Felietony Piłka nożna
Jednym okiem na „Okiem rywala”
Zakończenie sezonu sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom. Analizowane są osiągnięcia zespołów, ruchy transferowe i inne decyzje personalne, rozwój (lub jego brak) poszczególnych zawodników, wydane pieniądze etc. Jest to też czas weryfikacji przedsezonowych predykcji, które – jak to predykcje – bywają mniej lub bardziej trafne. O ile w trakcie sezonu rozgrywki Ekstraklasy często określano mianem szalonych i nieprzewidywalnych, to końcowe rozstrzygnięcia mniej więcej pokrywają się z typami bukmacherów i modelami matematycznymi przygotowywanymi przez specjalistów od cyferek.
Obecny sezon był też pierwszym, w którym pełny cykl zaliczyła seria wywiadów „Okiem rywala”, której jestem autorem. Nie było łatwo, ale przed każdym ligowym i pucharowym meczem udało się przygotować dla Was rozmowy, które prezentowały punkt widzenia przedstawicieli obozu naszych przeciwników. Czasem byli to „zwykli” kibice, patrzący na swój klub przez pryzmat serca i emocji, innym razem kibice-dziennikarze, prowadzący okołoklubowe serwisy czy podkasty, często bardziej analityczni, ale równie zaangażowani. Kiedy nie udawało się takich znaleźć, z pomocą przychodzili dziennikarze lokalnych (lub centralnych) mediów, śledzący losy poszczególnych klubów, na chłodno potrafiący ocenić sytuację, w jakiej te się znajdują. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas, aby opowiedzieć mi o swoich klubach i przyczynili się do powstania tej serii.
Te rozmowy są pewnym barometrem emocji, jakie wywoływały poszczególne zespoły na danym etapie sezonu. W ramach podsumowania postanowiłem przyjrzeć się bliżej tym emocjom i przekonać się, kto swój klub docenił, kto martwił się za bardzo, a dla kogo forma jego ulubieńców okazała się niemiłym zaskoczeniem. Nie chodzi oczywiście o to, aby „rozliczać” rozmówców z ich opinii, a jedynie pokazać, jak zmienne potrafią być odczucia kibica, jak trudno pewne rzeczy przewidzieć, a czasem równie trudno niektóre sprawy w danym momencie docenić.
Jako pierwszy na naszej drodze stanął Raków Częstochowa, który w poprzednim sezonie na ostatniej prostej wypuścił z rąk mistrzostwo na rzecz Lecha. Nie dziwiły więc deklaracje Michała Świerczewskiego, właściciela „Medalików”, że celem na kolejny sezon ma być prymat w lidze. Architektem tego sukcesu miał być Marek Papszun, który rok wcześniej wrócił na częstochowską ławkę. W tamtym momencie rozstrzygała się obsada stanowiska selekcjonera reprezentacji, a w tym wyścigu Papszun był jednym z faworytów. Ostatecznie jednak ani do kadry nie trafił, ani nie dokończył sezonu jako trener Rakowa. Jak podkreślał Michał Cybulski, mój rozmówca i wieloletni kibic Rakowa, ostateczny sukces grającego na trzech frontach zespołu utrudniały kontuzje kluczowych graczy, dlatego ostrożnie podchodził zarówno do rozgrywek ligowych, jak i europejskich. Przewidział za to całkiem celnie, że sprowadzony przed sezonem do Częstochowy Oskar Repka będzie podstawowym zawodnikiem drugiej linii Rakowa. Polecam wrócić do tej rozmowy, w której Michał przytacza wiele ciekawostek historycznych związanych zarówno z Rakowem, jak i GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).
Zupełnie inne cele na nowy sezon miał nasz kolejny przeciwnik – Zagłębie. Podobnie jak my, Miedziowi rozpoczęli od porażki, co jeszcze pogłębiło nienajlepsze już humory w Lubinie. U Pawła Junorego z mkszaglebie.pl trudno było doszukać się wtedy jakichkolwiek oznak optymizmu. Ponure nastroje wywoływał bardziej sposób zarządzania klubem niż sama postawa piłkarzy, ale jedno z drugim ściśle się wiąże, czego dowodem była rozgrywana kilka miesięcy później saga z transferem Leonardo Rochy, najlepszego napastnika Zagłębia. Miedziowi w poprzednim sezonie do końca bili się o utrzymanie i podobny los wieszczył im Junory w tym roku. Rzeczywistość okazała się dla Lubinian znacznie bardziej łaskawa, a pierwszy sygnał dobrej formy dali przy Nowej Bukowej, do przerwy prowadząc 2-0 i prezentując się znacznie lepiej niż GieKSa. Błysk Bartosza Nowaka pozwolił nam jednak wyrównać i w ten sposób obie ekipy dopisały sobie pierwszy punkt w sezonie (wynik meczu: 2-2).
W trzeciej kolejce wybraliśmy się do Łodzi, gdzie czekał na nas potencjalny hegemon ligi, napompowany pieniędzmi i transferami Widzew. Trudno więc było dziwić się entuzjazmowi łódzkich kibiców, którzy z utęsknieniem czekają na nawiązanie do sukcesów z końcówki lat 90., a pieniądze Roberta Dobrzyckiego mają w tym pomóc. Widzew sezon rozpoczął średnio, bo zaledwie 1-0 wygrał z przeciętnym wtedy Zagłębiem, a następnie dał sobie wydrzeć zwycięstwo z Jagiellonią po dwóch golach w 90. minucie. Tą samą Jagiellonią, którą kilka tygodni wcześniej pokonał w sparingu 7-1. Jak się później okazało, zmiany kadrowe praktycznie w każdej formacji nie przełożyły się na dobre wyniki. Bartłomiej Stańdo podkreślał konieczność uzbrojenia się kibiców w cierpliwość, natomiast w tamtym momencie z pewnością nie zakładał, że jego zespół do ostatniej kolejki będzie się bił o utrzymanie. Pytany o apetyt na miejsce w TOP5 tonował nastroje, a ja zadając wtedy to pytanie w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że to my, a nie Widzew, będziemy się o nie bić (wynik meczu: 3-0 dla Widzewa).
Początek sierpnia to starcie z kolejnym ligowym potentatem. Zamieszana w kwalifikacje do europejskich pucharów Legia najchętniej przełożyłaby mecz z GieKSą, jednak terminarz był nieubłagany. Oczekiwania kibiców Wojskowych nie mogły być inne niż każdego roku: faza ligowa w Europie i dublet w kraju. – Sezon bez mistrzostwa to sezon przegrany – podkreślali zgodnie Kamil i Marek z podkastu „Kilka słów o Legii”. Tymczasem przygoda z Pucharem Polski zakończyła się już w 1/16, jako jedyny zespół z Polski Legia nie przebrnęła fazy ligowej LKE, a w Ekstraklasie bliżej im było do spadku niż do mistrzostwa. – Może ten, kto najszybciej odpadnie z europejskich pucharów, będzie faworytem do mistrzostwa – zastanawiali się moi rozmówcy. Jak się z czasem okazało, nie dało to Legii wystarczającej przewagi, a na finiszu sezonu celem Stołecznych było chłodno przyjęte w poprzednim sezonie piąte miesce, o które tym razem niespodziewanie rywalizowali z GieKSą. W Warszawie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę w doliczonym czasie gry (wynik meczu: 3-1 dla Legii).
Tydzień później do Katowic przyjechała Arka. Beniaminek dobrze rozpoczął sezon, wywożąc remis z Łazienkowskiej oraz punktując u siebie z Pogonią i Radomiakiem. – Arka jest na właściwym kursie – oceniał wtedy Marek Ziemian z Gdyni. Mój rozmówca podkreślał wprawdzie, że miejsce Arki w łańcuchu pokarmowym Ekstraklasy jest bliżej jej końca niż początku, jednak pod okiem Dawida Szwargi klub miał skutecznie podjąć rywalizację o bezpieczne lokaty. Nikt nie przewidział jednak, jak wielka niemoc dotknie Gdynian na wyjazdach. Na pierwsze (i jedyne) zwycięstwo w delegacji kibice żółto-niebieskich czekali aż do marca 2026 roku! W sierpniowe popołudnie w Katowicach również nie pokazali się z najlepszej strony i wyjechali z bagażem czterech goli (wynik meczu: 4-1 dla GieKSy).
W szóstej serii gier jechaliśmy do Zabrza na Śląski Klasyk. Gospodarze od początku sezonu prezentowali się nieźle, rozbudzając apetyty kibiców na pierwszy od lat udany sezon. – Wypadałoby wreszcie coś wygrać – życzył sobie i innym Żabolom Śledzió z podkastu „Czwarta Trybuna”. Myślał tu przede wszystkim o Pucharze Polski i, jak się okazało, jego przeczucia okazały się trafne. Ale i w lidze Górnik nie odstawał od czołówki, umościł się nawet na fotelu lidera Ekstraklasy i zabrakło niewiele, by spędził w nim całą zimę. Entuzjazm w Zabrzu wywoływała też zbliżająca się wielkimi krokami prywatyzacja klubu, który pod skrzydłami Lukasa Podolskiego ma wejść na jeszcze wyższy poziom. Nasz kat z poprzedniego meczu w Zabrzu tym razem do siatki nie trafił, mimo to zwycięstwo Górnika ani przez moment nie było zagrożone (wynik meczu: 3-0 dla Górnika).
Jako kolejny na nasz tapet wjechał Radomiak, który na początku sezonu błysnął zwycięstwami z Pogonią i Rakowem, natomiast później nieco wyhamował. „Polski Szachtar” promujący i odsprzedający z zyskiem zagranicznych piłkarzy siłą rzeczy mierzy się z częstymi zmianami personalnymi, co nie ułatwia stabilizacji na wysokim poziomie. – Celem jest spokojne utrzymanie na kilka kolejek przed końcem sezonu – oceniał Rafał Jończyk z Radomia. – Optymalnym scenariuszem będzie miejsce dziesiąte i każde powyżej – oceniał przytomnie i, jak się okazało, całkiem celnie, bo Radomiak finalnie uplasował się właśnie na dziesiątej pozycji. Zawirowania z obsadą trenera wprowadziły wprawdzie nieco zamieszania i przez chwilę Radomianie musieli nerwowo oglądać się za siebie, koniec końców stali się jednak definicją ligowego średniaka. Tamtego wieczora na Arenie Katowice byliśmy za to świadkami emocjonującego widowiska, obfitującego w bramki i zwroty akcji. Ostatecznie to my skończyliśmy ten pojedynek z tarczą, a ozdobą meczu była bramka Bartosza Nowaka z rzutu wolnego z około 30 metrów (wynik meczu 3-2 dla GieKSy).
W połowie rundy wydawało się, że targana problemami organizacyjnymi Lechia Gdańsk powoli wychodzi na prostą. Rozpoczynała wprawdzie sezon z pięcioma ujemnymi punktami, ale do meczu z GieKSą zdążyła się już „wyzerować”. Zakaz transferowy został zdjęty, wypłaty zaczęły docierać na czas, co przełożyło się na coraz lepszą postawę piłkarzy na boisku. – Nie chcemy do końca drżeć o utrzymanie, tylko spokojnie zrealizować ten cel – podkreślał Szymon Wleklak z lechia.net. Długo wydawało się, że cel zostanie osiągnięty, a być może nawet Gdańszczanie będa mogli mierzyć wyżej. Tym bardziej, że kolejne punkty dopisali sobie już w starciu z GieKSą. „Pomógł” niestety Dawid Kudła, który minął się z piłką przy pierwszym golu, a dzieła zniszczenia dopełnił w doliczonym czasie gry Camilo Mena. Czas pokazał, że bagaż ujemnych punktów ciążył Lechii do ostatniej kolejki, z wiadomym dziś skutkiem (wynik meczu: 2-0 dla Lechii).
W ścisłej czołówce po siedmiu kolejkach był za to nasz kolejny rywal (ósmej nie rozegrał z powodu oberwania chmury w Płocku). Cracovia dość niespodziewanie włączyła się do walki o czołowe lokaty, a niektórzy widzieli w niej nawet czarnego konia w rywalizacji o mistrzostwo. Kamil, Chłopak z Kałuży, z rezerwą podchodził jednak do eksplozji formy swoich ulubieńców. – Nie takie drużyny kreowano na potentatów, a koniec końców „puchły” na finiszu – ostrzegał. Mimo to nie krył optymizmu i z nadzieją śledził losy Cracovii. Sporo transferów wymagało zgrania, na szczęście szybko udało się znaleźć zastępstwo bramkostrzelnego napastnika – w buty Benjamina Kallmana wskoczył Filip Stojilković. Szwajcar trafił także do naszej siatki, ustalając wynik meczu przy Nowej Bukowej, a Pasy spokojnie wygrały. Tym samym GieKSa zakopała się w strefie spadkowej, a Cracovia na jeden punkt zbliżyła się do liderujących Jagiellonii i Górnika (wynik meczu: 3-0 dla Cracovii).
Dalej czekał nas dwumecz z Wisłą – mierzyliśmy się z Nafciarzami zarówno w lidze, jak i w Pucharze Polski. Beniaminek z Płocka dość niespodziewanie uczepił się ligowego czuba i za nic nie chciał go puścić. Michał Sosnowski, kibic i płocki radny, podkreślał w tym zasługę trenera Misiury, jakościowych transferów i stabilnych fundamentów klubu. – Oceniam, że spokojnie się utrzymamy, a przy odrobinie szczęścia możemy powalczyć o coś więcej – mówił wtedy i czas pokazał, że się nie pomylił. Spadek w zasadzie nie zajrzał Nafciarzom w oczy – dość powiedzieć, że zimę spędzili na pierwszym miejscu w lidze i prawie do końca sezonu mieli widoki na puchary. Ten krajowy przegrali jednak w Katowicach po hattricku Bartka Nowaka i trafieniu Szkurina, natomiast w ligowym starciu w Płocku padł sprawiedliwy remis (wyniki meczów: 4:1 dla GieKSy (PP) i 1:1 (liga)).
Kolejny rywal, poznański Lech, jak zwykle celował w pełną pulę, a przede wszystkim obronę mistrzostwa. Na tamtym etapie sezonu tracił jednak 4 punkty do lidera i nie imponował formą. Trapieni kontuzjami liderzy i odejście Alfonso Sousy przyprawiały trenera Frederiksena o ból głowy. Mimo to budowana z myślą o grze na trzech frontach kadra była stosunkowo szeroka. – Trener ma w czym wybierać – oceniał Mateusz Jarmusz z Poznania. – Pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie – mówił. – Dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku – tak tłumaczył formę Kolejorza w Ekstraklasie. Zwracał również uwagę na gorszą dyspozycję Lecha u siebie, a lepszą na wyjazdach. Znalazło to swoje potwierdzenie w Katowicach, bo mimo iż goście nie zagrali wybitnego meczu, to trzy punkty zabrali ze sobą do Poznania (wynik meczu: 1-0 dla Lecha).
Tydzień później czekało nas starcie w Lublinie. Ani GieKSa, ani Motor, nie prezentowały się wtedy tak dobrze jak w poprzednim sezonie, kiedy z każdej strony zbierały zasłużone pochwały. Tym razem obie balansowały na granicy strefy spadkowej, co szczególnie w przypadku Motoru mogło być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę ambitne zapowiedzi bogatego właściciela. Za słowami nie poszły jednak czyny i trzeba było stawić czoła rzeczywistości. – Siódme miejsce w poprzednim sezonie to było nasze maksimum, a dziś cała liga się wzmacnia, a nasze transfery nie robią na nikim wrażenia – oceniał Tomasz Pluta. Pojedynek z GKS-em nie poprawił nastrojów w Lublinie – mimo że gospodarze odrobili dwubramkową stratę, to po czerwonej kartce dla Łabojki ich gra się posypała, a w drugiej połowie Ilja Szkurin dopełnił dzieła zniszczenia. Dla nas był to moment mocniejszego odbicia się w górę tabeli, natomiast Motorowcy nadal musieli szukać sposobu na wyjście z kryzysu (wynik meczu: 5-2 dla GieKSy).
Gdy jedni mierzyli się z problemami, inni korzystali na słabości rywali. Jedną z takich ekip była Korona Kielce, która w połowie rundy kręciła się bliżej czubka tabeli niż jej dołu, do czego zdążyła przyzwyczaić swoich kibiców w poprzednich sezonach. – Nie chcemy powrotu czasów, gdy z przerażeniem spoglądaliśmy w tabelę drżąc o utrzymanie – mówił Marxokow, jeden z redaktorów profilu „Złocisto Krwiści”. Po zmianach właścicielskich w kibiców wstąpiła nowa nadzieja na stabilizację, za nią poszły transfery, z których najbardziej wyróżniali się Svetlin i Dziekoński, który przez cały wrzesień nie wpuścił ani jednego gola. Do Katowic Korona jechała więc w roli faworyta. – Nie musimy strzelać Bóg wie ile, ale na pewno znajdziemy sposób, by dziurawą ostatnio obronę GieKSy przechytrzyć – zapowiadał mój kielecki rozmówca. Rzeczywistość okazała się jednak inna – po zaciętym meczu bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Sebastian Milewski i GKS odrobił straty do bezpiecznych miejsc w tabeli (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
W halloweenowy wieczór postanowiliśmy nieco postraszyć okupującego miejsca w strefie spadkowej beniaminka z Niecieczy. – Jeszcze nie czas na oceny, czy Bruk-Bet spadnie, czy wręcz spadnie z hukiem – podkreślał Michał Trela z redakcji Canal+. Dość stwierdzić, że Słoniki zostawiały już w pokonanym polu Jagiellonię i Górnika. Z Marcinem Broszem za sterami wydawało się, że mogą złapać wiatr w żagle, jednak – jak podkreślał red. Trela – zbyt duża wiara, że to, co wystarczyło na 1. ligę, wystarczy też w Ekstraklasie, to powtarzający się w Niecieczy problem. Jako główny minus wskazywał dziury w defensywie, które skrupulatnie wykorzystała GieKSa. Pierwszy przebłysk formy Emana Markovicia pozwolił nam przekonująco wygrać i odskoczyć gospodarzom na siedem punktów (wynik meczu: 3-0 dla GieKSy).
GKS śrubował więc serię zwycięstw, która wliczając pucharowy mecz z ŁKS-em liczyła już cztery pojedynki. Kolejny na rozkładzie był ostatni w tabeli Piast. Gliwiczanie mieli wprawdzie w zanadrzu zaległe mecze z Legią i Lechem, jednak na tamtym etapie, biorąc pod uwagę formę Piasta, mało kto zakładał, że uda im się urwać cokolwiek potentatom. – Potrzebny nam mały cud, wiary w szczęśliwy finał jest we mnie niewiele – otwarcie przyznawał Przemek z Gliwic. – Jeśli nadal będziemy punktować tak, jak dotychczas, to skończymy jak Zagłębie Sosnowiec kilka lat temu – dodawał z goryczą. Powodów do optymizmu szukał przede wszystkim w osobie zatrudnionego chwilę wcześniej trenera Myśliwca, który szybko odcisnął swoje piętno na drużynie. Dość powiedzieć, że od wygranej w Katowicach Piast rozpoczął marsz w górę tabeli, pokonując Raków, dwukrotnie Legię, a wiosną dołożył zwycięstwo w zaległym meczu z Lechem. Pytany o rywali w walce o utrzymanie, jako kandydatów do spadku Przemek wskazał Arkę i Bruk-Bet, natomiast nie miał przekonania co do trzeciej „ofiary”. Czas pokazał, że ta prognoza była celna, także w kontekście trzeciego spadkowicza, bo gdyby nie ujemne punkty Lechii, to właśnie Piast zająłby jej miejsce. Na koniec roku wiara w utrzymanie wróciła jednak do Gliwic (wynik meczu: 3-1 dla Piasta).
W następnej kolejce pojechaliśmy do Białegostoku. Pojechaliśmy i wróciliśmy, bo sędzia Wojciech Myć chyba zbyt pochopnie zdecydował o odwołaniu meczu z powodu opadów śniegu. Ta decyzja miała swoje konsekwencje w dalszej części sezonu, o czym później.
Rundę jesienną zamykaliśmy meczem z Pogonią. Co ciekawe, niewiele brakowało, aby to spotkanie również nie doszło do skutku, tym razem z powodu gęstej mgły, która tego dnia szczelnie otuliła Katowice. Na szczęście wieczorem sytuacja poprawiła się na tyle, aby było cokolwiek widać. Rywal ze Szczecina przez całą rundę grał znacznie poniżej ambicji kibiców. – Każdy oczekiwał walki o puchary – mówił Dawid Zieliński z podkastu „Skazani na Pogoń”. Ekscentryczny właściciel również deklarował walkę o ligowe podium. – Tymczasem rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię – ubolewał Dawid. – Gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice punktowe nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić – nie tracił nadziei, o którą było jednak trudno przed meczem w Katowicach. – Nie od dziś wyjazdy są naszą bolączką – podkreślał licząc jednocześnie, że trener odwróci ten trend i z GieKSą Pogoń zapunktuje. Inny plan na ten wieczór miała jednak ekipa Rafała Góraka i komplet punktów został w Katowicach (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Część druga dostępna jest TUTAJ
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze