Piłka nożna
Trenerzy o meczu
Po spotkaniu GieKSy z Bytovią wypowiedzieli się obaj trenerzy – Adrian Stawski i Jacek Paszulewicz.
Adrian Stawski (trener Bytovii Bytów):
Powiedziałem chłopakom, że jestem bardzo dumny, bo GKS Katowice to bardzo dobry zespół i wyciągnąć punkty z tego terenu jest bardzo ciężko. Byliśmy zdeterminowani, by wygrać, ale zremisowaliśmy. Mieliśmy swoje sytuacje po kombinacyjnej grze, ale mogliśmy też w końcówce przegrać. Po czerwonej kartce wdarło się trochę nerwowości. Jestem bardzo zadowolony z gry.
Jacek Paszulewicz (trener GKS Katowice):
Ja dzisiaj dłużej. Mam mieszane uczucia co do tego spotkania. Dwa oblicza – pierwsza i druga połowa. Druga połowa to jest to, co wszyscy chcieliby oglądać w Katowicach, choć oczywiście też chcieliby oglądać bramki. Przychodząc obiecałem, że będziemy wdrażali śląski charakter i każdemu będzie ciężko wygrać. Uważam, że w drugiej połowie pokazaliśmy ten śląski charakter. Jakiś czas temu oglądaliśmy „Dekadę GieKSy” i tam padły bardzo mądre i istotne słowa, że awans robi się ze słabszymi rywalami. Patrząc na tabelę, Bytovia była zespołem słabszym. A skoro nawiązałem do tematu awansu, to przypomnijmy sobie, gdzie był nasz zespół, gdy zaczęliśmy tutaj pracę. Trzy filary, które są potrzebne, by zespół grał na miarę naszych oczekiwań: motoryka, organizacja i jakość gry. Dwa pierwsze pozwoliły nam dobić do stawki bijącej się o awans. Natomiast uważam, że w teorii są lepsze zespoły od nas, które potencjalnie mogą awansować. My dzięki ciężkiej pracy i szukaniu tej jakości próbujemy gonić te punkty i dopisywać je sobie do rachunku. W kontekście jakości, dzisiaj wystąpiło siedmiu skrajnie ofensywnych zawodników i w pierwszej połowie nie stworzyliśmy sobie sytuacji – wniosek jest jeden, trzeba więcej biegać i pracować i wtedy może będzie łatwiej o sytuacje. W drugiej połowie pokazaliśmy atuty, przygotowanie motoryczne sprawiło, że zawodnicy Bytovii w końcówce bronili się i im dłużej trwałby ten mecz, tym byłaby szansa na zwycięstwo. Ostatnia rzecz – doping kibiców, którzy nas dopingowali cały mecz, z drugiej strony jest mi żal kibiców spod Blaszoka, bo słysząc gwizdy z Trybuny Głównej – one nie uderzają w zespół – ale uderzają w tych, którzy dopingowali nas w 90 minut. Chciałbym im podziękować i liczę, że pomogą nam w meczach wyjazdowych. Nie stoimy na straconej pozycji, aby bić się o najwyższe cele.
Po rundzie GKS Katowice był pod kątem jakości na ósmej pozycji, teraz jest na drugim miejscu. Widzimy mankamenty, ja nie chowam głowy w piasek. Szukamy jakości i rozwiązań. Kluczem do systemu, w którym chcemy grać są dziesiątki. W tej chwili najlepiej odnajduje się w tej roli Prokić, jest Zejdler, który zadania defensywne stricte realizuje, ale nie daje w ofensywie, tyle ile mógłby dać. Cerimagić i Foszmańczyk wchodzą po kontuzjach. Mamy skład osobowy jaki mamy i wokół tego składu musimy się poruszać. Tu się nic nie zmieni, nikt nie dojdzie, nikogo nie kupimy. Nikt z otchłani nie przyjdzie nie zbawi GKS Katowice. Musimy pracować i szukać w tym, co mamy. Pracujemy nad jakością, końcówka pokazała, że można. Nie mówię o momencie, gdy Opałacz dostał czerwoną kartkę. Ale nie baliśmy się grać do przodu. Powtarzam zawodnikom, że ryzyko to jest to, że staniemy w miejscu, z takim dorobkiem punktowym, jaki mamy obecnie. Grając z ósmej pozycji po rundzie jesiennej, nie ryzykujemy niczym. Ja nadal uważam, że nie jesteśmy faworytem do awansu i pójście do przodu nie jest kompletnie ryzykiem. Wpajam to zespołowi, a na ile to wychodzi? Pierwsza połowa pokazała, że zbyt zachowawczo po raz kolejny weszliśmy w mecz. Druga połowa pokazała takie oblicze, które chciałbym widzieć. oczywiście – zabrakło bramki. Wygralibyśmy i inaczej można by było patrzeć na zespół. Widzimy swoje słabe strony, każdy mecz jest analizowany, pokazujemy w jaki sposób zawodnicy powinni się zachowywać, by dać większą jakość temu zespołowi, ale to są trzy miesiące pracy. Nie wymagajmy cudów. Być może, gdy udało się opanować te trzy filary, nie pracowałbym w GKS, tylko w jakimś europejskim klubie. Cieszę się, że jednak jestem tutaj i liczę, że uda nam się zagrać dwie dobre połowy ze Stomilem Olsztyn.
Organizacja gry jest na wysokim poziomie, bo trzeba zobaczyć ile bramek traci GKS Katowice. A uważam, że to było kluczowe w tych meczach, które udało nam się wygrać. Jakość indywidualna to jest coś, nad czym pracują wszyscy trenerzy. Ale trzeba też popatrzeć na to, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Bytovia mimo niskiej pozycji w tabeli, ale to nie jest tak, że jest jakaś wielka dysproporcja. Rywalowi trzeba wydrzeć punkty z gardła i nie ma do tego innej drogi, tym bardziej, że tak jak powiedziałem – do czerwca żadnych ruchów transferowych nie będzie, więc szukamy optymalnych możliwości w swojej drużynie.
Pytania od redakcji GieKSa.pl do trenera Paszulewicza
Wspomniał pan o zachowawczej grze. Widzieliśmy już to z Puszczą, kiedy GKS przez pierwsze 20 minut stał i czekał, co zrobi rywal. Czy to jest kwestia taktyki, czy jednak taktyka była taka, by zaatakować Bytovię od początku?
Jeśli chodzi o poprzedni mecz, to wspomniałem już po spotkaniu, że realizacja założeń była słaba. Teraz zakładaliśmy, że nie pozwolimy rywalowi wyprowadzać piłki na krótko i to się udało. Brakowało naszego konstruowania akcji w drugiej linii. Po kontuzji bardzo ciężkie wejście miał Armin, stąd zmiana w 45. minucie. Być może zbyt dużo roszad spowodowało, że ten organizm musiał się przez 45 minut docierać. Mam mieszane uczucia co do tego meczu, bo druga połowa to jest to, co obiecywałem, czyli przede wszystkim walka, charakter i myślę, że to przyniesie punkty.
Zapytamy jeszcze raz o Dalibora Volasa – co z nim? Czy w takim meczu nie prosiłoby się, aby wpuścić właśnie tego zawodnika, a nie np. Kalinkowskiego? Volasa nie było nawet na ławce. Kiedy jak nie teraz?
Trenerzy dobierając ławkę rezerwowych wybiegają w przód. Jeżeli mamy jedynego zawodnika, który może zagrać na pozycji nr 6 – Poczobuta, rozpada się nam całkowicie filozofia gry. Więc tutaj wszystkie personalia na ławce sa nieprzypadkowe. To że Oktawian wypadł ze składu, jest spowodowane tym, co chcieliśmy realizować w tym spotkaniu. Volas jest w coraz lepszej dyspozycji i wejście jego do kadry może być nieoczekiwane. To nie jest tak, że ktoś może wylecieć z ławki kosztem Dalibora. Decyzje muszą być przemyślane. Sytuacja może się zmieniać jak w kalejdoskopie. Patrzmy na Olimpię Grudziądz, kiedy wypadło im dwóch młodzieżowców w jednej połowie i musieli grać w dziesiątkę. To też jest realne założenie, w kontekście którego ustalamy jedenastkę meczową. To nie jest taki zero-jedynkowy wybór, że kogoś bierzemy i ktoś wypada – staramy się zachować proporcje, jeśli wypada nam środkowy czy boczny obrońca, musimy to sensownie zastąpić. Liczę na Dalibora i na pozostałych, być może następne mecze pokażą, że dostanie szansę.
Kto pana zdaniem jest faworytem do awansu, skoro mówi pan, że są lepsi?
Teoretycznie są inne zespoły, jakościowo, choć oczywiście wiecie panowie, jak to jest z CV – można je mieć, a mieć taką formę, która nie predysponuje do gry w pierwszej lidze. Patrząc na nazwiska w innych zespołach i jakość gry – być może nie motorykę i organizację – tylko jakość, to uważam, że GieKSie tej jakości brakowało i nadal brakuje i to nie jest wrzucanie kamyczka i użalanie się nad swoim zespołem, bo ja dalej wierzę w swój zespół, tylko patrzę pod kątem statystyk, które zastałem przychodząc do tego klubu. Jeśli bazując na jakości GKS miał 7 pkt straty, to tej jakości musiało być za mało. Dołożyliśmy elementy, które wywindowały nas na drugą pozycję. W tej chwili musimy się zmierzyć z tym, że nie gonimy stawki, tylko uciekamy. Bo po tej kolejce i tak zostaliśmy na fotelu wicelidera. Wszystko jest przed nami, ale studzę głowy, bo tak jak mówiłem, to średnioterminowy plan przewiduje awans do ekstraklasy i chcielibyśmy to zrobić, ale pamiętajmy, że klubów mających taki plan jest kilka.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Mecza
29 kwietnia 2018 at 22:00
Miałem nadzieję, że pojawi się dzisiaj Volas od pierwszej minuty. Dobre pytanie jak nie dzisiaj to kiedy? Kędziora nie może grać wszystkiego od początku. Goncerz już udowodnił że nie pomaga. Myślałem że wejdzie Fosa aby coś poklepać jak nie szło a tu „kreatywny” Kali. Trenerze mam inną ocenę drugiej połowy bo było dalej za mało gry w piłkę i tylko złość że dziwnie zaczęło się spieszyć w doliczonym czasie gry. Piłkarze nie wiedzieli, że ten mecz trzeba wygrać, że trzeba się spieszyć, zapieprzać od 1 minuty? Czekali na doliczony czas. Nadal uważam, że jedyny wytłumaczenie to mecze co 3 dni, w tygodniowej wersji będziemy mieli szybsze czasy reakcji, to są sekundy decydujące. Prokić już się potyka o swoje nogi bo trener nie rotuje, częściowo można się tylko zgodzić że nie ma kim. Młodzież ma power i można dwóch wystawić w pierwszym składzie.
1964
29 kwietnia 2018 at 22:16
Mam pytanie?Po jaki chu ściąga się Volasa skoro nie gra!Jeśli brano go na sztukę to dzięki ale trzeba było dać szanse Marchewce z Rozwoju czy innego młodego chłopaka a nie tracić hajsu na nieprzygotowanego chopa.Zresztą brak przygotowania u Volasa to wgląd na jego profesjonalizm!
Mecza
29 kwietnia 2018 at 22:28
Ja obstawiam, że to są tylko wymówki z tym przygotowaniem. Być może za mało wazeliny na treningach. Goncerz pewnie haruje na pokaz (tak sam jak łapie żółte kartki za bezsensowną agresję) i jest wyżej. Marchewka? Darujmy sobie bo on nawet nie ma miejsca w składzie Rozwoju.
Kibol
29 kwietnia 2018 at 23:15
I znowu sie zaczyna sranie w banie motoryka w nos pstryka jakośc nijakośc K….A rzygać siechce
Irishman
29 kwietnia 2018 at 23:32
Czy po jesieni byliśmy JAKOŚCIOWO na ósmym miejscu? Trener Mandrysz przejął drużynę rozbitą i zdemoralizowana po wiosennym wstydzie, uzupełnioną w bardzo dużej mierze o piłkarzy, którzy potrzebowali wtedy kilku tygodni na dojście do formy. Wtedy byliśmy jakościowo pewnie na jednym z ostatnich miejsc, co pokazywały wyniki. Ale absolutnie nie zgadzam się, że drużyna, którą przejął Paszulewicz była na ósmym miejscu, skoro potrafiła wygrać na koniec z Miedzią, która dziś niezagrożenie zmierza do Ex.
Czy obecnie JAKOŚCIOWO jesteśmy na drugim miejscu? Jeśli tak, to po dzisiejszym meczu trzeba stwierdzić, że exe-quo z Bytovią, która w przekroju całego meczu, była dla nas absolutnie równorzędnym rywalem!
Druga sprawa – jeśli (co oczywiste) nikt do drużyny nie dołączy, to czy rozsądnym jest skreślanie takiego piłkarza jak Plizga??? Akurat dziś to wybitnie brakowało, aby na boisku pojawił się ktoś potrafiący wykonywać stałe fragmenty gry, tak jak on!
Cierpliwy
29 kwietnia 2018 at 23:42
Zostało 6 małych kroczków. Po co płakać jeśli mleko się jeszcze nie wylało. Poczekajmy do połowy maja. Może to się skończy lepiej niż rok temu.
scifo
30 kwietnia 2018 at 01:58
Mecza, co do Marchewki, to on ma 17 lat i gra ogony w Rozwoju, trudno żeby decydował o jakości zespołu przez 90 minut. Jest młody, szybki, potrafi minąć zawodnika i strzelić, chyba jednak wolałbym, żeby wchodził na końcówki zamiast Goncerza i ogrywał się w 1 lidze. Wpuszczanie Gonza jest jak strzał w powietrze, dużo huku mało pożytku.
W drugiej połowie była walka …., to że było lepiej niż w pierwszej nie znaczy, że można to nazwać walką. My nie mieliśmy ani jednej 100% sytuacji, chyba, że liczymy bilard między słupkami, tyle, że słupek, to strzał niecelny. Trochę wiatru zrobił Mandrysz, ale złapał kontuzję. Gwizdy z Głównej były i owszem, ale w sytuacji jak Frańczak zamiast do przodu zaczął się cofać z piłką…
Mamy dużo szczęścia, bo Drutex miał 2 świetne okazje, raz uratował nas Wierzbicki a drugim razem gościu przestrzelił z przed 16stki.
Irishman
30 kwietnia 2018 at 04:51
A ja się zgadzam z trenerem, ze druga połowa była znacznie lepsza, bo… dostosowaliśmy się do Bytovii i zaczął się ładny mecz.
Co do kibiców to pan trener jeszcze nie wie zdaje się jak trybuna główna potrafi utrudnić życie! Dzisiaj było bardzo na plus ze strony „starszych” kibiców! A to jego gadanie, to nie wiem czy to przypadkiem nie jest już mała wazelinka, żeby jakby co mieć poparcie jednych kibiców przeciw drugim…..
Sasza
30 kwietnia 2018 at 06:13
Co do Marchewki to się zgodzę z tym, że jest jeszcze młody i 90 minut nie wytrzyma ale do ogrywania się to by się przydał. Byłem w sobotę na derbach miasta juniorów i naszych chłopaków Marchewka ograł klasycznie.
stefano
30 kwietnia 2018 at 07:51
Trener niestety ale nie ma ewentualności na atak pozycyjny , ZERO!!! strzałów z dystansu , klepy , gry prostopadłą piłka .Jak czytam o planach to mam drgawki .
Wystawianie Prokica , tylko zle wpływa na reszte zespołu , bo chop jest cieniem zawodnika z początku rundy.
Magia KATA pryska , trzeba się z niektórymi przeprosić i spróbować czegos innego niż tylko długa na Prokica.
KaTe
30 kwietnia 2018 at 08:06
Może by się przeprosił z Plizgą…
Dziadek
30 kwietnia 2018 at 11:34
Panie trenerze proszę nie robić jednego: nie nastawiać jednych kibiców przeciwko drugim. Na B1 to nie przejdzie. Na głównej siedzą ci co jeszcze niedawno byli na blaszoku i ci co dopiero tam będą. Często są to ludzie, którzy na Gieksę chodzą od lat 70 i 80 tych.
Ten mecz to była straszna niemoc. Walka była ale niemoc też. Przede wszystkim trzeba strzelać,nawet z 16. Może ten element poćwiczyć, bo strzałów dramatycznie mało.
Poza tym kibice Gieksy byli już w ostatnich latach tyle razy zrobieni w balona, że są przeczuleni na gwałtowne spadki formy i niemoc na boisku.
I jeszcze jedno: Tu jest Gieksa – tu jest presja..
wiesiek
30 kwietnia 2018 at 12:26
@Dziadek haslo tu jest Gieksa tu jest presja odeszło w siną dal wraz z Marianem Dziurowiczem. ( pamietamy oczywiscie o korupcji w tamtych latach, ale jednak wymagano cos od pilkarzy co udowodnily chocby mecze w europejskich pucharach) .
Teraz obowiazuje haslo tu jest Gieksa tu wspokoju mozna zarobic pare groszy nieprzedstawiajac zadnej wartosci pilkarskiej i tez cie nikt ztad nie wydupcy np. Gonzo, Fosa.
potf
30 kwietnia 2018 at 12:34
Jestem w szoku, dlaczego na wiosnę Plizga nie dostał jeszcze ani jednej szansy?! Przecież my w środku pola oprócz Poczobuta który jest defensywny, mamy zero jakości i kompletny brak kreatywności. Gdzie strzały z dystansu, gdzie prostopadle podania?
pablo
30 kwietnia 2018 at 22:04
dlaczego nie grał Foszmańczyk i czy zagra w następnym meczu
GieKSiorz
30 kwietnia 2018 at 22:44
pierdo…lenie o Szopenie!!!cos mi się wydaje ze będzie powtorka z przed roku niestety,zakaz awansu i tyle w temacie.ja już nie dam zrobić się w ciula,dalem ostatnia szanse ,jak teraz frajersko postapia z kibicami za rok mnie nie uswiadcza na bukowej i mysle ze dużo więcej ludzi tak postapi.Nie jestem kibicem sukcesu,chodze na Giekse już ponad 20 lat ale nie będę tolerowal jak kibiow robi się w ciula,można przed sezonem powiedzieć ze nie stać nas na awans,albo grac caly sezon w srodku tabeli a nie pompować balonik a potem huj.Panie Trenerze to ze było trochę gwizdów to i tak nic,przeciez ten mecz był jak dramat,dla mnie Bytovia prędzej zasluzyla na 3 pkt niż my.Cieszcie się ze teraz tylko gwizdy sa ,za to co zrobila ta druzyna wiosna 2017 dawniej by był klaps.Chcialbym tak bardzo się mylic!!!