Dołącz do nas

Piłka nożna

Piłkarsko-trenerski chaos w drugiej linii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kolejną formacją, którą prześledzimy pod kątem zakończonej rundy jesiennej jest pomoc. Jako że zawsze to właśnie w drugiej linii jest najwięcej rotacji – przysparza to największego kłopotu. Tym razem zdecydowaliśmy się na podział na skrzydła i środek – bez podziału na defensywnych pomocników i rozgrywającego, bo choć często dobrze wiemy, kto za co jest odpowiedzialny, to w mniejszym lub większym stopniu zawodnicy wymieniają się pozycjami (choć o jakości tych wymian raczej nie ma co gadać).

W naszym zestawieniu nie ujmujemy nominalnych napastników, którzy pojawiali się w drugiej linii. Dla porządku i w związku z wymiennością pozycji, napastników potraktujemy osobno w innym artykule.

Środek pomocy
W meczu z Siarką Tarnobrzeg w środku pomocy zagrali Bartłomiej Kalinkowski, Lukas Klemenz i Tomasz Foszmańczyk. Jak wiemy ten pierwszy z mniejszym lub większym wymiarem czasu grał w meczach GieKSy, Klemenz szybko został przesunięty do obrony, a Foszmańczyk odniósł kontuzję.

Postawa Kalinkowskiego w przekroju całej jesieni pokazała, że nie jest to zawodnik z umiejętnościami wystarczającymi do gry w GKS Katowice. Rok temu na jesieni wydawało się, że wraz z Zejdlerem tworzą bardzo dobry duet, a poprawę jakości w GKS wiązaliśmy właśnie głównie z pojawieniem się dwóch dobrych i odpowiedzialnych defensywnych pomocników. Niestety, jak większość rzeczy w tej drużynie, okazało się to iluzją. Nawet wyjąwszy fatalną rundę wiosenną – jesień w wykonaniu Kalego była po prostu słaba. To co rzucało nam się w oczy w pierwszych meczach to jedno wielkie przeciętniactwo tego zawodnika. Trzeba przyznać, że nie miał wahań formy i jak zespół grałby dobrze, to Bartek pozostałby przeciętny. Ale to działa i w drugą stronę – gdy GKS grał beznadziejnie w meczach z Pogonią czy Puszczą, to ta beznadzieja nie dotyczyła tego zawodnika, spisywał się trochę lepiej niż koledzy. To co uderzało już od początku rozgrywek to widoczny strach zawodnika przed ryzykiem, wzięciem odpowiedzialności, na przykład przy potencjalnych próbach uderzeń z dystansu. Czasem aż prosiło się o strzał, ale Kali z tego rezygnował, zapewne uznając, że taka próba nie przyniesie rezultatu.

W tym wszystkim zawodnik wzniósł się na wyżyny w meczu z Chojniczanką i trudno było zrozumieć, co się stało. Grał bardzo pewnie, dojrzale, spokojnie, jak ligowy wyjadacz. Pokazał, że da się to zrobić. Szkoda tylko, że w zaledwie jednym spotkaniu. Późniejsze niestety już często nie były przeciętne, tylko po prostu słabe. W pamięci mamy sytuację z Sosnowca, w której dostał idealną piłkę na rajd ku bramce rywali. Niestety zawodnik biegł jakby miał kulę u nogi, zwalniał z każdym metrem i odebrał sobie możliwość dobrego strzału. W Mielcu było już fatalnie, za to z Chrobrym zdobył swoją pierwszą i na razie jedyną bramkę dla GKS, po przytomnym dołożeniu nogi po stałym fragmencie. Mimo to, był to schyłek jeśli chodzi o jego występy w tym roku. Ze Stomilem wszedł z ławki już w 14. minucie, ale na tle właśnie dobrze grających kolegów spisał się bardzo średnio. Z Ruchem było już bardzo słabo. W ostatnim swoim meczu z Górnikiem Łęczna zarobił dwie żółte kartki w ciągu trzech minut, z czego drugą za pyskówkę z sędzią. Bez niego grająca w dziesiątkę GieKSa strzeliła trzy gole i wygrała, a Kalego nie oglądaliśmy już do końca rozgrywek (pauza w Siedlcach, z Miedzią nie zagrał).

Wspomniany Lukas Klemenz na początku był próbowany na pozycji defensywnego pomocnika i dość szybko z tego pomysłu wyleczył się trener Mandrysz. W Tarnobrzegu zagrał słabo i został zmieniony w przerwie. W pomocy zagrał również z Miedzią i już w pierwszych 10 minutach popełnił dwa fatalne błędy, które mogły się zakończyć utratą bramki. Z Puszczą zagrał fatalnie, miotał się i był kompletnie zagubiony. Wrócił dopiero na Odrę Opole, ale już na pozycję stopera i tam grał (dużo lepiej!) do końca rundy.

Łukasz Zjedler to jeden z największych zawodów tego roku. Wydawałoby się, że jest to zawodnik ambitny, ale też posiadający sporo umiejętności. Zdania na jego temat są podzielone, na pewno piłkarz ma potencjał, ale skoro od marca do listopada pokazał to incydentalnie, to należy zadać sobie pytanie, czy ten potencjał nie jest tylko teoretyczny. Łukasz zaczął grę w pomocy od meczu z Pogonią i zagrał beznadziejnie, strasznie. Podobnie było w spotkaniu z Miedzią i z Puszczą nie zagrał, wracając dopiero na Raków. W Częstochowie zagrał dobrze, ale skończył mecz przed czasem z powodu drugiej żółtej kartki. Z Chojnicami zagrał bardzo dobrze, jak reszta, za to z Odrą był „naczelnym spowalniaczem” akcji GieKSy. To było niesamowite jak często, gdy wydawało się, że można pójść z szybkim atakiem, zatrzymywał się stawał i pozwalał rywalom na powrót. Na tle całej zaspanej drużyny, on wiódł w tym prym. Kolejne spotkania były znów beznadziejne, z momentem pobudki w Mielcu, gdzie wyglądał na jedynego, któremu się chciało i strzelił bramkę. Z Chrobrym i Bytovią widać było, że zawodnik walczy i chce. Piłkarsko jeszcze to nie było to, ale zaangażowanie było widoczne. Potem było już gorzej, ze Stomilem i Ruchem zagrał przeciętnie lub słabo, a w tym drugim meczu przy pierwszej bramce dał się przepchnąć, jakby od dwóch dni nic nie jadł. W Tychach wszedł z ławki, z Olimpią już od początku, ale przeciętnie, choć strzelił gola. Końcówka rudny była już mocno przeciętna. Kilka razy piłkarz był ustawiany lub przesuwany na lewą obronę, o czym pisaliśmy. Nie jest to pozycja dla niego, ale patrząc na cały rok 2017 można sobie zadać pytanie, czy jakakolwiek pozycja jest dla niego…

Swoje incydentalne występy, oprócz gry w obronie, zaliczył w środku Dalibor Pleva. Niestety było to bardzo niekorzystne. Z Wigrami zagrał beznadziejnie, strasznie i fatalnie. Jedyny przyzwoity mecz z jego strony to było spotkanie w Bytowie, gdzie spisał się nieźle. Natomiast derby w Tychach to był dramat. Kiksy, złe ustawianie i podania do przeciwnika. Trener Mandrysz zdjął go w przerwie i więcej w tym roku nie wpuścił na boisko.

Ciekawą postacią w środku pola był Peter Sulek. Zawodnik tyle z elementami jakości piłkarskiej, co kontuzjogenny. Na początku grywał ogony i tak naprawdę trudno było cokolwiek powiedzieć. Jednak gdy wszedł w Bytowie w 64. minucie, gra stała się poukładana i sensowna. Do tego stopnia, że z Podbeskidziem wyszedł od pierwszej minuty i spisał się bardzo dobrze. Świetna gra w destrukcji i konstrukcji, podał Plizdze przy pierwszym golu. Niestety w kolejnym spotkaniu doznał kontuzji już w 13. minucie i musiał opuścić boisko. Z Ruchem nie zagrał, czego żałowaliśmy. Niestety z Tychami zagrał słabo, z Olimpią był bardzo niewidoczny i odniósł kolejną kontuzję. Wrócił na kilka minut w meczu z Miedzią.

Rafał Kuliński grał w tym roku bardzo mało, co jest jedną z wielu niezrozumiałych decyzji trenera. Od pierwszej minuty Rafał wystąpił w meczu z Puszczą. I w pierwszej połowie na tle fatalnych kolegów, zawodnik spisał się dobrze – zarówno w grze, jak i wykonując stałe fragmenty. Co prawda w drugiej połowie się „popsuł”, ale odstawienie go od składu na kolejne 14 meczów ligowych było nieporozumieniem i uprzedzeniem szkoleniowca. Niespodziewanie Kuliński pojawił się na boisku w Siedlcach. Zagrał średnio, w meczu z Miedzią nieźle, ale to co rzucało się w oczy, to próby grania crossów, co najważniejsze próby skuteczne. Element kreatywności jest GieKSie bardzo potrzebny, a zdarza się bardzo rzadko. Ostatnim zawodnikiem, który próbował takich długich krzyżowych podań był Sławomir Duda.

Przechodząc do akcentów ofensywnych, zacznijmy od Tomasza Foszmańczyka. Przez większą część rundy zawodnik nie grał z powodu urazu pośladka/kręgosłupa. Spotkania z początku sezonu były jednak kiepskie. W Tarnobrzegu po niezłym początku, w drugiej połowie grał już bardzo źle i bez zęba. W ligowych spotkaniach z Pogonią i Miedzią było dalej słabo, nawet mimo gola z karnego w pierwszej kolejce. Zawodnik kontynuował swoją kiepską postawę z wiosny. Po spotkaniu w Legnicy nie grał aż do 13. kolejki. Wrócił na mecz z Podbeskidziem i w końcówce zaliczył asystę przy golu Adriana Błąda. W dwóch spotkaniach derbowych wchodził z ławki na drugą połowę. Z Ruchem coś tam próbował, ale bez efektu. W Tychach był typowy Fosa, czyli bez zaangażowania i ambicji. Przyzwoicie zagrał tylko z Olimpią, pozostałe mecze do końca roku były słabe, bez jakości.

Do GKS Katowice wrócił Dawid Plizga i mogliśmy liczyć na doświadczenie. Występy tego zawodnik w większości miały miejsce po wejściu z ławki. Początek miał fatalny. Zero szybkości, zero dynamiki, po dwóch minutach pobytu na boisku wyglądał, jakby miał w nogach trzy mecze rozegrane tego dnia. Zwłaszcza wejście w Legnicy było fatalne, zawodnik psuł grę. Od pierwszej minuty pojawił się w meczu z Wigrami i było odrobinę lepiej, ale nadal bez efektu. Po meczu w Sosnowcu zniknął na sześć kolejek. Wrócił na Podbeskidzie i od tego momentu widać było, że jest lepiej. Pojawiła się dynamika, pojawiły się umiejętności. Dawid pokazał doświadczenie w Bielsku, strzelił bramkę, ale też dobrze i rozsądnie rozgrywał. Ze Stomilem zagrał już naprawdę bardzo dobrze, świetnie dogrywał, choć koledzy nie wykorzystywali sytuacji. Miał też swoje, choć nie wykorzystał. Niestety dwa mecze derbowe były fatalne w jego wykonaniu i ani trochę nie przypominał zawodnika z Bielska i Stomilu. To na tyle nie spodobało się trenerowi Mandryszowi, że nie wystawiał Dawida w kolejnych meczach. Wpuścił go jedynie na drugą połowę w Łęcznej i zawodnik swoją świetną grą w końcówce załatwił zespołowi zwycięstwo. Zasłużył na grę od pierwszej minuty w Siedlcach, a tymczasem nie tylko nie zagrał w ogóle z Pogonią, ale także w ostatnim meczu z Miedzią. Coś widać trenerowi nie pasuje u zawodnika. Niewystawienie go jednak z Pogonią po tak dobrym meczu z Górnikiem – indywidualnie jednym z najlepszych występów w tym roku – było żenujące. W każdym razie po początkowej fali krytyki, wkrótce Dawid zaczął pokazywać umiejętności.

Boki pomocy
Armin Cerimagić trochę grał w środku, więcej na skrzydle. Widać było u zawodnika technikę i umiejętności, ale nieraz brakowało kropki nad i. Próbował uderzeń z dystansu, jak na przykład w meczu z Chrobrym. Ma też problem z wykorzystywaniem sytuacji, jakie miał na przykład z Bytovią. Piłkarz strzelił bramki w Mielcu i u siebie z Ruchem, ale obie w przegranych meczach. Do poprawki stałe fragmenty gry, bo wydaje się, że zawodnik ma technikę, ale akurat ze stojącej piłki nie za bardzo umie kopnąć. Trener miał problem ze względu na brak możliwości wystawiania jednocześnie Prokića i Cerimagića i w większości decydował się na tego pierwszego. Armin natomiast niejednokrotnie wchodząc na boisko w końcówce, dawał temu zespołowi więcej niż reszta przez cały mecz. Zazwyczaj jednak brakowało czasu. I choć były to dobre zmiany, stosunkowo rzadko dostawał szansę od początku. W meczu w Łęcznej również miał udział w zwycięstwie, będąc zmiennikiem.

Jednak kwestia bocznych pomocników sprowadzała się głównie do czterech zawodników – Błąda, Mandrysza, Prokića i Skrzecza.

W pierwszych meczach jako praktycznie jedyny zawodnik, który błyszczał na tle słabych kolegów był Paweł Mandrysz. Jako młodzieżowiec dużo dawał od siebie. W meczu z Pogonią zarobił karnego, z Miedzią strzelił bramkę, z Puszczą tę bramkę wypracował. Gdyby nie Paweł, mielibyśmy zero po stronie zysków, zarówno punktowych, jak i bramkowych. Niestety to było wszystko, na co było stać zawodnika w tej rundzie. Kolejne spotkania były coraz słabsze i co najwyżej przeciętne. Tak naprawdę trudno jakoś szeroko się wypowiedzieć, bo te występy były bardzo bezbarwne, takie beznamiętne. Pamiętając jego bramkę ze sparingu z Banikiem Ostrava zastanawialiśmy się nieraz, co się stało z tym zawodnikiem, gdzie zatracił szybkość i dynamikę i dlaczego zamiast się rozwijać, cofa się w rozwoju. Mecze z Tychami i Olimpią (po wejściu) były już tragiczne. Jedynie coś optymistycznego było z Siedlcami po wejściu, ale to chyba taki optymizm na chwilę.

Drugi młodzieżowiec Oktawian Skrzecz. Zawodnik początkowo grał ogony, więcej minut dostał w spotkaniu z Odrą Opole. Od pierwszej minuty zagrał w Sosnowcu i niby tam był żwawy, ale przypominał Alexa Januszkiewicza, czyli nie jest to dobra laurka. W Mielcu był tak słaby, że został zdjęty w przerwie. Znów od pierwszych minut grał ze Stomilem i Ruchem i nadal wyglądało to bardzo słabo. Mieliśmy obawy, że zawodnik sprzeciętniał już w tej szatni albo po prostu jest kolejnym, młodym jeszcze, ale jednak szrotem. W końcu odpalił w meczu z Olimpią. Zagrał bardzo dobrze, był aktywny, szybki i dobrze podawał. W końcu pokazał swój potencjał i to bardzo duży. Powiało optymizmem na następne spotkania. W Łęcznej już tak dobrze nie było, ale i tak był lepszy niż reszta (wyłączając rezerwowych). Z Pogonią było już słabo. Na razie tak naprawdę jedynym pozytywnym występem była Olimpia.

Andreja Prokić to zawodnik pokrzywdzony przez trenera, który wystawia go nie w ataku, tylko na skrzydle. Zawodnik nie ma predyspozycji do grania na flance. Nie potrafi wykorzystać swojej szybkości, gra jak dzik bez głowy. Nie potrafi robić normalnych centr, tylko zakiwuje się na śmierć, nie patrząc, co się dzieje wokół. Dlatego nieraz brakowało odegrania do dobrze ustawionego kolegi. Nie mówimy, że było jednoznacznie źle, ale to nie było to. Z Siarką Prokić zmarnował najlepszą sytuację w meczu, sam na sam. Tak to chyba rozsierdziło trenera, że nie wystawił go w pierwszym meczu ligowym. Mimo ciągłej gry na skrzydle, zawodnik i tak nieraz schodził go środka. Paradoksalne i kuriozalne jest to, że właśnie dochodząc do okazji jak środkowy napastnik, strzelił dwie bramki w Częstochowie. To jednak nadal nie przekonywało szkoleniowca i tak naprawdę po dobrym meczu z Chojniczanką, Andreja na skrzydle nam dziadział. Dodatkowo zawodnik ma wielki problem z ergonomią wysiłku i zazwyczaj daje z siebie wszystko w pierwszej połowie, a w drugiej jest cieniem samego siebie, przestaje grać i nie ma z niego kompletnie żadnego pożytku. Ze Stomilem znów strzelił gola jako rasowy napastnik. Z Ruchem było fatalnie, natomiast końcówka rundy była dokładnie taka, jak większość, czyli spore zaangażowanie i zerowa efektywność.

Małym odkryciem tej jesieni był Adrian Błąd. Cieszyliśmy się z przyjścia tego zawodnika, bo znany był z ambicji i waleczności, co mogliśmy okazję obserwować choćby jak przyjeżdżał na Bukową z Zawiszą czy Zagłębiem. Początek w GKS miał jednak beznadziejny, debiut z Wigrami, a potem mecze w Sosnowcu i Mielcu pokazywały, że nie rozumie się z kolegami, nie potrafi wejść w tę ekipę. Coś drgnęło w meczu z Chrobrym, a potem było już tylko lepiej. Szkoda jednak, że po dwóch meczach, w których dał zwycięstwo GieKSie swoimi bramkami – odniósł kontuzję, która wyeliminowała go z meczów derbowych. Widać było, że ten zawodnik może podnieść jakość. Wrócił dopiero jako rezerwowy na mecz z Łęczną i wraz z Plizgą we dwójkę załatwili wygraną. Te kilka dobrych spotkań wystarczyło, żeby znaleźć się wśród nominowanych na piłkarza roku w Złotych Bukach.

Podsumowanie
Druga linia nie dała GieKSie w rundzie jesiennej tyle, co powinna. Zawodnicy albo zapomnieli jak się gra w piłkę (Zejdler), albo w ogóle nie umieją w nią grać (Kalinkowski) albo byli wystawiani na niewłaściwych pozycjach (Prokić), albo mieli kontuzje (Sulek). Niektórzy z niezrozumiałych względów nie dostawali szans prawie w ogóle (Kuliński) albo nie dostawali, gdy ewidentnie zasługiwali (Plizga, Cerimagić).

Nie było stabilizacji w składzie w pomocy, dlatego też czasem trener cofał nominalnych napastników, Kędziorę czy Goncerza.

Jeśli chodzi o defensywę, to pomocnicy nie byli zasiekami nie do przejścia. Często w wyniku ich błędów, nonszalancji, braku koncentracji, rywale stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Nawet jeśli nie były to tak fatalne kiksy jak Klemenza, to ogół gry sprawiał, że to nie była mocna pozycja.

Podobnie było w konstrukcji, gdzie nie mieliśmy stałego, dobrego zawodnika, który rozrzuciłby piłkę na skrzydło czy zagrał prostopadle dla napastnika. Były pojedyncze mecze, wyskoki, jak na przykład Plizgi, ale wtedy trener sadzał go na ławce.

Jeśli chodzi o skrzydła, to młodzież niestety wygląda, że nigdy nie dorośnie. Nieźle rokuje Skrzecz, ale jeśli na wiosnę znów zagra tylko jeden czy dwa dobre mecze, to będzie sobie mógł szukać klubu w Tarnowskich Górach. Czas pokazać swój potencjał, a że go ma, pokazał z Olimpią. Niestety Paweł Mandrysz chyba zdziadział na dobre.

Nie chcemy Andreji Prokića w pomocy. Zawodnik musi grać w ataku. I naprawdę trudno zrozumieć, że widzą to wszyscy kibice, a nie widzi mający klapki na oczach trener.

Jeśli w pomocy nie pojawi się stabilizacja – a odpowiadają za to zarówno zawodnicy, jak i trener – nadal będzie to wyglądało słabo. Tak jak przez cały rok 2017.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga