Felietony Piłka nożna
Drugim okiem na „Okiem rywala”
Zapraszam na drugą część podsumowania sezonu z perspektywy ocen i opinii gości cyklu „Okiem rywala”. Pierwszą część znajdziecie TUTAJ.
Rundę wiosenną rozpoczynaliśmy jeszcze w grudniu, granym awansem rewanżem z Rakowem. Częstochowski klub był wówczas na językach wszystkich serwisów piłkarskich za sprawą Marka Papszuna i jego deklaracji chęci przenosin do Legii. Trener zamienił Częstochowę na Warszawę zimą, zostawiając Raków na czwartym miejscu, z minimalną stratą do lidera. – Była to dla nas ciężka runda – oceniał Robert Parkitny ze stowarzyszenia Wieczny Raków. – Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, więc początek był trudny, ale dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Nie ma innego celu niż mistrzostwo – podkreślał wtedy. Był również przekonany co do zwycięstwa Rakowa nad GieKSą i w tym przypadku się nie pomylił. Droga do mistrzostwa, a także Pucharu Polski okazała się jednak dla Częstochowian zbyt wyboista i ostatecznie zakończyli oni sezon na czwartym miejscu – tuż nad GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).
Zgoła odmienne nastroje niż jesienią panowały za to w Lubinie. Skazywane na pożarcie Zagłębie Leszka Ojrzyńskiego radziło sobie jesienią znacznie powyżej oczekiwań, ocierając się o strefę pucharową, a gdyby wygrali z GKS-em na inaugurację 2026 roku, wskoczyliby na fotel lidera. Michał Szczygieł z zaglebiak.com nie dawał się jednak ponieść euforii. – Trzeba utrzymywać pewną dozę dystansu – podkreślał. – Przed sezonem nie byłem aż tak przestraszony jak niektórzy, bo wiedziałem, że w drużynie jest jakość i jeśli trener odpowiednio ją poukłada, to nie taki diabeł będzie straszny. Z drugiej strony sam zaznaczał, że nie uważa Zagłębia za piątą siłę ligi i trudno mu było ocenić jej potencjał. Faktem jest, że Lubinianie wówczas nie przegrywali u siebie, więc przed GieKSą stało trudne zadanie. Tymczasem już w drugiej minucie wynik otworzył Nowak, a po przerwie drugie trafienie dołożył Jędrych. W dalszej części sezonu Miedziowi nie byli już tak skuteczni jak jesienią, mimo to do ostatniej kolejki zachowali szanse na puchary. Gdyby wygrali w Białymstoku, to oni zamiast GieKSy pakowaliby dziś walizki na wyjazd do Europy (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Był dwumecz z Wisłą, był też – choć bardziej rozłożony w czasie – dwumecz z Widzewem. Dzięki lepiej wykonywanym jedenastkom to my przeszliśmy do półfinału Pucharu Polski, natomiast ważniejszy dla Łodzian bój rozegrał się w Ekstraklasie, przy Nowej Bukowej. Co ciekawe, miał go poprzedzać nasz wyjazd na Podlasie, ale z powodu (prawdziwego tym razem) ataku zimy mecz z Jagą znów przełożono. – Trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż – mówił mi wtedy Maciej Winczewski z Radia Widzew. Jego zespół potrzebował punktów jak ryba wody, bo mimo kolejnych milionowych transferów start rundy mieli kiepski (porażki z Zagłębiem i Jagiellonią). – Większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień – mówił w kontekście szumnych zapowiedzi w wielu sportowych mediach. Tymczasem Widzew nie grał wiosną o ligowy sukces, ale o utrzymanie. – Nie jest przyjemnie przewijać tabelę w poszukiwaniu Widzewa, ale to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie – mówił Winczewski. Tymczasem Widzewiacy w Katowicach dopisali na swoje konto kolejną porażkę i jeszcze głębiej zagrzebali się w strefie spadkowej. Pucharowa przegrana miesiąc później zaowocowała zmianą trenera i wydaje się, że mimo iż Aleksandar Vuković nie odmienił gry zespołu, to właśnie dzięki jego pracy udało się ostatecznie utrzymać Ekstraklasę dla Widzewa, choć cel osiągnięto dopiero w ostatniej kolejce (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
Równie duże, o ile nie większe rozczarowanie postawą piłkarzy panowało po jesieni w Warszawie. Cel w postaci mistrzostwa szybko włożono między bajki, bo Legia wylądowała w strefie spadkowej. – Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie myśli o spadku – mówił Filip Lewandowski z legionisci.com. – Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję. Tymczasem Papszun nie od razu odmienił oblicze Legii. Dość powiedzieć, że na inaugurację roku przegrał w Warszawie z Koroną, a w Katowicach zdecydowanie bliżej zwycięstwa był GKS. Niestety, kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich na tyle wyhamowało zapędy naszych piłkarzy, że mecz skończył się podziałem punktów. – Musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego – mówił Lewandowski po wyszarpanym remisie z Arką, ale jego słowa równie dobrze oddają nastroje po meczu w Katowicach. – Poziom Ekstraklasy się podniósł i dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa – ocenił Filip sytuację w lidze. – Wiążemy z trenerem duże nadzieje – wielokrotnie podkreślał w naszej rozmowie. To zaufanie w końcu zaprocentowało i Legia wskoczyła na właściwe tory. Na tyle skutecznie, że na ostatniej prostej włączyła się do walki o piąte miejsce, którego na nasze szczęście nie pozwoliliśmy sobie wyrwać (wynik meczu: 1-1).
Widmo spadku coraz bardziej zaczęło za to zaglądać w oczy kibicom w Gdyni. Z właściwego kursu Arki, o którym jesienią mówił Marek, nie zostało wiele. – Musimy wejść na wyższy poziom sportowy, jeśli chcemy wyskoczyć z czerwonej strefy – alarmował Arek Skubek. – Wiele rzeczy nie potoczyło się tak, jak powinno, a nikt nie spodziewał się, że tak fatalnie będziemy się prezentować poza Gdynią. Trudno być optymistą – podkreślał. Arek zwracał również uwagę, że Arka zatraciła atuty, które w 1. lidze pozwalały jej konsekwentnie punktować. – Stałe fragmenty działały u nas bardzo dobrze i między innymi dzięki temu wywalczyliśmy awans. Dlaczego w Ekstraklasie jest inaczej i zamiast zdobywać gole, częściej je tracimy? – zastanawiał się. Nie pomogła zmiana trenera, nie pomogły kolejne zwycięstwa u siebie, między innymi z GieKSą, która mimo iż prowadziła od pierwszej minuty, to sprezentowała Arce dwa gole, a szczególnie ten drugi wymyka się wszelkiej logice. Gdynianie próbowali gromadzić kolejne punkty, jednak nie na tyle skutecznie by uratować się przed spadkiem. Gwóźdź do trumny wbiła im w Gdyni pogrzebana już Termalica, dla której – jak się okazało – nie był to ostatni wyrok wykonany na klubie z Trójmiasta. (wynik meczu: 2-1 dla Arki)
Z pewnym kryzysem zmagał się także nasz kolejny rywal – Górnik Zabrze. Mimo że nadal trzymał się czołówki, to w lutym nie spisywał się najlepiej. – W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty, powinno być ich znacznie więcej – podkreślał Sikor z Zabrza. – Mimo wszystko mamy nadzieję, że szybko przezwyciężymy obecny kryzys i wrócimy na zwycięska ścieżkę. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicom Górnika, że w połowie rozgrywek będziemy się kręcić w okolicach podium, to każdy brałby to w ciemno – mówił o nastrojach panujących w Zabrzu. – W szatni mówi się o europejskich pucharach, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski – zastanawiał się Sikor. Okazało się, że obie drogi zaprowadziły Zabrzan do upragnionego celu, a dzięki dobrej postawie w Ekstraklasie mają szansę na grę w Lidze Mistrzów. Nie przeszkodziła w tym nawet porażka w Katowicach (wynik meczu: 3-1 dla GieKSy).
W poszukiwaniu kolejnych punktów jechaliśmy do Radomia, z nadzieją na wyprzedzenie gospodarzy w tabeli. Radomiak, z trenerem Feio na ławce (a ściślej mówiąc na trybunach, na skutek kary nałożonej na niego po meczu z Koroną), zadomowiwszy się w środku tabeli, zaczął nieśmiało spoglądać w jej górę. – Mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych – mówił Bartłomiej Jędrzejczak z podgolebnikiem.pl. Poważną przeszkodą w osiągnięciu tego celu była strata Capity – gwiazdy Radomiaka, który przed meczem z GieKSą pożegnał się z kibicami i odszedł do MLS. – Cała Ekstraklasa traci na odejściu takich zawodników jak on – mówił Jędrzejczak. Najwięcej stracił jednak Radomiak, który nie dał rady pokonać GieKSy, a w kolejnych meczach punktował na tyle mizernie, że znalazł się w zasięgu klubów ze strefy spadkowej. Na szczęście dla siebie wyszarpał zwycięstwo z Widzewem i zapewnił sobie spokój na finiszu rozgrywek (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
– Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski – jakże gorzko brzmią z dzisiejszej perspektywy słowa Kamila Barchanowicza z lechia.gda.pl. Mój rozmówca oceniał jednak szanse takiego scenariusza jako bliskie zeru. – Uważam temat za mało realny. Łagodne potraktowanie Lechii zachęciłoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Mimo punktowej kuli u nogi ekipa z Gdańska na boisku radziła sobie wtedy co najmniej przyzwoicie, dysponując najskuteczniejszą ofensywą w Ekstraklasie. – Forma poszła w górę, ale ja apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy – przestrzegał Kamil. – Wystarczy, że Legia lub Arka zaczną wygrywać. No i Legia wygrywać zaczęła, tymczasem Lechia najpierw przegrała w Katowicach, mimo absencji Jędrycha i Czerwińskiego nie znalazłszy sposobu na trafienie do naszej siatki, później dołożyła wprawdzie punkty w meczach z Pogonią i Koroną, ale następnie wpadła w dołek, z którego już się nie wygrzebała: z ostatnich siedmiu meczów zremisowała jeden, a resztę przegrała. Przypieczętowaniem spadku była porażka ze wspomnianą wcześniej Termalicą. Jest to swego rodzaju „osiągnięcie”, że drużyna z królem strzelców ligi spada poziom niżej. W Gdańsku pewnie do teraz nie mogą dojść do siebie zastanawiając się, jak można było wypuścić Ekstraklasę z rąk w takich okolicznościach… (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Kilka dni później przyszło nam wreszcie zagrać z Jagiellonią w lidze, a mieliśmy już za sobą rozegrany jeszcze w 2025 roku pojedynek pucharowy, zakończony zwycięstwem GieKSy 3:1. Do trzech razy sztuka – dwukrotnie przekładane spotkanie wreszcie doszło do skutku. Trafiliśmy rywala w małym dołku: Jagiellonia na ligowe zwycięstwo czekała ponad miesiąc, a wygrana w Białymstoku pozwoliłaby GieKSie przeskoczyć ligowego rywala. – Na ten moment liczy się przede wszystkim utrzymanie w strefie pucharowej – podkreślał Piotr Owsiejko z JB1920.pl. – Ostatnio brakuje zwycięstw – ubolewał. – Trzeba odzyskać atut własnego boiska i poprawić skuteczność. Nie możemy w nieskończoność polegać na duecie Imaz – Pululu. Jak podkreślał mój rozmówca, Jagiellonii brakowało jakości przede wszystkim na skrzydłach. – Ich potencjał pasuje bardziej do drużyn z dołu tabeli niż walczących o mistrzostwo – stwierdzał z żalem. Mimo kłopotów rywala nie udało się GieKSie wykorzystać jego słabości. Gospodarze już w pierwszej połowie wyszli na dwubramkowe prowadzenie i nie roztrwonili tej przewagi, odrabiając tym samym dystans do przewodzących w tabeli Zagłębia i Lecha (wynik meczu: 2-1 dla Jagiellonii).
Największym rozczarowaniem, jeśli chodzi o czołówkę Ekstraklasy, była z pewnością Cracovia. Rozbudzone jesienią nadzieje wiosną zostały brutalnie zweryfikowane, a mające walczyć o mistrzostwo Pasy zaplątały się w walkę o utrzymanie. Mimo to Rafał Nowak z TerazPasy.pl starał się nie tracić optymizmu. – Sensem kibicowania nie jest chłodna kalkulacja, tylko wiara w swoją drużynę. Nie straciliśmy jeszcze nadziei – oświadczył. – Mimo to czasem ręce opadają gdy patrzę, jak ostatnio punktujemy, a w zasadzie nie punktujemy. Cztery „oczka” przewagi nad strefą spadkową mogą okazać się niewystarczającą zaliczką – stwierdzał przytomnie. Z drugiej strony podkreślał, że Cracovia sportowo nie wygląda najgorzej, a zwyczajnie czasem brakuje jej szczęścia. – To wręcz niemożliwe, ile pecha mieliśmy w starciach z Piastem i Wisłą. Jesteście naszą szansą na przełamanie i zrobimy wszystko, aby ją wykorzystać – ostrzegał. Samego meczu ani w Krakowie, ani w Katowicach nie będą wspominać latami, bo nie stał on na najwyższym poziomie. Rozstrzygnął go wykorzystany przez Pasy rzut karny po zagraniu ręką Lukasa Klemenza. Tym samym Cracovia złapała punktowy oddech przed ostatnią fazą sezonu (wynik meczu: 1-0 dla Cracovii).
Niedawny lider Ekstraklasy z Płocka również nie imponował formą. Tuż przed meczem z GieKSą zanotował serię pięciu porażek z rzędu i gdy przed oczami kibiców Wisły zaczynały majaczyć demony sprzed trzech lat, kiedy będąc w czołówce zaliczyli spektakularny spadek do 1. Ligi, udało się przerwać złą passę zwycięstwami z Cracovią i Jagiellonią. – Pojawiały się głosy, że szykuje się „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami stulecia – opowiadał wtedy Michał Sporczyk z nafciarski.pl. – W Płocku jak nigdzie indziej znajduje odbicie powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ: raz liczymy punkty brakujące do mistrzostwa, a po kilku porażkach wielu myśli już o spadku. Popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas dość częste – przyznał. Pytany o cele i możliwości Wisły, wykazywał się ostrożnością. – Obawiam się, że awans do pucharów w tym sezonie mógłby okazać się dla nas „pocałunkiem śmierci”. Stabilizacja i rozwój są w tym momencie znacznie ważniejsze. Słynąca ze szczelnej obrony Wisła przyjechała w Wielką Sobotę do Katowic i zgodnie z przewidywaniami skupiła się na bronieniu dostępu do własnej bramki, z rzadka atakując. – Trener Misiura odłożył na bok chęć prowadzenia gry i narzucił znany z jesieni rygor w defensywie – podkreślał Sporczyk. – Znowu gramy to, co jesienią wychodziło najlepiej. Znalazło to potwierdzenie na boisku – do ostatniej minuty nie mogliśmy znaleźć sposobu na Leszczyńskiego, aż wreszcie zespołowa akcja zakończona sytuacyjnym strzałem Klemenza przyniosła oczekiwany skutek. GKS zrównał się punktami z Nafciarzami, by w dalszej części sezonu zająć ich miejsce wśród kandydatów do TOP 5 (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
Droga do Europy prowadziła nas również przez Puchar Polski, zabrakło jednak ostatniego kroku, bo mimo dwubramkowego prowadzenia po pierwszej połowie, pozwoliliśmy Rakowowi odzyskać pewność siebie i odrobić straty z nawiązką. Nie pomógł dwukrotny pościg za wynikiem, nie pomogły ładne bramki Zrel’aka i Markovicia – w konkursie rzutów karnych lepsi okazali się gospodarze. Konrad Kotania z Częstochowy z pełnym przekonaniem stawiał na swój zespół, natomiast na pocieszenie dorzucił typ, że na koniec sezonu GKS znajdzie się w pierwszej czwórce Ekstraklasy. Ostatecznie miejsce to zajął właśnie Raków, natomiast dzięki pucharowemu tryumfowi Górnika miejsce piąte okazało się równie cenne co czwarte.
Byliśmy ciekawi, jak zareaguje nasza drużyna po wypuszczeniu z rąk szansy na historyczny sukces. Trzeba się było szybko pozbierać, bo czekał już rywal niebylejaki – przy Bułgarskiej podejmował nas obecny i najprawdopodobniej przyszły mistrz Polski. – Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do zrobienia – tonował nastroje Radek Laudański z kanału Poznański Express. – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele – stwierdzał z zadowoleniem. Mimo ostrożnych deklaracji Laudański nie wyobrażał sobie innego scenariusza niż końcowy tryumf w lidze. – Jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie mistrzem, to będzie to dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 roku za czasów Nenada Bjelicy – podkreślał. Nieco obaw mógł przysporzyć mecz z GKS-em, który trzykrotnie wychodził w Poznaniu na prowadzenie, ale za każdym razem pozwalał się doścignąć. Finał sezonu pokazał jednak, że oba zespoły były w na tyle dobrej dyspozycji, że z nawiązką zrealizowały swoje cele: Lech na kolejkę przed końcem był już pewny mistrzostwa, a GKS z drugiego szeregu wdrapał się na miejsce pucharowe (wynik meczu: 3-3).
Apetytu na pierwszą piątkę nie stracił także Motor, który tak jak GieKSa wygrzebał się z jesiennych tarapatów i znów mierzył wysoko. Podobnymi drogami wędrują oba kluby po ligowych zakamarkach. – Praktycznie w każdym momencie licząc od awansu jesteśmy do siebie bardzo podobni – zauważał LewyDoPrawego, znany lubelski twitterowicz. – Jest więc rywalizacja, ale raczej nie ma między nami złej krwi – dodawał. Pytany o obawy związane ze spadkiem uspokajał. – Mieliśmy przeświadczenie, że sztab jest w stanie wycisnąć z tej drużyny wystarczająco dużo, aby utrzymać ją w Ekstraklasie. Czas pokazał, że nie doceniano Motoru, bo wiosną idzie nam dobrze – podsumował. Motorowcy przyjeżdżali do Katowic jako drużyna niepokonana od siedmiu spotkań, a kolejne zwycięstwo byłoby historycznym rekordem. Ponadto, ewentualny zwycięzca złapałby kontakt ze strefą pucharową. – Dobrze, że rozgrywki tak się układają, że niemal każdy do ostatniej kolejki będzie grał o coś. Emocje będą do samego końca – mówił z zadowoleniem LewyDoPrawego. Emocji nie brakowało też w Katowicach. Jeszcze przed przerwą kibice obejrzeli cztery gole, a po zmianie stron do siatki GKS-u trafił Bartosz Wolski, który od następnego sezonu będzie zakładał żółtą koszulkę, ale już z naszym herbem (wynik meczu: 3-2).
Huśtawka nastrojów, wychylająca się jednak w drugą stronę, dopadła za to Koronę. Mimo dobrej postawy w pierwszej części sezonu wiosną przyszło załamanie formy i zjazd w dół tabeli. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek Złocisto-Krwiści znaleźli się w sporym gronie drużyn zagrożonych spadkiem. – Jesteśmy uwikłani w walkę o utrzymanie i każdy zespół, który ma nie więcej niż 39 punktów, jest w tej samej sytuacji – realnie oceniał Igor z Kielc. – Liczyłem, że sezon będzie spokojniejszy niż poprzednie, tymczasem znów musimy się bić o utrzymanie i mam pewne obawy co do zakończenia sezonu – mówił. Brakujących do utrzymania punktów szukał w rywalizacji z Piastem i Widzewem, ale liczył również na remis z GieKSą. Jego przewidywania się sprawdziły – oba zespoły trafiły do siatki tylko raz i podzieliły się punktami. Ostatecznie zdobyte w Kielcach „oczko” zaważyło na naszym awansie do pucharów, a Koronie dało komfort utrzymania już w przedostatniej kolejce (wynik meczu: 1-1).
Po pierwszej połowie pucharowego meczu w Częstochowie wielu z nas planowało już majówkę w stolicy. Tymczasem w niedzielne popołudnie przyszło nam zagrać w Katowicach z praktycznie zdegradowaną Termalicą. – Nawet komplet punktów może nie wystarczyć do utrzymania – trzeźwo oceniał Kuba – kibic Słoników. Faworyt mógł więc być tylko jeden, jednak jak później przekonały się ekipy z Trójmiasta, Bruk-Bet nie miał zamiaru wywieszać białej flagi przed ostatnim gwizdkiem sezonu. – Cieszy nas każdy punkt – dodawał Kuba. – Gra w Ekstraklasie to wielkie wyróżnienie i tym powinniśmy się kierować. Każdy kibic Słoni powinien doceniać to, co państwo Witkowscy zrobili dla Niecieczy. Piłkarze Bruk-Betu starali się więc wycisnąć ile się da z końcówki sezonu. W Katowicach jednak nie dało się zrobić wiele. Mecz otworzył kuriozalny samobój po wrzucie z autu Kowalczyka, a kolejne gole jeszcze bardziej podcięły skrzydła gościom, których stać było jedynie na honorowe trafienie Zapolnika. Nie dziwią więc łzy piłkarzy po meczu, którym oficjalnie pogrzebali swoje szanse na utrzymanie w elicie (wynik meczu: 5-1 dla GieKSy).
Na trzy kolejki przed końcem sezonu jechaliśmy do Gliwic. Grający w kratkę Piast balansował na granicy strefy spadkowej i potrzebował punktów, aby zapewnić sobie spokój. – Jeszcze nie śpię spokojnie – mówił Kacper Wójtowicz z PiastInfo.pl. – Terminarz na końcówkę mamy ciężki, bo GKS jest w formie, Raków zawsze może odpalić, a Widzew będzie grał z nożem na gardle – wyliczał. – Jestem jednak dobrej myśli i wierzę w utrzymanie. Runda wiosenna w naszym wykonaniu jest dobra, ale trzeba jeszcze dowieźć cel. Do upragnionego celu Piast podążał małymi kroczkami – bezbramkowy remis z GieKSą nie zadowalał żadnej ze stron, był jednak sprawiedliwy, bo obie ekipy nie pokazały zbyt wiele. Kolejne mecze zakończyły się porażkami Piastunek, które utrzymanie zawdzięczają słabości rywali i karom dyscyplinarnym dla Lechii.
Przedostatni akcent sezonu to pojedynek z Jagiellonią, która pokonując tydzień wcześniej Raków wysforowała się na drugie miejsce w tabeli i jako jedyna miała jeszcze szansę dogonić lidera z Poznania. – Walczymy do końca i zobaczymy, jaki będzie finał – zapowiadał Andrzej Jakubowski. Stojące przed Jagą zadanie było jednak tym z kategorii mission impossible i Jakubowski zdawał sobie z tego sprawę. – Musimy liczyć na dwa potknięcia Lecha, bo jedno zwycięstwo załatwia sprawę. Przed nami trudne zadanie. Redaktor naczelny serwisu Jagiellonia.net potwierdził słowa Piotra Owsiejki z JB1920. – Podstawowym celem zespołu jest zapewnienie po raz kolejny występów w europejskich pucharach. W ubiegłym sezonie Liga Konferencji przyniosła nam 7 milionów euro, trzeba podtrzymać ten strumień przychodów. Ostatecznie Kolejorz szybko rozstrzygnął sprawę mistrzostwa w Radomiu, a BKS musiał się napracować, aby wyrwać punkty GieKSie. Skończyło się remisem po fenomenalnym trafieniu Borjy Galána. Jagiellonia musiała więc grać o pełną pulę w ostatniej kolejce, próbując wyprzedzić Górnika i jednocześnie uciekać Rakowowi. Dla nas był to korzystny scenariusz, bo na jej drodze stało Zagłębie – jeden z naszych rywali o TOP 5.
Wiele ciekawego działo się w ramach Multiligi. Lechia walczyła o utrzymanie w Niecieczy, Widzew z Piastem rywalizowali o bezpieczne lokaty, Legia próbowała gonić puchary, a GieKSa bronić pozycji w pierwszej piątce. Za naszymi plecami czaiło się wspomniane wcześniej Zagłębie, ale Jagiellonia miała mecz pod kontrolą i ze względnym spokojem obserwowaliśmy wydarzenia w Białymstoku. Z kolei Wojskowi szybko wyjaśnili sytuację z Motorem, więc oczy całej piłkarskiej Polski skierowały się na Szczecin, gdzie nie grająca już o nic Pogoń podejmowała GieKSę. Kibice Portowców wyglądali już jedynie końca sezonu. – Odkąd chodzę na Pogoń, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat – tyle się działo – mówił Daniel Trzepacz z pogonsportnet.pl. – Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie – opowiadał. – Dlatego cieszę się, że te rozgrywki już się kończą. Przed meczem mnożyły się dyskusje, z jakim nastawieniem wyjdą na mecz piłkarze Pogoni. – Nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie – zapowiadał. Nie mogliśmy więc liczyć na żadną taryfę ulgową i tak też było. Pierwsza połowa należała bezapelacyjnie do gospodarzy, a piłkarze GieKSy mieli wyraźne problemy z uniesieniem stawki tego spotkania. Po przerwie zmiennicy mocniej napędzali akcje GKS-u, natomiast ostateczny sygnał do ataku dał nam… Krzysztof Kamiński, bramkarz Pogoni, który po interwencji rękoma poza polem karnym obejrzał czerwoną kartkę. Pozbawieni zmian Portowcy w bramce postawili napastnika, co skrzętnie wykorzystał Marcel Wędrychowski – wychowanek Pogoni, jeszcze w ubiegłym roku biegający w granatowo-bordowej koszulce. Zwycięski remis pozwolił nam zachować piąte miejsce i otworzył bramy do Europy!
Felietony Piłka nożna Piłka nożna kobiet
Runda pełna absurdów #2
Nie będziemy ukrywać, że wraz z redaktorem Flifenem po naszym jesiennym artykule liczyliśmy na nieco spokojniejszą wiosnę i w efekcie krótszy wpis, pozwalający na wakacyjny odpoczynek. Nasze przewidywania okazały się jednak równie skuteczne jak Mileta Rajović… Zapraszamy zatem do obszernej lektury naszej selekcji najzabawniejszych absurdów z wiosny sezonu 2025/26!
Boże miej tę ligę w opiece
Lechia wcale nie spadła (PZPN ich nienawidzi, zobacz jak) – Niektóre kluby do ostatniej kolejki biją się o utrzymanie, co bardziej temperamentne jeszcze kilka dni po zakończeniu sezonu próbują odwoływać się od jakiejś niezrozumiałej decyzji sędziowskiej. Lechia Gdańsk poszła o krok dalej, w oświadczeniu jasno dając do zrozumienia, że utrzymała się w lidze i odebranie jej punktów było wręcz nielegalne. Kto wie – być może jeszcze o tym wątku usłyszymy na starcie sezonu, gdy Lechia będzie domagała się przywrócenia do Ekstraklasy?

Lechia jest bezczelna – Szanowny spadkowicz uraczył swoich fanów prozaicznym wytłumaczeniem kolejnych odejść z klubu – to przez ten krwiożerczy PZPN! Cały sezon Lechia była o włos od utrzymania i sami pracownicy klubu mówili, że nie przejmują się tą karą. Po spadku nagle wszystko się odmieniło, powrócił zakaz transferowy, a zza kulis znów zaczęły wychodzić informacje o pustce w kasie. Trudno wyobrazić sobie rozprawę, gdzie dorośli ludzie będą próbowali pozwać ligę za to, że spłaciła za nich ich własne długi i przymykała oko na dantejskie sceny za kulisami. Z drugiej strony, Paolo Urfer jest prawnikiem i nawet sam Pan Bóg pewnie nie wie, czy Lechia jednak nie zagra w tegorocznej Lidze Mistrzów.
Oświadczenia nad oświadczeniami – Był kiedyś pewien europoseł o imieniu Janusz, który każde wystąpienie kończył słowami “a poza tym sądzę, że…”. Lechia Gdańsk publikuje komunikaty niemal żywcem wyjęte z jego wypowiedzi: “Odszedł ten i ten, z powodu tego i tego, dziękujemy. A poza tym PZPN poniesie odpowiedzialność za bestialskie zrujnowanie naszego klubu i powinien zostać zniszczony, nie dziękujemy”.
Źródło: Strona Główna Klubu i Akademii – Lechia Gdańsk
Przerwanie meczu po odpaleniu 10 rac przez Legię na Arenie Katowice – Pan Damian Sylwestrzak na chwilę wstrzymał grę za sprawą dymu ogarniającego murawę na stadionie, w trosce o zdrowie zawodników i poziom widowiska. Nie udało się niestety ustalić, jaki stadion został zadymiony, bowiem piłkarze nie potrafili doszukać się rzekomej chmury uniemożliwiającej działanie naszego niezawodnego systemu wideoweryfikacji. Jak się okazało, obawy arbitra były jednak słuszne – VAR nie mógł zauważyć Kacpra Tobiasza rzucającego się z uściskami na Szkurina podczas akcji ofensywnej.
Rzut za trzy punkty Kowalczyka z Termalicą – Są różne style piłkarskie: misterne Catenaccio, morderczy Gegenpressing czy też sławetna Tiki-taka. Mateusz Kowalczyk postanowił wprowadzić jednak element innej dyscypliny, po wrzucie z autu zapisując sobie niemalże bezpośrednią bramkę, jedynie z przyczyn legislacyjnych uznanych za samobójczą. Miny dziennikarzy i kibiców zasiadających na trybunach, którzy zobaczyli ten ewenement na skalę światową – bezcenne. Europa nie jest gotowa na nasze sztuki piłkarskie!
Kolejny trener Widzewa, ale tym razem to już naprawdę ostatni! – Każdy z nas w swoim życiu kupił nieco zbyt dużą paczkę chrupek “bo będzie na dwa dni”. Włączamy mecz, a kilka chrupnięć później okazuje się, że paczka już jest pusta. Nieco podobnie miał pan Dobrzycki z kupnem trenerów, bowiem od 2025 roku w Widzewie pracowało już 5 wyszukanych szkoleniowców na lata, każdy z coraz to lepszą argumentacją i CV. Ostatecznie skończyło się na panicznym zatrudnieniu żelaznego Ako Vukovicia, który przyszedł, wywalił ego “gwiazd” tej ligi na bruk i kazał wypierniczać wszystkie piłki w kosmos. Od jednego chrupnięcia na weselu Widzew niemal spadł z ligi, a to byłoby całkiem spore osiągnięcie jak na miliardera.

Bergier kopiący rożne jako najlepszy strzelec Widzewa – Inni trenerzy go nienawidzą, zobacz jak! Poprzednik Vukovicia miał dość niecodzienny plan na Widzew Łódź, wszak wysyłanie walczaka i najlepszego strzelca do kopania rzutów rożnych przy okienku transferowym za miliony monet brzmi jak żart primaaprilisowy. Sęk w tym, że szanowny Pan Czapeczka nawet nie zdołał do tegoż kwietniowego dnia dotrwać, a taki absurdalny pomysł mógł mu tylko w tym pomóc.
Gesty Sebastiana “zwykłego chłopaka” Bergiera do kibiców Korony – W zaledwie kilka sekund skutecznie odświeżył niechęć kibiców do swojej osoby. Gdyby ten gest był jeszcze spontaniczny i szybko się opanował, mógłby to wytłumaczyć jakąś prowokacją, co i tak było już głupie i obelżywe. Wszystko odbyło się już jednak w dość spokojnych jak na wyjazd warunkach po meczu. Zawodnik uskutecznił *machanie ręką na wysokości bioder jednoznacznym gestem* kilka razy, dla pewności szyderczo się uśmiechnął i splunął na murawę. Ech… WIDEO
Najdroższy rozdawacz kwiatów w historii – Cała liga przeżyła szok po pierwszych transferach Widzewa Łódź, a szczególnie po wydaniu ponad 5 milionów euro na Osmana Bukariego, skrzydłowego prosto z MLS. Okazało się, że Osman w warunkach polskiej ligi odnajduje się co najwyżej przeciętnie, a kiedy w Łodzi pojawił się Vuko, to Ghańczyk został wysłany na trybuny. Klub znalazł mu nowe zajęcie zgodnie z kwalifikacjami – na dzień kobiet został zatrudniony do rozdawania paniom kwiatów przed stadionem.
Kapaudi zatrzymany przez prezydenta, a Bukari przez wizę – Obrońca Widzewa regularnie jest zawodnikiem szerokiego składu Demokratycznej Republiki Konga, nie powinno więc nikogo dziwić, że w marcu pojechał on do swojej ojczyzny pomóc jej w awansie na Mistrzostwa Świata. Misja została zakończona sukcesem, a DRK awansowała na mundial po raz pierwszy od ponad 50 lat! Sukces okazał się tak wielki, że aż prezydent zwołał spotkanie z piłkarzami na tydzień po historycznym meczu. Problem w tym, że według reguł FIFA reprezentacje muszą “oddać” zawodników klubom w przeciągu dwóch dni, a tutaj minął ponad tydzień. W tym samym czasie Bukari walczył w polskim konsulacie w Nigerii o uzyskanie pozwolenia na pracę.
Dawid Szwarga kapituluje – Trener Dawid Szwarga znany jest z nowinek technologicznych i ma łatkę analityka, choć czasem mówi się o jego brakach w budowaniu szatni. W jego ostatnim starciu jako trener Arki Gdynia z Koroną Kielce kamery wychwyciły, jak rzucił soczyste “Pie***lę to” i ostentacyjnie usiadł na ławce. Oficjalnym powodem rozstania był rozjazd wizji budowy klubu, co wcale nie wyklucza prawdziwości dwóch mocnych słów trenera.

Arka Gdynia (i nie tylko) bojkotuje groundkeeperów – Raczej nikt nie wyobraża sobie meczów NBA rozgrywanych na betonie, jazdy na łyżwach po bruku, czy gry w piłkę na kartoflisku. Ten aspekt został zakwestionowany przez parę ekip, które wpadły na to samo pytanie: “Jak kiepska może być murawa?”. I w ten sposób Arka Gdynia rozegrała parę kolejek na kretowisku, murawa Poznania w Pucharze Polski wyglądała, jakby nikt jej przez miesiąc nie podlewał, a w Radomiu z tego powodu nawet odszedł trener. Niby tylko zwykła trawa, a tyle z nią kłopotów.
Krzykliwa reklama Legii z Oyakatą – W ciągu istnienia każdego klubu zdarzają się takie momenty, że wszystkim sympatykom aż chce się krzyczeć ze złości. Takie emocje mogły towarzyszyć kibicom Legii, gdy na horyzoncie realnie pojawiło się widmo spadku, chociaż jeszcze przed chwilą zespół brał udział w europejskich pucharach. Ewidentnie tym kierowali się marketingowcy klubu ze stolicy, kiedy w ramach reklamy pewnej zupki instant kazali aktorowi z całej siły krzyknąć pośrodku niczego i… zacząć przygotowywać tę właśnie zupkę. Tych, których ta reklama ominęła, zapraszamy do seansu, bo tego nie można przegapić. WIDEO
Bezlitosny Excel sprzedał Kapaudiego – Dwóch wytrwale zarabiających klubowych dyrektorów sportowych zadało sobie pytanie – po co mieć jakiegokolwiek obrońcę? Marek Papszun zdołał jeszcze złapać zawodnika za rękę przy podpisywaniu kontraktu z Cremonese i przywrócić go do drużyny, by usłyszeć że…i tak muszą go sprzedać, bo nie ma pieniędzy. Zawodnik przeszedł do Widzewa, Legia i tak miała czerwony Excel, a obronę zapełniał pomocnik Rafał Augustyniak z mędrcem Arturem Jędrzejczykiem. Rotacje, zmiany, rezerwy? Wychodzi na to, że to chyba jakieś pojęcia motoryzacyjne.
Wyprzedaż w Legii – Jakby tego było mało, na koniec sezonu budżet stołecznego klubu zaczął pękać w szwach. Nie było to jednak z powodu przepełnienia, a z powodu nerwowego szukania ostatnich monet przez kolejnych dyrektorów. Błyszczący na początku sezonu Nsame ponoć bardzo chciał zostać i zejść z pensji, aprobował to nawet sam Marek Papszun – nic z tego nie wyszło, zawodnik odszedł za darmo do Pogoni Szczecin. Z klubu odeszło (stan na 4 lipca) aż 14 zawodników, a sensowne pieniądze otrzymano jedynie za Barcię i Leszczyńskiego. Z Urbańskim nawet (proszę usiąść) rozwiązano umowę, choć jego przyjście było owiane sporym sukcesem. Żeby było zabawniej, po tej fali i wcześniejszych zmianach w szkółce młodzi zawodnicy podobno zaczęli wypytywać o możliwość zmiany klubu. Gratulujemy Legii konsekwencji – od mistrza do klasy średniej, w końcu cel osiągnięty!
Odwołana kartka Rafała Augustyniaka – Wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby sędzia pokazał po taktycznym faulu żółty kartonik i zaznaczył, że następny taki faul poskutkuje wylotem z boiska. Piotr Lasyk zapewne taki miał zresztą zamiar, jednak po konsultacjach z VAR-em zmieniono to na czerwoną kartkę. Marek Papszun wyszedł na konferencję, niejako wymanifestował jej anulowanie i… PZPN anulował kartonik, nie przyznając w zamian nawet prawidłowej żółtej kartki. Skoro tak sztywno trzymamy się przepisów, jest jedna drużyna, która z powodu zaległości finansowych powinna już dawno znajdować się na niższych szczeblach rozgrywkowych – ich też czeka anulowanie sezonu?

Rajović strzela w swoją drugą nogę przed pustą bramką – Tu nawet nie ma o czym pisać, to trzeba zobaczyć. Jak to mawia młodzież: przednia zabawa, że hoho! WIDEO
PZPN przenoszący Superpuchar przed ostatnią kolejką – Polski Związek Piłki Nożnej (lub czegoś w tym rodzaju) bardzo chciał oddać Wrocławiowi to, co udało się koncertowo zepsuć w poprzednim sezonie zakończonym spektakularnym spadkiem. Dodatkowo miała to być chyba też kara za niewpuszczenie kibiców Wisły Kraków. Oprócz reprezentacji miał się tam pojawić… Wróć, w żadnym momencie nie miał się tam pojawić Superpuchar Polski. Niektórym “baronom” taki pomysł przyszedł do głowy, ale społeczności Górnika i Lecha Poznań bardzo szybko dały znać, że nie będą brać udziału w takiej degrengoladzie i albo jadą do Poznania, albo na wakacje. Nie ma to jak bohaterskie tworzenie problemów, by potem po cichu się z nich wycofywać.
Bitwa pod Gołębnikiem – Derby w polskiej piłce rzadko kiedy odbywają się w neutralnej atmosferze, ale wszystko ma swoje granice. Te zostały przekroczone, kiedy po meczu Radomiaka Radom z Koroną Kielce kibic gospodarzy wtargnął na stadion i ruszył na Tamara Svetlina, którego chronić musiał Konrad Cebula. W międzyczasie butelka rzucona przez innego kibica Radomiaka znalazła dyrektora marketingu Korony, który z całą zakrwawioną głową musiał opuścić boisko. Skończyło się na symbolicznej karze i braku konsekwencji, bo już kilka kolejek później radomscy kibice chwalili się na Twitterze wnoszonymi małpkami.
Kiko Ramires i herb Radomiaka – Ja wiem, co wielu z Was sobie pomyśli: przecież jeszcze niedawno Radomiak nie miał swojego herbu! Tamta sprawa została jednak rozwiązana, o czym prawdopodobnie nie usłyszał pewien były trener Radomiaka. Kiko Ramires, bo o nim mowa, wrzucił na swojego Twittera (nowomowa: X) piękną grafikę z pożegnalną wiadomością skierowaną do kibiców z Radomia. Większość osób skupiła się jednak nie na samej treści, której nic zarzucić nie można, a na stworku w lewym górnym rogu oraz w tle posta. Po chwili Kiko zrozumiał swój błąd i wrzucił poprawioną wersję – a przynajmniej tak to sam ochrzcił, bo nie wyglądało to dużo lepiej. Losowe artefakty, wrzucona cyrylica… Sami rzućcie okiem na te dzieła wprost z profili społecznościowych szkoleniowca.
Źródło: Twitter Kiko Ramiresa
Gonçalo Feio, przygód część kolejna – Mecz 24. kolejki Ekstraklasy pomiędzy Radomiakiem Radom a GieKSą nie jest czymś, co postronny kibic będzie wspominał z wypiekami na twarzy. Zresztą, prawdopodobnie już poza sprzymierzeńcami obu ekip nikt już o jego przebiegu nie pamięta. Kolorytu temu dniu nadał za to znany z tego, że nadaje kolorytu wielu dniom, Goncalo Feio. Znany z rzucania biurowymi przedmiotami ówczesny trener Radomiaka tym razem wdał się w polemikę na temat stanu murawy z miejscowym radnym. W pewnym momencie politykowi siadły nerwy i przyłożył Portugalczykowi, na co ten zareagował rzuceniem papierów. Tak zakończyła się kolejna przygoda Feio w Polsce, ponownie rzuceniem – kuwetą w Motorze, ofertą Legii i teraz papierami.
Minimalistyczny Motor Lublin – Przez ostatnie pocovidowe lata w Ekstraklasie tendencja w rozwoju ligi oraz w ilości wydawanych w niej pieniędzy była raczej wzrostowa. Czasem jednak zdarzają się jednostki, które muszą się przeciwstawić wszystkim trendom, tym razem tę rolę przejął Zbigniew Jakubas. Po sezonie przez Lublin przeszło tornado, zabierające ze sobą aż 12 piłkarzy pierwszego składu. Całe szczęście, że Bright Ede nie uległ pokusie milionowej oferty z Chelsea, inaczej Motor musiałby radzić sobie także bez niego. Po drodze z klubu wywiało też Mateusza Stolarskiego, a powstały w ten sposób wakat został od razu zajęty przez Mariusza Misiurę. Były trener Wisły Płock jest bardzo ceniony przez pana Jakubasa, co objawiało się już wcześniej, gdy prezes dyskutował z nim o grze Motoru… kiedy trenerem był jeszcze Stolarski.
Kibole Lecha, kible Widzewa – To nie jest przypadek, że prawie za każdym razem to są toalety. Tym razem obsługa sanitariów przerosła kibiców Lecha Poznań, którzy pozostawili po sobie widok jak na załączonym obrazku. Szkody pozostawione przez fanatyków łódzki klub wycenił na kilkaset tysięcy złotych, a fani z Poznania zadeklarowali się, że uregulują wszystkie koszta. Dobre chociaż to, lecz może warto zainwestować w edukację od podstaw i rozdawanie przed wyjazdami skróconych instrukcji obsługi toalet. Panowie kibole – porcelana da się lubić!

Thomasberg mówiący, że jego piłkarze bali się wygrać z Termalicą – Nie regulujcie odbiorników, to najprawdziwsze słowa trenera Pogoni Szczecin! Po lutowym remisie z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza szkoleniowiec rzucił nowe światło na kwestię formy Pogoni – jego piłkarze po prostu żyli w strachu przed zdobyciem trzech punktów. “Pojawiła się obawa przed zwycięstwem, to nie powinno się wydarzyć” – to brzmi bardziej jak cytat z twórczości Walaszka, niż słowa poważnego trenera na konferencji prasowej po remisie z ostatnią drużyną ligi.
Juwara na wagarach w Berlinie – Miasto, w którym na każdej ulicy leży 60 Euro, może wydawać się wszystkim atrakcyjnym miejscem. Czasem jednak przed pojechaniem tam powinno się sprawdzić, czy na następny dzień nie gra się spotkania w Ekstraklasie. O tej części zapomniał Musa Juwara, który służbowym autem oznaczonym jego nazwiskiem (!) przejechał się do stolicy kraju Autobahn. W efekcie skrzydłowy został odsunięty od składu pierwszej drużyny Pogoni. To znaczy, oficjalnie został przesunięty z powodu drobnego urazu, lecz od tego czasu (czyli połowy lutego) reprezentant Gambii ani razu nie wszedł na boiska Ekstraklasy. Plotki głoszą, że klub już w tym okienku spróbuje pozwolić zawodnikowi iść swoją ścieżką.
O takim Alexie H., co chciał wpłacić na zbiórkę – Pomysły Pana Prezesa są zasadniczo po prostu skrajne: tu zwyzywa kogoś od sodomity służącego siłom ciemności, tu osobiście przyjdzie pogratulować kibicom rywali zwycięstwa. Pod koniec kwietnia postanowił, powiedzmy… Dołączyć? W każdym razie coś w tym stylu, do zbiórki Patryka Łatwoganga na Fundację Cancer Fighters. Skąd nasze zawahanie w doborze słowa? Prezes podrzucił do internetu cennik, za każdy kolejny wygrany mecz Pogoni dorzucając coraz więcej do puli. To jest, obiecując dorzucenie, bowiem już w ostatnich minutach pierwszego starcia zakończyła się szalona passa zwycięstw w liczbie 0, powodując lawinę szydery na social mediach.

PROSZĘ ODDAĆ NASZA DZIAŁKA! – Zarząd pod właścicielstwem Roberta Platka, składający się z Murata Colaka i Davida Amdurera sprezentował dość specyficzną konferencję prasową. Mocno podkreślono totalny brak profesjonalizmu byłej prezes Filipiak przy nagłym rozstaniu z Cracovią, bardzo ładnie prosząc (i to w języku polskim!) o zwrot srebra rodowego, jakim jest działka Cracovii. Została ona sprzedana za ułamek ceny firmie Pani Filipiak, a zarządzający podkreślali gotowość nie tylko do walki prawnej, ale też do odkupienia gruntów dla klubu. Z plusów, przynajmniej za działkę nie zapłaciła Ekstraklasa – doceniamy!
6 zespołów mających w 29. kolejce po 37 punktów (ta liga nie jest poważna) – W innych ligach jedni kibice emocjonują się walką o puchary i mistrza, drudzy każdego dnia wstają z przerażeniem spoglądając w tabelę niższej ligi. W Polsce postanowiono opatentować coś zupełnie nowego, nielimitowane emocje dla każdego. Czy Twój klub spadnie, awansuje, a może zbankrutuje? Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie, a sytuację w tabeli śledzili ze śmiechem nawet zagraniczni użytkownicy Twittera. Walka o spadek – legendarne motto wszystkich klubów Ekstraklasy.
Nosił Podolski razy kilka – Słyszysz: boiskowy bandytyzm, myślisz: Podolski. W tej rundzie ponownie nowy właściciel Górnika Zabrze stracił kontakt z bazą – tym razem uderzył z pięści Ameyawa w brzuch. Kiedy z kolei to Braut Brunes bez ceregieli zameldował się na jego kostce, był pierwszym, który uspokajał swoją drużynę i w wywiadzie po meczu rzucił: „Czasami są emocje, tak to jest. Ja to rozumiem„. Trzymanie się własnych zasad Lukasa jest godne uznania, lecz chyba nie na tym powinien polegać futbol, by trofea zdobywać kosztem zdrowia innych.
Sebastian Madejski nie zostanie skoczkiem wzwyż – Początek kwietniowego spotkania, niby nic groźnego. Katastrofalnie nieudane dośrodkowanie (a może i nawet strzał?) już ma przekuć się w kontrę, gdy wtem… Kamil Kosowski wykrzykuje: “Dał się zrobić jak junior!”. Piłka z 17. metra na wprost bramkarza powędrowała w jego rękawice, Madejski jednak był nieco zaskoczony i wypiąstkował pionowo do góry. Samo to nie skończyłoby się feralnym golem, gdyby później nie zatoczył się przy ocenie toru lotu piłki i nie wskoczył wprost w plecy napastnika, który bezproblemowo skierował piłkę głową do siatki. WIDEO

Nieuznana bramka po samosfaulowaniu się – Zremisowany mecz 31. kolejki z Piastem przez Koronę Kielce nie pozwolił drużynie oddalić się od miejsc premiowanych spadkiem, choć w końcówce aż huczało od kontrowersji. Arbitrzy odgwizdali faul jednej nogi obrońcy na drugiej, nie czekając na finał akcji i ewentualny udział VAR-u, a szkoleniowiec Korony otrzymał za prostesty czerwony kartonik: WIDEO
Trenerowi Zielińskiemu biją piłkarza, ale klub mówi, że nie – Szkoleniowiec Korony stwierdził po tym spotkaniu na konferencji prasowej, że jeden z jego piłkarzy został pobity przez kibiców. Nie zgodził się z tym stwierdzeniem… sam klub, wydając oświadczenie, aby nie wierzyć takim informacjom latającym po mediach. Zapomnieli jednak dopisać, że źródłem tego newsa jest ich własny trener. Koniec końców okazało się, że racja była po stronie klubu – nietykalność cielesna żadnego z piłkarzy nie została naruszona, a interpretacja sytuacji przez Jacka Zielińskiego była efektem kilku niefortunnych zdarzeń.
#SzacunekDlaArbitra – Proponujemy #litościdlakibiców. Wymyślanie takiej akcji po absurdalnie tragicznym roku sędziowania i tuż przed feralną 21. kolejką… Brzmiało to po prostu jak szukanie tanich wymówek i niedostrzeganie prawdziwego problemu obecnego sędziowania Ekstraklasy. Można by było w końcu wytłumaczyć przepis o zagraniu ręką (chyba że naprawdę losuje go żółw na wozie VAR), upublicznić komunikację sędziowską, poprawić szkolenie nowych sędziów – albo poprosić, żeby fani siedzieli cicho na czterech literach, bo co ich to obchodzi, a może i nawet przeprosili.
Sędziowskie koło fortuny w 21. kolejce – Cały świat został opanowany przez nowoczesne technologie usprawniające sędziowanie… Cały? Nie, jest jedna osada dzielnie stawiająca opór! Pan Adam Lyczmański doszukał się po tej kolejce aż 6 znaczących błędów sędziowskich, całkiem niezły wynik. Sędziowie na cały weekend zupełnie zapomnieli, jak i za co dyktuje się rzuty karne, co poskutkowało wypaczeniem wyników kilku spotkań. To wszystko chwilę po akcji opisanej powyżej…
Spalony z rzutu rożnego w 22. kolejce – Przepisy Gry jasno stanowią, jak profesjonalni sędziowie powinni prowadzić profesjonalne mecze profesjonalnej ligi profesjonalnej piłki nożnej. Ciągle okazuje się jednak, że równie dobrze sędziować mógłby legendarny Franciszek Smuda „na czuja”, bowiem przepisy są dość luźno – o ile w ogóle – rozumiane i stosowane. Jeden z takich śmiesznych podpunktów w tej księdze tłumaczy pozycję spalonego i jest tam napisane czarno na białym – nie można podyktować spalonego po zagraniu stojącej piłki spod chorągiewki. Chwila… Nie można? To patrz teraz! W meczu Piasta Gliwice arbitrowi udało się spłatać takiego psikusa, normalnie wszyscy śmiali się i dokazywali.
Honorable mentions
Zagłębie “XD” Sosnowiec – Pewnie wielu z czytelników pamięta czasy, gdy to Zagłębie występowało w Ekstraklasie, a jeszcze nie tak dawno zapowiedziało wielki projekt i budowę klubu na miarę Europy. Po 13. kolejce zespół był o włos od czołówki i wygrał cztery mecze z rzędu. Jak się okazało, były to niemal ostatnie zwycięstwa w tym sezonie, przez następnych 18 odbytych spotkań udało się Sosnowiczanom zwyciężyć aż zawrotny raz i z hukiem się spie… Spiesznie spaść z ligi. Szykawka, Sobczak (z kontraktem na czołówkę 1. Ligi, został odsunięty od składu po czterech miesiącach), Janiszewski, Rakels; nazwiska przecież okazałe jak na szczebel rozgrywkowy, a nie dały rady mocarnemu Sokołowi Kleczew i skompromitowały się 1:7 z Olimpią Grudziądz. Serdecznie gratulujemy wyniku sportowego, a ciekawskich kibiców zapraszamy na derby ze Spartą Katowice!
Trenerzy legendarnego spadkowicza – A propos „iścia” na dno, sportowa próba reakcji na katastrofalną formę nadeszła aż trzykrotnie. Marek Gołębiewski nie zanotował wyśnionych rezultatów, Wojciech Łobodziński (na chwilę) poprawił sytuację punktową, w marcu przyszedł na 2,5 roku (tak naprawdę to ledwie trzy tygodnie, szybko poszło) Grzegorz Bąk, a spadek przypieczętował Tomasz Łuczywek. Tomasz Łuczywek jest już 25. szkoleniowcem (nie licząc duetów) w ostatniej dekadzie, co daje nowego szkoleniowca co 4 miesiące. Czas wprowadzić jakiś limit szkoleniowców w jednym sezonie, inaczej Zagłębiu niedługo zabraknie nowych nazwisk.
TEN spalony Dżesiki Jaszek z Czarnymi Sosnowiec – Gdyby ktoś kiedyś próbował Wam wmówić, że VAR nie jest potrzebny, prosimy o pokazanie mu tej stopklatki. Sędzia oczywiście ma prawo do pomyłki, jednak przy tak świetnej widoczności i ustawieniu odgwizdanie pozycji spalonej jest równoznaczne, co typowanie Cracovii do wygrania ligi po dwóch tygodniach rozgrywek. Czy obie te rzeczy się zdarzyły w tym sezonie? Zgadza się, i za to kochamy naszą polską piłkę!

Źródło: TVP Sport
Dwie twarze Sandecji Nowy Sącz według Rafała Wolsztyńskiego: Rafał Wolsztyński był bezkonkurencyjnie najlepszym strzelcem Sandecji, mimo to klub zdecydował się podobnież wymusić na nim odejście przed końcem umowy i nie wypłacał mu pensji, co upublicznił sam zainteresowany. Finalnie okazało się, że zawodnik otrzymał część pieniędzy i… postępowanie dyscyplinarne do kompletu. Zakończyło się na niesmaku wśród kibiców, przeprosinach Wolsztyńskiego “za możliwe wprowadzenie w błąd” i odejściu zawodnika. A po czyjej stronie ostatecznie leżała wina? Dobre pytanie.
Sprzedaż kobiecego WKS-u, ale tak w sumie to nie – W marcu punkt kulminacyjny osiągnęły pogłoski o przeniesieniu struktur WKS-u do innego zespołu żeńskiego futbolu. Sfrustrowane piłkarki wystosowały oświadczenie już po spotkaniu, na którym i tak zabrakło osób decyzyjnych: “Usłyszałyśmy, że decyzja o sprzedaży została już podjęta. (…) W tym przypadku zostałyśmy potraktowane skrajnie przedmiotowo.” A na czym się zakończyło? Rzecz jasna na oświadczeniu, tym razem Jacka Sutryka: “Nigdy nie było niczyim zamiarem ani intencją instytucjonalne osłabianie lub likwidacja sekcji żeńskiej Śląska (…) Moi współpracownicy nie zrealizowali postawionych przed nimi zadań.” No i fajnie, tylko szkoda, że szczerze poinformować można było dopiero po upublicznieniu całej sprawy – inaczej jeszcze ktoś mógłby posądzać kogoś o uczciwość, czy nawet przyzwoitość.
Liga Legia plus ekstra po meczu Lech – Legia – 4:0, totalna anihilacja i praktycznie już przyklepany tytuł mistrzowski. Kibice z Poznania z niecierpliwością pewnie czekali na analizę i pochwały w studio po spotkaniu, jednak skończyło się na kolejnym odcinku pt. Studio Łazienkowska. Cóż, może kiedyś Legia była na ustach większości Polski, ale pora na pogodzenie się z faktem, że w naszej lidze są też inne zespoły. Serio!
Termalica Bruk-Bet “pogromca Pomorzan” Nieciecza – Parostatkiem w piękny rejs, statkiem na słoniu – w piękny rejs… Drużyny z Trójmiasta bardzo zasmuciły się na wieść o spadku Termalici, nie dopuszczając do gry słoników o nic w ostatnich kolejkach. Dogadały się na wynik 2:3 w dwóch ostatnich potyczkach i jako gest dobrej woli przekazały im po trzy punkty, jednak bezczelna Termalica odwdzięczyła się jedynie ograbieniem ich z szans na utrzymanie, kto to widział! W efekcie cała trójka spadła z ligi, a to właśnie ta Termalica grająca już o przysłowiową pietruszkę schodziła ze sceny z najszerszym uśmiechem.
Nagroda dla wytrwałych
Jeśli udało Wam się dotrzeć aż tutaj, doceniamy wytrwałość i zapraszamy do kącika ornitologicznego – Pan Alex Haditaghi znalazł nowego dyrektora VAR! TWITTER
Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.
Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!
Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):
Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej
PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej
Posłuchaj archiwalne podcasty:
Jesteśmy dostępni także na Spotify:.


Najnowsze komentarze