem idealnie uderzył z półwoleja, trafiając w samo okienko. Pasy ponownie złapały kontakt. Gospodarze niesieni dopingiem z trybun w doliczonym czasie gry dopięli swego i wyrównali. Rezerwowy Bartosz Biedrzycki podłączył się lewą stroną i dorzucił piłkę wprost na głowę Kallmana, ten zanotował swoje 10. trafienie w tym sezonie. Ostatnie słowo należało jednak do beniaminka. Sebastian Milewski w jednej z ostatnich akcji meczu dał GKS-owi zwycięstwo 4:3 po fenomenalnym meczu.
gol24.pl – Siedem goli w szalonym meczu PKO Ekstraklasy. Cracovia gorsza od GKS Katowice
Kibice, którzy w sobotnie popołudnie zdecydowali się obejrzeć mecz Cracovia – GKS Katowice, nie mogli narzekać na brak emocji. Beniaminek po szalonym meczu wygrał 4:3, strzelając decydującego gola w ostatniej akcji meczu.
[…] Strzelanie rozpoczęli przyjezdni ze śląskiego, choć w pierwszych minutach niezwykle aktywny był młodzieżowiec Filip Rózga z ekipy miejscowej. 18-latek miał nawet znakomitą okazję po strzale głową. Piłka po jego uderzeniu minęła bramkę Dawida Kudły.
Najpierw dla GieKSy trafił po pięknym uderzeniu z woleja, Mateusz Mak. Później skrzydłowy podwyższył prowadzenie dla swojej drużyny. Podopieczny trenera Rafała Góraka zabawił się z bramkarzem Henrichem Ravasem, minął go i z nie lada gracją wpisał się drugi raz na listę strzelców.
Przed przerwą do siatki dla gospodarzy trafił Mikkel Maigaard. Duńczyk uderzył bez przyjęcia na bramkę Kudły i futbolówka po jego strzale i po rykoszecie Oskara Repki wpadła do siatki. Gol atakującego Pasów zatem dał nadzieję piłkarzom prowadzonym przez trenera Dawida Kroczka na drugą odsłonę rywalizacji.
Przed przerwą do siatki dla gospodarzy trafił Mikkel Maigaard. Duńczyk uderzył bez przyjęcia na bramkę Kudły i futbolówka po jego strzale i po rykoszecie Oskara Repki wpadła do siatki. Gol atakującego Pasów zatem dał nadzieję piłkarzom prowadzonym przez trenera Dawida Kroczka na drugą odsłonę rywalizacji.
Chwilę później beniaminek PKO Ekstraklasy mógł po raz czwarty umieścić piłkę w bramce. Tym razem jednak Mateusz Mak trafił w słupek, a dobitka jego partnera z zespołu trafiła wprost w bramkarza.
Cracovia odpowiedziała kwadrans przed końcem podstawowego czasu gry. Swoje drugie trafienie w tym meczu zaliczył Mikkel Maigaard. Norweski pomocnik potężnie huknął zza pola karnego w samo okienko. Tym razem Dawid Kudła mógł tylko obserwować piłkę nieuchronnie zmierzającą do bramki.
Pasy walczyły o wyrównanie i dopięły swego w doliczonym czasie gry. Świetne dośrodkowanie ze skrzydła wykorzystał Benjamin Kallman, który precyzyjnym uderzeniem głową – strzelił gola na 3:3. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, w ostatniej akcji meczu najlepiej w polu karnym gospodarzy odnalazł się Sebastian Milewski – strzelając zwycięskiego gola.
Po chwili radości katowiczan, zaczęło kotłować się między zawodnikami i doszło nawet do przepychanek. Arbiter zdecydował się ukarać trenera przyjezdnych czerwoną kartką, bo ten również zaangażował się w przepychanki.
sport.lovekrakow.pl – Rozkojarzona Cracovia. Czy to czas na zmianę w bramce?
[…] Można tylko wyobrażać sobie, gdzie by była Cracovia, gdyby nie traciła tak dużo goli. Pasy strzelają najwięcej w całej ekstraklasie (33), ale też sporo tracą (24). Przez to często mają problemy na własne życzenie. Nie pierwszy raz w tym sezonie tracili gole już w pierwszym kwadransie, po czym musieli gonić wynik. Trzy strzelone gole w meczu z GKS-em Katowice nie wystarczyły jednak choćby do zdobycia jednego punktu.
[…] Docenił, że jego zespół w kolejnym meczu potrafił odrabiać straty, pomimo szybko straconego gola już w pierwszym kwadransie. – To lekcja dla nas. Musimy być bardziej kompleksowi nie tylko w atakowaniu, ale i w bronieniu – podkreślał. Jednocześnie akcentował, że jego zdaniem GKS Katowice to najlepszy z beniaminków w lidze.
[…] Plan GKS-u Katowice zakładał mocne ruszenie na Cracovię. – Postanowiliśmy atakować bardzo wysoko, bo widzieliśmy, że jeżeli Cracovia zmusi nas do niskiej obronie, to będziemy mieć problemy. Nie chcieliśmy czekać na kontrataki, tylko grać swoją piłkę – taką, jaką pokazujemy w ekstraklasie – mówił Rafał Górak.
Nie potrafił zrozumieć czerwonej kartki, jaką obejrzał w samej końcówce w masowej konfrontacji zawodników na boisku.
– Nie chciałem, aby działo się coś niedobrego i postanowiłem wkroczyć do akcji i odciągnąć moich zawodników z tego zamieszania. Obok widziałem trenera gospodarzy, który robił to samo. Sędzia techniczny stał i biernie się temu wszystkiemu przyglądał. To kara nałożona przez niego, bo główny nie widział żadnej akcji z moim udziałem – skwitował.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Felietony Piłka nożna
Budowa Wielkiej GieKSy
Zakończyła się nasza przygoda w europejskich pucharach. Była ona krótka, ale bardzo intensywna. Cztery środkowotygodniowe meczowe wieczory dostarczyły nam emocji, których kilka pokoleń kibiców w ogóle nie doświadczyło. Zarówno tych wyjazdowych, specyficznych, bo poza granicami naszego kraju, jak i domowych świąt futbolu, z pełnym stadionem i poczuciem czegoś wyjątkowego.
Trudno ostatecznie ten dwumecz ocenić jednoznacznie. To znaczy – łatwo było go ocenić do 83. minuty, ale potem mieliśmy przebłysk Katowiczan, który spowodował, że GKS ten mecz po prostu wygrał.
Nie da się jednak ukryć, że z perspektywy dwumeczu awans Hapoelu jest absolutnie zasłużony. To Izraelczycy byli drużyną zdecydowanie lepszą. Neutralizowali nas tak, że do bramki Ilji, czyli przez 173 minuty dwumeczu, najgroźniejszą okazją był chyba strzał Bartka Nowaka z rzutu wolnego, a przecież to był strzał zaledwie niezły. Ewentualnie jeszcze w drugiej połowie ta sytuacja Kacpra Łukasiaka, który w idealnej wprost pozycji skiksował kompletnie. Hapoel raz, że kasował nasze próby ofensywne bez większego problemu, to i jakość tych prób pozostawiała wiele do życzenia. Rywale sami też do pewnego momentu jednego i drugiego meczu – stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Przez trzy połowy ofensywa GieKSy nie istniała. Goście wczorajszego meczu byli bardziej dynamiczni, choćby jeśli chodzi o pokazywanie się na pozycjach, pressing czy wychodzenie spod pressingu. U nas wyglądało to tak, że brakowało w tym zakresie jakiegoś doświadczenia i pomyślunku – nie było tego przestawienia się, że być może w pucharach trzeba w każdej sytuacji reagować o pół sekundy szybciej. Detale.
Druga połowa była już nieco lepsza, ale tak naprawdę to dopiero te ostatnie 10 minut to była ta GieKSa, jaką chcemy oglądać. I nie mówię tylko o bramkach, ale o zamknięciu i zdominowaniu rywala. Jak się okazało – w tych okolicznościach Hapoel był w stanie się pogubić i raz stracić bramkę, raz sprokurować karnego. Można sobie zadać pytanie – dlaczego nie wcześniej? Gdyby to „swoje” GieKSa grała choćby od początku meczu lub po jednej połowie na Węgrzech i u nas – losy tej rywalizacji wcale nie musiały być takie, jakie są.
Jeśli chodzi o ofensywę, to duży zawód sprawiły w tym dwumeczu stałe fragmenty. Bartoszowie Nowak i Wolski bili je niestety bardzo źle. Poza wspomnianym jednym rzutem wolnym mieliśmy rzuty wolne niecelne czy tam jeden w środek bramki w Miszkolcu. Po rzutach rożnych też kompletnie nie stwarzaliśmy zagrożenia. Szwankowało to bardzo, a od takich techników wymagamy przynajmniej uderzenia w światło bramki.
No i znów kuriozalna stracona bramka. Sposób w jaki piłka fruwała nad głowami Arka Jędrycha i Bartosza Wolskiego był niezrozumiały. Pomijaliśmy się głowami z futbolówką i zaraz rywal miał czystą sytuację. Niestety wszystkie trzy bramki strzeliliśmy sobie sami. O meczu sprzed tygodnia napisano już wiele, jednak tym razem gol dla piłkarzy z Tel Awiwu też nie było po nie wiadomo jakiej składnej akcji.
Końcówka była znakomita. Kapitalną zmianę dał Mateusz Wdowiak. Poszarpał, pogonił, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Świetnie wykończył akcję na 1:1 Ilja Szkurin, a potem kapitan bardzo dobrze wykonał rzut karny. Swoje do gry wniósł Eman Marković czy Erik Jirka. Także Szymon Bartlewicz miał dobry moment, choć te kilka wrzutek na sam koniec na wysokość kolan sfrustrowało Nową Bukową. Mimo wszystko – gdy wydawało się, że dwumecz zostanie z kretesem przegrany, nieoczekiwanie nasi zawodnicy zapewnili nam w końcówce wielkie emocje. I wygrali mecz. Jakby do tego wszystkiego nie podchodzić – to cieszy. Jak i kolejna bramka naszego napastnika.
Cieszy to, że GieKSa nadal u siebie seryjnie wygrywa mecze. Cieszy, że nie została przerwana passa meczów bez porażki na własnym stadionie. Uważam, że to psychologicznie jest bardzo dobry aspekt. Także to, że ta końcówka okazała się efektywna i wyszliśmy z takiego jednak marazmu, którym był naznaczony ten dwumecz. Na sam koniec o marazmie nie ma mowy. Bo GieKSa znów była GieKSą. I to też ma zaprocentować już w niedzielę w meczu ligowym.
Wstydu nie przynieśliśmy. GKS Katowice wracający do pucharów po tylu latach – zdołał jedną rundę przejść, a przecież tam też były trudności. Mieliśmy ten piękny wieczór z wyeliminowaniem Žiliny. To nie był ten przez wiele lat trawiący polski futbol „eurowpierdol”. Odpadliśmy, popełniliśmy swoje błędy, odpaść nie musieliśmy. Ale nie ma mowy o żadnej kompromitacji. I paradoks według mnie jest taki, że choć Hapoel był w naszym zasięgu, to wcale nie jestem przekonany, że Atalanta będzie z tym rywalem miała tak łatwo.
Pamiętam czas, częściowo w sezonie spadkowym do drugiej ligi, kiedy GieKSa przez rok nie potrafiła u siebie wygrać meczu. CAŁY ROK! Teraz w ciągu dwóch tygodni wygraliśmy na swoim boisku dwa mecze w europejskich pucharach. To naprawdę są wartościowe rzeczy w tym ciągłym i ciągłym procesie budowy Wielkiej GieKSy. To daje radość, to daje poczucie sensu w tym wszystkim.
Wracamy do ligi. Ligi, która była totalnie gdzieś w tle tego wszystkiego. Ale teraz ruszymy już do niej pełną parą i będziemy ciułać te ligowe punkciki – oby jak najczęściej po trzy, choć czasem jednym też nie wzgardzimy. Najważniejsze, żeby wspomniana para nie uciekła po odpadnięciu z europejskich rozgrywek. Ale jestem dziwnie spokojny, że to nie nastąpi. Raczej mam myśl, że pójdzie to w drugą stronę i te puchary GieKSę napędzą jeszcze bardziej. Już mecz z Radomiakiem to pokazał.
Ostatecznie więc trochę pomarudzić sobie tam czasem pod nosem możemy, ale tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku. Długofalowo – te cztery mecze to kolejne punkty do doświadczenia i stawania się coraz lepszą drużyną. Europejskie puchary były czymś, czego nie zakładaliśmy na początku i przez długi czas w poprzednim sezonie. A jednak nam się one przydarzyły. To był dla kibica GieKSy prawdziwy bonus. I cztery dodatkowe mecze, a przecież… uwielbiamy mecze i im więcej, tym lepiej. Myślę, że piłkarze czy trenerzy mają podobnie. Przecież wszyscy kochamy atmosferę stadionu, te sztuczne światła, te krzyki publiczności, euforię po bramkach, nerwy na sędziego, otoczkę medialną i całą tę fabułę, która ciągle trwa i trwa.
I będzie trwać dalej, bo historia tego sezonu – z przytupem – ale dopiero się zaczyna. Przed nami maraton ligowych meczów, w którymś momencie dojdzie jeszcze Puchar Polski. GieKSa jest gotowa, a zawodnicy z całej kadry – sprawdzeni. Nic więc tylko czekać na kolejne popołudnia i wieczory z GKS Katowice w roli głównej.
Panowie, dziękujemy za ten czas i czekamy na kolejne pojedynki. A jak jeszcze powalczycie o puchary i kolejną europejską przygodę za rok – to już będzie w ogóle wspaniale!

Najnowsze komentarze