Piłka nożna
Beznamiętnie w środku pola
Podobnie jak w przypadku obrony, analiza pomocy nastręcza pewne trudności ze względu na kilka systemów gry, którzy preferowali trenerzy GKS Katowice podczas rundy jesiennej. Grając piątką obrońców i dwoma napastnikami w linii pomocy zostają zaledwie trzy miejsca (boczni obrońcy robią w ofensywie za bocznych pomocników). Gdy już wróciliśmy do gry czwórką w obronie, najczęściej tych pomocników było czterech (przy dwóch napastnikach), jednak zdarzały się mecze, w których graliśmy nieśmiertelnym systemem 4-5-1.
W ustawieniu 5-3-2 siłą rzeczy brakuje na boisku miejsca dla bocznych pomocników, więc zawodnicy z tych pozycji mieliby dużo trudniej wskoczyć do składu, gdyby to ustawienie miało miejsce dłużej. Względnie trzeba by było kombinować z „wepchnięciem” ich do środka boiska. Specyficzną sytuację zaobserwowaliśmy w meczu pucharowym z Chrobrym, kiedy Alan Czerwiński jako prawy obrońca miał zadania ofensywne, a nominalny boczny pomocnik Krzysztof Wołkowicz grał w środku. Problem polegał jednak na tym, ze Wołka ciągnęło na skrzydło i ze dwa razy praktycznie zabiegł drogę Czerwińskiemu i mieliśmy piłkarską kolizję, na szczęście bez ofiar.
Boczni pomocnicy
Opis tej formacji możemy zacząć praktycznie od trzeciej kolejki i meczu z Niecieczą. Na skrzydłach zagrali Krzysztof Wołkowicz i Piotr Ceglarz i ten drugi zaliczył chyba najlepszy moment w sezonie, bo zanotował asystę przy golu Grzegorza Goncerza. W początkowej fazie sezonu trochę na skrzydle pograł Michał Nawrot i opinie co do tego zawodnika były różne, ale generalnie mało pochlebne. Czasem wydawało się to nieco niesprawiedliwe, bo choć może nie błyszczał, to jednak też nie grał tragicznie, miał kilka niezłych akcji, jak przy bramkowej Goncerza z Chojniczanką. Jednak przeciętność w GKS to za mało i nie wywalczył sobie na dobre miejsca w podstawowym składzie, choć naprawdę przez kilka dobrych kolejek grał na lewym skrzydle. Ceglarz w tym czasie okupował prawą stronę i próbował być przebojowy, ale jakoś piłkarskiej w ogóle nie pokazywał. Kilka razy na placu gry pojawiał się Krzysztof Wołkowicz, ale to był okres, w którym z niewiadomych przyczyn trener Moskal na niego nie stawiał od początku. A przecież po zmianach Wołkowicz pokazywał dobrą formę. Dziwiliśmy się, czemu nie gra, a potem się okazało, że to zdziwienie nie było bezpodstawne. W końcu po słabym meczu z Wigrami szkoleniowiec zdecydował się na zmiany. Do środka przesunął Nawrota, na skrzydle postawił na Alana Czerwińskiego i właśnie Wołkowicza. To był strzał w dziesiątkę – Alan zagrał bardzo dobrze, a Wołkowicz świetnie i do tego strzelił dwie bramki. Nic dziwnego, że wyszli w podstawowym składzie w następnych meczach, ale z Pogonią Siedlce było średnio, a w Lubinie już słabo.
Z Chrobrym do jedenastki powrócił Ceglarz i znów mieliśmy status quo, czyli brak efektu. Na domiar złego słabo grał znów Wołkowicz. Niestety okazało się, że mecz w Bytowie był jednorazowym epizodem tego zawodnika, bo w Grudziądzu zagrał fatalnie, a Alan Czerwiński na prawej stronie niewiele lepiej. W końcu trener Moskal zdecydował się na tyleż niespodziewaną, co postulowaną przez nas wiele razy (ale już dawno temu) zagrywkę z wystawieniem Grzegorza Goncerza na prawej pomocy. Jak wiemy, za czasów Adama Nawałki Gonzo brylował właśnie na tej pozycji. Teraz jednak jego gra na boku była taka trochę nietypowa, bo niby był skrajnym pomocnikiem, a często zbiegał do środka czy wręcz wychodził na pozycję napastnika. Na pewno było to element zaskoczenia dla rywala i to taki, który się sprawdził, bo zawodnik znów strzelił gola. Z Dolcanem znów mieliśmy na skrzydle Nawrota i Wołkowicza, który bardzo długo mimo kiepskiej formy utrzymywał się w składzie. Z Sandecją mieliśmy bezbarwny epizod Jarosława Wieczorka. W końcu coś zaczął grać Wołkowicz. Jednak dopiero z Tychami zawodnik pokazał się z bardzo dobrej strony. Kapitalnie walczył, być może obok Goncerza był w tym meczu najbardziej ambitnym zawodnikiem. Naprawdę dobrze się to oglądało. Natomiast Ceglarz? Zagrał przeciętnie, nic nie zepsuł, ale na tle bardzo dobrze grających kolegów wypadł dość blado. Niestety z Arką Wołkowicz zagrać nie mógł i mieliśmy dość eksperymentalny duet bocznych pomocników, który utworzyli Aleksander Januszkiewicz i Bartosz Sobotka. Alex dostawał w przekroju rundy szansę głównie jako rezerwowy i przede wszystkim zapamiętaliśmy go jako zawodnika szarżującego, ale często trochę bez sensu. Gdy udawało mu się minąć w pojedynku rywala, to ręce same składały się do oklasków, problemem jednak było to, że zbyt często się to nie zdarzało. Bartosz Sobotka natomiast w pierwszej połowie w Gdyni bardzo dobrze współpracował z Rafałem Pietrzakiem, ale po przerwie mocno zgasł. Z Widzewem wrócił Wołkowicz i spisał się bardzo źle, a Sobotka dramatycznie. Z Miedzią dramatycznie zagrał natomiast Wołek, który notował same straty i został zmieniony. Co ciekawe całkiem nieźle wystąpił w tym meczu Piotr Ceglarz, ale w przekroju całej rundy nic nie dał drużynie. Wspomnijmy jeszcze oczywiście o Dariuszu Zapotocznym. Zawodnik o znaczeniu marginalnym tej „marginalności” nie pokazał w meczu ze Stomilem. Wszedł na boisko w doliczonym czasie gry i mogliśmy łapać się za głowy. Tymczasem w pierwszej akcji zawodnik kapitalnie się odnalazł i strzelił gola. Ponadto jednak zagrał kilka końcówek i… to by było na tyle. Incydentalnie na boku pomocy grał Rafał Pietrzak i trzeba przyznać, że wcale nie jest to złe rozwiązanie.
Defensywni pomocnicy
Kluczowymi zawodnikami w pomocy mającymi w GieKSie defensywną rolę są Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że kombinowanie z innym składem personalnym nie ma większego sensu, ale to nie oznacza też, że możemy być jakoś specjalnie zadowoleni z postawy wyżej wymienionych. W pierwszym meczu z Widzewem trener Moskal mając trzy miejsca w pomocy zdecydował się na wystawienie tej defensywnej dwójki w środku. Oczywiście rola ich jest płynna i zmienna, dlatego nieraz zdarza się, że angażują się mocniej w akcje ofensywne. Tym razem trzecim w środku był Ceglarz, nie było więc typowego rozgrywającego i najczęściej tę rolę na siebie brał Kufel. Zawodnik w Legnicy z konieczności zagrał na obronie, w pomocy oglądaliśmy więc Michała Nawrota, jednak był to bezbarwny występ. Jeśli chodzi o ocenę gry Dudy i Cholerzyńskiego przez całą rundę to jednak w przypadku tego pierwszego w wielu meczach miało się wrażenie, jakby nie było go na boisku. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że nie popełniał rażących błędów. Z drugiej jednak wiemy, że Sławka stać na więcej, nawet w kontekście rozpoczynania czy kończenia akcji. Nieraz pokazał, że potrafi bardzo dobrze zagrać długą krzyżową piłkę, wyprowadzić kolegę prostopadłym podaniem (gol Goncerza z Siedlcami) czy w końcu mocno strzelić z daleka. Potrafi przecież tez zdobywać bramki (w Grudziądzu czy Łodzi). Brakuje jednak czegoś więcej, ale akurat do tego zawodnika jakoś bardzo przyczepić się nie można. Kamil natomiast dobre i pewne mecze potrafi przeplatać z beznadziejnymi. Na dobrą sprawę nie ma reguły i nigdy nie wiadomo, kiedy zagra lepiej, a kiedy słabiej. Jego grzechem głównym jest krycie na radar i czasem odpuszczanie przeciwnika. Na szczęście grając na obronie aż takich błędów nie popełnił, natomiast w pomocy bywało z tym różnie. Dobrze potrafi włączyć się do akcji ofensywnej, czego efektem był gol w Gdyni.
Warto zwrócić uwagę jeszcze na dwóch zawodników. Przez jakiś czas w środku grał Michał Nawrot i tak jak pisaliśmy wcześniej – dla niektórych był irytujący ze swoim dość ociężałym stylem gry, ale też nie można powiedzieć, żeby jakieś większe błędy popełniał, a przecież na przykład ze Stomilem zaliczył bardzo dobrą asystę przy golu Zapotocznego. Ciągnęła się za nim ta nieszczęsna ręka z Lubina, ale generalnie w przekroju całej rundy nie wniósł wiele do zespołu. Krzysztof Bodziony natomiast tak naprawdę snuł się po boisku i nie wiadomo było do końca czy ma role defensywne czy ofensywne. Grał niestety przez większość rundy bardzo słabo, dlatego też nie miał miejsca w podstawowym składzie. Jako rezerwowy nie wnosił nic. Jedynym jego dorobkiem był gol po rykoszecie z Flotą i asysta w Płocku. Natomiast w meczu z Widzewem zagrał chyba najgorzej jak tylko się dało…
Ofensywny pomocnik
W przypadku gry dwoma napastnikami rola rozgrywającego nieco się różni od przypadku gry z jednym zawodnikiem na szpicy. Dwóch napastników może bowiem współpracować sami ze sobą, w przypadku osamotnionego zawodnika, musi on liczyć na „dziesiątkę” bezwzględnie. Pozycja rozgrywającego nadal ma jednak wielkie znaczenie. O ile w pierwszym meczu z Widzewem kilku zawodników brało na siebie odpowiedzialność, to dopiero po wejściu Przemysława Pitrego w meczu z Miedzią coś w tym temacie zaczęło się tworzyć, bo zawodnik zagrał po prostu znakomicie. Zaczęło, ale… kontynuacji to nie miało. Pitry jako bardzo doświadczony zawodnik, który jeszcze dwa sezony temu prawdopodobnie był najlepszym piłkarzem pierwszej ligi, obecnie mocno sprzeciętniał. Nie notuje wielu asyst, często ma tendencję do spowalniania gry, głupich nonszalanckich strat, mało lub niegroźnie uderza z dystansu. Po meczu z Flotą stracił miejsce w składzie i wchodził na boisko z ławki, ale niewiele wnosił do gry. Dla odmiany w Bytowie zagrał od początku i zaliczył znakomity mecz. „Zawodnik ostatnio rezerwowy teraz zagrał od początku i spisał się świetnie. Momentami to był Pitry z najlepszych czasów. Przegląd pola, bardzo dobre rozprowadzanie akcji, a także podania prostopadłe. To właśnie jego podanie uruchomiło Wołkowicza, który strzelił pierwszą bramkę. Przy drugiej w sposób niesygnalizowany zmienił stronę akcji i dośrodkował w pole karne, a tam Czerwiński zaliczył asystę do Goncerza. W drugiej połowie znów prostopadle uruchomił samego Goncerza” – pisaliśmy po tym meczu. Z Pogonią Siedlce zdobył natomiast ładnego gola. Z kolei po spotkaniu z Chrobrym cenzurka już nie była tak miła: „Z całym szacunkiem dla sposobu gry, który oparty jest na technice, a nie na szybkości, to spowalnianie gry w tym meczu było irytujące. Można było odnieść wrażenie, że kapitan na wszystko w tym meczu ma czas, a nieraz aż prosiło się szybko zagrać do przodu czy na skrzydło. To był Pitry w zwolnionym tempie”. Potem było znów przeciętnie lub słabo. Co prawda na tle jeszcze słabszych kolegów Pitry pokazywał czasem umiejętności techniczne, ale pojawiało się to czasem 1-2 razy w meczu. W pewnym momencie rudny zawodnik odniósł kontuzję i nie grał. Wrócił dopiero od meczu z Arką i zarówno w Gdyni, jak i Łodzi zagrał przeciętnie, podobnie jak z Miedzią, ale ostatni mecz urozmaicił wspaniałą bramką z dystansu.
Rozgrywać próbował też w rundzie jesiennej Kamil Bętkowski. Jednak o ile jego wejście do gry było bardzo efektowne, to potem było już gorzej. Tak po prawdzie, to zawodnik pokazał naprawdę duży potencjał w swoich pierwszych meczach. Potrafił zachować się z piłką przy nodze, co rzadkość w GKS przeprowadzić udany drybling czy rozprowadzić akcję, czasem w nietuzinkowy sposób. Fantastyczną akcję przeprowadził w meczu z Wigrami, kiedy to zaprezentował „kapitalne uwolnienie się od pressingu trzech rywali, minięcie czwartego i prostopadła piłka do Nawrota”. Brakowało jednak efektywności z gry tego zawodnika i po czterech spotkaniach od pierwszej minuty stracił miejsce w składzie. Od początku zagrał jeszcze tylko w meczu z Chrobrym, a potem rzadko zaliczał ogony lub wchodził po przerwie, jednak zarówno z Sandecją, jak i Tychami niewiele wniósł do gry, co zwłaszcza w derbach było na minus, bo piłkarz nie wpasował się w konwencję niesamowitej walki. Jego pozycja w drugiej części rundy znacząco osłabła, by nie powiedzieć była zerowa.
Podsumowanie
Na każdej z pozycji pomocy mieliśmy sporą rotację i nie sposób określić jakiejś jednej dominującej ekipy w tej formacji. Na skrzydłach niestety nie wyróżnił się żaden z zawodników. Poza pojedynczymi świetnymi meczami Wołkowicza zarówno prawi, jak i lewi pomocnicy spisywali się słabo. Przede wszystkim zawiódł Piotr Ceglarz, po którym spodziewaliśmy się dużo więcej. W środku przeciętnie spisali się Kamil Cholerzyński i Sławomir Duda, ale jakoś tam swoje zadanie spełniali. Jako rozgrywający zawiódł w tej rundzie Przemysław Pitry, Kamil Bętkowski po dobrym początku potem mocno spuścił z tonu. Zawodnicy tacy jak Michał Nawrot i przede wszystkim Krzysztof Bodziony nie okazali się mocnymi transferami. Jeśli trener Skowronek chce, aby ta formacja była mocniejsza musi chyba… sprawić sobie nowych zawodników, bo część z nich jest po prostu już chyba wypalonych…
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Galeria Kibice Piłka nożna
Huczny jubileusz!
To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Marcin piotrowice
13 grudnia 2014 at 20:11
Ceglarz nie daje rady, już lepszy na boku jest Januszkiewicz! Trzeba naszych chłopaków z rezerw wziąć, z Katowic żeby za Gieksę trawę gryzli, a nie jakichś kolesi bez naszego śląskiego charakteru..