Piłka nożna
Katowicka młodzież w defensywie dała radę
Po bramkarzach przyszła kolej na analizę naszej linii defensywnej. GKS Katowice w rundzie jesiennej stracił 20 bramek w 18 meczach oraz 2 gole w Pucharze Polski (oba po stałych fragmentach gry). Nasi obrońcy grali zmiennie, raczej trzymali poziom, choć początek jesieni był dużo gorszy w ich wykonaniu niż późniejsza faza. Trzeba powiedzieć, że skład defensywy był raczej stabilny – zwłaszcza jeśli chodzi o środkowych obrońców. Na prawej stronie również nie zachodziły prawie w ogóle zmiany, na lewej było trochę wymian pomiędzy dwoma zawodnikami.
Środek obrony
Wydawało się, że duet stoperów będą tej jesieni tworzyć żelaźni na tej pozycji zawodnicy – Adrian Napierała i Mateusz Kamiński. Bardzo szybko jednak doszło do weryfikacji takiego stanu rzeczy – na skutek kontuzji Napierały. Zawodnik początkowo wystąpił tylko w Pucharze Polski z Wigrami, potem z Flotą i w części meczu z Sandecją, w którym przedwcześnie musiał opuścić boisko. Z Wigrami od początku wyglądało to bardzo słabo, a Adrian popełnił kilka bardzo poważnych błędów, które tylko dzięki Łukaszowi Budziłkowi nie zakończyły się bramkami. W pozostałych dwóch spotkaniach spisał się poprawnie. Do składu wrócił na nieszczęśliwy mecz w Bełchatowie, gdzie wszyscy bez wyjątku obrońcy spisali się fatalnie. Trochę lepiej, ale też bez rewelacji było w kolejnym meczu z Miedzią Legnica. Po tym spotkaniu Adrian już się w składzie GKS nie pojawił, gdyż musiał się skupić na leczeniu urazu.
Przez większą część jesieni partnerem Kamińskiego musiał więc być młody Adrian Jurkowski. Zawodnik, który na tym szczeblu (pierwszej ligi) zagrał wcześniej tylko 7 meczów w barwach ŁKS Łódź został rzucony na głęboką wodę. I trzeba powiedzieć, że jak na młokosa poradził sobie bardzo dobrze. Oczywiście błędy się zdarzały, ale patrząc na jego grę nie można było powiedzieć, że odstaje, że musi się jeszcze wiele uczyć (choć wiadomo, że musi). Zawodnik terminował w GKS już wiosną, ale jego obecność ograniczyła się tylko do treningów. W Katowicach (a dokładnie w Krakowie) zobaczyliśmy go pierwszy raz w meczu z Okocimskim. Już w tym debiucie mógł nawet strzelić gola dla GKS, ale przestrzelił w bardzo dobrej sytuacji. Pierwsze mecze były średnie, natomiast naprawdę dobrą formę zawodnik uchwycił wraz z przyjściem trenera Kazimierza Moskala. Co prawda w Łęcznej jeszcze nie wyglądało to za specjalnie, ale seria meczów przy Bukowej z ROW, Arką i Dolcanem pokazała potencjał zawodnika. Pewne interwencje oraz brak możliwości „pogrania sobie” rywali powodowały, że mogliśmy traktować go już nie tylko jako zmiennika, ale także pełnoprawnego członka pierwszej jedenastki. Były jednak też gorsze momenty, jak na przykład utrata bramki w Chojnicach, gdzie bardzo prostym zwodem „na raz” dał się zwieść rywalowi, podobna pomyłka zdarzyła się pod koniec rundy ze Stomilem, czego efektem również była bramka dla rywali. Jak cały zespół – rozegrał świetne zawody z Olimpią Grudziądz. Mecz w Niecieczy był nawet niezły, choć akurat wtedy sam zawodnik przyznał, że nie jest zadowolony ze swojej postawy. Rzeczywiście końcówka rundy była dla niego mniej udana, ale też nie można powiedzieć, że była jakaś bardzo zła – ot czasem forma jest nieco lepsza, innym razem nieco gorsza. Na pewno dobrym meczem nie było spotkanie z Tychami, ale w przekroju całej rundy Adrianowi należy postawić duży plus. Współpraca z Mateuszem Kamiński układała się bardzo dobrze. Jako mankamenty można u młodego stopera zauważyć zbyt częste wybijanie długiej piłki do przodu (choć w ostatnich meczach było tego dużo mniej!) oraz momentami nerwowość w swoim polu karnym, gdy jest zamieszanie lub akcja rywala. Zawodnik bywa „elektryczny”, ale są takie mecze – jak z Olimpią – gdzie pokazuje duży spokój. Piłkarz podchodzi w pole karne przy stałych fragmentach i dochodzi do sytuacji bramkowych – tak było we wspomnianym debiucie, gole mógł strzelać także Kolejarzowi czy Olimpii. Na razie w seniorach piłkarz jeszcze bramki w swojej karierze nie strzelił, a trafienie zaliczył jedynie w Młodej Ekstraklasie. Co tu dużo mówić – Jurkowski jest młodym, perspektywicznym i już dobrym zawodnikiem. Mamy tylko nadzieję, że wiosną pokaże co najmniej to samo. I wydaje się – po rozmowach z nim – że sodówka mu nie grozi, jest to ułożony chłopak i chyba… będą z niego ludzie.
Mateusz Kamiński od początku do końca rundy był podstawowym zawodnikiem i grał od pierwszej do ostatniej minuty, z wyjątkiem spotkania z Chojniczanką, kiedy to pauzował za żółte kartki. W początkowej fazie sezonu średnie mecze przeplatał słabymi. Dobrze wyglądała jego gra z Wigrami, Sandecją czy Podbeskidziem, natomiast w spotkaniu z Okocimskim dał się w doliczonym czasie gry ograć rywalowi, który strzelił bramkę. To był okres, gdzie do zawodnika przyczepialiśmy się głównie o to, że kryje zawodników na radar. Tak było choćby w meczu z Bełchatowem, gdzie piłkarz zagrał chyba jeden z najgorszych meczów w karierze i nie było go blisko rywali, którzy strzelali bramki, tak było w Łęcznej, gdy również pilnując zawodnika „na odległość” nie zapobiegł utracie bramki czy w końcu z ROW-em Rybnik, gdy po prostu biegł obok Idrissy Cisse i nie zrobił nawet ruchu, by go spróbować zablokować. Wkrótce było już jednak lepiej. Zawodnik przestał popełniać błędy, zaczął grać pewnie i być jednym z czołowych zawodników zespołu. Gdy już krył rywala normalnie, potrafił zaliczać bardzo dobre interwencje łącznie ze „sprzątaniem” piłek sprzed nosa rywali. Mecze z Arką i Dolcanem były bardzo dobre w wykonaniu stopera. Więcej niż „bardzo dobrych” było jednak meczów „solidnych”, z drobnymi błędami, ale za drugą część rundy nie możemy się do obrońcy przyczepić. To z czego znamy zawodnika i z poprzednich sezonów, to to, że w większości meczów jeden mniej lub bardziej poważny klops mu się przytrafia, ale ostatnio nie miało to konsekwencji. Słabszy mecz z Tychami, ale tak jak pisaliśmy – tyczyło się to całej defensywnej gry zespołu. Tydzień później zaliczył ekstra występ z Wisłą. Gdyby nie słaby początek sezonu należałoby powiedzieć, że była to bardzo dobra runda. Tak powiemy, że była tylko dobra, ale z nadzieją. Jeśli zawodnik na stałe poprawi kwestie krycia, to będzie jeszcze lepiej. I niech utrzyma skuteczność pod bramką rywala – jedna bramka na rundę to minimum, ale zawsze jest – i tak było w spotkaniu z Olimpią. Miał kilka sytuacji na zdobycie goli jesienią, ale brakło nieco szczęścia.
W meczu z Chojniczanką Kamińskiego zastąpił Kamil Cholerzyński i spisał się poprawnie, ale również miał swój udział przy straconej bramce. To jednak był epizod, zawodnik w tej rundzie regularnie grał w pomocy.
Boczni obrońcy
Jeśli chodzi o prawą stronę, to szybko Dominika Sadzawickiego wygryzł – i to na stałe – Alan Czerwiński. Zawodnik ten wyjściowo miał „równe szanse” w rywalizacji z młodym Sadzą, jednak to na Dominika na początku postawił trener Rafał Górak. Niestety młody obrońca nie radził sobie z szybkimi i ruchliwymi piłkarzami Wigier Suwałki, a w inauguracji ligowej bardzo zawiódł w meczu z Flotą, mając spory udział w straconej bramce. Piłkarz zasiadł na ławce, a pojawił się na boisku w końcówce meczu w Bełchatowie (już przy stanie 5:0), zagrał cały mecz z Miedzią i większość w Łęcznej (w obu przypadkach przeciętnie). Mogliśmy go jeszcze raz ujrzeć – poprzez pauzę Czerwińskiego za żółte kartki – w Chojnicach, ale znów dla niego było to pechowe spotkanie, bo mimo że rozgrywał solidne zawody – odniósł kontuzję i musiał w przerwie opuścić boisko. Dla Sadzawickiego na pewno nie była to dobra runda, grał mało – a gdy grał, było słabo. Wydaje się jednak, że mógł dostać ciut więcej szans. Trener Moskal jednak postawił na stabilizację, dlatego Sadza musi bardzo, bardzo dużo pracować, aby wrócić do składu i grać choćby tak, jak wiosną.
Jeśli chodzi o Alana Czerwińskiego to miał w poprzednim sezonie kilka bardzo słabych występów, choć bywały też poprawne. Teraz wrócił do składu w meczu drugiej kolejki z Sandecją. Wahania formy – to jest to, co można powiedzieć w przypadku tego zawodnika. Z Sandecją zaczął bardzo dobrze, z Okocimskim było niewiele gorzej – i kolejny fajny mecz z Podbeskidziem, okraszony bardzo dobrą asystą do Przemysława Pitrego już w dogrywce. Wszystko się załamało w Bełchatowie, gdzie zawodnik zagrał fatalnie i miał udział przy 3-4 straconych bramkach. Alan trafił na szybkich braci Maków i w pojedynkach 1 na 1 zupełnie sobie nie radził. Po tym spotkaniu trafił na ławkę rezerwowych. Wrócił do składu na mecz z ROW i znów uchwycił dobrą formę. Imponował walecznością, ciągiem do przodu, a gdy w jednej z kontr po rzucie rożnym dla Arki wystrzelił ze swojego pola karnego, można było odnieść wrażenie, że nie dogoniłby go nawet Usain Bolt. To był dobry okres zawodnika, rozegrał 4 pozytywne mecze z rzędu, lekka obniżka przyszła w meczu z Puszczą, gdzie m.in. sprokurował rzut karny. W meczu z Zawiszą było znów widać, że szwankują pojedynki 1 na 1 z szybszymi rywalami, które Alan dość często przegrywał (podobnie ze Stomilem i Kato) – doceńmy jednak postęp i w tym zakresie, bo nieraz w tym rundzie nawet gdy został minięty, efektownym wślizgiem potrafił jeszcze wybić piłkę spod nóg rywala. Mimo wszystko jednak ten aspekt gry w destrukcji jest jeszcze do poprawy. Kapitalne spotkanie prawy obrońca zagrał z Olimpią, tu akurat w destrukcji było dobrze, a z przodu – bardzo dobrze, akcje na obieg, ścinanie do środka, w końcu strzał w poprzeczkę. Końcówka sezonu była niezła, ze słabszymi momentami. Bardzo słaby mecz z Tychami i w pierwszej połowie z Wisłą dawał sygnał, że mamy poważną obniżkę formy. Po przerwie spotkania z płocczanami Alan zagrał o dwie klasy lepiej i był jednym z najlepszych na boisku. Z Flotą na koniec – dobre spotkanie. Nie da się ukryć, że Alan zrobił postęp w grze defensywnej, ale wiele musi jeszcze poprawić, zwłaszcza mankamenty, o których piszemy. Natomiast jest to zawodnik z inklinacjami ofensywnymi i trzeba powiedzieć, że tutaj jest wyraźny progres. Uruchamia się do przodu bardzo często, rozgrywa piłkę z prawym pomocnikiem, centruje w pole karne. Przy czym ma zaletę, której wielu zawodników na skrzydle (i w ogóle wśród polskich piłkarzy) nie posiada – stara się popatrzeć, zagrać celowo i precyzyjnie, często po ziemi, a nie grać na aferę. Zwłaszcza w końcówce mieliśmy kilka jego bardzo przemyślanych i dobrych podań w obręb szesnastki. To na pewno może się podobać. Zawodnik co jakiś czas dochodzi do sytuacji bramkowych, ale na razie nie zaznał szczęścia. Czasem brakuje mu nieco opanowania w polu karnym, ale to akurat przyjdzie z czasem. Jeśli zawodnik ustabilizuje formę i nie będzie zaliczał takich klopsów jak z Bełchatowem czy Tychami – może być z niego naprawdę duży pożytek. W porównaniu z wiosną jednak możemy powiedzieć, że jest na spory plus.
Jeśli chodzi o lewą flankę, to pozycję tę zdominowało praktycznie dwóch zawodników – Bartłomiej Chwalibogowski i Rafał Pietrzak. Początkowo to Chwalibogowski miał pewne miejsce w składzie. Grał średnio, bez fajerwerków, ale też jakichś większych błędów. Miał współudział przy straconej bramce z Okocimskim. Po tym meczu na dość pokerową zagrywkę zdecydował się trener Górak i na Puchar Polski z Podbeskidziem wybiegł Rafał Pietrzak, który wcześniej zagrał tylko 20 minut z Flotą. Tym razem rzucony na głęboką wodę – przez pełne 120 minut spisał się bardzo dobrze. Nie wiadomo dlaczego Pietrzak został tak nagle wystawiony z Podbeskidziem, dlatego tym większe było zdziwienie, gdy znów zasiadł na ławce w Bełchatowie, a do składu powrócił Chwalibogowski. To był bardzo zły mecz w wykonaniu Bartłomieja. Słabą wówczas formę obrońca potwierdził w meczu z Miedzią. W związku z tym już nowy trener Moskal w meczu z Łęczną postawił na Pietrzaka, który rozegrał przeciętny mecz, ale po raz pierwszy pokazał to, z czego go znamy ze sparingów – czyli mocne i celne dośrodkowania. Pietrzak miejsca w składzie nie oddał (na dłużej) praktycznie już do końca rundy. Na początku spisywał się solidnie, choć był zamieszany w utratę bramki w meczu z Dolcanem. Był zawodnikiem od czarnej roboty, brakowało nam włączania się do ofensywy. Dopiero w meczu z Puszczą zaczął się nieco bardziej angażować do przodu. Bardzo nas dziwiło, dlaczego ten zawodnik w tamtym spotkaniu nie wykonywał rzutów rożnych, które były regularnie marnowane przez kolegów. Na ciężką próbę Pietrzak został wystawiony w Chojnicach. Jego stronę upodobali sobie rywale i próbowali „podwajać” tę flankę powodując spore zamieszanie w głowie obrońcy. Na szczęście po jakimś czasie animusz chojniczan opadł i Pietrzak mógł grać swoje. Ten początek jednak najwyraźniej nie spodobał się trenerowi, gdyż na pucharowy mecz z Zawiszą nieoczekiwanie wystawił Chwalibogowskiego. Zawodnik bardzo przeciętnie spisał się z bydgoszczanami, za to kapitalnie zagrał trzy dni później z Olimpią. Było go pełno na lewej stronie, współpracował z pomocnikami, obiegał, dogrywał. To był świetny mecz, a kolejny dobry zaliczył z Niecieczą, z jedną bardzo ofiarną interwencją, która zapobiegła utracie gola. Mimo to na mecz ze Stomilem do składu powrócił Pietrzak, który grał średnio, ale w pewnym momencie jakoś się zatracił i miał kilka fatalnych minut z poważnymi błędami na swojej stronie. Wydawało się, że piłkarz jest do zmiany, ale na koniec zaliczył kapitalne dośrodkowanie (asysta II stopnia), po którym katowiczanie zdobyli drugą bramkę. Mecz z Tychami był dość słabiutki, za to walka z Wisłą Płock była klasowa, cały czas w pamięci jest jego pogoń za rywalem przez pół boiska, czyli to co kochają kibice. Pietrzak utrzymał pozycję do końca rundy.
Jako że artykuł dotyczy podsumowania formacji, a nie zawodników, nie rozpisujemy się o występach tych piłkarzy na innych pozycjach, bo np. Bartłomiej Chwalibogowski miał kilka spotkań w pomocy (m.in. gol w meczu z Arką), podobnie jak Rafał Pietrzak (świetna zmiana i asysta w meczu z Olimpią). Na lewej stronie obrony wydaje się jednak, że mocniejszą pozycję ma na tę chwilę Pietrzak. Szkoda Chwalibogowskiego, ale jak na tak doświadczonego zawodnika wahania formy są zbyt duże – potrafił zagrać świetnie, ale też i słabo. Zarówno trener Górak, jak i Moskal szukali dla niego pozycji, ale nie on może zagościć na dłużej w jedenastce.
Podsumowanie
Formacja obrony wydaje się na tę chwilę mieć stały skład. Są to Alan Czerwiński i Rafał Pietrzak po bokach oraz Adrian Jurkowski i Mateusz Kamiński w środku. Przede wszystkim jest to obrona bardzo młoda z dwoma 21-latkami (Pietrzak, Jurkowski) i jednym 20-latkiem (Czerwiński). Pieczę nad nimi trzyma też niestary Mateusz Kamiński (25 lat). Trzeba powiedzieć, że jak na takich młokosów, to linia obrony spisuje się więcej niż przyzwoicie. Nie wiadomo jeszcze do końca, jak z talentem i umiejętnościami, ale na pewno jest przyszłościowo. Przede wszystkim i Pietrzak, i Czerwiński mają dryg do gry ofensywnej, a Jurkowski… może do liderowania? (już w ŁKS był kapitanem). Każdy zawodnik musi wyeliminować swoje mankamenty, czasem jest to niefrasobliwość, a czasem typowo piłkarskie sprawy. Jeśli tak się stanie, to GKS ma szansę stworzyć naprawdę bardzo dobrą defensywę na lata.
Problemem jednak pozostają zmiennicy. GKS praktycznie nie ma alternatywy dla środkowych obrońców. Nie wiadomo w jakiej dyspozycji będzie na wiosnę Napierała, na razie jedyną możliwością zastąpienia Jurkowskiego czy Kamińskiego jest Cholerzyński, który musi sobie przypominać czasy gry na stoperze. Jeśli chodzi o bocznych to zarówno Sadzawicki jak i Chwalibogowski muszą mocno pracować. Bartłomiej nad wspomnianymi wahaniami formy (aby ich nie było), a Sadza o powrót do składu.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Michele
9 września 2014 at 08:41
If you are going for most excellent contents like me, simply visit this web
site daily since it provides feature contents, thanks
Here is my blog post: minecraft games free