Felietony
Walka i dobry mecz – ale żaden prognostyk
Wczorajszy mecz z Chrobrym Głogów był rozczarowaniem dla wielu kibiców. Miało być przełamanie, miało być zwycięstwo. I na to się zanosiło, w końcu GKS po pierwszej połowie prowadził 2:0. Skończyło się mało satysfakcjonującym remisem i po raz kolejny w tym sezonie nasz zespół prowadząc, dał sobie wydrzeć wygraną.
Niezależnie od składu i zmian kadrowych w lecie, to co się dzieje na Bukowej to jakieś kuriozum. GKS na własnym stadionie w tym roku rozegrał trzynaście meczów. Tylko dwa wygrał. Bilans beznadziejny, ale to jeszcze pół biedy. W pięciu spotkaniach bowiem katowiczanie prowadzili i nie potrafili tego prowadzenia utrzymać. Trzykrotnie takie mecze przegrali. Dwa razy nie utrzymali prowadzenia dwubramkowego. Ze Stomilem dwukrotnie sobie dali prowadzenie wydrzeć.
Drugą niepokojącą i niezrozumiałą statystyką są bramki tracone u siebie w podziale na połowy. Aż trudno to sobie wyobrazić, ale w pierwszych połowach tych wszystkich spotkań, GKS stracił trzy gole. W drugich aż szesnaście. W aż siedmiu – czyli ponad połowie spotkań – aż dwie stracone bramki miały miejsce w drugiej połowie.
Co się dzieje od początku roku po przerwie, daje sporo do myślenia. A może warto zadać sobie pytanie – co się dzieje w przerwie?…
Gdyby udało się utrzymywać wiosną te prowadzenia – byłaby ekstraklasa. Gdyby udało się utrzymać prowadzenia w tym sezonie – bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji w tabeli. Nie ma w tej lidze, a pewnie i w bardzo pojedynczych przypadkach na całym świecie drużyn – które w tak fatalny sposób, masowo przez tyle miesięcy, zawalały sobie wygrane mecze.
Ktoś powie, że kwestia psychologiczna i okej, jednak wydawałoby się, że po tylu podobnych sytuacjach, prowadzenie i dobra gra powinna pomagać i uskrzydlać, a nie wiązać nogi. Trudne to do wytłumaczenia.
No właśnie – wczorajsza gra. Abstrahując od wyniku – i w końcu możemy zgodzić się z trenerem Mandryszem – to był dobry mecz GieKSy, momentami bardzo dobry. Akcje były ciekawe, sytuacji sporo. Tak naprawdę przy odrobinie szczęścia mogło być 3:0 już na początku drugiej połowy i byłoby po sprawie…chociaż nie, bo patrząc na przytoczone wyżej statystyki, to kto ich tam wie, czy by nie utracili wygranej.
W każdym razie gra mogła się podobać, zdobywaliśmy bramki po stałych fragmentach, ale sytuacje przecież mieli Mandrysz, Cerimagić czy Błąd i to każda z gatunku takich, że mogła przynieść powodzenie.
Czym się ten mecz różnił od poprzednich? Walką. To było w końcu widoczne – po przechodzonych i oddanych bez zaangażowania poprzednich meczach. Tym razem zawodnicy jeździli na tyłkach, w końcu orali tę trawę jak należy i był z tego efekt. Niestety do czasu. Szkoda, że czasem praca całej drużyny jest niweczona przez jakieś jedno nieodpowiedzialne zachowanie jednego zawodnika. To co wyprawia ostatnio Dalibor Pleva woła o pomstę do nieba. W Mielcu na mecz nie wyszedł z łóżka, teraz zupełnie przyspał przy golu i nie dość, że był źle ustawiony to jeszcze nie zrobił nic, aby zablokować przeciwnika. Zawodnik za takie akcje powinien co najmniej wylądować na ławie, ale niestety – nie mamy wartościowych zmienników. W każdym razie o ile Pleva zagrał dobrą pierwszą połowę w Sosnowcu, to teraz jest to tykająca bomba zegarowa.
Słówko jeszcze o Abramowiczu. Winiliśmy go za utratę pierwszego gola, ale na powtórce zza bramki dokładnie widać, jak tuż przed rękawicą piłka podskoczyła na murawie. Jedziemy po piłkarzach, ale bądźmy też sprawiedliwi – on kompletnie nie mógł nic w tej sytuacji zrobić.
Bardzo dobrze spisali się stoperzy, a małym odkryciem meczu okazał się Lukas Klemenz. Pewna i dobra gra zawodnika, to się mogło podobać, także jak niepatyczkowanie się – miał wybić, to wybił. Karny? Mocno wątpliwy, bo wyglądało na to, że w ogóle nie dotknął piłki ręką. Drugi stoper – Tomasz Midzierski – również spisał się solidnie, po poprzednich kiepskich meczach.
Mieliśmy trochę powiewu świeżości, w końcu na niezłym poziomie zagrał Adrian Błąd, był szybki i dynamiczny, ale jeszcze musi pamiętać, by z szatni na boisko zabrać głowę. Armin Cerimagić to mały wygrany ostatnich kolejek. No i w końcu Jakub Yunis, który mimo, że jest raczej przeciętny, w końcu strzelił bramkę. Do niezłej formy być może wraca Zejdler.
Niestety oprócz danych liczbowych boli to, że właśnie z dobrą grą i walką, GKS tak łatwo oddał punkty przeciętnie grającemu Chrobremu. Te bramki były tak z niczego, że głowa boli. Nie były to okresy dominacji rywala, wielu strzałów i sytuacji. Ot takie dwa wypady, stały fragment i dwa gole. Nie można tak łatwo oddawać punktów.
Można też zadać sobie pytanie, na ile brak w składzie takich zawodników, jak Kamiński, Goncerz czy w dłuższej perspektywie Foszmańczyk wpłynęło na taki obraz gry, a nie inny. Kibice już od dawna twierdzą, że starzy zawodnicy psuli grę. Trudno nie odnieść wrażenia, że zawiało świeżością, gdy żadnego z nich nie było w składzie. Gonzo już ni daje rady w ofensywie, Kamyk był ostatnio fatalny i zastępujący go Klemenz pokazał, jak powinien grać stoper. Fosa – wiadomo, Grudziądz i te sprawy.
Niestety swoją postawą w poprzednich meczach piłkarze doprowadzili do tego, że strasznie wyglądał opustoszały Blaszok. W Katowicach fakt, że gra GKS na prawie nikim nie robi już wrażenia. Coraz mniej ludzi chodzi na stadion. Swoje dołożył też Krupa, któremu chyba odechciewa się bawić w te klocki. I teraz co prawda nie wiemy, czy zaangażowanie z wczoraj było efektem jego słów, ale jeśli tak by było, jest to godne uznania.
Doceniamy zaangażowanie zawodników, nie doceniamy wyniku. I jeszcze przytoczmy słowa jednego z kibiców – słowa, które są głosem rozsądku. Piłkarze w tym roku wyznaczyli nam takie standardy, że teraz jak tylko zobaczymy dwa celne podania, to mówimy o dobrej grze. Jak trochę pobiegają, to już mówimy, że jest walka. To jest straszne, bo być może ten mecz taki dobry wcale nie był, ale nasz spaczony odbiór, związane z wszystkimi oglądanymi w tym roku spotkaniami, powoduje takie oceny, a nie inne?
Ale zostańmy przy tym, że było to dobre spotkanie i jednak – niezaprzeczalnie z widoczną walką. Nie będziemy pisać o żadnym dobrym prognostyku, bo takich mieliśmy już wiele, nawet w tym sezonie się zdarzyło, a potem był dramat. Jeden mecz nie zmienia niczego, tym bardziej mecz bez wygranej. Piłka po stronie piłkarzy – niech udowodnią w następnych spotkaniach, że jednak chce im się w dłuższej perspektywie czasu. Na ten moment nic się nie zmienia w łatce, którą sobie sami stworzyli. I w tym, że kibice totalnie obojętnie podchodzą do ich spotkań i nie rusza ich już to, jakim rezultatem zakończył się mecz…
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

irishman
23 września 2017 at 12:25
Jak mamy być sprawiedliwi, to bądźmy do końca. Fakt, że Pleva zaspał ale potem tak przyblokował zawodnika Chrobrego, ze ten mógł strzelić jedynie w światło bramki chronione przez bramkarza.
Druga sprawa, gdzie był lewoskrzydłowy, który powinien pilnować naszej lewej flanki?
irishman
23 września 2017 at 12:30
Dla mnie ten mecz na pewno nie był przełomem ale jakimś dobrym prognostykiem już tak. Ale oczywiście nadal otwarte pozostają pytania czy piłkarze będą kontynuować tą walkę, czy trener znów nie wróci do swoich ulubieńców bez formy albo „hamulcowych” z wiosny itp.
irishman
23 września 2017 at 12:38
Denerwuje mnie na maksa pojęcie szczęścia-nieszczęścia w sporcie. Osobiście zawsze wolę skupiać się na umiejętnościach. Jeśli jednak uprzemy się, że trzeba mieć także farta, to obie stracone przez nas bramki pokazały, że go w tym meczu nie mieliśmy.
Weźmy to także pod uwagę oceniając wynik.
yop
23 września 2017 at 13:46
Żeby być sprawiedliwy to Wasze bramki też były z niczego. Wolny, rożny. Zgadzam się mieliście więcej okazji. Nie o tym chciałem pisać. W byłych krajach „Jugosławiańskich” są zakłady gdzie obstawia się m.in ligę polską. Trzeba wpłacać kasę i niekiedy dostaje się fajne meczyki. Nc nie sugeruję ale podczas meczu w Mielcu przy stanie 3-1 była fajna stawka na 3-2.pozdro.haha
uk
23 września 2017 at 16:02
jeżeli kaminski goncerz i foszmanczyk nie wroca do składu to z meczu na mecz powinno być coraz lepiej,oby…
zadolak
23 września 2017 at 18:06
Nie dziwię się że znowu nie wygraliśmy,jak co mecz gramy innym składem.Niestety w tym sezonie czeka nas cieżka walka o utrzymanie,takie są realia i nic nie zmienimy.A ja kocham ten klub i będę kochał obojętnie w której lidze będzie grał.
Rafael
24 września 2017 at 14:36
Najgorsza obrona w lidze (najwiecej straconych bramek w lidze), miejsce w strefie spadkowej! nie potrafimy grać piłką.
Co ten trener Mandrysz jeszcze robi w naszym klubie ???
Jeszcze jest szansa na awans, trzeba zacząć grać i wygrywać. Wszyscy będą tracić punkty. !
Mandrysz miej honor i wypier…j
Max
24 września 2017 at 18:02
Dziady !!!!!!!!!!!!!!!!!!!! II liga nos czeko:)
Rafał
24 września 2017 at 18:26
Mandrysz gdzie jest twoja DYMISJA!!!! WON!!!! ODEJDŹ BO NISZCZYSZ TEN KLUB SWOIM BEZ SENSOWNYM TRZYMANIEM SIĘ STOŁKA I TYLE!!!!!!!!