Dołącz do nas

Piłka nożna

Katowicka młodzież w defensywie dała radę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po bramkarzach przyszła kolej na analizę naszej linii defensywnej. GKS Katowice w rundzie jesiennej stracił 20 bramek w 18 meczach oraz 2 gole w Pucharze Polski (oba po stałych fragmentach gry). Nasi obrońcy grali zmiennie, raczej trzymali poziom, choć początek jesieni był dużo gorszy w ich wykonaniu niż późniejsza faza. Trzeba powiedzieć, że skład defensywy był raczej stabilny – zwłaszcza jeśli chodzi o środkowych obrońców. Na prawej stronie również nie zachodziły prawie w ogóle zmiany, na lewej było trochę wymian pomiędzy dwoma zawodnikami.

Środek obrony
Wydawało się, że duet stoperów będą tej jesieni tworzyć żelaźni na tej pozycji zawodnicy – Adrian Napierała i Mateusz Kamiński. Bardzo szybko jednak doszło do weryfikacji takiego stanu rzeczy – na skutek kontuzji Napierały. Zawodnik początkowo wystąpił tylko w Pucharze Polski z Wigrami, potem z Flotą i w części meczu z Sandecją, w którym przedwcześnie musiał opuścić boisko. Z Wigrami od początku wyglądało to bardzo słabo, a Adrian popełnił kilka bardzo poważnych błędów, które tylko dzięki Łukaszowi Budziłkowi nie zakończyły się bramkami. W pozostałych dwóch spotkaniach spisał się poprawnie. Do składu wrócił na nieszczęśliwy mecz w Bełchatowie, gdzie wszyscy bez wyjątku obrońcy spisali się fatalnie. Trochę lepiej, ale też bez rewelacji było w kolejnym meczu z Miedzią Legnica. Po tym spotkaniu Adrian już się w składzie GKS nie pojawił, gdyż musiał się skupić na leczeniu urazu.

Przez większą część jesieni partnerem Kamińskiego musiał więc być młody Adrian Jurkowski. Zawodnik, który na tym szczeblu (pierwszej ligi) zagrał wcześniej tylko 7 meczów w barwach ŁKS Łódź został rzucony na głęboką wodę. I trzeba powiedzieć, że jak na młokosa poradził sobie bardzo dobrze. Oczywiście błędy się zdarzały, ale patrząc na jego grę nie można było powiedzieć, że odstaje, że musi się jeszcze wiele uczyć (choć wiadomo, że musi). Zawodnik terminował w GKS już wiosną, ale jego obecność ograniczyła się tylko do treningów. W Katowicach (a dokładnie w Krakowie) zobaczyliśmy go pierwszy raz w meczu z Okocimskim. Już w tym debiucie mógł nawet strzelić gola dla GKS, ale przestrzelił w bardzo dobrej sytuacji. Pierwsze mecze były średnie, natomiast naprawdę dobrą formę zawodnik uchwycił wraz z przyjściem trenera Kazimierza Moskala. Co prawda w Łęcznej jeszcze nie wyglądało to za specjalnie, ale seria meczów przy Bukowej z ROW, Arką i Dolcanem pokazała potencjał zawodnika. Pewne interwencje oraz brak możliwości „pogrania sobie” rywali powodowały, że mogliśmy traktować go już nie tylko jako zmiennika, ale także pełnoprawnego członka pierwszej jedenastki. Były jednak też gorsze momenty, jak na przykład utrata bramki w Chojnicach, gdzie bardzo prostym zwodem „na raz” dał się zwieść rywalowi, podobna pomyłka zdarzyła się pod koniec rundy ze Stomilem, czego efektem również była bramka dla rywali. Jak cały zespół – rozegrał świetne zawody z Olimpią Grudziądz. Mecz w Niecieczy był nawet niezły, choć akurat wtedy sam zawodnik przyznał, że nie jest zadowolony ze swojej postawy. Rzeczywiście końcówka rundy była dla niego mniej udana, ale też nie można powiedzieć, że była jakaś bardzo zła – ot czasem forma jest nieco lepsza, innym razem nieco gorsza. Na pewno dobrym meczem nie było spotkanie z Tychami, ale w przekroju całej rundy Adrianowi należy postawić duży plus. Współpraca z Mateuszem Kamiński układała się bardzo dobrze. Jako mankamenty można u młodego stopera zauważyć zbyt częste wybijanie długiej piłki do przodu (choć w ostatnich meczach było tego dużo mniej!) oraz momentami nerwowość w swoim polu karnym, gdy jest zamieszanie lub akcja rywala. Zawodnik bywa „elektryczny”, ale są takie mecze – jak z Olimpią – gdzie pokazuje duży spokój. Piłkarz podchodzi w pole karne przy stałych fragmentach i dochodzi do sytuacji bramkowych – tak było we wspomnianym debiucie, gole mógł strzelać także Kolejarzowi czy Olimpii. Na razie w seniorach piłkarz jeszcze bramki w swojej karierze nie strzelił, a trafienie zaliczył jedynie w Młodej Ekstraklasie. Co tu dużo mówić – Jurkowski jest młodym, perspektywicznym i już dobrym zawodnikiem. Mamy tylko nadzieję, że wiosną pokaże co najmniej to samo. I wydaje się – po rozmowach z nim – że sodówka mu nie grozi, jest to ułożony chłopak i chyba… będą z niego ludzie.

Mateusz Kamiński od początku do końca rundy był podstawowym zawodnikiem i grał od pierwszej do ostatniej minuty, z wyjątkiem spotkania z Chojniczanką, kiedy to pauzował za żółte kartki. W początkowej fazie sezonu średnie mecze przeplatał słabymi. Dobrze wyglądała jego gra z Wigrami, Sandecją czy Podbeskidziem, natomiast w spotkaniu z Okocimskim dał się w doliczonym czasie gry ograć rywalowi, który strzelił bramkę. To był okres, gdzie do zawodnika przyczepialiśmy się głównie o to, że kryje zawodników na radar. Tak było choćby w meczu z Bełchatowem, gdzie piłkarz zagrał chyba jeden z najgorszych meczów w karierze i nie było go blisko rywali, którzy strzelali bramki, tak było w Łęcznej, gdy również pilnując zawodnika „na odległość” nie zapobiegł utracie bramki czy w końcu z ROW-em Rybnik, gdy po prostu biegł obok Idrissy Cisse i nie zrobił nawet ruchu, by go spróbować zablokować. Wkrótce było już jednak lepiej. Zawodnik przestał popełniać błędy, zaczął grać pewnie i być jednym z czołowych zawodników zespołu. Gdy już krył rywala normalnie, potrafił zaliczać bardzo dobre interwencje łącznie ze „sprzątaniem” piłek sprzed nosa rywali. Mecze z Arką i Dolcanem były bardzo dobre w wykonaniu stopera. Więcej niż „bardzo dobrych” było jednak meczów „solidnych”, z drobnymi błędami, ale za drugą część rundy nie możemy się do obrońcy przyczepić. To z czego znamy zawodnika i z poprzednich sezonów, to to, że w większości meczów jeden mniej lub bardziej poważny klops mu się przytrafia, ale ostatnio nie miało to konsekwencji. Słabszy mecz z Tychami, ale tak jak pisaliśmy – tyczyło się to całej defensywnej gry zespołu. Tydzień później zaliczył ekstra występ z Wisłą. Gdyby nie słaby początek sezonu należałoby powiedzieć, że była to bardzo dobra runda. Tak powiemy, że była tylko dobra, ale z nadzieją. Jeśli zawodnik na stałe poprawi kwestie krycia, to będzie jeszcze lepiej. I niech utrzyma skuteczność pod bramką rywala – jedna bramka na rundę to minimum, ale zawsze jest – i tak było w spotkaniu z Olimpią. Miał kilka sytuacji na zdobycie goli jesienią, ale brakło nieco szczęścia.

W meczu z Chojniczanką Kamińskiego zastąpił Kamil Cholerzyński i spisał się poprawnie, ale również miał swój udział przy straconej bramce. To jednak był epizod, zawodnik w tej rundzie regularnie grał w pomocy.

Boczni obrońcy
Jeśli chodzi o prawą stronę, to szybko Dominika Sadzawickiego wygryzł – i to na stałe – Alan Czerwiński. Zawodnik ten wyjściowo miał „równe szanse” w rywalizacji z młodym Sadzą, jednak to na Dominika na początku postawił trener Rafał Górak. Niestety młody obrońca nie radził sobie z szybkimi i ruchliwymi piłkarzami Wigier Suwałki, a w inauguracji ligowej bardzo zawiódł w meczu z Flotą, mając spory udział w straconej bramce. Piłkarz zasiadł na ławce, a pojawił się na boisku w końcówce meczu w Bełchatowie (już przy stanie 5:0), zagrał cały mecz z Miedzią i większość w Łęcznej (w obu przypadkach przeciętnie). Mogliśmy go jeszcze raz ujrzeć – poprzez pauzę Czerwińskiego za żółte kartki – w Chojnicach, ale znów dla niego było to pechowe spotkanie, bo mimo że rozgrywał solidne zawody – odniósł kontuzję i musiał w przerwie opuścić boisko. Dla Sadzawickiego na pewno nie była to dobra runda, grał mało – a gdy grał, było słabo. Wydaje się jednak, że mógł dostać ciut więcej szans. Trener Moskal jednak postawił na stabilizację, dlatego Sadza musi bardzo, bardzo dużo pracować, aby wrócić do składu i grać choćby tak, jak wiosną.

Jeśli chodzi o Alana Czerwińskiego to miał w poprzednim sezonie kilka bardzo słabych występów, choć bywały też poprawne. Teraz wrócił do składu w meczu drugiej kolejki z Sandecją. Wahania formy – to jest to, co można powiedzieć w przypadku tego zawodnika. Z Sandecją zaczął bardzo dobrze, z Okocimskim było niewiele gorzej – i kolejny fajny mecz z Podbeskidziem, okraszony bardzo dobrą asystą do Przemysława Pitrego już w dogrywce. Wszystko się załamało w Bełchatowie, gdzie zawodnik zagrał fatalnie i miał udział przy 3-4 straconych bramkach. Alan trafił na szybkich braci Maków i w pojedynkach 1 na 1 zupełnie sobie nie radził. Po tym spotkaniu trafił na ławkę rezerwowych. Wrócił do składu na mecz z ROW i znów uchwycił dobrą formę. Imponował walecznością, ciągiem do przodu, a gdy w jednej z kontr po rzucie rożnym dla Arki wystrzelił ze swojego pola karnego, można było odnieść wrażenie, że nie dogoniłby go nawet Usain Bolt. To był dobry okres zawodnika, rozegrał 4 pozytywne mecze z rzędu, lekka obniżka przyszła w meczu z Puszczą, gdzie m.in. sprokurował rzut karny. W meczu z Zawiszą było znów widać, że szwankują pojedynki 1 na 1 z szybszymi rywalami, które Alan dość często przegrywał (podobnie ze Stomilem i Kato) – doceńmy jednak postęp i w tym zakresie, bo nieraz w tym rundzie nawet gdy został minięty, efektownym wślizgiem potrafił jeszcze wybić piłkę spod nóg rywala. Mimo wszystko jednak ten aspekt gry w destrukcji jest jeszcze do poprawy. Kapitalne spotkanie prawy obrońca zagrał z Olimpią, tu akurat w destrukcji było dobrze, a z przodu – bardzo dobrze, akcje na obieg, ścinanie do środka, w końcu strzał w poprzeczkę. Końcówka sezonu była niezła, ze słabszymi momentami. Bardzo słaby mecz z Tychami i w pierwszej połowie z Wisłą dawał sygnał, że mamy poważną obniżkę formy. Po przerwie spotkania z płocczanami Alan zagrał o dwie klasy lepiej i był jednym z najlepszych na boisku. Z Flotą na koniec – dobre spotkanie. Nie da się ukryć, że Alan zrobił postęp w grze defensywnej, ale wiele musi jeszcze poprawić, zwłaszcza mankamenty, o których piszemy. Natomiast jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi i trzeba powiedzieć, że tutaj jest wyraźny progres. Uruchamia się do przodu bardzo często, rozgrywa piłkę z prawym pomocnikiem, centruje w pole karne. Przy czym ma zaletę, której wielu zawodników na skrzydle (i w ogóle wśród polskich piłkarzy) nie posiada – stara się popatrzeć, zagrać celowo i precyzyjnie, często po ziemi, a nie grać na aferę. Zwłaszcza w końcówce mieliśmy kilka jego bardzo przemyślanych i dobrych podań w obręb szesnastki. To na pewno może się podobać. Zawodnik co jakiś czas dochodzi do sytuacji bramkowych, ale na razie nie zaznał szczęścia. Czasem brakuje mu nieco opanowania w polu karnym, ale to akurat przyjdzie z czasem. Jeśli zawodnik ustabilizuje formę i nie będzie zaliczał takich klopsów jak z Bełchatowem czy Tychami – może być z niego naprawdę duży pożytek. W porównaniu z wiosną jednak możemy powiedzieć, że jest na spory plus.

Jeśli chodzi o lewą flankę, to pozycję tę zdominowało praktycznie dwóch zawodników – Bartłomiej Chwalibogowski i Rafał Pietrzak. Początkowo to Chwalibogowski miał pewne miejsce w składzie. Grał średnio, bez fajerwerków, ale też jakichś większych błędów. Miał współudział przy straconej bramce z Okocimskim. Po tym meczu na dość pokerową zagrywkę zdecydował się trener Górak i na Puchar Polski z Podbeskidziem wybiegł Rafał Pietrzak, który wcześniej zagrał tylko 20 minut z Flotą. Tym razem rzucony na głęboką wodę – przez pełne 120 minut spisał się bardzo dobrze. Nie wiadomo dlaczego Pietrzak został tak nagle wystawiony z Podbeskidziem, dlatego tym większe było zdziwienie, gdy znów zasiadł na ławce w Bełchatowie, a do składu powrócił Chwalibogowski. To był bardzo zły mecz w wykonaniu Bartłomieja. Słabą wówczas formę obrońca potwierdził w meczu z Miedzią. W związku z tym już nowy trener Moskal w meczu z Łęczną postawił na Pietrzaka, który rozegrał przeciętny mecz, ale po raz pierwszy pokazał to, z czego go znamy ze sparingów – czyli mocne i celne dośrodkowania. Pietrzak miejsca w składzie nie oddał (na dłużej) praktycznie już do końca rundy. Na początku spisywał się solidnie, choć był zamieszany w utratę bramki w meczu z Dolcanem. Był zawodnikiem od czarnej roboty, brakowało nam włączania się do ofensywy. Dopiero w meczu z Puszczą zaczął się nieco bardziej angażować do przodu. Bardzo nas dziwiło, dlaczego ten zawodnik w tamtym spotkaniu nie wykonywał rzutów rożnych, które były regularnie marnowane przez kolegów. Na ciężką próbę Pietrzak został wystawiony w Chojnicach. Jego stronę upodobali sobie rywale i próbowali „podwajać” tę flankę powodując spore zamieszanie w głowie obrońcy. Na szczęście po jakimś czasie animusz chojniczan opadł i Pietrzak mógł grać swoje. Ten początek jednak najwyraźniej nie spodobał się trenerowi, gdyż na pucharowy mecz z Zawiszą nieoczekiwanie wystawił Chwalibogowskiego. Zawodnik bardzo przeciętnie spisał się z bydgoszczanami, za to kapitalnie zagrał trzy dni później z Olimpią. Było go pełno na lewej stronie, współpracował z pomocnikami, obiegał, dogrywał. To był świetny mecz, a kolejny dobry zaliczył z Niecieczą, z jedną bardzo ofiarną interwencją, która zapobiegła utracie gola. Mimo to na mecz ze Stomilem do składu powrócił Pietrzak, który grał średnio, ale w pewnym momencie jakoś się zatracił i miał kilka fatalnych minut z poważnymi błędami na swojej stronie. Wydawało się, że piłkarz jest do zmiany, ale na koniec zaliczył kapitalne dośrodkowanie (asysta II stopnia), po którym katowiczanie zdobyli drugą bramkę. Mecz z Tychami był dość słabiutki, za to walka z Wisłą Płock była klasowa, cały czas w pamięci jest jego pogoń za rywalem przez pół boiska, czyli to co kochają kibice. Pietrzak utrzymał pozycję do końca rundy.

Jako że artykuł dotyczy podsumowania formacji, a nie zawodników, nie rozpisujemy się o występach tych piłkarzy na innych pozycjach, bo np. Bartłomiej Chwalibogowski miał kilka spotkań w pomocy (m.in. gol w meczu z Arką), podobnie jak Rafał Pietrzak (świetna zmiana i asysta w meczu z Olimpią). Na lewej stronie obrony wydaje się jednak, że mocniejszą pozycję ma na tę chwilę Pietrzak. Szkoda Chwalibogowskiego, ale jak na tak doświadczonego zawodnika wahania formy są zbyt duże – potrafił zagrać świetnie, ale też i słabo. Zarówno trener Górak, jak i Moskal szukali dla niego pozycji, ale nie on może zagościć na dłużej w jedenastce.

Podsumowanie
Formacja obrony wydaje się na tę chwilę mieć stały skład. Są to Alan Czerwiński i Rafał Pietrzak po bokach oraz Adrian Jurkowski i Mateusz Kamiński w środku. Przede wszystkim jest to obrona bardzo młoda z dwoma 21-latkami (Pietrzak, Jurkowski) i jednym 20-latkiem (Czerwiński). Pieczę nad nimi trzyma też niestary Mateusz Kamiński (25 lat). Trzeba powiedzieć, że jak na takich młokosów, to linia obrony spisuje się więcej niż przyzwoicie. Nie wiadomo jeszcze do końca, jak z talentem i umiejętnościami, ale na pewno jest przyszłościowo. Przede wszystkim i Pietrzak, i Czerwiński mają dryg do gry ofensywnej, a Jurkowski… może do liderowania? (już w ŁKS był kapitanem). Każdy zawodnik musi wyeliminować swoje mankamenty, czasem jest to niefrasobliwość, a czasem typowo piłkarskie sprawy. Jeśli tak się stanie, to GKS ma szansę stworzyć naprawdę bardzo dobrą defensywę na lata.

Problemem jednak pozostają zmiennicy. GKS praktycznie nie ma alternatywy dla środkowych obrońców. Nie wiadomo w jakiej dyspozycji będzie na wiosnę Napierała, na razie jedyną możliwością zastąpienia Jurkowskiego czy Kamińskiego jest Cholerzyński, który musi sobie przypominać czasy gry na stoperze. Jeśli chodzi o bocznych to zarówno Sadzawicki jak i Chwalibogowski muszą mocno pracować. Bartłomiej nad wspomnianymi wahaniami formy (aby ich nie było), a Sadza o powrót do składu.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Michele

    9 września 2014 at 08:41

    If you are going for most excellent contents like me, simply visit this web
    site daily since it provides feature contents, thanks

    Here is my blog post: minecraft games free

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga