Felietony Piłka nożna
Drugim okiem na „Okiem rywala”
Zapraszam na drugą część podsumowania sezonu z perspektywy ocen i opinii gości cyklu „Okiem rywala”. Pierwszą część znajdziecie TUTAJ.
Rundę wiosenną rozpoczynaliśmy jeszcze w grudniu, granym awansem rewanżem z Rakowem. Częstochowski klub był wówczas na językach wszystkich serwisów piłkarskich za sprawą Marka Papszuna i jego deklaracji chęci przenosin do Legii. Trener zamienił Częstochowę na Warszawę zimą, zostawiając Raków na czwartym miejscu, z minimalną stratą do lidera. – Była to dla nas ciężka runda – oceniał Robert Parkitny ze stowarzyszenia Wieczny Raków. – Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, więc początek był trudny, ale dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Nie ma innego celu niż mistrzostwo – podkreślał wtedy. Był również przekonany co do zwycięstwa Rakowa nad GieKSą i w tym przypadku się nie pomylił. Droga do mistrzostwa, a także Pucharu Polski okazała się jednak dla Częstochowian zbyt wyboista i ostatecznie zakończyli oni sezon na czwartym miejscu – tuż nad GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).
Zgoła odmienne nastroje niż jesienią panowały za to w Lubinie. Skazywane na pożarcie Zagłębie Leszka Ojrzyńskiego radziło sobie jesienią znacznie powyżej oczekiwań, ocierając się o strefę pucharową, a gdyby wygrali z GKS-em na inaugurację 2026 roku, wskoczyliby na fotel lidera. Michał Szczygieł z zaglebiak.com nie dawał się jednak ponieść euforii. – Trzeba utrzymywać pewną dozę dystansu – podkreślał. – Przed sezonem nie byłem aż tak przestraszony jak niektórzy, bo wiedziałem, że w drużynie jest jakość i jeśli trener odpowiednio ją poukłada, to nie taki diabeł będzie straszny. Z drugiej strony sam zaznaczał, że nie uważa Zagłębia za piątą siłę ligi i trudno mu było ocenić jej potencjał. Faktem jest, że Lubinianie wówczas nie przegrywali u siebie, więc przed GieKSą stało trudne zadanie. Tymczasem już w drugiej minucie wynik otworzył Nowak, a po przerwie drugie trafienie dołożył Jędrych. W dalszej części sezonu Miedziowi nie byli już tak skuteczni jak jesienią, mimo to do ostatniej kolejki zachowali szanse na puchary. Gdyby wygrali w Białymstoku, to oni zamiast GieKSy pakowaliby dziś walizki na wyjazd do Europy (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Był dwumecz z Wisłą, był też – choć bardziej rozłożony w czasie – dwumecz z Widzewem. Dzięki lepiej wykonywanym jedenastkom to my przeszliśmy do półfinału Pucharu Polski, natomiast ważniejszy dla Łodzian bój rozegrał się w Ekstraklasie, przy Nowej Bukowej. Co ciekawe, miał go poprzedzać nasz wyjazd na Podlasie, ale z powodu (prawdziwego tym razem) ataku zimy mecz z Jagą znów przełożono. – Trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż – mówił mi wtedy Maciej Winczewski z Radia Widzew. Jego zespół potrzebował punktów jak ryba wody, bo mimo kolejnych milionowych transferów start rundy mieli kiepski (porażki z Zagłębiem i Jagiellonią). – Większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień – mówił w kontekście szumnych zapowiedzi w wielu sportowych mediach. Tymczasem Widzew nie grał wiosną o ligowy sukces, ale o utrzymanie. – Nie jest przyjemnie przewijać tabelę w poszukiwaniu Widzewa, ale to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie – mówił Winczewski. Tymczasem Widzewiacy w Katowicach dopisali na swoje konto kolejną porażkę i jeszcze głębiej zagrzebali się w strefie spadkowej. Pucharowa przegrana miesiąc później zaowocowała zmianą trenera i wydaje się, że mimo iż Aleksandar Vuković nie odmienił gry zespołu, to właśnie dzięki jego pracy udało się ostatecznie utrzymać Ekstraklasę dla Widzewa, choć cel osiągnięto dopiero w ostatniej kolejce (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
Równie duże, o ile nie większe rozczarowanie postawą piłkarzy panowało po jesieni w Warszawie. Cel w postaci mistrzostwa szybko włożono między bajki, bo Legia wylądowała w strefie spadkowej. – Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie myśli o spadku – mówił Filip Lewandowski z legionisci.com. – Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję. Tymczasem Papszun nie od razu odmienił oblicze Legii. Dość powiedzieć, że na inaugurację roku przegrał w Warszawie z Koroną, a w Katowicach zdecydowanie bliżej zwycięstwa był GKS. Niestety, kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich na tyle wyhamowało zapędy naszych piłkarzy, że mecz skończył się podziałem punktów. – Musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego – mówił Lewandowski po wyszarpanym remisie z Arką, ale jego słowa równie dobrze oddają nastroje po meczu w Katowicach. – Poziom Ekstraklasy się podniósł i dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa – ocenił Filip sytuację w lidze. – Wiążemy z trenerem duże nadzieje – wielokrotnie podkreślał w naszej rozmowie. To zaufanie w końcu zaprocentowało i Legia wskoczyła na właściwe tory. Na tyle skutecznie, że na ostatniej prostej włączyła się do walki o piąte miejsce, którego na nasze szczęście nie pozwoliliśmy sobie wyrwać (wynik meczu: 1-1).
Widmo spadku coraz bardziej zaczęło za to zaglądać w oczy kibicom w Gdyni. Z właściwego kursu Arki, o którym jesienią mówił Marek, nie zostało wiele. – Musimy wejść na wyższy poziom sportowy, jeśli chcemy wyskoczyć z czerwonej strefy – alarmował Arek Skubek. – Wiele rzeczy nie potoczyło się tak, jak powinno, a nikt nie spodziewał się, że tak fatalnie będziemy się prezentować poza Gdynią. Trudno być optymistą – podkreślał. Arek zwracał również uwagę, że Arka zatraciła atuty, które w 1. lidze pozwalały jej konsekwentnie punktować. – Stałe fragmenty działały u nas bardzo dobrze i między innymi dzięki temu wywalczyliśmy awans. Dlaczego w Ekstraklasie jest inaczej i zamiast zdobywać gole, częściej je tracimy? – zastanawiał się. Nie pomogła zmiana trenera, nie pomogły kolejne zwycięstwa u siebie, między innymi z GieKSą, która mimo iż prowadziła od pierwszej minuty, to sprezentowała Arce dwa gole, a szczególnie ten drugi wymyka się wszelkiej logice. Gdynianie próbowali gromadzić kolejne punkty, jednak nie na tyle skutecznie by uratować się przed spadkiem. Gwóźdź do trumny wbiła im w Gdyni pogrzebana już Termalica, dla której – jak się okazało – nie był to ostatni wyrok wykonany na klubie z Trójmiasta. (wynik meczu: 2-1 dla Arki)
Z pewnym kryzysem zmagał się także nasz kolejny rywal – Górnik Zabrze. Mimo że nadal trzymał się czołówki, to w lutym nie spisywał się najlepiej. – W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty, powinno być ich znacznie więcej – podkreślał Sikor z Zabrza. – Mimo wszystko mamy nadzieję, że szybko przezwyciężymy obecny kryzys i wrócimy na zwycięska ścieżkę. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicom Górnika, że w połowie rozgrywek będziemy się kręcić w okolicach podium, to każdy brałby to w ciemno – mówił o nastrojach panujących w Zabrzu. – W szatni mówi się o europejskich pucharach, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski – zastanawiał się Sikor. Okazało się, że obie drogi zaprowadziły Zabrzan do upragnionego celu, a dzięki dobrej postawie w Ekstraklasie mają szansę na grę w Lidze Mistrzów. Nie przeszkodziła w tym nawet porażka w Katowicach (wynik meczu: 3-1 dla GieKSy).
W poszukiwaniu kolejnych punktów jechaliśmy do Radomia, z nadzieją na wyprzedzenie gospodarzy w tabeli. Radomiak, z trenerem Feio na ławce (a ściślej mówiąc na trybunach, na skutek kary nałożonej na niego po meczu z Koroną), zadomowiwszy się w środku tabeli, zaczął nieśmiało spoglądać w jej górę. – Mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych – mówił Bartłomiej Jędrzejczak z podgolebnikiem.pl. Poważną przeszkodą w osiągnięciu tego celu była strata Capity – gwiazdy Radomiaka, który przed meczem z GieKSą pożegnał się z kibicami i odszedł do MLS. – Cała Ekstraklasa traci na odejściu takich zawodników jak on – mówił Jędrzejczak. Najwięcej stracił jednak Radomiak, który nie dał rady pokonać GieKSy, a w kolejnych meczach punktował na tyle mizernie, że znalazł się w zasięgu klubów ze strefy spadkowej. Na szczęście dla siebie wyszarpał zwycięstwo z Widzewem i zapewnił sobie spokój na finiszu rozgrywek (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
– Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski – jakże gorzko brzmią z dzisiejszej perspektywy słowa Kamila Barchanowicza z lechia.gda.pl. Mój rozmówca oceniał jednak szanse takiego scenariusza jako bliskie zeru. – Uważam temat za mało realny. Łagodne potraktowanie Lechii zachęciłoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Mimo punktowej kuli u nogi ekipa z Gdańska na boisku radziła sobie wtedy co najmniej przyzwoicie, dysponując najskuteczniejszą ofensywą w Ekstraklasie. – Forma poszła w górę, ale ja apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy – przestrzegał Kamil. – Wystarczy, że Legia lub Arka zaczną wygrywać. No i Legia wygrywać zaczęła, tymczasem Lechia najpierw przegrała w Katowicach, mimo absencji Jędrycha i Czerwińskiego nie znalazłszy sposobu na trafienie do naszej siatki, później dołożyła wprawdzie punkty w meczach z Pogonią i Koroną, ale następnie wpadła w dołek, z którego już się nie wygrzebała: z ostatnich siedmiu meczów zremisowała jeden, a resztę przegrała. Przypieczętowaniem spadku była porażka ze wspomnianą wcześniej Termalicą. Jest to swego rodzaju „osiągnięcie”, że drużyna z królem strzelców ligi spada poziom niżej. W Gdańsku pewnie do teraz nie mogą dojść do siebie zastanawiając się, jak można było wypuścić Ekstraklasę z rąk w takich okolicznościach… (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).
Kilka dni później przyszło nam wreszcie zagrać z Jagiellonią w lidze, a mieliśmy już za sobą rozegrany jeszcze w 2025 roku pojedynek pucharowy, zakończony zwycięstwem GieKSy 3:1. Do trzech razy sztuka – dwukrotnie przekładane spotkanie wreszcie doszło do skutku. Trafiliśmy rywala w małym dołku: Jagiellonia na ligowe zwycięstwo czekała ponad miesiąc, a wygrana w Białymstoku pozwoliłaby GieKSie przeskoczyć ligowego rywala. – Na ten moment liczy się przede wszystkim utrzymanie w strefie pucharowej – podkreślał Piotr Owsiejko z JB1920.pl. – Ostatnio brakuje zwycięstw – ubolewał. – Trzeba odzyskać atut własnego boiska i poprawić skuteczność. Nie możemy w nieskończoność polegać na duecie Imaz – Pululu. Jak podkreślał mój rozmówca, Jagiellonii brakowało jakości przede wszystkim na skrzydłach. – Ich potencjał pasuje bardziej do drużyn z dołu tabeli niż walczących o mistrzostwo – stwierdzał z żalem. Mimo kłopotów rywala nie udało się GieKSie wykorzystać jego słabości. Gospodarze już w pierwszej połowie wyszli na dwubramkowe prowadzenie i nie roztrwonili tej przewagi, odrabiając tym samym dystans do przewodzących w tabeli Zagłębia i Lecha (wynik meczu: 2-1 dla Jagiellonii).
Największym rozczarowaniem, jeśli chodzi o czołówkę Ekstraklasy, była z pewnością Cracovia. Rozbudzone jesienią nadzieje wiosną zostały brutalnie zweryfikowane, a mające walczyć o mistrzostwo Pasy zaplątały się w walkę o utrzymanie. Mimo to Rafał Nowak z TerazPasy.pl starał się nie tracić optymizmu. – Sensem kibicowania nie jest chłodna kalkulacja, tylko wiara w swoją drużynę. Nie straciliśmy jeszcze nadziei – oświadczył. – Mimo to czasem ręce opadają gdy patrzę, jak ostatnio punktujemy, a w zasadzie nie punktujemy. Cztery „oczka” przewagi nad strefą spadkową mogą okazać się niewystarczającą zaliczką – stwierdzał przytomnie. Z drugiej strony podkreślał, że Cracovia sportowo nie wygląda najgorzej, a zwyczajnie czasem brakuje jej szczęścia. – To wręcz niemożliwe, ile pecha mieliśmy w starciach z Piastem i Wisłą. Jesteście naszą szansą na przełamanie i zrobimy wszystko, aby ją wykorzystać – ostrzegał. Samego meczu ani w Krakowie, ani w Katowicach nie będą wspominać latami, bo nie stał on na najwyższym poziomie. Rozstrzygnął go wykorzystany przez Pasy rzut karny po zagraniu ręką Lukasa Klemenza. Tym samym Cracovia złapała punktowy oddech przed ostatnią fazą sezonu (wynik meczu: 1-0 dla Cracovii).
Niedawny lider Ekstraklasy z Płocka również nie imponował formą. Tuż przed meczem z GieKSą zanotował serię pięciu porażek z rzędu i gdy przed oczami kibiców Wisły zaczynały majaczyć demony sprzed trzech lat, kiedy będąc w czołówce zaliczyli spektakularny spadek do 1. Ligi, udało się przerwać złą passę zwycięstwami z Cracovią i Jagiellonią. – Pojawiały się głosy, że szykuje się „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami stulecia – opowiadał wtedy Michał Sporczyk z nafciarski.pl. – W Płocku jak nigdzie indziej znajduje odbicie powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ: raz liczymy punkty brakujące do mistrzostwa, a po kilku porażkach wielu myśli już o spadku. Popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas dość częste – przyznał. Pytany o cele i możliwości Wisły, wykazywał się ostrożnością. – Obawiam się, że awans do pucharów w tym sezonie mógłby okazać się dla nas „pocałunkiem śmierci”. Stabilizacja i rozwój są w tym momencie znacznie ważniejsze. Słynąca ze szczelnej obrony Wisła przyjechała w Wielką Sobotę do Katowic i zgodnie z przewidywaniami skupiła się na bronieniu dostępu do własnej bramki, z rzadka atakując. – Trener Misiura odłożył na bok chęć prowadzenia gry i narzucił znany z jesieni rygor w defensywie – podkreślał Sporczyk. – Znowu gramy to, co jesienią wychodziło najlepiej. Znalazło to potwierdzenie na boisku – do ostatniej minuty nie mogliśmy znaleźć sposobu na Leszczyńskiego, aż wreszcie zespołowa akcja zakończona sytuacyjnym strzałem Klemenza przyniosła oczekiwany skutek. GKS zrównał się punktami z Nafciarzami, by w dalszej części sezonu zająć ich miejsce wśród kandydatów do TOP 5 (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).
Droga do Europy prowadziła nas również przez Puchar Polski, zabrakło jednak ostatniego kroku, bo mimo dwubramkowego prowadzenia po pierwszej połowie, pozwoliliśmy Rakowowi odzyskać pewność siebie i odrobić straty z nawiązką. Nie pomógł dwukrotny pościg za wynikiem, nie pomogły ładne bramki Zrel’aka i Markovicia – w konkursie rzutów karnych lepsi okazali się gospodarze. Konrad Kotania z Częstochowy z pełnym przekonaniem stawiał na swój zespół, natomiast na pocieszenie dorzucił typ, że na koniec sezonu GKS znajdzie się w pierwszej czwórce Ekstraklasy. Ostatecznie miejsce to zajął właśnie Raków, natomiast dzięki pucharowemu tryumfowi Górnika miejsce piąte okazało się równie cenne co czwarte.
Byliśmy ciekawi, jak zareaguje nasza drużyna po wypuszczeniu z rąk szansy na historyczny sukces. Trzeba się było szybko pozbierać, bo czekał już rywal niebylejaki – przy Bułgarskiej podejmował nas obecny i najprawdopodobniej przyszły mistrz Polski. – Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do zrobienia – tonował nastroje Radek Laudański z kanału Poznański Express. – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele – stwierdzał z zadowoleniem. Mimo ostrożnych deklaracji Laudański nie wyobrażał sobie innego scenariusza niż końcowy tryumf w lidze. – Jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie mistrzem, to będzie to dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 roku za czasów Nenada Bjelicy – podkreślał. Nieco obaw mógł przysporzyć mecz z GKS-em, który trzykrotnie wychodził w Poznaniu na prowadzenie, ale za każdym razem pozwalał się doścignąć. Finał sezonu pokazał jednak, że oba zespoły były w na tyle dobrej dyspozycji, że z nawiązką zrealizowały swoje cele: Lech na kolejkę przed końcem był już pewny mistrzostwa, a GKS z drugiego szeregu wdrapał się na miejsce pucharowe (wynik meczu: 3-3).
Apetytu na pierwszą piątkę nie stracił także Motor, który tak jak GieKSa wygrzebał się z jesiennych tarapatów i znów mierzył wysoko. Podobnymi drogami wędrują oba kluby po ligowych zakamarkach. – Praktycznie w każdym momencie licząc od awansu jesteśmy do siebie bardzo podobni – zauważał LewyDoPrawego, znany lubelski twitterowicz. – Jest więc rywalizacja, ale raczej nie ma między nami złej krwi – dodawał. Pytany o obawy związane ze spadkiem uspokajał. – Mieliśmy przeświadczenie, że sztab jest w stanie wycisnąć z tej drużyny wystarczająco dużo, aby utrzymać ją w Ekstraklasie. Czas pokazał, że nie doceniano Motoru, bo wiosną idzie nam dobrze – podsumował. Motorowcy przyjeżdżali do Katowic jako drużyna niepokonana od siedmiu spotkań, a kolejne zwycięstwo byłoby historycznym rekordem. Ponadto, ewentualny zwycięzca złapałby kontakt ze strefą pucharową. – Dobrze, że rozgrywki tak się układają, że niemal każdy do ostatniej kolejki będzie grał o coś. Emocje będą do samego końca – mówił z zadowoleniem LewyDoPrawego. Emocji nie brakowało też w Katowicach. Jeszcze przed przerwą kibice obejrzeli cztery gole, a po zmianie stron do siatki GKS-u trafił Bartosz Wolski, który od następnego sezonu będzie zakładał żółtą koszulkę, ale już z naszym herbem (wynik meczu: 3-2).
Huśtawka nastrojów, wychylająca się jednak w drugą stronę, dopadła za to Koronę. Mimo dobrej postawy w pierwszej części sezonu wiosną przyszło załamanie formy i zjazd w dół tabeli. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek Złocisto-Krwiści znaleźli się w sporym gronie drużyn zagrożonych spadkiem. – Jesteśmy uwikłani w walkę o utrzymanie i każdy zespół, który ma nie więcej niż 39 punktów, jest w tej samej sytuacji – realnie oceniał Igor z Kielc. – Liczyłem, że sezon będzie spokojniejszy niż poprzednie, tymczasem znów musimy się bić o utrzymanie i mam pewne obawy co do zakończenia sezonu – mówił. Brakujących do utrzymania punktów szukał w rywalizacji z Piastem i Widzewem, ale liczył również na remis z GieKSą. Jego przewidywania się sprawdziły – oba zespoły trafiły do siatki tylko raz i podzieliły się punktami. Ostatecznie zdobyte w Kielcach „oczko” zaważyło na naszym awansie do pucharów, a Koronie dało komfort utrzymania już w przedostatniej kolejce (wynik meczu: 1-1).
Po pierwszej połowie pucharowego meczu w Częstochowie wielu z nas planowało już majówkę w stolicy. Tymczasem w niedzielne popołudnie przyszło nam zagrać w Katowicach z praktycznie zdegradowaną Termalicą. – Nawet komplet punktów może nie wystarczyć do utrzymania – trzeźwo oceniał Kuba – kibic Słoników. Faworyt mógł więc być tylko jeden, jednak jak później przekonały się ekipy z Trójmiasta, Bruk-Bet nie miał zamiaru wywieszać białej flagi przed ostatnim gwizdkiem sezonu. – Cieszy nas każdy punkt – dodawał Kuba. – Gra w Ekstraklasie to wielkie wyróżnienie i tym powinniśmy się kierować. Każdy kibic Słoni powinien doceniać to, co państwo Witkowscy zrobili dla Niecieczy. Piłkarze Bruk-Betu starali się więc wycisnąć ile się da z końcówki sezonu. W Katowicach jednak nie dało się zrobić wiele. Mecz otworzył kuriozalny samobój po wrzucie z autu Kowalczyka, a kolejne gole jeszcze bardziej podcięły skrzydła gościom, których stać było jedynie na honorowe trafienie Zapolnika. Nie dziwią więc łzy piłkarzy po meczu, którym oficjalnie pogrzebali swoje szanse na utrzymanie w elicie (wynik meczu: 5-1 dla GieKSy).
Na trzy kolejki przed końcem sezonu jechaliśmy do Gliwic. Grający w kratkę Piast balansował na granicy strefy spadkowej i potrzebował punktów, aby zapewnić sobie spokój. – Jeszcze nie śpię spokojnie – mówił Kacper Wójtowicz z PiastInfo.pl. – Terminarz na końcówkę mamy ciężki, bo GKS jest w formie, Raków zawsze może odpalić, a Widzew będzie grał z nożem na gardle – wyliczał. – Jestem jednak dobrej myśli i wierzę w utrzymanie. Runda wiosenna w naszym wykonaniu jest dobra, ale trzeba jeszcze dowieźć cel. Do upragnionego celu Piast podążał małymi kroczkami – bezbramkowy remis z GieKSą nie zadowalał żadnej ze stron, był jednak sprawiedliwy, bo obie ekipy nie pokazały zbyt wiele. Kolejne mecze zakończyły się porażkami Piastunek, które utrzymanie zawdzięczają słabości rywali i karom dyscyplinarnym dla Lechii.
Przedostatni akcent sezonu to pojedynek z Jagiellonią, która pokonując tydzień wcześniej Raków wysforowała się na drugie miejsce w tabeli i jako jedyna miała jeszcze szansę dogonić lidera z Poznania. – Walczymy do końca i zobaczymy, jaki będzie finał – zapowiadał Andrzej Jakubowski. Stojące przed Jagą zadanie było jednak tym z kategorii mission impossible i Jakubowski zdawał sobie z tego sprawę. – Musimy liczyć na dwa potknięcia Lecha, bo jedno zwycięstwo załatwia sprawę. Przed nami trudne zadanie. Redaktor naczelny serwisu Jagiellonia.net potwierdził słowa Piotra Owsiejki z JB1920. – Podstawowym celem zespołu jest zapewnienie po raz kolejny występów w europejskich pucharach. W ubiegłym sezonie Liga Konferencji przyniosła nam 7 milionów euro, trzeba podtrzymać ten strumień przychodów. Ostatecznie Kolejorz szybko rozstrzygnął sprawę mistrzostwa w Radomiu, a BKS musiał się napracować, aby wyrwać punkty GieKSie. Skończyło się remisem po fenomenalnym trafieniu Borjy Galána. Jagiellonia musiała więc grać o pełną pulę w ostatniej kolejce, próbując wyprzedzić Górnika i jednocześnie uciekać Rakowowi. Dla nas był to korzystny scenariusz, bo na jej drodze stało Zagłębie – jeden z naszych rywali o TOP 5.
Wiele ciekawego działo się w ramach Multiligi. Lechia walczyła o utrzymanie w Niecieczy, Widzew z Piastem rywalizowali o bezpieczne lokaty, Legia próbowała gonić puchary, a GieKSa bronić pozycji w pierwszej piątce. Za naszymi plecami czaiło się wspomniane wcześniej Zagłębie, ale Jagiellonia miała mecz pod kontrolą i ze względnym spokojem obserwowaliśmy wydarzenia w Białymstoku. Z kolei Wojskowi szybko wyjaśnili sytuację z Motorem, więc oczy całej piłkarskiej Polski skierowały się na Szczecin, gdzie nie grająca już o nic Pogoń podejmowała GieKSę. Kibice Portowców wyglądali już jedynie końca sezonu. – Odkąd chodzę na Pogoń, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat – tyle się działo – mówił Daniel Trzepacz z pogonsportnet.pl. – Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie – opowiadał. – Dlatego cieszę się, że te rozgrywki już się kończą. Przed meczem mnożyły się dyskusje, z jakim nastawieniem wyjdą na mecz piłkarze Pogoni. – Nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie – zapowiadał. Nie mogliśmy więc liczyć na żadną taryfę ulgową i tak też było. Pierwsza połowa należała bezapelacyjnie do gospodarzy, a piłkarze GieKSy mieli wyraźne problemy z uniesieniem stawki tego spotkania. Po przerwie zmiennicy mocniej napędzali akcje GKS-u, natomiast ostateczny sygnał do ataku dał nam… Krzysztof Kamiński, bramkarz Pogoni, który po interwencji rękoma poza polem karnym obejrzał czerwoną kartkę. Pozbawieni zmian Portowcy w bramce postawili napastnika, co skrzętnie wykorzystał Marcel Wędrychowski – wychowanek Pogoni, jeszcze w ubiegłym roku biegający w granatowo-bordowej koszulce. Zwycięski remis pozwolił nam zachować piąte miejsce i otworzył bramy do Europy!
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze