Felietony
Coś dla masochistów… (po raz drugi)
Co roku (a w zasadzie co pół roku) po ostatnim zakończonym meczu ligowym, w naszej redakcji zaczyna się czas dyżurów. Ma to na celu wzięcie odpowiedzialności przez każdego z redaktorów za pojawianie się newsów na stronie przez tydzień swojego dyżuru, ale z drugiej strony daje też możliwość odpoczynku od naszej społecznej pracy przez cały rok. Jak na nieszczęście, mojej skromnej osobie, przychodzi pełnienie pierwszego dyżuru. Czynię to z niekłamaną niechęcią, bo liga zakończyła się ponad tydzień temu, a ja muszę wrócić myślami i emocjami do tego, co niszczyło mnie przez ten rok. Czyli do drużyny piłkarskiej GKS Katowice. W tym tygodniu pojawią się podsumowania poszczególnych formacji w rundzie jesiennej, na początek jednak tradycyjny sprint przez 20 meczów tego sezonu, które już zostały rozegrane. Czytacie na własną odpowiedzialność, prosimy też odstawić jedzenie i napoje na czas lektury (dozwolone są tylko napoje wyskokowe – dla ukojenia).
Lista hańby
Do tejże listy kompromitacji w Pucharze Polski dopisana została Siarka Tarnobrzeg. Dzieciaki z Tarnobrzega okazały się lepsze od naszych zawodników, którzy w pewnej części byli nowi. Nie zrobili oni wiele, żeby na stadionie Siarki osiągnąć choćby remis. Grali niemrawo, bez wyrazu, ale wygrać z ekipą z drugiej ligi było obowiązkiem. Tak się nie stało i po tych wszystkich Luboniach, Zdzieszowicach i Niepołomicach, doszedł Tarnobrzeg.
Nie dojechaliśmy na pierwszą połowę. Gra się nam nie układała, byliśmy mało komunikatywni, nie pomagaliśmy sobie na boisku – powiedział po meczu trener Piotr Mandrysz.
Rekord świata
W takich kategoriach należy rozpatrywać wizytę kibiców pod szatnią piłkarzy już po meczu 1. kolejki. Frustracja osiągnęła swój szczyt, ale tak naprawdę to była symboliczna 35. kolejka poprzedniego sezonu – jeśli chodzi o emocje kibiców. Klęska w Pucharze i kompromitacja ze słabą Pogonią u siebie była ciosem. Do tego widzieliśmy, jak na tle naszych zblazowanych gwiazdek, poruszali się szybcy i żwawi zawodnicy Pogoni – nie było dla nich straconych piłek. W końcówce zdobyli zwycięskiego gola.
– Można zarzucić piłkarzom niedostatki umiejętności, ale nie można zarzucić, że nie chcieli, bylibyśmy nieuczciwi – swoją osobliwą wersję na temat zaangażowania wygłosił szkoleniowiec.
Blisko euforii
Po tak katastrofalnych meczach kibice dali piłkarzom szansę na wyjeździe w Legnicy. I piłkarze swoją – tym razem ambitną postawą – sprawili, że mecz został prawie wygrany. Mimo braków piłkarskich byliśmy zadowoleni z zaangażowania. Swoje zrobił Paweł Mandrysz, który po rajdzie zdobył bramkę. Niestety w doliczonym czasie gry wątpliwy karny dla Miedzi pozbawił nas wygranej.
– Oddaliśmy inicjatywę przeciwnikowi, ale nie starczyło nam argumentów, by w ofensywie przenieść ciężar gry na połowę przeciwnika w dłuższym wymiarze czasu – tym razem przytomnie wypowiadał się trener.
Bukową zdobywają już byle leszcze
Oczywiście to „leszcze” tylko na potrzeby tego artykułu. Bo piłkarze Puszczy byli kolejnymi poważnymi zawodnikami, z ambicją, pomysłem na grę, którzy na tle piłkarzy GKS pokazali się z dobrej strony i wygrali. Nasza twierdza przypominała wówczas domek z kart, co potwierdziło się zresztą w dalszej fazie sezonu.
– Ugrzęźliśmy w dole tabeli i taka jest prawda na chwilę obecną. Winę za taki stan rzeczy ponoszę ja jako trener – słowa szkoleniowca po spotkaniu.
Napastnik Prokić
Nawet jeśli Serb nie gra typowo w ataku, to najlepiej czuje się zbiegając do środka i jako rasowy napastnik wykańczając akcje. W Częstochowie GKS w końcu zagrał dobrze, szybko uzyskał dwubramkowe prowadzenie i wygrał.
– Gratuluję moim podopiecznym bo zagrali solidne spotkanie i zasłużenie zdobyli trzy punkty – pierwszy raz zadowolony mógł być opiekun piłkarzy GKS.
Jest iskierka nadziei
Prawdziwym sprawdzianem miało być spotkanie z Chojniczanką, czyli naszym rywalem do awansu z poprzedniego sezonu. GieKSa zagrał bardzo dobre spotkanie, zachowała czyste konto (co jak się później okaże – będzie rzadkością) i wygrała w pełni zasłużenie. Szalał Adrian Frańczak, który zapomniał, że nie umie grać w piłkę. Świetnie w defensywie i ofensywie. To było to spotkanie, które dało nam wielką nadzieję na kolejne spotkania.
– Paradoksalnie najtrudniejszym momentem był ten po strzeleniu gola, bo przywrócił się od razu film z dwóch dotychczasowych meczów na Bukowej. Obawiałem się, że znowu wypuścimy zwycięstwo z rąk, dzisiaj jednak graliśmy dobrze – mówił trener, a sytuacja na szczęście po raz trzeci się nie powtórzyła.
Żółwie lub piłkarzyki – jak kto woli
Oczekiwaliśmy, że po dwóch wygranych w dobrym stylu, z Odrą Opole będzie hat-trick. Niestety z ambicji i dobrej gry nic nie zostało. Mieliśmy snujących się ledwo na nogach zmęczonych życiem ludzi. To było ambicjonalne zero, na domiar złego ze straconą bramką w końcówce po fatalnym błędzie Midzierskiego i Abramowicza. Na swoje szczęście Midzier w końcówce po „ręce Boga” wyrównał i katowiczanie nie przegrali kolejnego meczu u siebie.
– Powiem tak – jeśli w trzech pierwszych spotkaniach zdobyliśmy jeden punkt, a teraz w trzech – siedem, to na pewno jest progres, aczkolwiek do pełni szczęścia zabrakło zwycięstwa – mówił Mandrysz.
Garbaty myli bramki, a my przegrywamy z najgorszą drużyną
Po sześciu meczach Wigry miały na koncie dwa remisy i cztery porażki. Trener Artur Skowronek nie wygrał meczu od 50 lat (oprócz meczu z GKS jako trener Olimpii). Więc najlepszym rozwiązaniem było przyjechać na Bukową, żeby sobie wygrać. Jednak Wigry były na tyle słabe, że Robin Hoodem postanowił być Damian Garbacik, który nieatakowany przez nikogo po prostu kopnął do własnej bramki. Szczyty kompromitacji zaczęły być coraz bardziej wygórowane.
– Tego nie wolno robić na żadnym szczeblu rozgrywek i w pierwszej lidze również – sensownie skonstatował trener Piotr.
Sosnowiec się śmieje, a Cygan ma dość
Chcieliśmy rehabilitacji na stadionie Ludowym, chcieliśmy też rewanżu za poprzedni sezon. Niestety znów dostaliśmy w tytę, przegrywając 0:3, a zawodnicy pozwolili, by nasz klub był wyzywany i obrażany. Nie wytrzymał tej zniewagi prezes Wojciech Cygan i po meczu podał się do dymisji. Późno, jak na upokorzenia, których musiał doświadczyć ze strony piłkarzy.
– Nie jesteśmy zadowoleni z tego, trzeba z tym żyć, chociaż szkoda, że głównym aktorem tego spotkania nie byli dzisiaj piłkarze – szkoleniowiec zrzucił odpowiedzialność za porażkę na sędziów.
Rozjechana defensywa
W Mielcu już do przerwy było 0:3. Nasi obrońcy grali kryminalnie. Nie pilnowali pozycji, a na domiar złego, zamiast blokować strzał Janoty z dystansu, chytali się za jajka, nie robiąc ruchu do przeciwnika. W drugiej połowie udało się wcisnąć dwie bramki, ale come backu z wiosny (wówczas 3:3) nie było.
– Druga połowa pokazała, że tak. Po pierwszej odpowiedź byłaby negatywna – odpowiedział trener na pytanie, czy z tego zespołu da się jeszcze coś wyciągnąć.
Już z ambicją, jeszcze z frajerstwem
W meczu z mocnym Chrobrym katowiczanie grali ambitnie i prowadzili już 2:0. Szczerze mówiąc przy takiej grze i prowadzeniu, nie mieli prawa wypuścić tego z rąk. Piłkarze GKS pokazali jednak, że niemożliwe nie istnieje i stracili dwie bramki z niczego.
– Przeszliśmy z nieba do piekła, bo jeden punkt w naszej sytuacji nas nie zadowala – mówił były zawodnik Pogoni Szczecin.
Sprinter Kędziora
W obecności ponad 700 kibiców GKS grał w zimnym Bytowie. To nie był jakiś wybitny pojedynek, ale znów przyzwoitość w kwestiach wolicjonalnych była zachowana. W końcu pierwszą bramkę zdobył Błąd, ale najbardziej godnym uwagi był sprint Wojciecha Kędziory po defensywnym stałym fragmencie – wiekowy napastnik odsadził wszystkich i strzelił w końcówce zwycięskiego gola.
– Gratuluję zawodnikom zaangażowania na boisku, ale nad jakością piłkarską musimy popracować, bo presja i stres wpływa na moich zawodników nie tak, jak powinna. To powoduje, że gramy nie tak, jak byśmy chcieli – mimo wygranej trener sygnalizował już pewne sprawy związane z psychiką zawodników.
Tym razem euforia
W Bielsku GieKSa grała średnio. Jednak szybko po stracie bramki udało się wyrównać. I gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, świetnie w doliczonym czasie gry sytuację sam na sam wykorzystał Adrian Błąd. Zawodnik zdobył drugą bramkę z rzędu i wprowadził trybunę gości w euforię. Ten moment był chyba najjaśniejszym podczas całej jesieni i choć na chwilę dał nam radość.
– Gratuluję mojej drużynie, bo myślę, że piłkarsko zagraliśmy dzisiaj najlepszy mecz. Nie mówię tego tylko przez pryzmat wyniku, ale tego, że przeciwnik przez większość meczu miał z nami duże problemy – mówił szkoleniowiec, w czym też była prawda, bo Podbeskidzie miało problemy z konstruowaniem akcji.
Pewnie na rozgrzewce
W środku tygodnia GKS zagrał ostatni mecz przed derbami z Ruchem Chorzów. Dobra gra i pewna wygrana – trzecia z rzędu – dała nam świetne nastroje i duży optymizm przed pojedynkiem z Niebieskimi. Trzy punkty zostały odhaczone.
– Przesunęliśmy się do środka tabeli i to powinno dobrze wpłynąć na morale, to taki plusik, który mam nadzieję, ze będzie dużym plusem – powiedział Mandi senior.
Napluli w twarz, największy raz
Mecz z Ruchem Chorzów to była klęska i jeden wielki dramat. Wielka otoczka, nadzieję kibiców na to, że z odwiecznym, ale dawno niespotkanym rywalem, dodatkowo ostatnim w tabeli, będzie pewna wygrana. Niestety znów kopaczyny nie stanęły na wysokości zadania. Przerżnęli ten mecz już w pierwszej połowie, a mogło być 0:3 do przerwy. Oddali ten mecz bez takiej walki, jaką chcielibyśmy oglądać. Dali chorzowianom fetę po powrocie ich autobusu na Cichą.
– Z przebiegu spotkania zagraliśmy dobry mecz, a w drugiej połowie bardzo dobry – przytoczmy tylko ten cytat, który powoduje, że człowieka wygłaszającego takie opinie, nie powinno być w naszym klubie.
Sabotaż w Tychach
Pierwsza połowa z GKS Tychy – w momencie, gdy powinna być rehabilitacją za Ruch – była położeniem się na murawie. Była oddana bez 1% walki. Zawodnicy celowo nie angażowali się w grę i odpuścili to spotkanie. Słabo grające Tychy wygrały prestiżowy mecz, a kibice kolejnego kibicowskiego rywala mieli satysfakcję.
– Nie zgodzę się, że nie chcieliśmy. Może do przerwy tak – bo tak to wyglądało – nawet trener potwierdził, że piłkarzom się nie chciało.
Palec Kędziory
Z Olimpią gościom animuszu starczyło na 15 minut. Potem GKS ze słabiutkim rywalem robił co chciał i wygrał 2:0, a gol Kędziory był ozdobą spotkania i bramką roku w wykonaniu piłkarza GKS. Niestety potem pan gwiazdor uciszał kibiców przytykając palec do ust. Co po derbowych spotkaniach było mocno nie na miejscu.
– Wierzę głęboko, że z dwóch wyjazdów przywieziemy punkty, bo myślę, że na wyjazdach gra się nam łatwiej – jakże ciekawie wypowiedział się szkoleniowiec GKS Katowice, dając tym samym pstryczka w nos kibicom.
Szaleństwo Plizgi i Błąda
W wyjazdowym spotkaniu z Górnikiem GKS grał słabo, siermiężnie, topornie itd. Przegrywał znów z najsłabszą drużyną tej ligi, która i w tym meczu tę słabość potwierdzała. Na szczęście trener zrobił zmiany, które dały wygraną. Plizga i Błąd w ciągu kilku minut rozmontowali defensywę gospodarzy, swoje dołożył też Cerimagić. Po końcówce przypominającej Pogoń z 2011, katowiczanie zdobyli trzy punkty. Wszystko już po głupiej czerwonej kartce Kalinkowskiego.
– Pokazaliśmy hart ducha, zaangażowanie, poparliśmy to wieloma składnymi akcjami, które dały nam w pełni zasłużone trzy punkty – zgadzaliśmy się z trenerem jeśli chodzi o hart ducha, nie jeśli chodzi o sytuacje.
Rzut karny
W arktycznych warunkach w Siedlcach GKS nie grał źle, ale nie potrafił zdobyć gola z akcji. Z zespołem, który u siebie wygrał tylko jeden mecz. Więc zaraz po meczu było OK, ale potem oceniając na chłodno, pozostawał spory niedosyt.
– Remis połowicznie nas cieszy, bo przyjechaliśmy z nastawieniem zrewanżowania się gospodarzom za porażkę w pierwszej rundzie – szkoleniowiec nie krył połowicznej radości po tym spotkaniu.
Wygrana dająca iluzję
W ostatnim meczu roku GKS wygrał u siebie z mocną Miedzią i zakończył sezon z 6-punktową stratą do miejsca premiowanego awansem. Spłaszczona tabela daje informację, że jesień nie była taka taka zła. Ale to tylko złudzenie – wszystkie kluczowe mecze były przegrane. Wygrana z Miedzią zaciemnia obraz mało ambitnej drużyny.
– Ruchy personalne determinuje wynik, my dziś kończymy rundę i na pewno w najbliższych dniach będziemy analizować kadrę i ewentualne możliwości uzupełnienia kadry. Jestem przeciwnikiem rewolucji, w lecie to miało miejsce. Jestem zwolennikiem drobnych retuszy bo czas działa na korzyść zespołu. Nieprzypadkowo przez pierwsze 10 spotkań zdobyliśmy 9 punktów a w kolejnych 19. Progres jest więc duży i byłbym ostrożny by teraz mówić kogo chcemy a kogo nie chcemy w zespole. Mamy swoje przymiarki, ale życie pokaże co z tego wyjdzie – słowa trenera po spotkaniu z Miedzią tylko zmroziły krew w żyłach.
Wszystkim, którzy dotrwali do końca gratulujemy i nie zazdrościmy masochizmu. Pisanie tego artykułu było udręką. Niech to podsumowanie będzie też pewnym przypomnieniem, że wielokrotnie ta drużyna nas kibiców zwyczajnie upokorzyła. I te minus sześć punktów to jest tylko matematyka. A tak naprawdę ta ekipa nie ma przyszłości, po przyjdą kolejne kluczowe lub prestiżowe mecze i znów będzie jak zawsze…
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.
Galeria Piłka nożna
GieKSa zagrała na piątkę
GKS Katowice pokonał 5:0 Wisłę Płock na Arenie Katowice. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z tego emocjonującego spotkania na Nowej Bukowej.

Cierpliwy
4 grudnia 2017 at 22:26
Górnik bedzie mistrzem,niebieskie bankruty spadną a MY dalej bedziemy w tej buraczanej 1lidze
Mecza
5 grudnia 2017 at 11:46
Ja się zgadzam z trenerem. Potrzeba stabilizacji i to wystarczy do poprawy wyników. Kolejna rewolucja nawet gdyby przyszło 5 wyróżniających się zawodników z ekstraklasy przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego. Nie przypadkowo u nas każdy notuje zjazd i kadra wydaje się przeciętna bo zanim zaskoczy gra to u nas jest już „jazda” Pisałem już, w czubie są Ci gdzie jest stabilizacja, to wystarcza aby beniaminek jechał z większością.
artur
5 grudnia 2017 at 18:04
Mecza prosza cię skończ te głupoty, pojadą do Turcji po tę twoją stabilizację a na koniec sezonu będą się z ciebie śmiać
Mecza
5 grudnia 2017 at 18:36
Arturze akurat co do Turcji jestem przeciwny. Powinni po górach zapieprzać po kolana w śniegu a później formę szlifować w błocie. Wrócą i będą zerkać czy im nowe, kolorowe buty się nie pobrudziły.
Dziadek
5 grudnia 2017 at 21:35
Mając w pamięci trzy ostatnie wiosny „murowanego kandydata”, aż boję się mysleć o kolejnej…