Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Drugim okiem na „Okiem rywala”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszam na drugą część podsumowania sezonu z perspektywy ocen i opinii gości cyklu „Okiem rywala”. Pierwszą część znajdziecie TUTAJ.

Rundę wiosenną rozpoczynaliśmy jeszcze w grudniu, granym awansem rewanżem z Rakowem. Częstochowski klub był wówczas na językach wszystkich serwisów piłkarskich za sprawą Marka Papszuna i jego deklaracji chęci przenosin do Legii. Trener zamienił Częstochowę na Warszawę zimą, zostawiając Raków na czwartym miejscu, z minimalną stratą do lidera. – Była to dla nas ciężka runda – oceniał Robert Parkitny ze stowarzyszenia Wieczny Raków. – Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, więc początek był trudny, ale dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Nie ma innego celu niż mistrzostwo – podkreślał wtedy. Był również przekonany co do zwycięstwa Rakowa nad GieKSą i w tym przypadku się nie pomylił. Droga do mistrzostwa, a także Pucharu Polski okazała się jednak dla Częstochowian zbyt wyboista i ostatecznie zakończyli oni sezon na czwartym miejscu – tuż nad GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).

Zgoła odmienne nastroje niż jesienią panowały za to w Lubinie. Skazywane na pożarcie Zagłębie Leszka Ojrzyńskiego radziło sobie jesienią znacznie powyżej oczekiwań, ocierając się o strefę pucharową, a gdyby wygrali z GKS-em na inaugurację 2026 roku, wskoczyliby na fotel lidera. Michał Szczygieł z zaglebiak.com nie dawał się jednak ponieść euforii. – Trzeba utrzymywać pewną dozę dystansu – podkreślał. – Przed sezonem nie byłem aż tak przestraszony jak niektórzy, bo wiedziałem, że w drużynie jest jakość i jeśli trener odpowiednio ją poukłada, to nie taki diabeł będzie straszny. Z drugiej strony sam zaznaczał, że nie uważa Zagłębia za piątą siłę ligi i trudno mu było ocenić jej potencjał. Faktem jest, że Lubinianie wówczas nie przegrywali u siebie, więc przed GieKSą stało trudne zadanie. Tymczasem już w drugiej minucie wynik otworzył Nowak, a po przerwie drugie trafienie dołożył Jędrych. W dalszej części sezonu Miedziowi nie byli już tak skuteczni jak jesienią, mimo to do ostatniej kolejki zachowali szanse na puchary. Gdyby wygrali w Białymstoku, to oni zamiast GieKSy pakowaliby dziś walizki na wyjazd do Europy (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).

Był dwumecz z Wisłą, był też – choć bardziej rozłożony w czasie – dwumecz z Widzewem. Dzięki lepiej wykonywanym jedenastkom to my przeszliśmy do półfinału Pucharu Polski, natomiast ważniejszy dla Łodzian bój rozegrał się w Ekstraklasie, przy Nowej Bukowej. Co ciekawe, miał go poprzedzać nasz wyjazd na Podlasie, ale z powodu (prawdziwego tym razem) ataku zimy mecz z Jagą znów przełożono. – Trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż – mówił mi wtedy Maciej Winczewski z Radia Widzew. Jego zespół potrzebował punktów jak ryba wody, bo mimo kolejnych milionowych transferów start rundy mieli kiepski (porażki z Zagłębiem i Jagiellonią). – Większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień – mówił w kontekście szumnych zapowiedzi w wielu sportowych mediach. Tymczasem Widzew nie grał wiosną o ligowy sukces, ale o utrzymanie. – Nie jest przyjemnie przewijać tabelę w poszukiwaniu Widzewa, ale to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie – mówił Winczewski. Tymczasem Widzewiacy w Katowicach dopisali na swoje konto kolejną porażkę i jeszcze głębiej zagrzebali się w strefie spadkowej. Pucharowa przegrana miesiąc później zaowocowała zmianą trenera i wydaje się, że mimo iż Aleksandar Vuković nie odmienił gry zespołu, to właśnie dzięki jego pracy udało się ostatecznie utrzymać Ekstraklasę dla Widzewa, choć cel osiągnięto dopiero w ostatniej kolejce (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Równie duże, o ile nie większe rozczarowanie postawą piłkarzy panowało po jesieni w Warszawie. Cel w postaci mistrzostwa szybko włożono między bajki, bo Legia wylądowała w strefie spadkowej. – Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie myśli o spadku – mówił Filip Lewandowski z legionisci.com. – Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję. Tymczasem Papszun nie od razu odmienił oblicze Legii. Dość powiedzieć, że na inaugurację roku przegrał w Warszawie z Koroną, a w Katowicach zdecydowanie bliżej zwycięstwa był GKS. Niestety, kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich na tyle wyhamowało zapędy naszych piłkarzy, że mecz skończył się podziałem punktów. – Musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego – mówił Lewandowski po wyszarpanym remisie z Arką, ale jego słowa równie dobrze oddają nastroje po meczu w Katowicach. – Poziom Ekstraklasy się podniósł i dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa – ocenił Filip sytuację w lidze. – Wiążemy z trenerem duże nadzieje – wielokrotnie podkreślał w naszej rozmowie. To zaufanie w końcu zaprocentowało i Legia wskoczyła na właściwe tory. Na tyle skutecznie, że na ostatniej prostej włączyła się do walki o piąte miejsce, którego na nasze szczęście nie pozwoliliśmy sobie wyrwać (wynik meczu: 1-1).

Widmo spadku coraz bardziej zaczęło za to zaglądać w oczy kibicom w Gdyni. Z właściwego kursu Arki, o którym jesienią mówił Marek, nie zostało wiele. – Musimy wejść na wyższy poziom sportowy, jeśli chcemy wyskoczyć z czerwonej strefy – alarmował Arek Skubek. – Wiele rzeczy nie potoczyło się tak, jak powinno, a nikt nie spodziewał się, że tak fatalnie będziemy się prezentować poza Gdynią.  Trudno być optymistą – podkreślał. Arek zwracał również uwagę, że Arka zatraciła atuty, które w 1. lidze pozwalały jej konsekwentnie punktować. – Stałe fragmenty działały u nas bardzo dobrze i między innymi dzięki temu wywalczyliśmy awans. Dlaczego w Ekstraklasie jest inaczej i zamiast zdobywać gole, częściej je tracimy? – zastanawiał się. Nie pomogła zmiana trenera, nie pomogły kolejne zwycięstwa u siebie, między innymi z GieKSą, która mimo iż prowadziła od pierwszej minuty, to sprezentowała Arce dwa gole, a szczególnie ten drugi wymyka się wszelkiej logice. Gdynianie próbowali gromadzić kolejne punkty, jednak nie na tyle skutecznie by uratować się przed spadkiem. Gwóźdź do trumny wbiła im w Gdyni pogrzebana już Termalica, dla której – jak się okazało – nie był to ostatni wyrok wykonany na klubie z Trójmiasta. (wynik meczu: 2-1 dla Arki)

Z pewnym kryzysem zmagał się także nasz kolejny rywal – Górnik Zabrze. Mimo że nadal trzymał się czołówki, to w lutym nie spisywał się najlepiej. – W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty, powinno być ich znacznie więcej – podkreślał Sikor z Zabrza. – Mimo wszystko mamy nadzieję, że szybko przezwyciężymy obecny kryzys i wrócimy na zwycięska ścieżkę. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicom Górnika, że w połowie rozgrywek będziemy się kręcić w okolicach podium, to każdy brałby to w ciemno – mówił o nastrojach panujących w Zabrzu. – W szatni mówi się o europejskich pucharach, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski – zastanawiał się Sikor. Okazało się, że obie drogi zaprowadziły Zabrzan do upragnionego celu, a dzięki dobrej postawie w Ekstraklasie mają szansę na grę w Lidze Mistrzów. Nie przeszkodziła w tym nawet porażka w Katowicach (wynik meczu: 3-1 dla GieKSy).

W poszukiwaniu kolejnych punktów jechaliśmy do Radomia, z nadzieją na wyprzedzenie gospodarzy w tabeli. Radomiak, z trenerem Feio na ławce (a ściślej mówiąc na trybunach, na skutek kary nałożonej na niego po meczu z Koroną), zadomowiwszy się w środku tabeli, zaczął nieśmiało spoglądać w jej górę. – Mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych – mówił Bartłomiej Jędrzejczak z podgolebnikiem.pl. Poważną przeszkodą w osiągnięciu tego celu była strata Capity – gwiazdy Radomiaka, który przed meczem z GieKSą pożegnał się z kibicami i odszedł do MLS. – Cała Ekstraklasa traci na odejściu takich zawodników jak on – mówił Jędrzejczak. Najwięcej stracił jednak Radomiak, który nie dał rady pokonać GieKSy, a w kolejnych meczach punktował na tyle mizernie, że znalazł się w zasięgu klubów ze strefy spadkowej. Na szczęście dla siebie wyszarpał zwycięstwo z Widzewem i zapewnił sobie spokój na finiszu rozgrywek (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Cieszyłbym się, gdybyśmy odzyskali te punkty, bo z miejsca stalibyśmy się kandydatem do gry o europejskie puchary, a nawet mistrzostwo Polski – jakże gorzko brzmią z dzisiejszej perspektywy słowa Kamila Barchanowicza z lechia.gda.pl. Mój rozmówca oceniał jednak szanse takiego scenariusza jako bliskie zeru. – Uważam temat za mało realny. Łagodne potraktowanie Lechii zachęciłoby inne kluby do nie do końca uczciwej gry, bo stałoby się jasne, że jest przyzwolenie na niepłacenie piłkarzom. Mimo punktowej kuli u nogi ekipa z Gdańska na boisku radziła sobie wtedy co najmniej przyzwoicie, dysponując najskuteczniejszą ofensywą w Ekstraklasie. – Forma poszła w górę, ale ja apeluję o chłodne głowy, bo sezon jest wyjątkowy – przestrzegał Kamil. – Wystarczy, że Legia lub Arka zaczną wygrywać. No i Legia wygrywać zaczęła, tymczasem Lechia najpierw przegrała w Katowicach, mimo absencji Jędrycha i Czerwińskiego nie znalazłszy sposobu na trafienie do naszej siatki, później dołożyła wprawdzie punkty w meczach z Pogonią i Koroną, ale następnie wpadła w dołek, z którego już się nie wygrzebała: z ostatnich siedmiu meczów zremisowała jeden, a resztę przegrała. Przypieczętowaniem spadku była porażka ze wspomnianą wcześniej Termalicą. Jest to swego rodzaju „osiągnięcie”, że drużyna z królem strzelców ligi spada poziom niżej. W Gdańsku pewnie do teraz nie mogą dojść do siebie zastanawiając się, jak można było wypuścić Ekstraklasę z rąk w takich okolicznościach… (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).

Kilka dni później przyszło nam wreszcie zagrać z Jagiellonią w lidze, a mieliśmy już za sobą rozegrany jeszcze w 2025 roku pojedynek pucharowy, zakończony zwycięstwem GieKSy 3:1. Do trzech razy sztuka – dwukrotnie przekładane spotkanie wreszcie doszło do skutku. Trafiliśmy rywala w małym dołku: Jagiellonia na ligowe zwycięstwo czekała ponad miesiąc, a wygrana w Białymstoku pozwoliłaby GieKSie przeskoczyć ligowego rywala. – Na ten moment liczy się przede wszystkim utrzymanie w strefie pucharowej – podkreślał Piotr Owsiejko z JB1920.pl. – Ostatnio brakuje zwycięstw – ubolewał. – Trzeba odzyskać atut własnego boiska i poprawić skuteczność. Nie możemy w nieskończoność polegać na duecie Imaz – Pululu. Jak podkreślał mój rozmówca, Jagiellonii brakowało jakości przede wszystkim na skrzydłach. – Ich potencjał pasuje bardziej do drużyn z dołu tabeli niż walczących o mistrzostwo – stwierdzał z żalem. Mimo kłopotów rywala nie udało się GieKSie wykorzystać jego słabości. Gospodarze już w pierwszej połowie wyszli na dwubramkowe prowadzenie i nie roztrwonili tej przewagi, odrabiając tym samym dystans do przewodzących w tabeli Zagłębia i Lecha (wynik meczu: 2-1 dla Jagiellonii).

Największym rozczarowaniem, jeśli chodzi o czołówkę Ekstraklasy, była z pewnością Cracovia. Rozbudzone jesienią nadzieje wiosną zostały brutalnie zweryfikowane, a mające walczyć o mistrzostwo Pasy zaplątały się w walkę o utrzymanie. Mimo to Rafał Nowak z TerazPasy.pl starał się nie tracić optymizmu. – Sensem kibicowania nie jest chłodna kalkulacja, tylko wiara w swoją drużynę. Nie straciliśmy jeszcze nadziei – oświadczył. – Mimo to czasem ręce opadają gdy patrzę, jak ostatnio punktujemy, a w zasadzie nie punktujemy. Cztery „oczka” przewagi nad strefą spadkową mogą okazać się niewystarczającą zaliczką – stwierdzał przytomnie. Z drugiej strony podkreślał, że Cracovia sportowo nie wygląda najgorzej, a zwyczajnie czasem brakuje jej szczęścia. – To wręcz niemożliwe, ile pecha mieliśmy w starciach z Piastem i Wisłą. Jesteście naszą szansą na przełamanie i zrobimy wszystko, aby ją wykorzystać – ostrzegał. Samego meczu ani w Krakowie, ani w Katowicach nie będą wspominać latami, bo nie stał on na najwyższym poziomie. Rozstrzygnął go wykorzystany przez Pasy rzut karny po zagraniu ręką Lukasa Klemenza. Tym samym Cracovia złapała punktowy oddech przed ostatnią fazą sezonu (wynik meczu: 1-0 dla Cracovii).

Niedawny lider Ekstraklasy z Płocka również nie imponował formą. Tuż przed meczem z GieKSą zanotował serię pięciu porażek z rzędu i gdy przed oczami kibiców Wisły zaczynały majaczyć demony sprzed trzech lat, kiedy będąc w czołówce zaliczyli spektakularny spadek do 1. Ligi, udało się przerwać złą passę zwycięstwami z Cracovią i Jagiellonią. – Pojawiały się głosy, że szykuje się „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami stulecia – opowiadał wtedy Michał Sporczyk z nafciarski.pl. – W Płocku jak nigdzie indziej znajduje odbicie powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ: raz liczymy punkty brakujące do mistrzostwa, a po kilku porażkach wielu myśli już o spadku. Popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas dość częste – przyznał. Pytany o cele i możliwości Wisły, wykazywał się ostrożnością. – Obawiam się, że awans do pucharów w tym sezonie mógłby okazać się dla nas „pocałunkiem śmierci”. Stabilizacja i rozwój są w tym momencie znacznie ważniejsze. Słynąca ze szczelnej obrony Wisła przyjechała w Wielką Sobotę do Katowic i zgodnie z przewidywaniami skupiła się na bronieniu dostępu do własnej bramki, z rzadka atakując. – Trener Misiura odłożył na bok chęć prowadzenia gry i narzucił znany z jesieni rygor w defensywie – podkreślał Sporczyk. – Znowu gramy to, co jesienią wychodziło najlepiej. Znalazło to potwierdzenie na boisku – do ostatniej minuty nie mogliśmy znaleźć sposobu na Leszczyńskiego, aż wreszcie zespołowa akcja zakończona sytuacyjnym strzałem Klemenza przyniosła oczekiwany skutek. GKS zrównał się punktami z Nafciarzami, by w dalszej części sezonu zająć ich miejsce wśród kandydatów do TOP 5 (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

Droga do Europy prowadziła nas również przez Puchar Polski, zabrakło jednak ostatniego kroku, bo mimo dwubramkowego prowadzenia po pierwszej połowie, pozwoliliśmy Rakowowi odzyskać pewność siebie i odrobić straty z nawiązką. Nie pomógł dwukrotny pościg za wynikiem, nie pomogły ładne bramki Zrel’aka i Markovicia – w konkursie rzutów karnych lepsi okazali się gospodarze. Konrad Kotania z Częstochowy z pełnym przekonaniem stawiał na swój zespół, natomiast na pocieszenie dorzucił typ, że na koniec sezonu GKS znajdzie się w pierwszej czwórce Ekstraklasy. Ostatecznie miejsce to zajął właśnie Raków, natomiast dzięki pucharowemu tryumfowi Górnika miejsce piąte okazało się równie cenne co czwarte.

Byliśmy ciekawi, jak zareaguje nasza drużyna po wypuszczeniu z rąk szansy na historyczny sukces. Trzeba się było szybko pozbierać, bo czekał już rywal niebylejaki – przy Bułgarskiej podejmował nas obecny i najprawdopodobniej przyszły mistrz Polski. – Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do zrobienia – tonował nastroje Radek Laudański z kanału Poznański Express. – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele – stwierdzał z zadowoleniem. Mimo ostrożnych deklaracji Laudański nie wyobrażał sobie innego scenariusza niż końcowy tryumf w lidze. – Jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie mistrzem, to będzie to dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 roku za czasów Nenada Bjelicy – podkreślał. Nieco obaw mógł przysporzyć mecz z GKS-em, który trzykrotnie wychodził w Poznaniu na prowadzenie, ale za każdym razem pozwalał się doścignąć. Finał sezonu pokazał jednak, że oba zespoły były w na tyle dobrej dyspozycji, że z nawiązką zrealizowały swoje cele: Lech na kolejkę przed końcem był już pewny mistrzostwa, a GKS z drugiego szeregu wdrapał się na miejsce pucharowe (wynik meczu: 3-3).

Apetytu na pierwszą piątkę nie stracił także Motor, który tak jak GieKSa wygrzebał się z jesiennych tarapatów i znów mierzył wysoko. Podobnymi drogami wędrują oba kluby po ligowych zakamarkach. – Praktycznie w każdym momencie licząc od awansu jesteśmy do siebie bardzo podobni – zauważał LewyDoPrawego, znany lubelski twitterowicz. – Jest więc rywalizacja, ale raczej nie ma między nami złej krwi – dodawał. Pytany o obawy związane ze spadkiem uspokajał. – Mieliśmy przeświadczenie, że sztab jest w stanie wycisnąć z tej drużyny wystarczająco dużo, aby utrzymać ją w Ekstraklasie. Czas pokazał, że nie doceniano Motoru, bo wiosną idzie nam dobrze – podsumował. Motorowcy przyjeżdżali do Katowic jako drużyna niepokonana od siedmiu spotkań, a kolejne zwycięstwo byłoby historycznym rekordem. Ponadto, ewentualny zwycięzca złapałby kontakt ze strefą pucharową. – Dobrze, że rozgrywki tak się układają, że niemal każdy do ostatniej kolejki będzie grał o coś. Emocje będą do samego końca – mówił z zadowoleniem LewyDoPrawego. Emocji nie brakowało też w Katowicach. Jeszcze przed przerwą kibice obejrzeli cztery gole, a po zmianie stron do siatki GKS-u trafił Bartosz Wolski, który od następnego sezonu będzie zakładał żółtą koszulkę, ale już z naszym herbem (wynik meczu: 3-2).

Huśtawka nastrojów, wychylająca się jednak w drugą stronę, dopadła za to Koronę. Mimo dobrej postawy w pierwszej części sezonu wiosną przyszło załamanie formy i zjazd w dół tabeli. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek Złocisto-Krwiści znaleźli się w sporym gronie drużyn zagrożonych spadkiem. – Jesteśmy uwikłani w walkę o utrzymanie i każdy zespół, który ma nie więcej niż 39 punktów, jest w tej samej sytuacji – realnie oceniał Igor z Kielc. – Liczyłem, że sezon będzie spokojniejszy niż poprzednie, tymczasem znów musimy się bić o utrzymanie i mam pewne obawy co do zakończenia sezonu – mówił. Brakujących do utrzymania punktów szukał w rywalizacji z Piastem i Widzewem, ale liczył również na remis z GieKSą. Jego przewidywania się sprawdziły – oba zespoły trafiły do siatki tylko raz i podzieliły się punktami. Ostatecznie zdobyte w Kielcach „oczko” zaważyło na naszym awansie do pucharów, a Koronie dało komfort utrzymania już w przedostatniej kolejce (wynik meczu: 1-1).

Po pierwszej połowie pucharowego meczu w Częstochowie wielu z nas planowało już majówkę w stolicy. Tymczasem w niedzielne popołudnie przyszło nam zagrać w Katowicach z praktycznie zdegradowaną Termalicą. – Nawet komplet punktów może nie wystarczyć do utrzymania – trzeźwo oceniał Kuba – kibic Słoników. Faworyt mógł więc być tylko jeden, jednak jak później przekonały się ekipy z Trójmiasta, Bruk-Bet nie miał zamiaru wywieszać białej flagi przed ostatnim gwizdkiem sezonu. – Cieszy nas każdy punkt – dodawał Kuba. – Gra w Ekstraklasie to wielkie wyróżnienie i tym powinniśmy się kierować. Każdy kibic Słoni powinien doceniać to, co państwo Witkowscy zrobili dla Niecieczy. Piłkarze Bruk-Betu starali się więc wycisnąć ile się da z końcówki sezonu. W Katowicach jednak nie dało się zrobić wiele. Mecz otworzył kuriozalny samobój po wrzucie z autu Kowalczyka, a kolejne gole jeszcze bardziej podcięły skrzydła gościom, których stać było jedynie na honorowe trafienie Zapolnika. Nie dziwią więc łzy piłkarzy po meczu, którym oficjalnie pogrzebali swoje szanse na utrzymanie w elicie (wynik meczu: 5-1 dla GieKSy).

Na trzy kolejki przed końcem sezonu jechaliśmy do Gliwic. Grający w kratkę Piast balansował na granicy strefy spadkowej i potrzebował punktów, aby zapewnić sobie spokój. – Jeszcze nie śpię spokojnie – mówił Kacper Wójtowicz z PiastInfo.pl. – Terminarz na końcówkę mamy ciężki, bo GKS jest w formie, Raków zawsze może odpalić, a Widzew będzie grał z nożem na gardle – wyliczał. – Jestem jednak dobrej myśli i wierzę w utrzymanie. Runda wiosenna w naszym wykonaniu jest dobra, ale trzeba jeszcze dowieźć cel. Do upragnionego celu Piast podążał małymi kroczkami – bezbramkowy remis z GieKSą nie zadowalał żadnej ze stron, był jednak sprawiedliwy, bo obie ekipy nie pokazały zbyt wiele. Kolejne mecze zakończyły się porażkami Piastunek, które utrzymanie zawdzięczają słabości rywali i karom dyscyplinarnym dla Lechii.

Przedostatni akcent sezonu to pojedynek z Jagiellonią, która pokonując tydzień wcześniej Raków wysforowała się na drugie miejsce w tabeli i jako jedyna miała jeszcze szansę dogonić lidera z Poznania. – Walczymy do końca i zobaczymy, jaki będzie finał – zapowiadał Andrzej Jakubowski. Stojące przed Jagą zadanie było jednak tym z kategorii mission impossible i Jakubowski zdawał sobie z tego sprawę. – Musimy liczyć na dwa potknięcia Lecha, bo jedno zwycięstwo załatwia sprawę. Przed nami trudne zadanie. Redaktor naczelny serwisu Jagiellonia.net potwierdził słowa Piotra Owsiejki z JB1920. – Podstawowym celem zespołu jest zapewnienie po raz kolejny występów w europejskich pucharach. W ubiegłym sezonie Liga Konferencji przyniosła nam 7 milionów euro, trzeba podtrzymać ten strumień przychodów. Ostatecznie Kolejorz szybko rozstrzygnął sprawę mistrzostwa w Radomiu, a BKS musiał się napracować, aby wyrwać punkty GieKSie. Skończyło się remisem po fenomenalnym trafieniu Borjy Galána. Jagiellonia musiała więc grać o pełną pulę w ostatniej kolejce, próbując wyprzedzić Górnika i jednocześnie uciekać Rakowowi. Dla nas był to korzystny scenariusz, bo na jej drodze stało Zagłębie – jeden z naszych rywali o TOP 5.

Wiele ciekawego działo się w ramach Multiligi. Lechia walczyła o utrzymanie w Niecieczy, Widzew z Piastem rywalizowali o bezpieczne lokaty, Legia próbowała gonić puchary, a GieKSa bronić pozycji w pierwszej piątce. Za naszymi plecami czaiło się wspomniane wcześniej Zagłębie, ale Jagiellonia miała mecz pod kontrolą i ze względnym spokojem obserwowaliśmy wydarzenia w Białymstoku. Z kolei Wojskowi szybko wyjaśnili sytuację z Motorem, więc oczy całej piłkarskiej Polski skierowały się na Szczecin, gdzie nie grająca już o nic Pogoń podejmowała GieKSę. Kibice Portowców wyglądali już jedynie końca sezonu. – Odkąd chodzę na Pogoń, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat – tyle się działo – mówił Daniel Trzepacz z pogonsportnet.pl. – Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie – opowiadał. – Dlatego cieszę się, że te rozgrywki już się kończą. Przed meczem mnożyły się dyskusje, z jakim nastawieniem wyjdą na mecz piłkarze Pogoni. – Nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie – zapowiadał. Nie mogliśmy więc liczyć na żadną taryfę ulgową i tak też było. Pierwsza połowa należała bezapelacyjnie do gospodarzy, a piłkarze GieKSy mieli wyraźne problemy z uniesieniem stawki tego spotkania. Po przerwie zmiennicy mocniej napędzali akcje GKS-u, natomiast ostateczny sygnał do ataku dał nam… Krzysztof Kamiński, bramkarz Pogoni, który po interwencji rękoma poza polem karnym obejrzał czerwoną kartkę. Pozbawieni zmian Portowcy w bramce postawili napastnika, co skrzętnie wykorzystał Marcel Wędrychowski – wychowanek Pogoni, jeszcze w ubiegłym roku biegający w granatowo-bordowej koszulce. Zwycięski remis pozwolił nam zachować piąte miejsce i otworzył bramy do Europy!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga