Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Drugim okiem na „Okiem rywala”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszam na drugą część podsumowania sezonu z perspektywy ocen i opinii gości cyklu „Okiem rywala”. Pierwszą część znajdziecie TUTAJ.

Rundę wiosenną rozpoczynaliśmy jeszcze w grudniu, granym awansem rewanżem z Rakowem. Częstochowski klub był wówczas na językach wszystkich serwisów piłkarskich za sprawą Marka Papszuna i jego deklaracji chęci przenosin do Legii. Trener zamienił Częstochowę na Warszawę zimą, zostawiając Raków na czwartym miejscu, z minimalną stratą do lidera. – Była to dla nas ciężka runda – oceniał Robert Parkitny ze stowarzyszenia Wieczny Raków. – Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, więc początek był trudny, ale dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Nie ma innego celu niż mistrzostwo – podkreślał wtedy. Był również przekonany co do zwycięstwa Rakowa nad GieKSą i w tym przypadku się nie pomylił. Droga do mistrzostwa, a także Pucharu Polski okazała się jednak dla Częstochowian zbyt wyboista i ostatecznie zakończyli oni sezon na czwartym miejscu – tuż nad GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).

Zgoła odmienne nastroje niż jesienią panowały za to w Lubinie. Skazywane na pożarcie Zagłębie Leszka Ojrzyńskiego radziło sobie jesienią znacznie powyżej oczekiwań, ocierając się o strefę pucharową, a gdyby wygrali z GKS-em na inaugurację 2026 roku, wskoczyliby na fotel lidera. Michał Szczygieł z zaglebiak.com nie dawał się jednak ponieść euforii. – Trzeba utrzymywać pewną dozę dystansu – podkreślał. – Przed sezonem nie byłem aż tak przestraszony jak niektórzy, bo wiedziałem, że w drużynie jest jakość i jeśli trener odpowiednio ją poukłada, to nie taki diabeł będzie straszny. Z drugiej strony sam zaznaczał, że nie uważa Zagłębia za piątą siłę ligi i trudno mu było ocenić jej potencjał. Faktem jest, że Lubinianie wówczas nie przegrywali u siebie, więc przed GieKSą stało trudne zadanie. Tymczasem już w drugiej minucie wynik otworzył Nowak, a po przerwie drugie trafienie dołożył Jędrych. W dalszej części sezonu Miedziowi nie byli już tak skuteczni jak jesienią, mimo to do ostatniej kolejki zachowali szanse na puchary. Gdyby wygrali w Białymstoku, to oni zamiast GieKSy pakowaliby dziś walizki na wyjazd do Europy (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).

Był dwumecz z Wisłą, był też – choć bardziej rozłożony w czasie – dwumecz z Widzewem. Dzięki lepiej wykonywanym jedenastkom to my przeszliśmy do półfinału Pucharu Polski, natomiast ważniejszy dla Łodzian bój rozegrał się w Ekstraklasie, przy Nowej Bukowej. Co ciekawe, miał go poprzedzać nasz wyjazd na Podlasie, ale z powodu (prawdziwego tym razem) ataku zimy mecz z Jagą znów przełożono. – Trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż – mówił mi wtedy Maciej Winczewski z Radia Widzew. Jego zespół potrzebował punktów jak ryba wody, bo mimo kolejnych milionowych transferów start rundy mieli kiepski (porażki z Zagłębiem i Jagiellonią). – Większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień – mówił w kontekście szumnych zapowiedzi w wielu sportowych mediach. Tymczasem Widzew nie grał wiosną o ligowy sukces, ale o utrzymanie. – Nie jest przyjemnie przewijać tabelę w poszukiwaniu Widzewa, ale to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie – mówił Winczewski. Tymczasem Widzewiacy w Katowicach dopisali na swoje konto kolejną porażkę i jeszcze głębiej zagrzebali się w strefie spadkowej. Pucharowa przegrana miesiąc później zaowocowała zmianą trenera i wydaje się, że mimo iż Aleksandar Vuković nie odmienił gry zespołu, to właśnie dzięki jego pracy udało się ostatecznie utrzymać Ekstraklasę dla Widzewa, choć cel osiągnięto dopiero w ostatniej kolejce (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Równie duże, o ile nie większe rozczarowanie postawą piłkarzy panowało po jesieni w Warszawie. Cel w postaci mistrzostwa szybko włożono między bajki, bo Legia wylądowała w strefie spadkowej. – Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie myśli o spadku – mówił Filip Lewandowski z legionisci.com. – Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję. Tymczasem Papszun nie od razu odmienił oblicze Legii. Dość powiedzieć, że na inaugurację roku przegrał w Warszawie z Koroną, a w Katowicach zdecydowanie bliżej zwycięstwa był GKS. Niestety, kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich na tyle wyhamowało zapędy naszych piłkarzy, że mecz skończył się podziałem punktów. – Musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego – mówił Lewandowski po wyszarpanym remisie z Arką, ale jego słowa równie dobrze oddają nastroje po meczu w Katowicach. – Poziom Ekstraklasy się podniósł i dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa – ocenił Filip sytuację w lidze. – Wiążemy z trenerem duże nadzieje – wielokrotnie podkreślał w naszej rozmowie. To zaufanie w końcu zaprocentowało i Legia wskoczyła na właściwe tory. Na tyle skutecznie, że na ostatniej prostej włączyła się do walki o piąte miejsce, którego na nasze szczęście nie pozwoliliśmy sobie wyrwać (wynik meczu: 1-1).

Widmo spadku coraz bardziej zaczęło za to zaglądać w oczy kibicom w Gdyni. Z właściwego kursu Arki, o którym jesienią mówił Marek, nie zostało wiele. – Musimy wejść na wyższy poziom sportowy, jeśli chcemy wyskoczyć z czerwonej strefy – alarmował Arek Skubek. – Wiele rzeczy nie potoczyło się tak, jak powinno, a nikt nie spodziewał się, że tak fatalnie będziemy się prezentować poza Gdynią.  Trudno być optymistą – podkreślał. Arek zwracał również uwagę, że Arka zatraciła atuty, które w 1. lidze pozwalały jej konsekwentnie punktować. – Stałe fragmenty działały u nas bardzo dobrze i między innymi dzięki temu wywalczyliśmy awans. Dlaczego w Ekstraklasie jest inaczej i zamiast zdobywać gole, częściej je tracimy? – zastanawiał się. Nie pomogła zmiana trenera, nie pomogły kolejne zwycięstwa u siebie, między innymi z GieKSą, która mimo iż prowadziła od pierwszej minuty, to sprezentowała Arce dwa gole, a szczególnie ten drugi wymyka się wszelkiej logice. Gdynianie próbowali gromadzić kolejne punkty, jednak nie na tyle skutecznie by uratować się przed spadkiem. Gwóźdź do trumny wbiła im w Gdyni pogrzebana już Termalica, dla której – jak się okazało – nie był to ostatni wyrok wykonany na klubie z Trójmiasta. (wynik meczu: 2-1 dla Arki)

Z pewnym kryzysem zmagał się także nasz kolejny rywal – Górnik Zabrze. Mimo że nadal trzymał się czołówki, to w lutym nie spisywał się najlepiej. – W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty, powinno być ich znacznie więcej – podkreślał Sikor z Zabrza. – Mimo wszystko mamy nadzieję, że szybko przezwyciężymy obecny kryzys i wrócimy na zwycięska ścieżkę. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicom Górnika, że w połowie rozgrywek będziemy się kręcić w okolicach podium, to każdy brałby to w ciemno – mówił o nastrojach panujących w Zabrzu. – W szatni mówi się o europejskich pucharach, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski – zastanawiał się Sikor. Okazało się, że obie drogi zaprowadziły Zabrzan do upragnionego celu, a dzięki dobrej postawie w Ekstraklasie mają szansę na grę w Lidze Mistrzów. Nie przeszkodziła w tym nawet porażka w Katowicach (wynik meczu: 3-1 dla GieKSy).

W poszukiwaniu kolejnych punktów jechaliśmy do Radomia, z nadzieją na wyprzedzenie gospodarzy w tabeli. Radomiak, z trenerem Feio na ławce (a ściślej mówiąc na trybunach, na skutek kary nałożonej na niego po meczu z Koroną), zadomowiwszy się w środku tabeli, zaczął nieśmiało spoglądać w jej górę. – Mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych – mówił Bartłomiej Jędrzejczak z podgolebnikiem.pl. Poważną przeszkodą w osiągnięciu tego celu była strata Capity – gwiazdy Radomiaka, który przed meczem z GieKSą pożegnał się z kibicami i odszedł do MLS. – Cała Ekstraklasa traci na odejściu takich zawodników jak on – mówił Jędrzejczak. Najwięcej stracił jednak Radomiak, który nie dał rady pokonać GieKSy, a w kolejnych meczach punktował na tyle mizernie, że znalazł się w zasięgu klubów ze strefy spadkowej. Na szczęście dla siebie wyszarpał zwycięstwo z Widzewem i zapewnił sobie spokój na finiszu rozgrywek (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski – jakże gorzko brzmią z dzisiejszej perspektywy słowa Kamila Barchanowicza z lechia.gda.pl. Mój rozmówca oceniał jednak szanse takiego scenariusza jako bliskie zeru. – Uważam temat za mało realny. Łagodne potraktowanie Lechii zachęciłoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Mimo punktowej kuli u nogi ekipa z Gdańska na boisku radziła sobie wtedy co najmniej przyzwoicie, dysponując najskuteczniejszą ofensywą w Ekstraklasie. – Forma poszła w górę, ale ja apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy – przestrzegał Kamil. – Wystarczy, że Legia lub Arka zaczną wygrywać. No i Legia wygrywać zaczęła, tymczasem Lechia najpierw przegrała w Katowicach, mimo absencji Jędrycha i Czerwińskiego nie znalazłszy sposobu na trafienie do naszej siatki, później dołożyła wprawdzie punkty w meczach z Pogonią i Koroną, ale następnie wpadła w dołek, z którego już się nie wygrzebała: z ostatnich siedmiu meczów zremisowała jeden, a resztę przegrała. Przypieczętowaniem spadku była porażka ze wspomnianą wcześniej Termalicą. Jest to swego rodzaju „osiągnięcie”, że drużyna z królem strzelców ligi spada poziom niżej. W Gdańsku pewnie do teraz nie mogą dojść do siebie zastanawiając się, jak można było wypuścić Ekstraklasę z rąk w takich okolicznościach… (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).

Kilka dni później przyszło nam wreszcie zagrać z Jagiellonią w lidze, a mieliśmy już za sobą rozegrany jeszcze w 2025 roku pojedynek pucharowy, zakończony zwycięstwem GieKSy 3:1. Do trzech razy sztuka – dwukrotnie przekładane spotkanie wreszcie doszło do skutku. Trafiliśmy rywala w małym dołku: Jagiellonia na ligowe zwycięstwo czekała ponad miesiąc, a wygrana w Białymstoku pozwoliłaby GieKSie przeskoczyć ligowego rywala. – Na ten moment liczy się przede wszystkim utrzymanie w strefie pucharowej – podkreślał Piotr Owsiejko z JB1920.pl. – Ostatnio brakuje zwycięstw – ubolewał. – Trzeba odzyskać atut własnego boiska i poprawić skuteczność. Nie możemy w nieskończoność polegać na duecie Imaz – Pululu. Jak podkreślał mój rozmówca, Jagiellonii brakowało jakości przede wszystkim na skrzydłach. – Ich potencjał pasuje bardziej do drużyn z dołu tabeli niż walczących o mistrzostwo – stwierdzał z żalem. Mimo kłopotów rywala nie udało się GieKSie wykorzystać jego słabości. Gospodarze już w pierwszej połowie wyszli na dwubramkowe prowadzenie i nie roztrwonili tej przewagi, odrabiając tym samym dystans do przewodzących w tabeli Zagłębia i Lecha (wynik meczu: 2-1 dla Jagiellonii).

Największym rozczarowaniem, jeśli chodzi o czołówkę Ekstraklasy, była z pewnością Cracovia. Rozbudzone jesienią nadzieje wiosną zostały brutalnie zweryfikowane, a mające walczyć o mistrzostwo Pasy zaplątały się w walkę o utrzymanie. Mimo to Rafał Nowak z TerazPasy.pl starał się nie tracić optymizmu. – Sensem kibicowania nie jest chłodna kalkulacja, tylko wiara w swoją drużynę. Nie straciliśmy jeszcze nadziei – oświadczył. – Mimo to czasem ręce opadają gdy patrzę, jak ostatnio punktujemy, a w zasadzie nie punktujemy. Cztery „oczka” przewagi nad strefą spadkową mogą okazać się niewystarczającą zaliczką – stwierdzał przytomnie. Z drugiej strony podkreślał, że Cracovia sportowo nie wygląda najgorzej, a zwyczajnie czasem brakuje jej szczęścia. – To wręcz niemożliwe, ile pecha mieliśmy w starciach z Piastem i Wisłą. Jesteście naszą szansą na przełamanie i zrobimy wszystko, aby ją wykorzystać – ostrzegał. Samego meczu ani w Krakowie, ani w Katowicach nie będą wspominać latami, bo nie stał on na najwyższym poziomie. Rozstrzygnął go wykorzystany przez Pasy rzut karny po zagraniu ręką Lukasa Klemenza. Tym samym Cracovia złapała punktowy oddech przed ostatnią fazą sezonu (wynik meczu: 1-0 dla Cracovii).

Niedawny lider Ekstraklasy z Płocka również nie imponował formą. Tuż przed meczem z GieKSą zanotował serię pięciu porażek z rzędu i gdy przed oczami kibiców Wisły zaczynały majaczyć demony sprzed trzech lat, kiedy będąc w czołówce zaliczyli spektakularny spadek do 1. Ligi, udało się przerwać złą passę zwycięstwami z Cracovią i Jagiellonią. – Pojawiały się głosy, że szykuje się „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami stulecia – opowiadał wtedy Michał Sporczyk z nafciarski.pl. – W Płocku jak nigdzie indziej znajduje odbicie powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ: raz liczymy punkty brakujące do mistrzostwa, a po kilku porażkach wielu myśli już o spadku. Popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas dość częste – przyznał. Pytany o cele i możliwości Wisły, wykazywał się ostrożnością. – Obawiam się, że awans do pucharów w tym sezonie mógłby okazać się dla nas „pocałunkiem śmierci”. Stabilizacja i rozwój są w tym momencie znacznie ważniejsze. Słynąca ze szczelnej obrony Wisła przyjechała w Wielką Sobotę do Katowic i zgodnie z przewidywaniami skupiła się na bronieniu dostępu do własnej bramki, z rzadka atakując. – Trener Misiura odłożył na bok chęć prowadzenia gry i narzucił znany z jesieni rygor w defensywie – podkreślał Sporczyk. – Znowu gramy to, co jesienią wychodziło najlepiej. Znalazło to potwierdzenie na boisku – do ostatniej minuty nie mogliśmy znaleźć sposobu na Leszczyńskiego, aż wreszcie zespołowa akcja zakończona sytuacyjnym strzałem Klemenza przyniosła oczekiwany skutek. GKS zrównał się punktami z Nafciarzami, by w dalszej części sezonu zająć ich miejsce wśród kandydatów do TOP 5 (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Droga do Europy prowadziła nas również przez Puchar Polski, zabrakło jednak ostatniego kroku, bo mimo dwubramkowego prowadzenia po pierwszej połowie, pozwoliliśmy Rakowowi odzyskać pewność siebie i odrobić straty z nawiązką. Nie pomógł dwukrotny pościg za wynikiem, nie pomogły ładne bramki Zrel’aka i Markovicia – w konkursie rzutów karnych lepsi okazali się gospodarze. Konrad Kotania z Częstochowy z pełnym przekonaniem stawiał na swój zespół, natomiast na pocieszenie dorzucił typ, że na koniec sezonu GKS znajdzie się w pierwszej czwórce Ekstraklasy. Ostatecznie miejsce to zajął właśnie Raków, natomiast dzięki pucharowemu tryumfowi Górnika miejsce piąte okazało się równie cenne co czwarte.

Byliśmy ciekawi, jak zareaguje nasza drużyna po wypuszczeniu z rąk szansy na historyczny sukces. Trzeba się było szybko pozbierać, bo czekał już rywal niebylejaki – przy Bułgarskiej podejmował nas obecny i najprawdopodobniej przyszły mistrz Polski. – Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do zrobienia – tonował nastroje Radek Laudański z kanału Poznański Express. – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele – stwierdzał z zadowoleniem. Mimo ostrożnych deklaracji Laudański nie wyobrażał sobie innego scenariusza niż końcowy tryumf w lidze. – Jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie mistrzem, to będzie to dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 roku za czasów Nenada Bjelicy – podkreślał. Nieco obaw mógł przysporzyć mecz z GKS-em, który trzykrotnie wychodził w Poznaniu na prowadzenie, ale za każdym razem pozwalał się doścignąć. Finał sezonu pokazał jednak, że oba zespoły były w na tyle dobrej dyspozycji, że z nawiązką zrealizowały swoje cele: Lech na kolejkę przed końcem był już pewny mistrzostwa, a GKS z drugiego szeregu wdrapał się na miejsce pucharowe (wynik meczu: 3-3).

Apetytu na pierwszą piątkę nie stracił także Motor, który tak jak GieKSa wygrzebał się z jesiennych tarapatów i znów mierzył wysoko. Podobnymi drogami wędrują oba kluby po ligowych zakamarkach. – Praktycznie w każdym momencie licząc od awansu jesteśmy do siebie bardzo podobni – zauważał LewyDoPrawego, znany lubelski twitterowicz. – Jest więc rywalizacja, ale raczej nie ma między nami złej krwi – dodawał. Pytany o obawy związane ze spadkiem uspokajał. – Mieliśmy przeświadczenie, że sztab jest w stanie wycisnąć z tej drużyny wystarczająco dużo, aby utrzymać ją w Ekstraklasie. Czas pokazał, że nie doceniano Motoru, bo wiosną idzie nam dobrze – podsumował. Motorowcy przyjeżdżali do Katowic jako drużyna niepokonana od siedmiu spotkań, a kolejne zwycięstwo byłoby historycznym rekordem. Ponadto, ewentualny zwycięzca złapałby kontakt ze strefą pucharową. – Dobrze, że rozgrywki tak się układają, że niemal każdy do ostatniej kolejki będzie grał o coś. Emocje będą do samego końca – mówił z zadowoleniem LewyDoPrawego. Emocji nie brakowało też w Katowicach. Jeszcze przed przerwą kibice obejrzeli cztery gole, a po zmianie stron do siatki GKS-u trafił Bartosz Wolski, który od następnego sezonu będzie zakładał żółtą koszulkę, ale już z naszym herbem (wynik meczu: 3-2).

Huśtawka nastrojów, wychylająca się jednak w drugą stronę, dopadła za to Koronę. Mimo dobrej postawy w pierwszej części sezonu wiosną przyszło załamanie formy i zjazd w dół tabeli. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek Złocisto-Krwiści znaleźli się w sporym gronie drużyn zagrożonych spadkiem. – Jesteśmy uwikłani w walkę o utrzymanie i każdy zespół, który ma nie więcej niż 39 punktów, jest w tej samej sytuacji – realnie oceniał Igor z Kielc. – Liczyłem, że sezon będzie spokojniejszy niż poprzednie, tymczasem znów musimy się bić o utrzymanie i mam pewne obawy co do zakończenia sezonu – mówił. Brakujących do utrzymania punktów szukał w rywalizacji z Piastem i Widzewem, ale liczył również na remis z GieKSą. Jego przewidywania się sprawdziły – oba zespoły trafiły do siatki tylko raz i podzieliły się punktami. Ostatecznie zdobyte w Kielcach „oczko” zaważyło na naszym awansie do pucharów, a Koronie dało komfort utrzymania już w przedostatniej kolejce (wynik meczu: 1-1).

Po pierwszej połowie pucharowego meczu w Częstochowie wielu z nas planowało już majówkę w stolicy. Tymczasem w niedzielne popołudnie przyszło nam zagrać w Katowicach z praktycznie zdegradowaną Termalicą. – Nawet komplet punktów może nie wystarczyć do utrzymania – trzeźwo oceniał Kuba – kibic Słoników. Faworyt mógł więc być tylko jeden, jednak jak później przekonały się ekipy z Trójmiasta, Bruk-Bet nie miał zamiaru wywieszać białej flagi przed ostatnim gwizdkiem sezonu. – Cieszy nas każdy punkt – dodawał Kuba. – Gra w Ekstraklasie to wielkie wyróżnienie i tym powinniśmy się kierować. Każdy kibic Słoni powinien doceniać to, co państwo Witkowscy zrobili dla Niecieczy. Piłkarze Bruk-Betu starali się więc wycisnąć ile się da z końcówki sezonu. W Katowicach jednak nie dało się zrobić wiele. Mecz otworzył kuriozalny samobój po wrzucie z autu Kowalczyka, a kolejne gole jeszcze bardziej podcięły skrzydła gościom, których stać było jedynie na honorowe trafienie Zapolnika. Nie dziwią więc łzy piłkarzy po meczu, którym oficjalnie pogrzebali swoje szanse na utrzymanie w elicie (wynik meczu: 5-1 dla GieKSy).

Na trzy kolejki przed końcem sezonu jechaliśmy do Gliwic. Grający w kratkę Piast balansował na granicy strefy spadkowej i potrzebował punktów, aby zapewnić sobie spokój. – Jeszcze nie śpię spokojnie – mówił Kacper Wójtowicz z PiastInfo.pl. – Terminarz na końcówkę mamy ciężki, bo GKS jest w formie, Raków zawsze może odpalić, a Widzew będzie grał z nożem na gardle – wyliczał. – Jestem jednak dobrej myśli i wierzę w utrzymanie. Runda wiosenna w naszym wykonaniu jest dobra, ale trzeba jeszcze dowieźć cel. Do upragnionego celu Piast podążał małymi kroczkami – bezbramkowy remis z GieKSą nie zadowalał żadnej ze stron, był jednak sprawiedliwy, bo obie ekipy nie pokazały zbyt wiele. Kolejne mecze zakończyły się porażkami Piastunek, które utrzymanie zawdzięczają słabości rywali i karom dyscyplinarnym dla Lechii.

Przedostatni akcent sezonu to pojedynek z Jagiellonią, która pokonując tydzień wcześniej Raków wysforowała się na drugie miejsce w tabeli i jako jedyna miała jeszcze szansę dogonić lidera z Poznania. – Walczymy do końca i zobaczymy, jaki będzie finał – zapowiadał Andrzej Jakubowski. Stojące przed Jagą zadanie było jednak tym z kategorii mission impossible i Jakubowski zdawał sobie z tego sprawę. – Musimy liczyć na dwa potknięcia Lecha, bo jedno zwycięstwo załatwia sprawę. Przed nami trudne zadanie. Redaktor naczelny serwisu Jagiellonia.net potwierdził słowa Piotra Owsiejki z JB1920. – Podstawowym celem zespołu jest zapewnienie po raz kolejny występów w europejskich pucharach. W ubiegłym sezonie Liga Konferencji przyniosła nam 7 milionów euro, trzeba podtrzymać ten strumień przychodów. Ostatecznie Kolejorz szybko rozstrzygnął sprawę mistrzostwa w Radomiu, a BKS musiał się napracować, aby wyrwać punkty GieKSie. Skończyło się remisem po fenomenalnym trafieniu Borjy Galána. Jagiellonia musiała więc grać o pełną pulę w ostatniej kolejce, próbując wyprzedzić Górnika i jednocześnie uciekać Rakowowi. Dla nas był to korzystny scenariusz, bo na jej drodze stało Zagłębie – jeden z naszych rywali o TOP 5.

Wiele ciekawego działo się w ramach Multiligi. Lechia walczyła o utrzymanie w Niecieczy, Widzew z Piastem rywalizowali o bezpieczne lokaty, Legia próbowała gonić puchary, a GieKSa bronić pozycji w pierwszej piątce. Za naszymi plecami czaiło się wspomniane wcześniej Zagłębie, ale Jagiellonia miała mecz pod kontrolą i ze względnym spokojem obserwowaliśmy wydarzenia w Białymstoku. Z kolei Wojskowi szybko wyjaśnili sytuację z Motorem, więc oczy całej piłkarskiej Polski skierowały się na Szczecin, gdzie nie grająca już o nic Pogoń podejmowała GieKSę. Kibice Portowców wyglądali już jedynie końca sezonu. – Odkąd chodzę na Pogoń, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat – tyle się działo – mówił Daniel Trzepacz z pogonsportnet.pl. – Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie – opowiadał. – Dlatego cieszę się, że te rozgrywki już się kończą. Przed meczem mnożyły się dyskusje, z jakim nastawieniem wyjdą na mecz piłkarze Pogoni. – Nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie – zapowiadał. Nie mogliśmy więc liczyć na żadną taryfę ulgową i tak też było. Pierwsza połowa należała bezapelacyjnie do gospodarzy, a piłkarze GieKSy mieli wyraźne problemy z uniesieniem stawki tego spotkania. Po przerwie zmiennicy mocniej napędzali akcje GKS-u, natomiast ostateczny sygnał do ataku dał nam… Krzysztof Kamiński, bramkarz Pogoni, który po interwencji rękoma poza polem karnym obejrzał czerwoną kartkę. Pozbawieni zmian Portowcy w bramce postawili napastnika, co skrzętnie wykorzystał Marcel Wędrychowski – wychowanek Pogoni, jeszcze w ubiegłym roku biegający w granatowo-bordowej koszulce. Zwycięski remis pozwolił nam zachować piąte miejsce i otworzył bramy do Europy!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga