Dołącz do nas

Felietony

Mandrysz i krypto-Dudkowie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W poprzednich sezonach z niecierpliwością oczekiwaliśmy na spotkania z Zagłębiem Sosnowiec – spotkania o dużym nasileniu emocjonalnym, dodatkowo bardzo ważne z czysto piłkarskiego punktu widzenia, na czele z wiosennym – prawdopodobnie kluczowym w kontekście ukształtowania pseudoekipy Jerzego Brzęczka na całą wiosnę.

Przebieg tych spotkań, to cios w serce każdego kibica, który widział dwie klęski w meczach, których GKS nie miał prawa przegrać. Mecz w marcu br. był zapowiedzią frajerstwa tego zespołu, był tak tragicznie zepsuty, tak skandalicznie rozegrany w drugiej połowie, że na dobrą sprawę już za to trzeba było większość tamtej bandy zesłać do rezerw. Niestety, po meczu (i przez wiele następnych kolejek) żyliśmy złudzeniem, że nie można nic zmieniać, bo ciągle są szanse – choć te szanse wynikały wyłącznie z masowych strat punktów przez inne zespoły.

Pisaliśmy wtedy zaraz po meczu, że „psychoterapeuta tego zespołu potrzebny od zaraz”. My, kibice ostrzegaliśmy, nie posłuchał tego ani trener, ani prezes, tylko dalej bawili się w gadkę „ciągle są szanse”. Efekt widzieliśmy, opłakany na koniec sezonu, a degrengolada klubu teraz jest przykrą konsekwencją braku awansu, a jako składowej – fatalnej porażki na Ludowym.

Teraz sytuacja jest inna. Nikogo z kibiców GKS mecz w Sosnowcu nie elektryzuje. Oczywiście w dużej mierze z powodu braku wyjazdu związanego z kolejną decyzją wybitnie antykibicowskiego wojewody. Jednak ten mecz nie elektryzuje kibiców w ogóle typowo piłkarsko. Nie ma prawa elektryzować, bo ekipa klozetowa spowodowała, że sympatycy GKS nie oczekują na spotkania swojego zespołu z radością, tylko z kompletną obojętnością.

Natomiast interesujące wydaje się, jak do tego spotkania podejdzie Piotr Mandrysz, trener, który jest doświadczony przez klub z Sosnowca bardzo dotkliwie. Przypomnijmy – Piotr Mandrysz prowadził Zagłębie niecałe dwa miesiące w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu. Tak naprawdę to jakiegoś wielkiego pożaru nie musiał gasić, bo owszem – zespół w dwóch poprzedzających jego przyjście meczach przegrał z Olimpią i zremisował z Wisłą Puławy, ale wcześniej – z Jackiem Magierą – osiągał bardzo dobre wyniki. Trzeba było więc dobrego trenera zastąpić innym dobrym – bo pojawienie się w klubie Jarosława Araszkiewicza zaraz po Magierze było pomyłką.

Mandrysz w debiucie zremisował z Bytovią, a potem wygrał z Miedzią i Wigrami. Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu, jednak potem przyszły porażki ze Stalą, Chrobrym, remis z Chojniczanką i klęska 0:3 w Tychach. Kryzys zespołu był aż nadto widoczny i nie zmieniło tego nawet zwycięstwo w ostatnim jesiennym meczu w Siedlcach. Wręcz – przeciwnie. Rozpętała się burza, na którą i tak się zanosiło już wcześniej. Po spotkaniu przed kamerami Polsatu wypowiedział się posadzony na ławę Sebastian Dudek, który stwierdził:

Przykre to jest… Praktycznie przez dwa i pół roku jestem tutaj i grałem w 98 proc. spotkań w pierwszym składzie, jeszcze pełnię rolę kapitana, i tak się nie robi – że sadza się na ławce rezerwowych bez żadnego słowa.

Dostało się trenerowi Mandryszowi.

Osoba, która nas prowadzi, praktycznie z nami nie rozmawia. Nie ma też między nami chemii, co widać i tego na dobrą sprawę nie ukryjemy. Te kilka kolejek było męczarnią… Nie zgodzę się na takie traktowanie przez osoby, które nas prowadzą. Sam chcę być trenerem i na takie rzeczy nigdy sobie nie pozwolę.

Przytoczmy, jak do całej sytuacji odniósł się trener Mandrysz w wywiadzie dla GieKSa.pl w lipcu:

Bez względu na to,co mnie spotkało w Zagłębiu uważam, że niedopuszczalne jest zachowanie, by podopieczny stawał w przeciwwadze do przełożonego. To jest zachowanie skandaliczne. Ja w swojej karierze zawodniczej współpracowałem z wieloma trenerami, na temat każdego z nich miałem swoje zdanie, ale na boisku i w szatni starałem zawsze być profi i spełniać te obowiązki, które nakreślił przełożony. Wiem, że tego typu rzeczy się zdarzają i mnie to dotknęło osobiście, wszyscy wiemy też jaki był tego epilog w Sosnowcu.

A epilog był taki, że w Sosnowcu pożegnano się z zawodnikiem, ale dopiero po kilku miesiącach. Na tamten gorący moment to piłkarz wygrał tę „wojenkę” i z klubu odszedł trener.

Minęło 10 miesięcy i tak jak napisaliśmy – pojawia się pytanie, jak podejdzie do tego spotkania szkoleniowiec. Jeszcze kilka tygodni temu powiedzielibyśmy, że ten mecz będzie wyjątkowo prestiżowy dla niego, że będzie chciał po prostu solidnie się odegrać i utrzeć nosa klubowi, który wziął stronę piłkarza w tym konflikcie. Sytuacja się jednak trochę zmieniła i wydaje się, że na chwilę obecną szkoleniowiec ma tysiąc innych zmartwień niż jakieś tam odgrywanie się.

Jeśli GieKSa by punktowała, wygrywała i grała dobrze, to trener miałby podstawy do tego, by myśleć w dużej mierze o rewanżu. A teraz?

Teraz, trener próbuje – z bardzo mizernym skutkiem – ogarnąć bandę nieudaczników. Być może pod kątem wyników na własnym boisku notuje najgorszy moment w trenerskiej karierze. Kto nie przyjeżdża na Bukową – dostajemy w tytę. Z bardzo słabą grą, z brakiem atutów nawet w starciu ze słabymi przeciwnikami.

Trener się w tym wszystkim gubi, zniknęła charyzma, z której jest znany. Podejmuje dziwne decyzje kadrowe, stawia na zawodników bez formy lub bez chęci gry w piłkę, dziwnie przypasowuje ich do pozycji na boisku. Nie wiemy, czy to jest wiara trenera w powodzenie danego manewru czy akty desperacji. Można jedynie podejrzewać, że myśli sobie „po co mi to było…”.

Tak naprawdę teraz nie ma co myśleć o rewanżu osobistym, tylko o jakimkolwiek poukładaniu rozpieprzonej drużyny. Przecież nawet dwie wygrane nie pomogły temu zespołowi, nawet dwa tygodnie przerwy nie spowodowały poprawy (a jest jeszcze gorzej). Zespół jest słaby, niepoukładany, bez ambicji i do tego jeszcze sam sobie strzela kuriozalne bramki. Gdzie tu myśleć o odgrywaniu się?

Do tego to nie trener gra w piłkę. To już nie ten moment, gdy widząc nieporadność podopiecznych sam się wprowadza na boisko, tak jak to zrobił kiedyś w Radomsku w barażu o ekstraklasę. Wielu kibicom wydaje się, że szkoleniowiec tak niesamowicie na tej jeden mecz zmotywuje zawodników, że ci będą dla niego gryźć trawę, jak nigdy wcześniej.

To naiwne myślenie.

Najprawdopodobniej będą to mieli w dupie. Zagrają jedynie wtedy, kiedy im się zachce. Tak jak robili to za Moskala, za Brzęczka i tak jak to robią teraz.

To piłkarze decydują, jak będzie przebiegał mecz. Kiedy grają z trenerem, kiedy przeciw niemu, kiedy tak, żeby się wypromować, a kiedy tak, żeby odbębnić 90 minut i jechać na dyskotekę lansować się swoim prestiżowym zawodem.

Sprawa nie jest więc tak oczywista. Są co najmniej dwa powody, dlaczego przewidywania sprzed kilku tygodni mogą wziąć w łeb, czyli dwa wspomniane:

– trener w obliczu beznadziejnej sytuacji drużyny i krytyki, która na niego spadła musi się jakoś ratować
– piłkarze mogą mieć gdzieś jego prywatne porachunki.

Oczywiście to wszystko nie oznacza, że mecz będzie wyglądał tak, jak ostatnie kolejki. Może się zdarzyć tak, że właśnie piłkarzom się zachce walczyć, zachce im się grać i wygrają. To nie jest niemożliwe, tym bardziej patrząc na formę Zagłębia. Przecież z mocną Chojniczanką zawodnikom się na chwilę zachciało i zamydlili wielu osobom oczy, że jednak może coś z tego będzie.

To, że oni grają, kiedy im się chce angażować jest nawet gorsze niż gdyby olewali grę cały czas. Zresztą to samo mieliśmy na wiosnę – wygrana w Pruszkowie, wygrana w Puławach, a potem odstawienie żenady u siebie. Wygrana z Tychami, wygrana w Siedlcach, przerżnięcie trzech najważniejszych meczów i utrata marzeń.

Nie ma co liczyć na mądrość tej zgrai. I niestety nie może liczyć na to też trener. W Sosnowcu miał Dudka, tutaj ma kilkunastu takich krypto-Dudków, sabotujących działania zespołu.

I nie zapominajmy, że Zagłębie wygrało z Pogonią czy Puszczą, z którą my przegraliśmy. GieKSa od kilku sezonów jest tą drużyną, na której przełamują się załamani i zrezygnowani przeciwnicy. To dwukrotnie zrobili piłkarze Zagłębia Sosnowiec i to niewykluczony scenariusz na środę.

Nie będziemy więc wam tu ściemniać, że wierzymy. Wierzylibyśmy, gdybyśmy mieli poważną i godną zaufania drużynę. Teraz to, czy GieKSa wygra, przegra czy zremisuje jest w pierwszej kolejności uzależnione od widzimisię zawodników. Dopiero na drugim miejscu jest czysta sportowa rywalizacja, która będzie miała miejsce jedynie wtedy, kiedy akurat włączą oni opcję „chcenia”.

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    stefano

    12 września 2017 at 11:10

    Marzenia o stadionie już sa , teraz będą marzenia o zmianie prezesa.
    Tylu trenerów i piłkarzy już przewinęło się przez ten klub za kadencji Cygana , ze nie wierzę ze to tylko ich wina.
    On jest idealnym prezesem dla Krupy i miasta , a kto wie czego się jeszcze dowiemy o wspólnych relacjach miedzy nimi.

  2. Avatar photo

    mag

    12 września 2017 at 16:02

    Na remis najwyższy kurs 3,25.

  3. Avatar photo

    WIERNY

    12 września 2017 at 18:17

    Do czego to doszło, żebyśmy mieli nadzieję, że słaba ekipa która ponoć walczy o awans zagrała lepiej z sosnowcem. Już chyba wszystkim zaćmiło rozum, czy ktoś pojmie że z tej mąki chleba nie bedzie? Winowajca jest tylko jeden – Cygan, to jest partacz pierwszorzędny, za jego kadencji mielismy już byc kilka razy w ekstraklasie, mieliśmy mase trenerów, transferów. Niestety ciamajda nie potrafi ściągnąc nawet poważnego sponsora i z roku na rok tracimy fanów.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga