Piłka nożna
Defensywny kryminał, odcinek n-ty – RELACJA
Zaledwie po trzydniowej przerwie po druzgocącej klęsce w Sosnowcu GieKSa wyszła na boisko, aby zmierzyć się z dwukrotnym mistrzem Polski – mielecką Stalą. Po żenującej postawie na początku sezonu, której apogeum miało miejsce w przegranych meczach z Wigrami i Zagłębiem, nastroje wśród większości kibiców były minorowe. Jednak nie od parady śpiewamy na trybunach „Nasza wiara niezachwiana…” i z takim nastawieniem zawitaliśmy na całkiem ładny i schludny stadion w Mielcu.
W porównaniu do środowego spotkania trener Piotr Mandrysz zdecydował się na jedną zmianę w wyjściowym składzie – Gonzo zastąpił przeciętnie spisującego się Adriana Błąda, co spowodowało konieczność przesunięcia Andrei Prokicia na skrzydło. W bramce oglądaliśmy zatem Abramowicza, przed nim Plevę, Kamińskiego, Midzierskiego i Frańczaka, w pomocy Skrzecza, Zejdlera, Kalinkowskiego i Prokicia, a w napadzie – Goncerza i Kędziorę. W składzie Stali zobaczyliśmy natomiast kibica i byłego piłkarza GieKSy, Dominika Sadzawickiego.
Lepiej w spotkanie weszła drużyna Stali, która już w 2. minucie zagroziła bramce Abramowicza – po rzucie rożnym strzał został zablokowany, a parę sekund później dość anemiczne uderzenie złapał nasz golkiper. Niestety już minutę później przegrywaliśmy 0:1. Szybka akcja gospodarzy i dośrodkowanie z prawej strony zamienił na bramkę strzałem z 5. metra niepilnowany Krzysztof Kiercz.
Od tego momentu GieKSa zabrała się za odrabianie strat, osiągając dość wyraźną przewagę. Gra naszej drużyny mogła się w tym fragmencie podobać, co miało przełożenie na kilka dogodnych sytuacji strzeleckich. W 8. min po rzucie rożnym główkował Kędziora, ale dobrze interweniował Majecki. Trzy minuty później po niezbyt udanej centrze Plevy z prawej strony z trudnej pozycji niecelnie strzelał Prokic. W 14 min po kolejnym rzucie rożnym piłka o mało nie wpadła do bramki Stali po zagraniu Goncerza, jednak na jej drodze do bramki stanął jeden z obrońców Stali. W 21 min Prokić z lewego skrzydła dobrze wypatrzył w polu karnym Goncerza, ale ten przeniósł piłkę nad poprzeczką. Dwie minuty później wspomniany Prokić kapitalnie uderzył z dystansu, jednak jego strzał na róg sparował golkiper Stali. Po nim sprzed linii pola karnego z lewej strony próbował Skrzecz, jednak ponownie minimalnie nad bramką. W 18 minucie niecelnie z 25 m uderzał Kalinkowski.
Po stronie aktywów Stali można w tym okresie gry wymienić jedynie groźną, ale niecelną główkę Kiercza po rzucie rożnym oraz strzał Djermanovicia z sprzed pola karnego pewnie wyłapany przez Abramowicza.
Co z tego jednak, że GiekSa miała więcej sytuacji strzeleckich, przeważała, jej gra mogła się podobać, skoro kolejną bramkę strzeliła Stal. W 34 minucie kompletnie nieatakowany przez któregokolwiek z katowiczan Janota uderzył sprzed pola karnego z lewej nogi, nie dając żadnych szans naszemu golkiperowi.
Zaledwie trzy minuty później kibice GieKSy mogli się po raz kolejny łapać za głowy. Najpierw po stracie w środku boiska z gatunku „piłkarski kryminał” sam na sam wyszedł Wroński, ale Abramowicz kapitalnie obronił. Niestety nasza defensywa nie wyciągnęła z tej sytuacji żadnych wniosków i po pół minuty zanotowała kolejną karygodną stratę na lewej stronie. Tym razem zawodnik Stali wpadł w pole karne, minął Abramowicza, a że kąt do bramki miał dość ostry, zagrał do dobrze ustawionego w polu karnym Djermanovicia, który z najbliższej odległości dopełnił formalności.
Do końca pierwszej połowy jeszcze obie drużyny zanotowały po jednym strzale z dystansu (Stal niecelny, GieKSa sparowany na róg) i prowadzący mecz Sebastian Tarnowski równo z upłynięciem 45 min zakończył pierwszą połowę. Niestety zarówno wynik, jak i gra defensywna całego zespołu (zwłaszcza po lewej stronie) nie napawała optymizmem przed drugimi 45 min.
Widząc słabą postawę swoich podopiecznych, trener Mandrysz nakazał rozgrzewać się w przerwie Błądowi i Mandryszowi, co dawało jakąś nadzieję. Ale ku zdziwieniu wszystkich oprócz Skrzecza z boiska zszedł przyzwoicie graający Prokić, a pozostał na nim bezproduktywny Kędziora.
Jednak drugą połowę GieKSa rozpoczęła z dużym animuszem. Zaraz po pierwszym gwizdku dobrze na boisko wprowadził się Błąd, ale jego strzał z lewej strony 5 m został zablokowany i piłka wyszła na róg. 4 minuty później nasi zawodnicy byli już skuteczniejsi. Łukasz Zejdler otrzymał piłkę na 20 m, spokojnie przyjął i kapitalnym strzałem przy lewym słupku pokonał Majeckiego. Była to niemal kopia drugiej bramki dla Stali.
Niestety nasza drużyna nie poszła za ciosem i w dalszym ciągu niewiele dobrego można było powiedzieć o grze katowiczan. Przez długi okres czasu z boiska wiało wręcz nudą, ale to raczej Stal miała groźniejsze sytuacje. W 56 min strzelał z wolnego Getinger, ale pewnie złapał Abramowicz. Cztery minuty później ponownie rzut wolny egzekwował ten sam zawodnik, tym razem centra i główka nad poprzeczką. W 69 min w polu karnym GieKSy padł Banaszewski, jednak został ukarany żółtą kartką za symulowanie. W 76 min rajd lewą stroną Leandro zakończył się na Abramowiczu, dwie minuty później centra Banaszewskiego, niecelny strzał i skończyło się na strachu. GieKSa grała dalej niepewnie i nerwowo w defensywie, czego przykładem mogło być niepotrzebne wybicie na róg Midzierskiego po centrze Gancarczyka w 82. minucie. Dwie minuty później Abramowicz został sfaulowany w naszym polu karnym przy próbie wybicia piłki, na co kibice Stali zareagowali wyzwiskami pod adresem sędziego, domagając się rzutu karnego.
Jeśli chodzi o ofensywę GieKSy w tym okresie, to można wymienić jedynie „obcięcie się” Mandrysza w polu karnym przy próbie strzału gorszą lewą nogą, zakończone niecelnym uderzeniem Kalinkowskiego oraz kolejny zablokowany strzał Błąda z lewego narożnika pola karnego.
W międzyczasie kontuzjowanego Goncerza zastąpił Cerimagić, który wniósł sporo ożywienia do gry naszej drużyny. Właśnie ten zawodnik w 85 minucie wykorzystał nieudane wybicie obrońcy Stali oraz niepewne wyjście Majeckiego i przelobował głową bramkarza gospodarzy, zdobywając kontaktową bramkę. W tym momencie przypomniał się pewien mecz z Pogonią w Szczecinie, który również do 85 min przegrywaliśmy 1-3, by ostatecznie wygrać 4-3 – zwłaszcza, że od tego momentu GieKSa zaczęła groźnie atakować. W 87 min po kapitalnym dośrodkowaniu Cerimagicia uderzał z kilkunastu metrów Kędziora, ale Majecki dobrze obronił. Następnie dobrze strzelał z dystansu Frańczak, ale i tym razem górą był golkiper Stali. W samej końcówce GieKSa grała już „na chaos”, z Kamińskim i Miedzierskim na środku ataku i taka gra mogła przynieść powodzenie w doliczonym czasie gry. Właśnie Midzierski zgrywał głową do Kędziory, jednak ten został uprzedzony przez Majeckiego. Po chwili arbiter zakończył spotkanie i kolejna porażka stała się faktem.
GieKSa przegrała zatem kolejne spotkanie. Co z tego, że gra ofensywna wyglądała bardzo przyzwoicie, co z tego, że strzeliliśmy dwie bramki na wyjeździe, jak po raz kolejny błędy w defensywie na poziomie juniorskim niweczą cały wysiłek drużyny. Niestety po dokończeniu całej kolejki możemy znaleźć się na miejscu spadkowym (za Górnikiem Łęczna), a będący na przedostatnim miejscu Raków ma jeden mecz zaległy przy równej liczbie punktów. Gdyby ten mecz był jednorazowym wyskokiem, można by dużo pisać, że druga połowa jest dobrym prognostykiem na przyszłość, jednak po tych wszystkich upokorzeniach nie damy już się na to nabrać. Najwyższy czas na radykalne działania!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

sowi
17 września 2017 at 15:38
Proponuje mniej pisac o tych Ciotach a zaczac wiecej pisac o naszych DZIEWCZYNACH
zippo50
17 września 2017 at 16:04
DZIEWCZYNY ZASŁUŻYŁY SOBIE ŻEBY PISAĆ O NICH DUŻYMI LITERAMI.
FRELE JESTEŚCIE SUPER I POWINNYŚCIE GRAĆ NA BUKOWEJ.
Rafał
17 września 2017 at 16:57
Te pieniądze co zarabiają Ci frajerzy zwani piłkarzami w całości dał bym Panią Piłkarką które się starają i walczą do końca i dał bym je na bukową a panowie wypierdalać bo grać nie umiecie i jesteście pośmiewiskiem całej Ligi. I niema wyników niema pensji koniec dobroci skoro nic nie potraficie i nie jesteście godni by bronić barw tego klubu, gracie w szmatach to poziom adekwatny do nowych barw tego miasta.
Rafał
17 września 2017 at 17:03
jestem ciekaw, gdzie ci wszyscy fachowcy którzy mówili „brać szybko Mandrysza,bo to taki trener, za mordy wszystkich chwyci” I co?
Gregi
17 września 2017 at 17:19
@Rafał
Z taką „ekipą” Mourinho, sir Ferguson, Ancelotti, Zidane razem wzięci, pochlastali by się tępą żyletką w kiblu budynku klubowego…
Ja bym Mandryszowi dał wolną rękę z kluzulą zakazu ściągania szrotu a’la Plizga czy Kędziora i NAKZEM zatrudniania młodzieży.
Wiem, wiem..science fiction..
Rafał
17 września 2017 at 17:28
Gergi nie porównuj wybitnych trenerów do padliny. Może Ferguson ze złości zaczął by rzucać butami to by by się go bali i by była różnica, Zidane pociągną by jednemu czy drugiemu z Bańki to by też inaczej chodzili, A Mandrysza bym wylał bo nic nie potrafi jest słaby jako trener, nie umiał przygotować drużyny do sezonu i to się tera mści.
Rafał
17 września 2017 at 17:29
sorki Gregi- przepraszam za literówkę.
Gregi
17 września 2017 at 17:37
Rafał – wniosek mój jest jeden: z tą ekipą nikt sobie nie poradzi i nikt z niej nic nie wyciśnie. Równia pochyła.
WIERNY
17 września 2017 at 17:41
Ferguson nie ściągałby termaliki do klubu
Kibol
17 września 2017 at 17:55
Trzeba upaśc do 2 ligi żeby zaskoczyc JA PIERDOLE CO ZA CZASY
Rafał
17 września 2017 at 19:51
Gregi-wnioski słuszne tyle że tym pajacom się po prostu nie chce, za granicą nawet 37 latki są w lepszej kondycji niż nasz pseudo gwiazdy jaki wniosek złe podejście trenerów do przygotowania fizycznego i winna trenera który nie umie tej ekipie dać bodźca do czegokolwiek. Zmiana trenera i sztabu to tego potrzeba i paru gości odsunąć od składu i dokoptować młodzików z jakimś kumatym sztabem i mogą być efekty. Ale Mandrysz musi WYLECIEĆ!!!!
Bce
17 września 2017 at 22:13
Czy mozemy upasc jeszcze nizej? Tak!!! Druga liga czeka ale jesli tak bedzie to wszyscy powinni byc wyjebani!!! Upadlaja ten klub na każdym kroku!!! Dosc tego!!! Dawac mlodziez a starych pogonic!!! Jak sie nie podoba to wyp….. . Brak slow dostLismy w ryj z nokautem.
Amen.