Piłka nożna
Analiza formacji cz. 3 – pomocnicy
Analiza formacji pomocy nie jest najłatwiejszym zadaniem, gdyż zarówno w ustawieniach wyjściowych w danym meczu, jak i w samym trakcie spotkań dochodziło do wielu roszad – zarówno wszerz boiska (zamiana lewego pomocnika z prawym), jak i wzdłuż (zamiana skrajnego pomocnika z obrońcą, zamiana ofensywnego pomocnika z napastnikiem). Dlatego w niektórych momentach te pozycje były nieco… orientacyjne. Linia pomocy to centrum wydarzeń na boisku, często to pomocnicy przerywają akcje, to oni zaczynają atak, a i nierzadko go kończą. W rundzie jesiennej skład zawodników w pomocy różnił się znacząco na początku i końcu rozgrywek, a to wszystko z powodu zakazu transferów i ograniczonej kadry na początku. W naszej analizie podzieliliśmy zawodników na trzy grupy: defensywni, skrajni i ofensywny pomocnik. Autorem statystyk jest Koles1989 (dla uproszczenia w wykresach zakwalifikowaliśmy poszczególnych zawodników do jednej z grup: albo skrajnych, albo środkowych pomocników).
Oto jak wyglądały wyjściowe uproszczone ustawienia linii pomocy w poszczególnych spotkaniach ligowych (po kolei: prawy pomocnik, 2 defensywnych pomocników, ofensywny pomocnik, lewy pomocnik):
ŁKS: Goncerz, Cholerzyński, Pietroń, Kruczek, Wołkowicz
Warta: Pietroń, Cholerzyński, Pitry, Kruczek, Wołkowicz
Cracovia: Pietroń, Cholerzyński, Pitry, Kruczek, Wołkowicz
Łęczna: Pietroń, Cholerzyński, Pitry, Kruczek, Wołkowicz
Kolejarz: Chwalibogowski, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Wołkowicz
Zawisza: Chwalibogowski, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Wołkowicz
Nieciecza: Czerwiński, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Chwalibogowski
Flota: Pietroń, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Kujawa
Polonia: Kowalczyk, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Pietroń
Sandecja: Kowalczyk, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Wołkowicz
Tychy: Kowalczyk, Pietroń, Fonfara, Pitry, Sobotka
Miedź: Kowalczyk, Chwalibogowski, Fonfara, Pitry, Wołkowicz
Okocimski: Kowalczyk, Pietroń, Fonfara, Kujawa, Chwalibogowski
Arka: Czerwiński, Kujawa, Fonfara, Pitry, Pietroń
Olimpia: Czerwiński, Cholerzyński, Fonfara, Pitry, Pietroń
Stomil: Czerwiński, Kujawa, Fonfara, Pitry, Pietroń
Dolcan: Czerwiński, Kujawa, Fonfara, Pitry, Kowalczyk
Defensywni pomocnicy:
Na tej pozycji mieliśmy w każdym meczu po dwóch zawodników, z tym że często jeden z nich bardziej włączał się do ewentualnych akcji ofensywnych, drugi skupiał się na większej pomocy obrońcom, często „wchodząc” w ich linię. Pierwszym „głównym” defensywnym pomocnikiem był Kamil Cholerzyński, który jednak nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Zawodnik ciągle nie może wrócić do swojej dyspozycji z czasów Nawałki i Moskala. W początkowej fazie sezonu zaliczył nieprawdopodobną jak na jedną rundę ilość podań do przeciwnika czy głupich strat w środku boiska. W początkowej fazie sezonu znajdował się w słabiutkiej formie – z zaznaczeniem, że średnio raz na mecz pokazywał swój potencjał zagrywając jakąś kapitalną piłkę do partnera – na jego nieszczęście nie kończyły się te zagrania bramką. W praktyce był podstawowym zawodnikiem przez niemal całą rundę z wyjątkiem okresu, kiedy zmagał się z kontuzją odniesioną w meczu z Sandecją. Nawet gdy już uporał się z urazem trener Rafał Górak na niego raczej nie stawiał – choć zagrał w meczu z Olimpią Grudziądz oraz – jako łatacz dziur – na obronie w Gdyni i w drugiej połowie w Ząbkach (zastępując albo wykartkowanego, albo kontuzjowanego Adriana Napierałę). O jego poczynaniach w obronie pisaliśmy w artykule o obrońcach. Trzeba przyznać, że szyki pokrzyżował Kamilowi właśnie uraz w Nowym Sączu, bo właśnie tam rozegrał kapitalne zawody – zarówno w defensywie, jak i rozprowadzaniu akcji. Właśnie takiego Kufla chcielibyśmy oglądać, bo te zawody były w jego wykonaniu popisowe i być może gdyby nie uraz – w końcówce rundy dałby tej drużynie bardzo wiele dobrego.
Drugim „głównym” defensywnym pomocnikiem był w tej rundzie Grzegorz Fonfara, który doszedł do drużyny w piątej kolejce. Od początku wprowadził do zespołu dużo jakości, już od pierwszego meczu mogliśmy obserwować jego prostopadłe podania po ziemi do Denissa Rakelsa, których tak brakowało (zazwyczaj Rakels musiał zmagać się z długimi, górnymi piłkami). Fonfara z miejsca był podstawowym graczem i trener nie wyobrażał sobie drużyny przez niego. Fonfara strzelił dwa gole, w tym jednego pięknego w meczu z Niecieczą oraz zaliczył kilka asyst – także ze stałych fragmentów gry (dobry wykonawca!). Z czasem ten początkowy błysk jednak gdzieś przygasł i zawodnik stał się efektywny raczej tylko w defensywie. Tam wspomagał obrońców, jak tylko mógł, jednak w ataku mimo, że go wdzieliśmy – to nie było z tego wielkich korzyści. Bywały wręcz takie mecze, w których ofensywne próby były bardzo słabe, a w destrukcji grał świetnie. Dlatego też nie ma się co czepiać piłkarza – swoje zadanie spełnił, ale od zawodnika z takim doświadczeniem ekstraklasowym oczekujemy więcej. No i powiedzmy, że zawodnik większą część kariery grał na skrzydle – bądź to w pomocy, bądź w obronie. Patrząc na efektywność jego gry – przyzwoita.
Gdy jeden z tych dwóch zawodników grać nie mógł (albo nie było go jeszcze w klubie, jak Fonfary) trener musiał uzupełniać jedno miejsce zawodnikiem, który nie ma inklinacji defensywnych – dlatego było to również łatanie dziury. Na tej pozycji widzieliśmy Marcina Pietronia, Przemysława Pitrego, Rafała Kujawę, czasem cofał się Dominik Kruczek. Ze skrzydła do środka w meczu z Miedzią Legnica został ściągnięty Bartłomiej Chwalibogowski. To wszystko były raczej epizody i pewnie wszyscy ci zawodnicy nie do końca czuli się dobrze na tych pozycjach, gdyż są piłkarzami ofensywnymi. Trzeba jednak przyznać, że w końcówce rundy spośród nich najbardziej mógł się podobać Rafał Kujawa, który bardzo dobrze potrafi z tej strefy boiska wyprowadzać akcje ofensywne. W meczu ze Stomilem Olsztyn miał udział w trzech bramkach. Dodatkowo jest to spec od czarnej roboty w środku pola. Jeśli więc któryś z wymienionych „epizodycznych” piłkarzy miałby zastąpić kogoś z dwójki Cholerzyński-Fonfara, powinien to być chyba właśnie Rafał Kujawa.
Ofensywny pomocnik:
W praktyce głównym pomocnikiem – jak to nazywamy podwieszony za napastnikiem – był Przemysław Pitry. To wokół niego kręciła się gra GieKSy, był głównym konstruktorem akcji ofensywnych i głównym egzekutorem. Potrafił cofnąć się po piłkę głęboko i rozpocząć szybki atak, często wychodził do przodu niczym napastnik. Dodatkowo strzelał gole po stałych fragmentach gry. Co znaczył Przemysław Pitry w tej rundzie pokazał mecz z Okocimskim Brzesko, w którym pauzował ze względu na kartki. Momentami miał taką pewność w swoich poczynaniach, że wszystko na boisko mu wychodziło. Może poza… strzałami, które bardzo często były ofiarnie blokowane przez rywali, ale liczba podjętych prób była znaczna, a przede wszystkim 10 bramek robi wrażenie. Zaliczył też asysty choćby w meczach w Nowym Sączu, Gdyni oraz u siebie z Olimpią Grudziądz – dwie ostatnie z nich po akcjach ze skrzydła. Trudno sobie wyobrazić, ile punktów mniej GKS by miał bez tego zawodnika. Z mankamentów należy powiedzieć, że czasem lekko przesadzał, bo podejmował się niekonwencjonalnych zagrań, po których tracił piłkę. Ale były to rzadkie sytuacje. No i nieszczęsny faul w ostatniej minucie meczu z Miedzią, który zakończył się rzutem karnym i kartką skutkującą wspomnianą pauzą. Ogólnie była to świetna runda pomocnika, który w pierwszym meczu z ŁKS zagrał jako napastnik.
W początkowej fazie sezonu oglądaliśmy na tej pozycji także Dominika Kruczka, który bardzo dobrze spisywał się w sparingach. Zawodnik jednak szybko spuścił z tonu, a w trakcie rundy rozwiązano z nim kontrakt za porozumieniem stron. Warto podkreślić, że strzelił gola w meczu Pucharu Polski w Luboniu.
Gdy Pitry pauzował, na pozycji ofensywnego pomocnika zastąpił go Rafał Kujawa, ale nie było z tego pożytku. Ofensywa GKS tego dnia nie istniała.
Skrajni pomocnicy:
Jeśli chodzi o prawą stronę tej pozycji, to na początku sezonu nie była ona obsadzona regularnie przez jednego zawodnika. W I kolejce z ŁKS zagrał Grzegorz Goncerz, ale znów przyplątała mu się kontuzja i trener musiał postawić na kogoś innego – wybrał Marcina Pietronia, który jednak już po czwartej kolejce musiał pauzować z powodu kartek. Na jego pozycję wskoczył lewonożny Bartłomiej Chwalibogowski, co było rozwiązaniem dość karkołomnym, bo zawodnik powinien grać po tej stronie, którą nogą gra lepiej – w innym przypadku, żeby być efektywnym musi ścinać do środka na drugą nogę – czyli lewonożny zawodnik powinien grać po lewej stronie, prawonożny po prawej. Niestety piłkarze w Polsce nie są tak wyszkoleni, aby grać dobrze obiema nogami. I właśnie próby dośrodkowań prawą nogą – co najbardziej rzucało się w meczu w Bydgoszczy – były w przypadku Bartłomieja nieudane. Chwalibóg nie mógł grać na na lewej stronie prawdopodobnie dlatego, że Krzysztof Wołkowicz nie mógł grać na prawej (jakkolwiek by to dziwacznie nie zabrzmiało). A Wołkowicz na prawej pomocy grywał choćby w zimowych sparingach.
Następnie przyszedł czas Arkadiusza Kowalczyka, który spisywał się dużo lepiej. Był równie aktywny, co Chwalibogowski (bo tego Bartkowi nie można odmówić), ale było więcej efektywności z jego gry – przede wszystkim uderzeń na bramkę, a także udało mu się strzelić dwa gole (choć niezwiązane z tą pozycją, bo raz uczynił to po stałym fragmencie gry, a raz jako napastnik). Zaliczył też choćby asystę w meczu z Sandecją (także kapitalna przewrotka z Cracovią). Trzeba go jednak zganić za niektóre znakomite sytuacje, które miał, a nie wykorzystał, jak choćby sam na sam w Nowym Sączu. Ale nazwisko Arka Kowalczyka przewijało się od kilku lat w GieKSie, a dopiero teraz pokazał na co go stać. I trzeba go pochwalić za tę rundę, a zdarzało się też, że i ubezpieczał obrońców.
W końcówce rundy z obrony do pomocy został przesunięty Alan Czerwiński. I ciężko jednoznacznie ocenić pomocnika (miejmy nadzieję, że trener zapomni o wystawianiu go na obronie). Z jednej strony mógł się podobać jego ciąg na bramkę, próby ofensywne, czasami strzały. Z drugiej brakuje mu jeszcze takiej odwagi powiązanej chyba z doświadczeniem. Jest to bardzo młody zawodnik i brakowało mu często podjęcia decyzji o szybszym podaniu, o oddaniu strzału – czasem niepotrzebnie schodził do środka, gdy miał wolne pole, nawijał obrońców w nieodpowiednich momentach, stawał i tracił piłkę. Z tym kontrastował moment w meczu ze Stomilem, w którym zapomniał o swoich boiskowych lękach i na spokoju, jak stary wyjadacz, lobował bramkarza gości. Jak mówi trener, przyszłość przed Czerwińskim i mimo, że można było się przyczepić do jego gry, nie ma powodu słowom szkoleniowca nie wierzyć. No i Czerwiński w obronie, a w pomocy to niebo, a ziemia – on musi grać w pomocy. Jako zmiennik „na chwilę” pojawił się na prawej pomocy Michal Farkas.
Jeśli chodzi o lewą flankę pomocy, to na początku sezonu oglądaliśmy na tej pozycji młodego, nieopierzonego Krzysztofa Wołkowicza, który przed pierwszą kolejką miał na koncie zaledwie pół meczu w pierwszej lidze i to w spotkaniu bez stawki – w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu w Nowym Sączu. Tymczasem początek sezonu jak na takiego młokosa miał bardzo udany. W przegranym meczu z ŁKS był jednym z najaktywniejszych zawodników, z Cracovią strzelił bramkę, a w Łęcznej w początkowej fazie meczu pokazał się z bardzo dobrej strony, w drugiej połowie grał już słabiej, ale zaliczył asystę. Wkrótce jednak stopniowo jego pozycja w zespole zaczęła słabnąć. Zaliczył także mecz pauzy po czwartej żółtej kartce. Ostatni raz w wyjściowym składzie pojawił się w meczu 12. kolejki z Niecieczą, w ostatnich pięciu spotkaniach natomiast grywał ogony i z jego gry praktycznie nic nie wynikało. Piłkarz jest młody i zagrał pierwszą rundę w pierwszej lidze, dlatego ciężko powiedzieć, jaką klasą ten zawodnik dysponuje. Faktem jest, że systematycznie tracił w oczach trenera i w kontekście pozycji w zespole zanotował chyba największy regres – od pewniaka na skrzydle do roli „taktycznego” zmiennika.
Faktem jest, że mimo odstawienia Wołka, szkoleniowiec na tej pozycji dokonywał wielokrotnych zmian. Prawdopodobnie grywałby tutaj więcej Bartłomiej Chwalibogowski, gdyby nie jego występy w obronie. W nielicznych występach na lewej pomocy Bartek spisał się średnio. Trenera nie potrafił także zadowolić Marcin Pietroń, który nie pokazuje w GieKSie swojego potencjału – nie popełnia większych błędów, ale też nie daje drużynie nic wielkiego z przodu. Pietroń w całej rundzie miał kilka znakomitych sytuacji na zdobycie gola, ale nie potrafił ich wykorzystać. Z tego wszystkiego w jednym meczu nawet w pomocy pojawił się Bartosz Sobotka i nieźle się spisał, a dostał także szansę na tej pozycji jako zmiennik w jednym ze spotkań. W Ząbkach natomiast oglądaliśmy Arkadiusza Kowalczyka, który zagrał dobrze, ale miał spory udział przy utracie bramki, kiedy gonił i… odpuścił zawodnika rywali. W końcu w końcówce tegoż spotkania na boisko po półtorarocznej przerwie wrócił Rafał Sadowski i chyba takiego zawodnika brakowało trenerowi w tej rundzie na lewej pomocy. Wydaje się, że jeśli popularny Messi przepracuje dobrze okres przygotowawczy, to może sobie wywalczyć miejsce w podstawowym składzie. Incydentalnie w meczu z Flotą na tej pozycji oglądaliśmy Rafała Kujawę.
Podsumowanie:
Wydaje się, że na chwilę obecną trener ma pewniaków na pozycji prawego i ofensywnego pomocnika oraz jednego z defensywnych. Są nimi odpowiedni: Alan Czerwiński, Przemysław Pitry i Grzegorz Fonfara. Jako drugi defensywny pomocnik do niedawna pewniakiem (mimo słabszej formy) byłby Kamil Cholerzyński, jednak dobra postawa w ostatnich meczach Rafała Kujawy każe się zastanowić, czy to przypadkiem nie ten piłkarz powinien występować na tej pozycji – jest idealny do zadań defensywno-ofensywnych. Pozycja lewego pomocnika to wielka niewiadoma – zarówno Krzysztof Wołkowicz i Marcin Pietroń nie gwarantują niczego wielkiego, choć obu stać na więcej. Chwalibogowski ma swoje dobre momenty i gorsze i pewnie w razie znalezienia lewego obrońcy, miałby szanse grać na pomocy. Wiele jednak sobie obiecujemy po Rafale Sadowskim, który jest szybki i nadaje się do gry na skrzydle jak mało kto.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

Najnowsze komentarze