Felietony Piłka nożna
Piotr Mandrysz – postać dramatyczna teatru Bukowa
Gdy trener Piotr Mandrysz przychodził do GKS Katowice, wydawało się, że na tamten moment nic lepszego nie mogło tego klubu spotkać, jeśli chodzi o stanowisko szkoleniowca. Trener doświadczony, z charyzmą i charakterem, a przede wszystkim z sukcesami w postaci awansów do ekstraklasy. Po Jerzym Brzęczku, który tej charyzmy nie posiadał i bronił ile wlezie sabotujących awans zawodników, przyszedł do nas człowiek słynący z twardej ręki i tego, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Co udowodnił w Sosnowcu, odstawiając tych, którzy według niego działali na szkodę zespołu. „Na głowę nikt mi nie wejdzie” z zapowiadał szkoleniowiec.
Już gdy robiliśmy przedsezonowy wywiad z trenerem (ale już po pucharowym meczu z Siarką), dość mocno akcentowaliśmy i dawaliśmy Mandryszowi do zrozumienia, jakie nastroje panują w Katowicach po zawalonym awansie, a spotkanie z Siarką właśnie było przedłużeniem tych klęsk. Niestety trener już wtedy zaczął mówić, że nie może odmówić zawodnikom walki. Powtórzył to po kompromitująco przegranym spotkaniu z z Pogonią, kiedy to na tle naszych ślimaków, ambitne chłopaki z Siedlec wprost zaorały murawę.
Trener zapewniał, że wie, do jakiego miejsca przyszedł. Mówił, że wiedział o presji i przypominał wizytę kibiców pod szatnią GKS, gdy był trenerem Niecieczy. Po raz kolejny jednak okazało się, że wiedzieć teoretycznie, a zrozumieć i doświadczyć to dwie różne sprawy. Dlatego też gdy na spotkaniu z kibicami po pierwszej kolejce zaczął wypowiadać się tak, jakby był na konferencji prasowej – szybko dostał prosto z mostu komunikat, że kibice głodnych i oficjalnych kawałków łykać nie będą i oczekują merytorycznej i szczerej dyskusji. Widać wówczas było, że szkoleniowiec jest kompletnie zszokowany. Brak wiedzy na temat specyfiki klubu trener przejawił również wspominając mecz w Grudziądzu ze słynnym tańcem – nie rozumiał, że przywoływanie tego spotkania działa jak płachta na byka.
Gdy po spotkaniu z Miedzią na konferencji personalnie skrytykował jednego czy dwóch zawodników, obudziła się nadzieja, że jednak w końcu nie będzie cackania się z gwiazdorami.
Po dwóch wygranych z Rakowem i Chojnicami, przyszedł ordynarnie przechodzony mecz z Odrą. Wtedy trener na konferencji po raz pierwszy odleciał. Skrytykował pogodę, twierdząc że on sam na ławce się spocił, więc co dopiero zawodnicy. Zrzucił winę na trzy mecze w ciągu ośmiu dni, choć była dopiero szósta kolejka. W końcu zaczął wyliczać, ile to GKS nie stworzył zagrożenia pod bramką Odry, podczas gdy w rzeczywistości „okazje” te nie były nawet dwudziestoprocentowe. Można było się zacząć niepokoić, bo tak naprawdę mecz z Odrą był jednym z kilku skandalicznych w rundzie jesiennej. Jednym z tych meczów, które jak na tacy pokazały, że wielu naszym zawodnikom po prostu się nie chce rzetelnie wykonywać swoich obowiązków.
Potem mieliśmy serię katastrofalnych występów. Z Wigrami GKS przegrał po kuriozalnej bramce samobójczej Damiana Garbacika. Obrońca został kozłem ofiarnym i przesunięto go do juniorów. „Decyzją zarządu” – jak było napisane w komunikacie. Potwierdził to szkoleniowiec zapytany przez nas na konferencji po meczu z Zagłębiem Sosnowiec, mówiąc że sam był przeciwny temu odsunięciu. To również była informacja, że dzieje się w związku z trenerem coś niedobrego – tym razem, że zarząd nie respektuje decyzji kadrowych szkoleniowca. Sprawa nie miała oficjalnie swojego ciągu dalszego, a dzisiaj nie ma już w klubie ani Garbacika, ani Mandrysza, ani Wojciecha Cygana, który po tamtym spotkaniu zrezygnował ze stanowiska prezesa.
Na tej samej konferencji po przegranym w fatalnym stylu 0:3 meczu, trener potrafił znów stwierdzić, że walka była, a na domiar złego zrzucił winę za brak wyników na absencję…Tomasza Foszmanczyka, „najbardziej kreatywnego zawodnika w poprzednim sezonie”. Potem była kolejna klęska w meczu, którego druga połowa tylko zaciemniła obraz, mowa o Mielcu. Przegrywać 0:3 do przerwy znów świadczyło jak najgorzej o tej drużynie.
Coś drgnęło później. Chociaż dość frajersko zespół zremisował z Chrobrym, to w końcu było widać cień zaangażowania. Trzy wygrane z rzędu później dały nam nadzieję. Aż przyszedł mecz z Ruchem, najgorszą drużyną w lidze. Abstrahując już od tego, że wolicjonalnie i taktycznie rywal był górą, to szkoleniowiec przy okazji meczu 14-lecia popełnił całą masę gaf świadczących tylko o jednym – on nawet w połowie października nadal nie zdawał sobie sprawy, w jakim miejscu pracuje. Mieliśmy więc przed meczem chwytającą za serce historię, jak to „niestety” kiedyś sędzia ograbił jego Ruch z punktów na Bukowej i „przegraliśmy”. Mieliśmy wystawienie na najważniejszy mecz Grzegorza Goncerza, zawodnika kompletnie bez formy, który wcześniej od wielu kolejek nie powąchał murawy. Gonzo był na tyle bezproduktywny, że został zdjęty w przerwie, czym trener przyznał, że graliśmy w osłabieniu. Werbalnie jednak stwierdził, że „był to dobry, a w drugiej połowie bardzo dobry mecz GKS”. Dla kibiców załamanych po porażce takie słowa były nie do przyjęcia.
Trener wyglądał coraz gorzej. Na konferencjach smutny, przygaszony, nawet nie silący się na jakąś złość – czy to na zespół czy choćby cały świat. W Tychach trener przyznał, że przed przerwą wyglądało to tak, jakby zawodnikom się nie chciało. Mimo wszystko trochę miotał się i mieszał w swojej wypowiedzi. Wyglądał ja siedem nieszczęść, a gdy po meczu z Olimpią nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy, bo „źle się czuje”, naprawdę można było się martwić, czy szkoleniowca nie łapie depresja…
Rundę udało się przyzwoicie dograć, co było dość zaskakujące. Kilka ostatnich nieprzegranych meczów spowodowało pewien rodzaj zadowolenia, który bardzo dobrze w Katowicach znamy. Czyli konkretnie spieprzona runda zakończona kilkoma przyzwoitymi spotkaniami została przekuta na to, że w „drugiej połowie rundy zdobyliśmy zdecydowanie więcej punktów i jest to optymistyczne”. I o ile z liczbami dyskutować nie należy, to tak naprawdę obraz tych wygranych meczów pozostawiał wiele do życzenia, a przekuwanie właśnie zwycięstw z outsiderami (oprócz Miedzi) czy remisu w Siedlcach w sukces, to typowe klasyczne robienie wody z mózgu.
Wydawało się jednakowoż, że Mandrysz dzięki końcówce roku utrzyma się na posadzie i tak się stało. Tym większe było zaskoczenie, gdy kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że zarząd postanowił pożegnać się ze szkoleniowcem. Jeśli uznać to za merytoryczną decyzję i ocenę na podstawie bardzo kiepskiej rundy – to była to uzasadniona decyzja. Nie będziemy się silić na inne motywy, choć wróbelki ćwierkają, że dyrektorowi i trenerowi mocno było nie po drodze już od początku, więc mogło też chodzi o inne kwestie. Ale to już zostawiamy.
Trener Piotr Mandrysz stał się ofiarą własnego trudnego charakteru, ale w bardzo szerokim pojęciu. Zawsze słynął z twardej ręki, z tego że był nerwowy, wybuchowy, podpalający się. W Sosnowcu popadł w konflikt z piłkarzami i to on wyleciał z klubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że w Katowicach postanowił objąć inną taktykę i po prostu stać się bardziej ugodowy. Niestety przegiął w drugą stronę – stał się mało wyrazisty, miękki, gubiący się nawet w swoich wypowiedziach. Nie był przekonujący, nie widać było w nim tej charyzmy, którą znaliśmy. Z czasem autentycznie wyglądał na coraz bardziej smutnego i przegranego. Tylko pojawia się pytanie, czy z powodu własnej bezsilności wobec tego, co widział w drużynie?
Trudno czasem było uwierzyć, że trener wierzy w to, co mówi o zaangażowaniu. Każdy mający dobry wzrok obserwator meczów GKS widział, że co najmniej kilka meczów było oddanych kompletnie bez walki i choćby odrobiny zaangażowania. Nie można chyba być tak zaślepionym, żeby – mowa o trenerze – wmawiać sobie, że zawodnicy gryzą trawę, w momencie, gdy grają de facto przeciw trenerowi i to nawet niekoniecznie celowo, ale po prostu nie angażując się w grę. Czy trener Mandrysz dobrze wiedział co jest grane, ale bał się lub nie chciał tego ugłośnić na konferencjach prasowych? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast – widząc go po prostu na tychże konferencjach – że bardzo mocno to przeżywał i go to gryzło. Wolał jednak wszystko, co trudne zachować dla siebie. I to też go chyba zgubiło.
Trener Mandrysz nie zdał tego ważnego egzaminu w swojej karierze i nie podołał oczekiwaniom kibiców. Są tacy trenerzy, którzy gdy obejmują stanowisko – kibice się cieszą i uważają, ze to był trafny wybór. Tak było, gdy Franciszek Smuda objął reprezentację Polski. Też mówiło się, że twarda ręka i to będzie dobre. Skończyło się na ultradefensywnym ustawieniu w trzecim meczu grupowym z Czechami, w meczu, którzy trzeba było wygrać. Smuda nie wytrzymał ciśnienia i po prostu z autentycznego ludzkiego strachu zagrał bardzo asekuracyjnie. W Katowicach postawę ultra-asekuracyjną od początku przyjął trener Piotr Mandrysz, a to niezgodne z jego charakterem. Można powiedzieć, że z każdą wypowiedzą o walce i zaangażowaniu, zjadał się od środka. Nie dał temu ujrzeć światła dziennego.
Osobiście, szkoda mi szkoleniowca, bo to bardzo sympatyczny człowiek. Nie, wcale nie jest słabym trenerem, jak sugerują niektórzy. Ma warsztat i sukcesy. Jednak w Katowicach po pierwsze kompletnie nie przyjął specyfiki tego miejsca i zaakceptował pewnych warunków, jakie tu są. Po drugie totalnie się zawodowo pogubił i na bazie tego, co zostało napisane wcześniej, zaczął podejmować coraz to bardziej dziwne i irracjonalne decyzje (wspomniany Goncerz czy brak Plizgi w Siedlcach). W tym konkretnym przypadku zadanie go przerosło.
I jeszcze jedna rzecz. Gdyby trener miał do dyspozycji poważny zespół i poważnych piłkarzy, to wszystko by się nie wydarzyło. Te same wyniki, okraszone zwycięstwem z Ruchem i np. remisami w Tychach i Sosnowcu spowodowałyby zupełnie inny pogląd na sprawę. Niestety wszystko zostało przegrane bez walki. I trzeba sobie to jasno powiedzieć, że po raz kolejny w Katowicach piłkarze zwolnili trenera. Swoją postawą to piłkarze w pewnym sensie „zniszczyli” tego szkoleniowca. Mamy nadzieję, że tylko na chwilę, a trener się odbuduje i będzie dalej pracował – już z poważniejszymi ludźmi. Jednak to co zrobili piłkarze to jedno, a to czego w związku z tym nie zrobił trener – to jego odpowiedzialność. Widząc, co się dzieje nie zareagował i właśnie na tym polu przegrał i swoje zadanie zakończył niepowodzeniem.
Trener Mandrysz w GKS Katowice to już przeszłość. Wierzymy, że kolejni szkoleniowcy – tym razem Jacek Paszulewicz – wyciągną wnioski z tego, co się działo, będą wiedzieć, do jakiego klubu przyszli i szybko poznają – nie tylko teoretycznie – jego specyfikę. To jest GKS Katowice i to trzeba przyjąć z całym „dobrodziejstwem inwentarza”. Bez tej wiedzy żaden trener nie osiągnie tu sukcesów. Wiedzieć, czym jest GKS Katowice i „czym to się je” – to pierwszy i najbardziej konieczny warunek, żeby móc osiągnąć sukces. Dopiero na drugim miejscu jest włączenie swojego warsztatu i rzetelna merytoryczna praca na rzecz sukcesu sportowego.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Galeria Kibice Piłka nożna
Huczny jubileusz!
To było bardzo udane świętowanie przyjaźni pomiędzy GieKSą i Banikiem! Zapraszamy do fotorelacji z Nowej Bukowej.

Irishman
12 stycznia 2018 at 20:29
W PUNKT!!!
Nie potrafię pojąć, jak taki trener, który dodatkowo przecież był wcześniej częstym gościem na Bukowej, mógł tak bardzo zaufać niektórym z tych piłkarzy, którzy tak bardzo zawiedli na wiosnę?!?!?!
Chyba, się faktycznie pogubił! Ale taki trener?!!! Jak to możliwe?????
Irishman
12 stycznia 2018 at 20:33
Oby Paszulewicz, nie popełni tego samego błędu!!!!!
tomassi
12 stycznia 2018 at 20:36
Nic dodać nic ująć.
Czekamy…..!!!?
Ktoś musi w końcu przełamać tą niemoc
Ktoś musi kopnąć ich porządnie w dupę
I mam nadzieję że będzie to teraz,już a nie kiedyś…..
Solski
12 stycznia 2018 at 21:04
Tak czysto po ludzku, trenera mi szkoda.
Czy zmiana była dobrym krokiem? Zobaczy się po rundzie wiosennej.
Wg mnie można było dać spokojnie przepracować Mandryszowi wiosnę. Po długim zimowym okresie przygotowawczym można by wtedy rozliczyć go za wyniki i decyzje. 6 pkt straty to nie dużo i jednak wiele do odrobienia. Prawda jest taka, że kto by nie przyszedł to z tymi wkładami wyniku nie osiągnie.
Wkłady zwolniły już Cygana i wielu trenerów. O poparciu dla Mandrysza tez wiele się wypowiadaliście, że należy trzymać Jego stronę bo to wina kopaczy. Tak samo teraz piszecie w momencie zatrudnienia Paszulewicza. Ciekaw jestem po ilu kolejkach będziecie się domagali zwolnienia trenera, bo jak sądzę kopacze wiele więcej z siebie nie dadzą.
zippo50
12 stycznia 2018 at 22:03
Jeżeli dalej tak będzie że trener rządzi na boisku a w szatni kto inny to dalej będzie padaczka, z naszymi kopaczami jedyna metoda to „zamordyzm” a jak będą wyniki trochę odpuścić a nie odwrotnie.Nie opuściłem ani jednego meczu i szlag mnie trafiał jak Piotr ustawiał składy kogo trzymał na ławie a komu dał grać.Błędna była koncepcja mocnej obrony bo strzelać nie było komu a teoria stara jak świat to NAJLEPSZA OBRONA TO ATAK.Do momentu kiedy nie nauczymy się strzelać [często dwa strzały celne na bramkę przez cały mecz]to nie będziemy wygrywać amen.
kris
13 stycznia 2018 at 01:57
Ciąg dalszy robienia nas w ciula,teraz będzie wytlumaczenie jak nie awansują; że nowy trener nie zgrali się i nie zatrybiło jeszcze wszystko i nie rozumieją strategii Paszulewicza…to wszystko trwa wy myslicie że przyjdzie nowy trener i zrobi SZYBKI AWANS w pół roku.hehe pozdro dla kumatych.Wywalą go znowu po to kontrakt na rok,granie na czas tak jak kiedyś pisałem że awans będzie jak stadion powstanie…Droga do awansu chyba wtedy powstaje jak są transfery,wyniki? zachęta dla kibiców i ich sciągnięcie na trybuny żeby było ich jak najwięcej, a u nas wszystko na odwrót.W takich warunkach i atmosferze AWANS..Nie jescze tym razem.
Irishman
13 stycznia 2018 at 09:19
@Kris, nie chciało mi się w to wierzyć ale ostatnie miesiące pokazują, że to może być prawda. Z tym, ze mam także coraz większe wątpliwości czy ten stadion w ogóle powstanie.
Chyba jedyną dla nas szansa jest przejęcie nas przez prywatnego sponsora ale… to jest praktycznie niemożliwe bez stadionu i kółko się zamyka.
Źle to wygląda, bardzo źle.
Co nie zmienia faktu, że trzeba trzymać kciuki za nowego trenera!
Pewny
13 stycznia 2018 at 14:38
Shellu typ z góry uprzedzony do nie niektórych piłkarzy….obiektywizm….zero…zwykła…menda
scifo
14 stycznia 2018 at 12:21
Ja obstawiam, że Pewny to Gonzo, a Wy?
Zwieracze puszczają, może to dobrze, może w końcu znaleźliśmy trenera, który pożegna paru „gwiazdorów”.
Shellu tak trzymej chopie!!