Piłka nożna Prasówka
Media o meczu z Hapoelem: Na pewno nie ma się czego wstydzić
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Hapoel Tel Awiw 2:1 (0:1).
weszlo.com – GieKSo, dlaczego tak późno?! Szalona pogoń, zabrakło czasu
Aura tego meczu aż do 83. minuty mówiła: tu nic się nie wydarzy. A potem wydarzyła się gonitwa, na którą finalnie zabrakło czasu. GieKSo, dlaczego tak późno zaczęłaś cisnąć? Zespół z Katowic wygrywa 2:1 i żegna się z pucharami z bardzo dużym niedosytem.
Końcówka pokazała, że naprawdę dało się awansować. Kiedy Hapoel został przyciśnięty, gubił się pod własną bramką. Dało się zepchnąć go do głębokiej, momentami rozpaczliwej defensywy. I przede wszystkim: dało się go skutecznie podgryzać. Gdyby tylko zespół z Katowic był nieco odważniejszy, może miałby więcej czasu na odrobienie strat.
Odwaga pojawiła się dopiero po pierwszej strzelonej bramce, czyli w 83. minucie. Długa piłka od Wolskiego, Wdowiak pognał skrzydłem i świetnie wyłożył futbolówkę Szkurinowi. W tym momencie aura spotkania zmieniła się z „tu się nic nie wydarzy” na „jeszcze wszystko jest możliwe”. Dopiero w samej końcówce piłkarze GKS-u mieli taką wiarę w awans, jak Rafał Górak na konferencji prasowej, gdy stwierdził, że dwie bramki to żadna strata.
No cóż, jeśli grałoby się tak, jak w końcówce przez przynajmniej całe 45 minut – wtedy faktycznie byłaby to żadna strata. A tak – GieKSa zaliczyła zryw, lecz nie zdążyła przełożyć go na wystarczającą liczbę bramek. Bo nie wystarczyło strzelić dwóch, potrzebne były trzy, bo w pierwszej połowie strata się powiększyła.
Nie można bowiem myśleć o awansie, jeśli nadal sadzi się takie babole w tyłach. W pierwszym meczem pod kątem piłkarskim pomyłek samego siebie przechodził Arkadiusz Jędrych. Dziś też się nie popisał. Zarówno on jak i Bartosz Wolski źle obliczył lot piłki, gdy obrońca Hapoelu zagrał typową lagę na bałagan. W efekcie prostym podaniem minięta została niemalże cała defensywa – zrobiło się masę miejsca, Turiel bez żadnych problemów doszedł do stuprocentowej okazji.
Nie można popełniać takich gaf, jeśli chce się grać w pucharach. A jeśli robisz je dwie w jednej akcji, nie możesz być zdziwionym, że ktoś cię za to szybko skarci.
Niestety, podobnie jak i na Węgrzech, tak i u siebie GieKSa zawodziła też z przodu. Pierwsza połowa? Obejrzeliśmy jedynie strzał Nowaka z wolnego (celny, ale lekki, bramkarz bez problemów zbił do boku) i główkę Galana po rogu (prosto w golkipera). Polski zespół oddał łącznie trzy uderzenia. Znacznie większe zagrożenie stwarzali Izraelczycy. Zanim trafili do siatki, mieli dwie dogodne sytuacje. Pierwszą zażegnał Klemenz, wykonując interwencję z gatunku rozpaczliwych (wybił piłkę spod nóg rywala, choć był spóźniony), a przy drugiej Gieksa miała szczęście, że Boateng nie trafił w piłkę, choć dostał idealną wrzutkę po stałym fragmencie.
A więc na przerwę GieKSa schodziła ze świadomością, że po powrocie na boisko trzeba będzie strzelić trzy bramki, by doprowadzić do dogrywki. No cóż – nie była to najlepsza perspektywa. Mimo to Katowiczanie nie zwiesili głów i na pożegnanie z pucharami rozegrali swoje najlepsze 45 minut w dwumeczu z Hapoelem. Przez długi czas wydawało się, że pod bramką rywala zjadają ich nerwy. Szkurin w prostej sytuacji źle wyłożył koledze. Gdy Nowak stanął przed szansą, sieknął nad bramką po nogach rywala, a Łukasiak będąc na czystej pozycji kopnął w kolegę.
Aż w końcu wpadło po szybkim, dynamicznym ataku. Przy drugim golu znów bohaterem okazał się Wdowiak, który wygrał pojedynek w szesnastce, został trafiony w nogę, wyłożył się, nie było wątpliwości – klarowna jedenastka. Gdy Jędrych wykorzystywał karnego na 2:1, sędzia techniczny pokazywał pięć minut doliczonych do podstawowego czasu gry. W samej końcówce obejrzeliśmy oczywiście oblężenie, lecz niestety – czasu było za mało.
Szkoda, bo rywal naprawdę – jak się okazało – był w zasięgu. Szalona końcówka trochę zamazuje zły obraz GieKSy w tym dwumeczu, niemniej nie możemy zapominać, że polska ekipa została skarcona za proste błędy, które na tym poziomie nie mogą się przytrafiać. Tyle dobrego, że zwycięstwo przy Bukowej pomoże polskim zespołom w rankingu. Zawsze to jakaś zdobycz.
Dla GieKSy cała ta pucharowa przygoda to koniec końców i tak duże wydarzenie, zwłaszcza że jeszcze zimą była w strefie spadkowej Ekstraklasy. Nie ma co płakać też o tyle, że przejście Izraelczyków i tak pewnie nie przełożyłoby się na awans do fazy ligowej. Raczej nikt nie zakładał, że zespół, którego masa braków wychodzi na tle Hapoelu, będzie w stanie powalczyć z Atalantą. I tak GKS by w fazie ligowej nie zagrał, i tak.
„Red is bad”. Oprawa GKS-u Katowice na mecz z Hapoelem
Kibice GKS-u Katowice przy okazji rewanżowego starcia z Hapoelem Tel Awiw zaprezentowali oprawę z hasłem „Red is bad”. To nawiązanie do skrajnie lewicowych przekonań najzagorzalszych fanów izraelskiego zespołu.
– Skrajnie lewicowi. Tak się ich określa. Fakt, łatwo ich tak zaszufladkować, szczególnie w rzeczywistości Izraela, gdzie przeważającym nurtem na trybunach i w medialnej rzeczywistości jest jednak nacjonalizm. Fani Hapoelu – nie tylko tego z Tel Awiwu, ale ten, jako klub z tych wszystkich przez lata największy, stał się głównym reprezentantem dawnych tradycji – stoją do tego w opozycji. A więc tak: w herbie jest sierp i młot, na trybunach często „gościł” Che Guevara. To wszystko prawda. Do dziś zresztą tak to funkcjonuje. W badaniach – wykonanych w formie ankiet – sprzed kilku lat, które przeprowadził Daniel Regev, izraelski socjolog, a prywatnie kibic Hapoelu, pytał tamtejszych kibiców, jakimi słowami by się określili i opisali ważne dla nich (i klubu) wartości. Najczęstsze odpowiedzi?
[…] W tym kontekście należy odbierać oprawę GKS-u Katowice ze środowego spotkania z Hapoelem w eliminacjach Ligi Konferencji.
gol24.pl – Dzielny GKS Katowice walczył do samego końca. Sensacyjny wynik w rewanżu III rundy el. Ligi Konferencji
Niestety! Mimo walecznej postawy GKS Katowice żegna się z europejskimi pucharami, a sen o fazie ligowej Ligi Konferencji skończył się na III rundzie eliminacji z Hapoelem. Podopieczni trenera Rafała Góraka mogą jednak schodzić z podniesioną głową. Wygrali na odchodne po dwóch golach w końcówce przy Nowej Bukowej.
GKS Katowice liczył na odrobienie strat z pierwszego meczu w III rundzie el. Ligi Konferencji, tak jak zrobił to wcześniej w dwumeczu ze słowacką Żyliną. Skala trudności okazała się dla podopiecznych trenera Rafała Góraka nie do przeskoczenia. Hapoel Tel‑Awiw był rywalem z innej półki i mocniejszym dla polskiego klubu.
Nie pomogła żółta ściana, którą utworzyli licznie przybyli kibice gospodarzy. Dla nich to i tak było wielkie święto oraz piękna przygoda – ich drużyna po 23 latach wróciła i zaprezentowała się godnie. Fani na Nowej Bukowej nie zawiedli: najpierw pokazali efektowną kartoniadę, którą zagrali na nosie kibicom przyjezdnym, a w drugiej połowie na trybunie za jedną z bramek zaprezentowali dużą oprawę z hasłem „Żółta ściana”.
O wyniku w dwumeczu decydował tylko jeden gol przyjezdnych. W 23. minucie Gabriela Kobylaka z najbliższej odległości pokonał Stav Torial, który zaskoczył polską drużynę również przed tygodniem w pierwszym meczu.
W drugiej połowie polska drużyna, nie mając już nic do stracenia, ruszyła do zdecydowanych ataków. Początkowo długo nie potrafiła znaleźć drogi do siatki, a z piłką mijał się Ilja Szkurin. Białoruski napastnik nie pomylił się w 83. minucie, przytomnie trącając piłkę po dośrodkowaniu ze skrzydła i wbił ją do niemal pustej bramki.
Przed końcem rywalizacji sfaulowany w polu karnym został Mateusz Wdowiak, który wywalczył jedenastkę. Sędzia bez większego zastanowienia wskazał na jedenasty metr, a bramkę kontaktową (w dwumeczu) zdobył Arkadiusz Jędrych.
wkatowicach.eu – GKS kończy przygodę z europejskimi pucharami. Zwycięstwo nad Hapoelem Tel Awiw nie dało awansu
GKS Katowice zakończył swoją europejską przygodę. W trzeciej rundzie eliminacji Ligi Konferencji UEFA rywalem GieKSy był Hapoel Tel Awiw. Izraelski klub wygrał pierwsze spotkanie 2-0. Rewanż odbył się 12 sierpnia na Arenie Katowice. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1, co nie dało GieKSie awansu do dalszych rozgrywek.
Za nami drugi pojedynek w ramach eliminacji Ligi Konferencji UEFA, w którym GKS Katowice zmierzył się z zespołem Hapoel Tel-Awiw. Stawka była wysoka, bo rywale wygrali pierwszy mecz 2:0. Żeby awansować GKS musiał strzelić więcej bramek. Spotkanie odbyło się na Arenie Katowice.
W pierwszej połowie meczu goście mocno walczyli, by zdobyć bramki i obronić swoją. Pierwszy gol padł dla Tel-Awiwu w 23. minucie. I z takim wynikiem zakończyła się ta część gry. W drugiej połowie GieKSa weszła w grę mocniej. Wykorzystywała okazje. Końcówka meczu przyniosła ogromne emocje. Pierwszą bramkę dla GKS-u wbił Ilia Shkuryn po podaniu Mateusza Wdowiaka. Kolejny celny strzal oddał Arkadiusz Jędrych w ramach karnych. Tym samym GieKSa prowadziła już 2:1.
Niestety w doliczonym czasie nie udało się strzelić kolejnej bramki. Oznaczało to, że pomimo wygranego przez GieKSę meczu to Hapoel Tel-Awiw awansował do kolejnego etapu rozgrywek.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice pożegnał się z Europą. I na pewno nie ma się czego wstydzić
Dwa zwycięstwa i dwa remisy oraz po sześć strzelonych i straconych goli w eliminacjach Ligi Konferencji. Pierwszy od 23 lat start GKS-u Katowice w europucharach trzeba zapisać na plus.
Najważniejsze było pokonanie przynajmniej pierwszej przeszkody. I to się udało. W II rundzie kwalifikacji Ligi Europy GKSKatowice wyeliminował słowacką MSK Żylinę przegrywając na wyjeździe 1:2 (gol Lukasa Klemenza) i wygrywając u siebie 3:1 strzelali Zrelak, Mateusz Wdowiak, Ilia Szkurin). W kolejnym etapie piąty zespół PKO Ekstraklasy zmierzył się z izraelskim Hapoelem Tel Awiw. W Miszkolcu po bardzo słabym występie było 0:2. Także środowy rewanż zaczął się fatalnie – kolejna seria błędów w obronie pozwoliła gościom na zdobycie prowadzenia w 22 minucie. Później „Robotnicy” kontrolowali mecz, jednak w końcówce, gdy ich szkoleniowiec dokonał kiepskich zmian, a Rafał Górak trafionych, sytuacja się zmieniła. Ilia Szkurin (83) i Arkadiusz Jędrych (89-karny, podyktowany za faul na Mateuszu Wdowiaku) sprawili, że do dogrywki potrzebny był jeszcze tylko jeden gol. Katowiczanie szturmowali, kibice znakomicie dopingowali, ale upragniona bramka już nie padła i do finałowej rundy, gdzie czekała Atalanta Bergamo awansował Hapoel.
GKS na pocieszenie podtrzymał trwającą od 8 listopada 2025 serię występów bez porażki na swoim stadionie. Zyskał też bezcenne doświadczenia.
– Siedem lat temu wróciłem do GKS Katowice i byliśmy na trzecim poziomie rozgrywkowym. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że dzisiaj będę się żegnał z pucharami i miał w sobie ogromny niedosyt, to może nie, żebym nie wierzył, ale to byłyby marzenia niesięgające mojej głowy – stwierdził trener Rafał Górak. – To jest nasz trzeci sezon w ekstraklasie, po 23 latach zagraliśmy w pucharach. A trzeba pamiętać, że drużynę budujemy z trochę innym rozmachem niż inni, budowani poprzez takie, a nie inne finansowanie. Nie narzekam, tylko zdaję sobie sprawę i twardo stąpam po ziemi, że musimy ten rozwój robić małymi krokami.
GKS na starcie w Pucharach zarobił 350.000 euro plus zyski z organizacji dwóch domowych spotkań oraz związanych z nimi wpływów z dnia meczowego.
– Dziękuję naszym kibicom, byli cudowni dla nas w każdym z tych czterech pucharowych wieczorów. Dawali nam ogromną siłę. W środę na Bukowej znowu było magicznie i skoro mieliśmy zaćmienie słońca, to Bukowa kilka razy błysnęła czymś spektakularnym – podkreślił szkoleniowiec. – Finalnie kończymy, wszystkim bardzo dziękuję. Jestem z drużyny bardzo zadowolony. To jest kapitalne zmierzyć się z tym wszystkim, co te rozgrywki dają. Oczywiście jest trochę żalu, że nie zagramy z Atalantą, byłoby niesamowite zmierzyć się z rywalem klasy mega top, ale nie bierzemy tego jako totalny smutek.
Piłkarze podzielali odczucia trenera.
– Będziemy robić wszystko, żeby wrócić do europejskich rozgrywek. Te cztery mecze to była świetna sprawa – deklarował Lukas Klemenz.
W niedzielę GKS wróci do rozgrywek Ekstraklasy wyjazdowym meczem z Motorem.
– Mamy ligę i Puchar Polski, dwie ścieżki, w których zostaliśmy, będziemy chcieli dalej się rozwijać i robić postępy – deklaruje Rafał Górak. – Także dzięki tym ogromnym doświadczeniom z Ligi Konferencji, choćby w graniu w takiej częstotliwości, wypróbowaniu szerokości naszej kadry i sprawdzeniu czy ona funkcjonuje tak, jakbym sobie życzył. I jest dużo elementów, z których wyciągamy pozytyw.
polsatsport.pl – Wygrana w rewanżu nie wystarczyła
GKS Katowice zakończył przygodę w europejskich pucharach. Zespół z Górnego Śląska pokonał w rewanżowym starciu trzeciej rundy eliminacji Ligi Konferencji Hapoel Tel-Awiw 2:1. W pierwszym meczu przed tygodniem Izraelczycy wygrali jednak 2:0 i dzięki temu to oni awansowali do następnej fazy.
[…] Gospodarze wyraźnie uwierzyli, że stać ich na historyczną remontadę. Rzucili się do szaleńczych ataków, a po jednym z nich sędzia podyktował rzut karny dla Katowiczan. Stały fragment gry wykonał kapitan Arkadiusz Jędrych i nie pomylił się. W dwumeczu zrobiło się 2:3.
Choć GKS ze wszelkich sił parł po jeszcze jednego gola, ostatecznie drużynie nie udało się go strzelić. Dzięki zaliczce z pierwszego spotkania to Hapoel awansował do czwartej rundy eliminacji.
sportowefakty.wp.pl – GieKSa ruszyła dopiero w końcówce. Izraelczycy wyrzucili Katowiczan za burtę
GKS Katowice przespał prawie cały dwumecz z Hapoelem Tel Awiw, a przebudzenie w samej końcówce nie wystarczyło. Mimo zwycięstwa 2:1 przed własną publicznością, GieKSa łącznie poległa 2:3 i żegna się z eliminacjami Ligi Konferencji.
[…] GKS Katowice zaczął stwarzać zagrożenie około 20. minuty. Bartosz Nowak postraszył rywali bezpośrednim uderzeniem z rzutu wolnego, zmuszając do interwencji Assafa Tzura. Następnie Borja Galan po dośrodkowaniu Nowaka strzelił głową prosto w bramkarza.
Gdy wydawało się, że gospodarze nabierają wiatru w żagle, Hapoel ostudził ich zapał. W 23. minucie sekwencja błędów obrony GKS-u zaczęła się od Alana Czerwińskiego. Roei Alkukin swoim podaniem uruchomił Stava Turiela, który stanął oko w oko z Kobylakiem i silnym strzałem przełamał ręce golkipera.
Turiel wyrósł na kata katowickiego zespołu. Ten sam piłkarz trafił do siatki także w pierwszym spotkaniu pomiędzy tymi drużynami. Kolejną bramkę Turiel mógł zdobyć po piekielnie silnym uderzeniu z dystansu, natomiast Kobylak z trudem interweniował.
Po przerwie Nowak raz jeszcze spróbował swoich sił z rzutu wolnego. Było groźnie, jednak kluczowy gracz GKS-u niestety nie trafił w światło bramki. Z kolei Ilja Szkurin miał naprawdę dobrą okazję bramkową i przegrał pojedynek z Tzurem.
Dopiero siedem minut przed upływem podstawowego czasu gry GKS sforsował defensywę drużyny przeciwnej. Mateusz Wdowiak ruszył lewą flanką, płasko dograł w pole karne i Szkurin znalazł sposób na bramkarza Hapoelu.
Szymon Bartlewicz również stworzył zagrożenie na połowie rywali. Tzur wyciągnął się jak struna po strzale z daleka pomocnika GKS-u.
Wdowiak dał świetną zmianę. Właśnie po faulu Fernanda Mayembo na nim sędzia wskazał na wapno. Arkadiusz Jędrych ustawił sobie piłkę na 11. metrze i uderzeniem w lewą stronę zmylił bramkarza.
przegladsportowy.onet.pl – GKS Katowice był o krok od cudu. Thriller w końcówce. I ten jeden błąd
GKS Katowice pokonał Hapoel Tel-Awiw 2:1, ale z powodu porażki we wcześniejszym meczu 0:2 jako pierwszy z piątki polskich zespołów grających w pucharach odpadł z rywalizacji. Gospodarze zbyt późno rzucili się do odrabiania strat i mimo wielkich emocji w końcówce nie dali rady awansować.
[…] W porównaniu do pierwszego meczu z Hapoelem trener Rafał Górak dokonał aż pięciu zmian w pierwszym składzie. Alan Czerwiński, Mateusz Kowalczyk, Marcin Wasielewski, Marcel Wędrychowski i Ilja Szkurin zajęli miejsce Pau Resty, Erika Jirki, Kacpra Łukasiaka, Emana Markovicia i Adama Zrelaka.
Odmieniony GKS przeważał, ale od początku meczu znów goście byli groźniejsi. Przez pierwsze 20 minut gry, goście strzelali cztery razy, a gospodarzy ani razu. Potem jednak najpierw Bartosz Nowak strzelał z wolnego, bramkarz wybił na rożny, po chwili strzelał Borja Galan, ale w odpowiedzi goście wyprowadzili kontrę i Stav Turiel pokonał Gabriela Kobylaka.
Po tym golu szanse na awans GKS mocno spadły. Gospodarze byli bezradni. Do przerwy mieli piłkę przez 59 procent czasu gry, ale niewiele z tego wynikało.
W drugiej połowie GKS mocniej przeważał i coraz bardziej naciskał. Po niespełna godzinie niezłą okazję miał Szkurin, ale za długo zwlekał ze strzałem, potem Nowak strzelił nad bramką.
Gospodarze mieli nawet okazję, by przynajmniej doprowadzić do wyrównania, jak w 79. minucie, gdy Łukasiak miał wyłożoną piłkę na 12. metrze, ale został zablokowany.
W końcu w 84. minucie lewym skrzydłem urwał się wprowadzony na boisko dosłownie chwilę wcześniej Wdowiak, dograł do Szkurina, który wyprzedził obrońców gości i strzałem z bliska doprowadził do wyrównania.
Gol uskrzydlił gospodarzy i trzy minuty później po szybkiej akcji gospodarzy Wdowiak został sfaulowany w polu karnym. Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych. Bramkarz gości Assaf Tzur tańczył na linii, ale wiele to nie dało. Polak zmylił go i trafił na 2:1.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Piastem
Kolejne derby za nami – tym razem niestety przegrane. To był drugi z wyjazdowej serii trzech meczów. Za tydzień gramy kolejne spotkanie w Lubinie i tam będziemy walczyć o zwycięstwo, by jednak z delegacji wrócić z pokaźnym dorobkiem punktowym. Tymczasem wracamy po raz ostatni do piątkowego starcia w Gliwicach.
1. Dla mnie „wyjazd” rozpoczął się już w czwartek. Zadecydowała logistyka i chęć oddechu. Co do logistyki, to powód był prozaiczny. Wiedząc, że w piątek będę mógł dotrzeć na mecz dopiero na styk, chciałem sobie zapewnić miejsce parkingowe. Wziąłem więc po prostu nocleg, a nawet dwa, żeby zapewnić sobie pełen komfort. Ale ten parking to był tylko jeden z powodów.
2. No i zawsze pretekst do tego, żeby pospać w mieście rywala jest dobry. Przez to zaraz po przyjeździe na miejscówkę, którą miałem niecały kilometr od stadionu, udałem się właśnie pod stadion Piasta, żeby zrobić nagrywkę w przeddzień meczu.
3. Sam pokój taki w stylu loft był jednak bardzo schludny i czysty. Trzeba było jednak uważać na jeden stopień, co jest eufemizmem. To po prostu była zmiana kondygnacji. Kilkadziesiąt centymetrów wyżej.
4. A miejscówka była nieopodal Radiostacji Gliwice. Dzięki temu dowiedziałem się, że w piątek równolegle będą odbywać się dwie imprezy kulturalne – w odległości około dwóch kilometrów. Pierwszy to mecz Piast Gliwice – GKS Katowice, w drugim koncert z udziałem legendarnej Beaty Kozidrak.
5. Wracając do wspomnianej nagrywki. Zahaczyłem jeszcze o sklep Piasta, który był otwarty. Piast, nie sklep. Znaczy sklep, nie Piast. Niestety nie mieli proporczyków, pani powiedziała, że w tym sezonie jeszcze nie było. Ogólnie uważam to za słabość wielu klubów. Proporczyki, jak szale, powinny być jednym ze sztandarowych produktów i być dostępne przez cały czas.
6. Nagrywkę przed stadionem, nazywanym żartobliwie przez kibiców innych klubów Tesco Arena, zrobiłem. Mnie tam się ten stadion z zewnątrz podoba. Mimo, że „nowy” to ma swój vibe elewacji na przykład Stomilu Olsztyn czy… Bukowej. Taki socjalistyczny. Zakład pracy jakiś, fabryka.
7. Małe zakupy i zamówienie hambuksa w Wilku. Nie byłem teraz głodny, ale zamówiłem, żeby na wieczór przyjść i odebrać. Tak między meczami, bo przecież czwartek był napakowany kilkoma spotkaniami Pucharu Polski, no i zaległościami ligowymi.
8. No i tak też zrobiłem, najpierw Raków – Górnik przy herbatce. Górnik nie załamał się porażką GieKSą i pewnie wygrał to spotkanie. Z małymi problemami w końcówce. I gdy Raków cisnął do wyrównania, Diaby-Fadiga zachował się idiotycznie, dostał czerwień i tyle było z marzeń o remisie.
9. Raków po sześciu meczach ligi ma sześć porażek. Niepojęte. A chcą zabrać Fejaka, czyli kolejny strzał w kolano. Niebywałe, jak wiele błędów tam ostatnio popełniają.
10. Na obrazku zupełnie to nie wygląda, ale burger był znakomity. Z chorizo i jalapeno. Polecam tego Allegrowicza. Konsumowałem to jadło przy meczu Śląska z Pogonią w Pucharze Polski. Jak widać – na obrazku – znów gola strzelił Samiec-Talar. Znakomity sezon tego zawodnika, byłego zawodnika GKS, który wówczas jednak nie był czołową postacią drużyny.
11. Śląsk wygrał to spotkanie i odprawił Pogoń z kwitkiem. Tak więc po dobrych występach w ostatnich latach w pucharze, tym razem Szczecinianie mogą pomarzyć. I jeśli chcą jakieś tituli mieć, to muszą wygrać ligę.
12. Potem jeszcze kuknąłem Lecha z Jagą, ale pierwszą połowę, bo już spać mi się chciało. Drugą obejrzałem rano. Bramka Kobayashiego to coś niebywałego. Tak huknąć. Znakomity gol. A Lech się po Aarhus otrząsnął i wygrywa kolejne mecze jak leci.
13. Zazdro jeśli chodzi o Lecha i Jagę. Obie ekipy sobie zagrają z Crystal Palace czy Sunderlandem. No i inni przeciwnicy w Lidze Europy. Musimy jako klub dążyć do tego, żeby mieć szansę na takie świetne mecze. Wygrać Puchar Polski i fazę grupową pucharów będziemy mieli zapewnioną.
14. Nazajutrz udałem się na spacer do cukiernio-śniadaniowni Cacy. Mijałem traktory. Spacer był sympatyczny, a śniadanie piękne i smakowite. Pani co prawda była jakaś smutna, ale to pewnie dlatego, że musiała wybierać pomiędzy Beatą, a meczem Piasta. Ciekawe co wybrała.
15. A żyrafy mówią „no elo”. Co ciekawe w tym miejscu, w którym miałem nocleg jest… drukarnia. Normalnie działająca, pracująca w piątek. Dość specyficzne to było.
16. Wkrótce musiałem się udać do… Katowic. Wzywały obowiązki zawodowe. Dlatego też właśnie logistyka tego wszystkiego była specyficzna. Na 14.30 chciałem być w Katowicach, by o 19.00 z powrotem jechać do Gliwic i mieć jeszcze zapas.
17. Gdy szedłem już na mecz – bo zaparkowałem na miejscówce – rzeczywiście w tych małych uliczkach między domkami było pełno samochodów. Zastanawiałem się, jak to tolerują mieszkańcy, że im przed działkami ciśnie się masa aut, gdy tylko jest mecz. No ale cieszyłem się z dokonanego wyboru i braku stresu. Nawet nie chodzi o stres związany ze znalezieniem miejsca, co o to, że w takiej ciasnocie bałbym się, że jeden czy drugi ancymon poskrobie mi auto po marchewkach.
18. Pod stadionem było już dużo ludzi. Do meczu pozostawało około pół godziny. Wspomnę, że po drodze zahaczyłem znów o Wilka, żeby zamówić na „po meczu”. Ustaliłem godzinę 23.50, czyli 10 minut przed zamknięciem. Musiałem więc liczyć, że nie przedłuży się ani mecz, ani konferencja.
19. Znów autokar, który można sobie zwiedzić. Autokar Piasta. Tak samo było w maju. Nie lada gratka dla fanów.
20. Akredytację odebrałem bez problemu, no i skierowałem się na stadion. Przez to, że dopiero co graliśmy w Gliwicach miałem wrażenie, że zarówno pani na bramie, jak i pan na schodach to ci sami ludzie.
21. Wszedłem więc po tym rusztowaniu, zrobiłem herbatkę i udałem się na prasówkę. Niestety z racji krótkiego czasu do pierwszego gwizdka, dobre miejsca prasowe były już zajęte, więc musiałem zejść do najniższego rzędu. Z niecierpliwością czekałem na mecz.
22. Ciasnota, jak to na Piaście. Jednak w tym najniższym rzędzie trochę dalej był jakiś facet, a poza tym dużo luzu. No i na początku rzędu dwóch sympatycznych jegomości. Nikt więc nie przechodził, żeby musieć wstawać. Co prawda wołał ten jeden pan dwa razy takiego grubasa, ale on chyba był świadomy, więc nie decydował się przeciskać w tym miejscu.
23. Blaty pochyłe, ale powiedzmy w miarę. Jednak trochę vibe pierwszoligowych prasówek. No może pogranicza między zapleczem, a ekstraklasą. Najważniejsze, że prąd był i przede wszystkim – znakomicie działał internet, co jak wiemy nie jest oczywistością…
24. Kibice obu drużyn od razu zaczęli mocno dopingować. Na trybunach znów więc mieliśmy świetne widowisko.
25. Z wydarzeń boiskowych mogli być zadowoleni jedynie kibice Piasta. Bo już w piątej minucie objęli prowadzenie, a cały mecz wygrali 3:0. Tym samym Piast powtórzył wynik z sezonu 2011/12, kiedy to również w tych rozmiarach pokonał GKS. Wówczas Gliwiczanie awansowali do ekstraklasy.
26. To była jakaś totalnie dziwna historia, związana chyba z budową stadionu. Na wiosnę Piast zagrał tylko dwa mecze na wyjeździe, resztę u siebie. Ale by pykło nam coś takiego. Mistrz na wiosnę gwarantowany (oczywiście po wygrzebaniu się z ostatniego miejsca z powodu gry na wyjazdach na jesieni).
27. Ciekawostką jest to, że jak teraz nam strzeliło bramki dwóch Hiszpanów – Juande Rivas i Hugo Vallejo, to w tamtym meczu z 2012 trafił również obywatel Półwyspu Iberyjskiego – Ruben Jurado. Nie leżą nam ci gliwiccy Hiszpanie.
28. Nie leży nam ten stadion, oj nie leży. Dla mnie to była szósta wizyta w Gliwicach – bo byłem jeszcze na meczach na starym stadionie – i czwarta porażka. Poza tym zaledwie dwa remisy. Piast u siebie z GieKSą nie przegrywa.
29. Po awansie do ekstraklasy Gliwiczanie nadal pozostają jedną z trzech ekip, które ciągle za naszej bytności w niej są, a z którą nie wygraliśmy. Pozostałymi są Legia i Lech. Może przynajmniej z Warszawianami czy Poznaniakami uda się przełamać tę złą passę.
30. No i po meczu nagrywka i na konferencję prasową. Bartka Nowaka brali do Super Piątku, a my czekaliśmy na trenerów. Jakoś wyjątkowo długo, a na Górniku tydzień temu było krótko.
31. W końcu przyszli szkoleniowcy – Rafał Górak, potem Daniel Myśliwiec. Uwinęliśmy się jakoś z pytaniami i powoli zacząłem montować konfę, ale zbliżała się północ. Toteż około 23.40 wyszedłem, aby odebrać swoje zamówienie.
32. Wróciłem na kwaterę, dokończyłem konferencję, zobaczyłem, co tam Bartek miał do powiedzenia, no i z rozczarowaniem zakończyliśmy swój udział w tej kolejce.
33. Wracając widziałem ludzi, którzy już wracali z koncertu. Uraczyli się może bardziej Beatką z Bajmu, niż kibice gości meczem. Ale tak to bywa.
34. Tylko trzy punkty w Lubinie!






























Najnowsze komentarze