Piłka nożna
ALARM! Spadek zagląda nam w oczy!
Patrząc z perspektywy niecałej doby na wczorajszy mecz z Wigrami, muszę użyć kilku słów kluczy. Po pierwsze – szok. Po drugie – bezradność.
Nie wiem szczerze mówiąc, jak mogło do tego dojść, a jednocześnie wiem. Wiem, bo przecież kibicuję GieKSie już wiele lat i wiele, wiele razy, gdy wydawało się, że to już, że to ten moment, w którym nadchodzi sukces, że to ten czas, kiedy w końcu zbudowała się dojrzała drużyna… ZAWSZE kończyło się to kolejnym ciosem w twarz na otrzeźwienie. Naprawdę, w kilku ostatnich latach – zawsze! Tak więc, to co wydarzyło się wczoraj nie powinno mnie w najmniejszym stopniu szokować, ani dziwić. A jednak… tym razem miało być inaczej.
Przeżyłem szok. Bo naprawdę jeszcze wczoraj rano miałem w sobie sporo optymizmu, wyniki sparingów jak na nasz klub były bardzo dobre, masa strzelonych bramek i niewiele straconych. Nowi, którzy przyszli, spisywali się porządnie w obronie, strzelali też bramki, a ci uśpieni – również się rozstrzelali. Do tego Suwałki – teren dla nas bardzo dobry i targana wiecznymi problemami ekipa Wigier. Wiadomo – liga jest jaka jest i to nie było tak, że zwycięstwo jest pewne, osiągniemy je z palcem w nosie i pojedziemy dalej. Liczyłem się z tym, że możemy stracić punkty, możemy zremisować lub przegrać. Ale…
Nie o wynik tu się rozchodzi. Chodzi o postawę zespołu w tym pojedynku. W meczu o sześć punktów, który powoduje, że albo możemy złapać kontakt z przeciwnikiem, albo uciec może on nam tak, że dogonienie będzie go bardzo trudne. I w takim meczu wychodzi jedenastka GieKSy (a potem rezerwowi) i rozgrywa tak żenujący mecz, jeden z najgorszych w ostatnich latach. Poza pierwszym kwadransem, kiedy wydawało się, że coś sensownego może się zdarzyć (stuprocentowa sytuacja Błąda), potem z każdą minutą było coraz gorzej, coraz gorzej, aż do zadawania sobie pytania „co oni do diabła robili przez 3 miesiące?” i jeszcze jednego „co oni robili przez całą swoją karierę?”.
Szczęściem kibiców, którzy nie byli w Suwałkach jest to, że nie musieli tego paździerza oglądać. Druga połowa to był pokaz dla wszystkich adeptów światowego futbolu, jak nie należy grać w piłkę. Dziesiątki strat, nawet w najprostszych sytuacjach. Najprostsze podanie na kilka metrów do krytego (albo i nie) partnera stanowiło sufit możliwości. Nie można im odmówić chęci – bo te mieli. Ale po raz kolejny – w temacie umiejętności – okazało się, że trafia do nas resztka towaru z rynku transferowego, taka, której już nikt za bardzo nie chce. I mimo, że w sparingach ta drużyna (stara i nowa) potrafiła osiągać świetne wyniki, to w ligowej weryfikacji z kompletnym przeciętniakiem, pokazała, że mogą to być za wysokie progi.
Nie będę tutaj – po jednym meczu – skreślał tej ekipy z walki o utrzymanie, ale poziom mojej wiary w powodzenie tej misji znacząco spadł. Tak, pisałem w felietonie przedmeczowym, że ewentualną porażkę trzeba przyjąć na spokojnie i się nie gorączkować. Problem w tym, że styl tej porażki, to jest prawdziwa klęska i nad tym niestety do porządku dziennego przejść się nie da. Z taką grą, jak w Suwałkach, nie wygramy ani jednego meczu. Będzie problem z osiągnięciem remisów. Tak, żenująca postawa rodem z najgorszych meczów ostatnich lat, była dla mnie szokiem. Takim, który przeżywam regularnie… od lat.
Dlaczego odczuwam bezradność? Bo obawiam się, mając wspomniane doświadczenie, że ten pierwszy mecz to zapowiedź tego, co będzie nas w tej rundzie czekać. Absolutnie nie mam odczucia, że to był jakiś tam „wypadek przy pracy”. Bo wypadek przy pracy może spowodować kiepski wynik, ale nie to, że praktycznie wszyscy zawodnicy zapominają, jak się prosto kopie piłkę, jak się sensownie ustawia na boisku i jaki jest cel tego, że wyszli na ten trawnik.
Odczuwam bezradność, bo mimo, że wszczynałem alarm milion razy – za Brzęczka czy za Paszulewicza – to w klubie na mnie pomstowali, na konferencjach i w wywiadach pieprzyli trzy po trzy, a ostatecznie OCZYWIŚCIE okazywało się, że ten mój alarm był uzasadniony. To ja byłem problemem dla piłkarzy, bo pisałem prawdę. W mocnych słowach. A prawda oczy kole…
Problem w tym, że podobne obserwacje od lat mają kibicie i również dają temu wyraz. Jedynie w gabinetach standardowo klapki na oczach i udawanie, że wszystko jest ładnie pięknie i działanie na zasadzie tych wszystkich dyrdymałów wygłaszanych przez piłkarzy i trenerów „musimy przeanalizować wszystkie błędy i w następnym meczu powalczymy o trzy punkty”.
Mam właśnie teraz zgryz, bo trener Dudek – tak jak pisałem ostatnio – wydawało mi się, że się ogarnął. Jednak wypowiedź na konferencji była powrotem do lania wody, a kuriozalny wywiad Tymoteusza Puchacza dla GieKSaTV pokazał jedynie tyle, że wszyscy dziennikarze zajmujący się GieKSą powinni zrezygnować z wywiadów z piłkarzami, bo otwierając usta tylko wkurzają i tak już wkurzonych kibiców.
No i właśnie, czy trener Dudek zna przyczynę tego, co się wydarzyło wczoraj? Czy w ogóle widzi rozdźwięk pomiędzy sparingami, a ligą? Czy czuje, że ta liga naprawdę będzie krótka (wbrew dyrdymałom innego trenera – Ariela Jakubowskiego, że jednak będzie długa) i wymyka się spod kontroli? Na te pytania odpowiedzi nie znamy.
Chcę tylko wierzyć, że trener Dudek po wczorajszym meczu odczuł naprawdę wielki niepokój, że widmo spadku zamiast się oddalić, przybliżyło się. To właśnie Dariusz Dudek MUSI wiedzieć i MUSI to przekazać w żołnierskich słowach piłkarzom. Bo ten spadek naprawdę teraz i jeszcze w obliczu spotkania z Rakowem – zaczyna nam coraz poważniej zagrażać i to co wydawało się abstrakcją – teraz może okazać się rzeczywistością.
Mam obawę, że tak jak w przypadku „walki” o awans Brzęczka i Paszulewicza, tak i teraz nic się z tym nie zrobi, tylko dalej się będzie słodko pieprzyć, że jest jeszcze sporo meczów, że znamy swoje błędy, znamy swoją wartość itd. Potem zacznie się matematyka, jak za Brzęczka i na koniec palnięcie od niechcenia „widocznie w tym sezonie nie byliśmy gotowi na awans” czy „biorę to na klatę”. Szkoda tylko, że – jak zawsze – wszystko odbywa się kosztem kibiców.
Nie mam teraz żadnych pomysłów, by zmienić trenera czy piłkarzy. Chcę wierzyć, że moja wiara w Dudka ma podstawy i jeszcze w to wierzę. Ale już jest to zaufanie dużo bardziej ograniczone – po tym gongu z dnia wczorajszego, kiedy zobaczyłem, że od jesieni NIC się nie zmieniło.
Naprawdę, trudno mi ogarnąć, jak można było w tak ważnym meczu odstawić taką żenadę…
Natomiast pisałem przy okazji Brzęczka, że czas wziąć się do roboty, czas pokazać jaja na boisku. Przy Paszulewiczu tych złudzeń się pozbyłem szybko, bo rozgrywka wyglądała tak, jakby nie odbyła się na boisku. Teraz mam nadzieję, że w klubie wszczęto alarm. I ten alarm jest głośny i najbardziej czerwony, jak tylko się da.
Jeśli tego alarmu nie ma i porażka w takim stylu została potraktowana jako zwykła część trudnego pierwszoligowego sezonu – to spadniemy. Z wielkim hukiem i zgrzytaniem zębów. Kibiców, bo czy komukolwiek innemu na tym klubie zależy?
OGARNIJCIE SIĘ! SPARINGI SIĘ SKOŃCZYŁY, A W LIDZE POWTÓRZYLIŚCIE NAJGORSZE, CO POKAZYWALIŚCIE JESIENIĄ!
DO ROBOTY!
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































wiesiek
4 marca 2019 at 15:18
Od dziś podobno wzieli sie do roboty. Jestem spokojny.
Mecza
4 marca 2019 at 15:46
„co oni do diabła robili przez 3 miesiące?” Jak to co? Ciężko pracowali jak żaden inny zespół w lidze. Czekam na oceny, meczu nie widziałem ale zakładam że taki Wawrzyniak zagrał słabo. Ta liga jest mega słaba, piłkarze mega słabi a jedyni którzy się w tej lidze liczą to kluby i piłkarze na dorobku. Ci co już się nagrali w ekstraklasie nie będą wzmocnieniem. Nie ma co generalizować ale większość tak. Przerabiamy to od lat. Tak jak w ekstraklasie nie ma skautingu bo lepiej brać szrot z zagranicy bo jest kasa tak w GKS łatwiej wziąć szrot z ekstraklasy bo jest kasa ale aby znaleźć wartościowych, nieznanych zawodników to już się nikt nie potrafi.
Roh
4 marca 2019 at 17:05
Ludzie tu nie kopacze sa winni tylko dzialacze. Kiedy wreszcie to zrozumiecie. Ktos nen szrot sciagnol
Luki
4 marca 2019 at 18:15
W co wy wierzycie??? Ten sezon pokazuje że w klubie jeśli chodzi o piłkę nożną w męskim wydaniu trzeba zrobić twardy reset ale to mega twardy reset.
Działaczy na czele z Bartnikiem wywalić i wziąć ludzi którzy na tym się znają i wreszcie postawić jak tutaj „Mecza” mówi na młodych graczy z akademii i z niżych lig a ten cały szrot z Rzoncą Wawrzyniakiem Jędrychem i tym podobnym trzeba wywalić bo im po prostu się nie chce grać i to widać z każdym meczem. Bo po co mają grać skoro kasa z miasta leci, wycieczki do Turcji mają, a w zamian trochę sobie potruchtają. Dlatego tak jak kiedyś mówiłem tak dalej podnoszę że w tym klubie aby coś zaczęło się dobrego dziać to musi być prywatny inwestor który ich wszystkich za ryj złapie i będzie wymagał a jak nie będą chcieli to do widzenia bo nikt o zdrowych zmysłach kaj kasę włoży nie będzie trzymał darmozjadów.
Tomek
4 marca 2019 at 18:23
ale Kosa przecież mówił że GKS nie spadnie !kosa kłamałeś ???!
Robson
4 marca 2019 at 19:10
Ja zwykle Shellu świetny artykuł piszesz to co my starzy kibice mamy w głowach. Mam nadzieję że nasi piłkarze to przeczytają wezmą sobie do serca i pokarzą to na boisku w sobotę !
KaTe
4 marca 2019 at 19:27
Dudek ma teraz minę jak Patryk Jaki po wyborach w Warszawie.
I jakoś nie potrafię uwierzyć, że potrafi to wszystko ogarnąć. I kupę (dobre słowo!) piłkarzy zamienić w zespół.
Jak można było kapitanem zrobić Wawrzyniaka, zanim rozegrał w Gieksie 10 meczy???
No i jak teraz posadzić kapitana na ławie?
A w sobotę, za kartki nie zagrają Tabiś i Woźniak… Czyżby comeback naszego „ulubieńca” Lisowskiego?
Oberschlesien
4 marca 2019 at 19:43
jak by to pedziol Kwicol….kuniec pitolenia panowie o kopaczach z gowna bata nie ukrecimy….teraz najwazniejszy mecz w hokeju z bardzo niewygodnymi pucybutami od smierdzieli…pelna mobilizacja ,satelita voll pod hala kibice i doping na calego ,zeby cala Koszuta slyszala i szyba drzaly!!! NASI HOKEISCI TO NASZ POWOD DO DUMY A NIE TE NEDZNE …..pilkarzyki Do boju Giekso do boju marsz….wszyscy na hokej
Władi
4 marca 2019 at 21:46
Niestety, to kara za zagranie przeciwko Górniczej Solidarności… Spuszczenie Łęcznej musiało się tak skończyć. Teraz poleci i GKS. Żal patrzeć na to co oni grają…
Dziadek
4 marca 2019 at 21:55
Niestety ten spadek jest realny. A jeżeli nie spadniemy, to tylko dlatego że inni odwalą coś jeszcze gorszego niż my, choć to sobie ciężko wyobrazić. No ale czego chcecie skoro pierwsze skrzypce grają w drużynie ci, których nikt gdzie indziej nie chciał. Wawrzyniak jest cieniem siebie sprzed lat, a nowe „gwiazdy” czyli Rzonca i Dejmek przez ostatnie pół roku prawie nie grali. A już zupełnym strzałem w stopę było zwolnienie Paszulewicza i zatrudnienie tego błazna. Gdy kiedyś widziałem na youtube jak motywuje do walki Zagłębie, to myślałem że odpłynę ze śmiechu, zresztą nawet tam mówią, że ich awans to nie zasługa Dudka a dobrej paki pilkarzy. Gość ma znajomości w UM i sobie wychodził tę robotę (to wiem na 100%), szkoda, bo więcej niż Paszulewicz nie zrobił (a nie daliśmy Paszulewiczowi dokończyć jego projektu), efektu miotły nie było (bo Dudek miotłą nie jest) i żadnej koncepcji u niego nie widać.
Rob
5 marca 2019 at 12:35
Zwolnienie Paszulewicz było Wielbłądem.
Pamiętacie mecz z Wigrami z poprzedniej rundy???
Będzie ciężko się utrzymać
Eda67
5 marca 2019 at 13:43
No Panowie jeżeli już tęsknicie za Paszulewiczem to jest naprawdę źle. O ile mi wiadomo to ciągle aktualny jest kontakt z p.Mandryszem. Wystarczy powiedzieć Sorry i Wróć! Tylko czy z takim materiałem ludzkim jest na świecie trener który by sobie poradził? Tu by nawet Guardiola ostatnie kudły stracił.
kris
5 marca 2019 at 13:52
Moim skromnym zdaniem to ktos powinien w koncu stworzyc im jakis system premiowy. Nie chodzi mi tutaj o 2000zl wiecej od wygranego meczu. Za 4 mecze w miesiacu =12pkt najwyzsza premia, miedzy 12 a 6 mniejsza, ponizej 6pkt – NAJNIŻSZA KRAJOWA!!! Najlepiej to powinni bez kasy chodzic ale to niestety nielegalne. Dla nich to jest normalna robota a nie robiac nic zarabiaja kokosy i tym samym okradaja miasto z kasy a kibicow z marzen, nerwow i nie wiem czego jeszcze bo brak mi slow juz na ta kopanine.
Robson
5 marca 2019 at 14:17
Dziadek co Ty pierdolisz ?!
Zwolnienie Paszulewicz było jak najbardziej zasadne szkoda że tak późno !
To był najgorszy trener w historii GieKSy !
Dudek jeszcze ma szansę się wykazać i ja w niego wierzę! Nie wierzę już niestety w połowę grajków i póki czas i okienko transferowe otwarte coś trzeba zmienić choć jednego dobrego napastnika kupić by Marchewka miał się od kogo uczyć bo to nasza przyszłość a Śpiączka i Woźniak nic już dobrego nie pokażą w naszym Kochanym Klubie.
Dexter
5 marca 2019 at 16:27
Do Robson
Okienko transferowe się zamknęło w dniu 1 marca. Teraz ino możemy sprowadzać zawodników bez kontraktu.
Robson
6 marca 2019 at 16:58
zgadza się Dexter zapomniałem bo kiedyś zaczynaliśmy dużo wcześniej i pamiętałem że okienko było jeszcze do końca miesiąca.
Stary
7 marca 2019 at 15:25
Guia Gourouli podczas wywiadu z T. Pikulem o chęci pomocy GKS w obecnej sytuacji:
„Zaproponowałem kilku, moim zdaniem, ciekawych piłkarzy. Rozmawiałem o nich z prezesem, trenerem i dyrektorem sportowym i mówiłem żeby ich sprawdzili. Nie byli specjalnie zainteresowani, choć powiedziałem, że w momencie podpisania ewentualnych kontraktów ja nie chcę żadnej prowizji, co ich zdziwiło.”
Komentarz chyba zbędny, „lepiej już było”…