Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: gra z kontry nie leży w naszej naturze
Od początku marca ciągnie się niechlubna seria bez zwycięstwa GKS-u na wyjeździe. Spróbujemy ją przerwać w niedzielę, choć zadanie nie będzie łatwe, bo tym razem gościć nas będzie wicemistrz Polski i zdobywca Pucharu Polski, który na dodatek w tym sezonie ligowym nie stracił jeszcze ani punktu. Co więcej, Górnik – bo o nim mowa – nie bywał zbyt gościnny przy okazji naszych poprzednich wizyt w Zabrzu, a od powrotu do Ekstraklasy nie zdobyliśmy przy Roosevelta choćby gola. Czy więc to nasi rywale będą w niedzielę murowanym faworytem? Odpowiedzi na to pytanie szukaliśmy z Przemkiem Czubą z redakcji serwisu Roosevelta81.pl.
Ponad pół wieku czekali kibice Górnika Zabrze na zdobycie Pucharu Polski. Udało się w ubiegłym sezonie, choć muszę przyznać, że z pewnym żalem śledziłem finał na Narodowym, bo nie mogłem pozbyć się myśli, że po drugiej stronie barykady powinniśmy stać my, a nie Raków. Jak w Zabrzu podchodzono do finałowego rywala?
Słyszałem wiele opinii kibiców, którym nie było wszystko jedno, z kim zagramy. Sam byłem wśród nich i marzyłem, abyśmy stawili czoła GieKSie, stało się jednak inaczej. Raków Częstochowa nie postawił nam w tym meczu szczególnie trudnych warunków. Moim zdaniem zabrakło im doświadczenia, szczególnie na trenerskiej ławce, bo dla Michała Gasparika był to kolejny wygrany finał krajowego pucharu, a Łukasz Tomczyk dopiero zbierał trenerskie szlify na tym poziomie. Nasza przewaga była zresztą widoczna nie tylko na murawie, ale i na trybunach. Kibice Trójkolorowych rządzili tego dnia na Narodowym, podkreślali to zresztą nasi piłkarze, bo atmosfera tego dnia była wyjątkowa. Doping był niesamowity, a euforię po zwycięstwie zapamiętam chyba do końca życia. Cieszę się, że mogłem tam być z moją rodziną i przeżywaliśmy to razem.
Jak z kolei oceniasz postawę Górnika w Ekstraklasie? Wicemistrzostwo to sukces czy niewykorzystana szansa na dublet?
Przed sezonem nie zakładałem walki o mistrzostwo – marzyłem o TOP 5, więc nie mogę narzekać na końcowe rozstrzygnięcia, bo przerosły one moje oczekiwania. Nie da się jednak ukryć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Liga zrobiła się bardzo wyrównana i zdarzało się wiele niespodziewanych wyników – faworyci potykali się u siebie, a wygrywały drużyny z drugiego szeregu. Można więc było wykorzystać potknięcia rywali, ale my też mieliśmy swoje problemy. Jesień była nieco słabsza, na co wpływ miały kontuzje kilku zawodników drugiej linii, także Marcel Łubik miewał gorsze momenty w bramce. Przegrywaliśmy u siebie z Termalicą czy Motorem i cenne punkty uciekały. Nie miałem więc przekonania, że tytuł jest w naszym zasięgu. W głębi serca chyba każdy kibic Górnika trochę się łudził, ale szczerze mówiąc w pewnym momencie sezonu dotarło do mnie, że ciężko będzie dotrzymać kroku Kolejorzowi.
Mistrzowie Polski po raz kolejny udowodnili swoją wyższość na inaugurację sezonu – w Superpucharze Polski.
Ciężko oglądało się ten mecz, choć były momenty, jak gol Maksyma, które pozwalały wierzyć, że przechylimy szalę na swoją stronę. Z przebiegu meczu byliśmy jednak zdecydowanie słabsi. Szczególnie rozczarowała mnie gra Górnika w defensywie, bo obrońcy przyzwyczaili nas do zdecydowanie wyższego poziomu. Mimo wszystko nie rozdzierałem specjalnie szat z powodu tej porażki. Był to sam początek sezonu, wstęp do ważniejszych meczów, jakie miały nas czekać w kwalifikacjach do europejskich pucharów. Potraktowałem to spotkanie jako nieco ważniejszy sparing, więc porażka nie wywołała u mnie większego żalu.
Spotkałem się z opinią, że we wspomnianych kwalifikacjach europucharów Górnik wylosował rywali, z którymi równie dobrze mógłby się mierzyć w fazie ligowej. Jak na powrót po latach do Europy wskoczyliście od razu na głęboką wodę.
Trzeba brać za rogi takiego byka, jaki stanął na naszej drodze. Po to się przecież walczy w lidze i Pucharze, aby mieć szansę rywalizować z najlepszymi w Europie. Mimo to rzeczywiście mogliśmy trafić na nieco łatwiejszych rywali. Komentarz każdego z tych pojedynków (rozmawiamy przed rozstrzygnięciem dwumeczu z Monaco – przyp. red.) można zacząć od „szkoda, że…”, bo w obu zdarzały się błędy indywidualne, których można było uniknąć, np. gdyby Urbański lepiej stał w murze, to nie stracilibyśmy gola w Stambule. Za każdym razem brakowało niewiele, ale suma summarum jednak na tyle dużo, że odpadaliśmy. Szczególnie żałuję dwumeczu z Węgrami – zabrakło nieco zimnej krwi lub doświadczenia niektórym piłkarzom, aby rezultat był dla nas korzystny, bo wynik do końca był na styku. Z kolei Fenerbahçe, które na papierze prezentowało się imponująco, w tamtym momencie było w początkowej fazie przygotowań do sezonu i miałem wrażenie, że gdyby tylko chcieli, to zagraliby znacznie lepiej, szczególnie w Zabrzu. Chcieli po prostu przepchnąć ten dwumecz jak najmniejszym nakładem sił i to im się udało.
Na ile szyki trenera Gasparika pokrzyżowała sytuacja w waszej drugiej linii, która z powodu mniej lub bardziej zaskakujących transferów oraz kontuzji wygląda dziś zupełnie inaczej niż na koniec poprzedniego sezonu?
W pewnym momencie rzeczywiście padł na nas blady strach. Korona wykorzystała klauzulę w kontrakcie Patrika Hellebranda, nie mieliśmy więc tutaj zbyt wiele do gadania, bo Lukas Podolski unika kominów płacowych, a tylko znaczna podwyżka mogła zatrzymać Czecha w Zabrzu. Lukáš Ambros odszedł z kolei do Anderlechtu, który przedstawił ofertę na tyle atrakcyjną, że nie było się nad czym zastanawiać. Jak na razie Lukáš radzi sobie świetnie w Belgii, a ja mam satysfakcję, bo zawsze byłem zwolennikiem jego talentu. Jeszcze za czasów Jana Urbana dostrzegałem w nim potencjał do gry ofensywnej. Na domiar złego nieszczęśliwej kontuzji w meczu o Superpuchar doznał Jarosław Kubicki, który upadł tak niefortunnie, że złamał rękę. Ze starej gwardii został więc tylko Lukáš Sadílek, ale z jego formą też różnie bywało. Na ratunek przybyli więc Maximilian Dietz, pozyskany z Celticu Paulo Bernardo, a przede wszystkim Kacper Urbański, który po odejściu Ambrosa z miejsca stał się moim ulubionym piłkarzem Górnika. Kacper dał się poznać polskim kibicom po błyskotliwym debiucie w Reprezentacji, grał w Lidze Mistrzów z Bolonią, po czym znalazł się na zakręcie dobrze zapowiadającej się kariery. Transfer do Górnika pozwolił mu odżyć na nowo i dziś Urbański pokazuje wielką jakość na boisku. Bardzo lubię jego styl i czekam, aż dołoży do tego liczby w postaci goli i asyst. Na razie trafia z karnych i robi to bardzo pewnie.
Trzeba oddać trenerowi, że szybko i skutecznie odbudował linię pomocy – na tyle skutecznie, że w Ekstraklasie nie straciliście jeszcze punktu. Może w tym roku skuteczniej zaatakujecie majstra?
Bardzo chętnie, ale jest zdecydowanie za wcześnie na takie deklaracje. Więcej o formie Górnika będzie można powiedzieć po ośmiu, dziesięciu meczach. Nauczony doświadczeniem poprzedniego sezonu zastanawiam się, czy walka zarówno o czołowe lokaty, jak i o utrzymanie znów będzie tak wyrównana. Poprzednie rozgrywki były pod tym względem niezwykłe, a różnice punktowe niewielkie. O ile rok temu marzyłem o TOP5, tak teraz celuję w ligowe podium. Oczywiście, mistrzostwo jest wielkim marzeniem, ale trudno deklarować takie cele. Dotychczas punktowaliśmy ze Śląskiem i z Wisłą Kraków, a także z Radomiakiem, który słabo wszedł w sezon, przegrywając trzy z pięciu meczów, także z GieKSą, a w Warszawie dodatkowo nie pomagał im bramkarz.
Do rywalizacji z Górnikiem już szykuje się GKS, z którym w ostatnich latach mierzyliście się dość często – w Ekstraklasie, I lidze i Pucharze Polski. Który z tych pojedynków wspominasz szczególnie?
Szczególnie ciepło wspominam nasze pierwsze spotkanie po powrocie GieKSy do Ekstraklasy. Widowisko przy Roosevelta było niezwykłe, bo do Zabrza przyjechała olbrzymia zorganizowana grupa waszych kibiców z kapitalną oprawą, ponadto wielu GieKSiarzy siedziało między nami na pozostałych sektorach. Sam razem z córką oglądałem ten mecz w sąsiedztwie kibiców z Katowic, z którymi sympatycznie rozmawialiśmy o przebiegu spotkania. Wygraliśmy wtedy zdecydowanie, a do siatki dwukrotnie trafił Lukas Podolski. Mimo że mecz nie był zupełnie jednostronny, to wynik 3:0 już tak. W tych samych rozmiarach wygraliśmy zresztą rok później w Zabrzu. Byłem też na ostatnim meczu w Katowicach, przegranym 1:3. Spotkanie było bardzo zacięte, pamiętam kontrowersję po faulu Zreľáka na Hellebrandzie, za który Słowak powinien był otrzymać czerwoną kartkę. Było o to trochę „płaczu” w Zabrzu, ale generalnie GieKSa zagrała wtedy dobry mecz, a pierwsze skrzypce grał jak zwykle Bartek Nowak. Wybiegając myślami do niedzieli obawiam się przede wszystkim tego, co Bartek może zrobić w Zabrzu.
Historia naszych najnowszych pojedynków w Ekstraklasie to solidarne zwycięstwa gospodarzy. Również dziś szykujemy się do wyjazdu do Zabrza jako drużyna, która u siebie nie odpuszcza nikomu, a w delegacji nie może wyrwać choćby remisu. Widziałem na Twitterze, że dyskutowaliście na ten temat w swoim gronie.
Nie oglądałem wprawdzie wszystkich meczów wyjazdowych GKS-u, ale posiłkowałem się obszernymi skrótami i nie mam przekonania, że poza Bukową prezentujecie się znacznie słabiej niż w domu. Zdarzają się wprawdzie indywidualne błędy i czasem aż trudno poznać niektórych piłkarzy, ale organizacja gry i ogólny pomysł trenera Góraka jest cały czas widoczny. Jak już wspomniałem, mam obawy przed ofensywną formą Nowaka, bo ten piłkarz nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Mimo że czasem sprawia wrażenie ospałego, to nagle ni stąd, ni zowąd może zagrać na tyle precyzyjnie z gry lub stałego fragmentu, że kończy się to golem lub asystą. Ostatnio podoba mi się też gra Szkurina i jego współpraca z Nowakiem – nie tylko wykańcza jego akcje, ale też podaje. Strzelał efektowne bramki w lidze i w pucharach, ale pracuje też na rzecz kolegów z drużyny. Ponadto wydaje się, że formę odnalazł Marković, który zdobył kapitalnego gola z Wisłą Płock. Wasza ofensywa prezentuje się więc imponująco i nie jest to czynnik, który w niedzielę można zignorować, bo na wyjeździe nie wszystko wychodzi wam tak dobrze jak w domu.
Wymowny był fakt, że w ostatnim wysoko wygranym meczu z Wisłą na listę strzelców wpisało się pięciu różnych zawodników. Wydaje się więc, że nie wystarczy zatrzymać Nowaka, by zatrzymać GieKSę.
Z drugiej strony przy trzech golach asystował właśnie Nowak, więc jego rola jest nie do przecenienia. Pamiętam, że trener Gasparik próbował już kiedyś manewru z „plastrem”, ale czy sprawdziłoby się to w przypadku Nowaka? Nie jestem przekonany. Kibice Górnika piszą, że zatrzymanie Nowaka to oczywisty sposób na GieKSę. Wszyscy to wiedzą, jednak niewielu potrafi to zrobić. Moim zdaniem lepszym pomysłem na sukces Górnika będzie zabranie piłki GKS-owi, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł całej ofensywie. Zobaczymy, co wymyśli Gasparik.
Jaką drużyną u siebie jest Górnik? Taką właśnie, która zabiera piłkę i dominuje? Jakiego meczu spodziewasz się w niedzielę?
Myślę, że mecz będzie intensywny, mimo że w czwartek gramy w Monaco. Będziemy chcieli dominować i starać się grać piłką. Gra z kontry nie leży w naturze tej drużyny, szczególnie w Zabrzu. Nawet w pucharach staraliśmy się atakować, co szczególnie było widać w końcówce pierwszej połowy z Fenerbahçe. Ostatnio spotkałem się z opinią Wojciecha Kowalczyka, który stwierdził, że po tym, jak Górnik przestanie grać w pucharach, to zabiega każdego w Ekstraklasie.
Ale to chyba dopiero wiosną, bo chyba nie zakładasz, że w czwartek pożegnacie się z Ligą Konferencji.
No właśnie, nie jestem przekonany. Nadzieja wciąż się tli, ale zadanie jest trudne.
Jaki wynik typujesz za to w niedzielę?
Wahałem się, czy nie postawić na remis, ale ostatecznie uważam, że przeważy atut naszego boiska. Nie wygramy już tak wysoko jak w poprzednich latach, ale stawiam na 2:1 dla Górnika.
Na sam koniec, rozmawiając o Górniku nie sposób nie zahaczyć o Lukasa Podolskiego. Już nie jako piłkarz, ale jako właściciel rozdaje dziś karty w Zabrzu. Jak wygląda klub pod jego skrzydłami?
Lukas od początku zaznaczał, że w Zabrzu nie będzie żadnych rewolucji, a raczej ewolucja w poszczególnych obszarach, np. ostatnio w dziale medialnym. Pomysł na pion sportowy pozostaje za to niezmienny – wyszukiwać i promować obiecujących piłkarzy, sprzedając ich z zyskiem. Zarówno transfery wychodzące, jak i sukcesy sportowe pozwalają gromadzić kapitał, który można inwestować w zawodników z coraz wyższej półki. Wprawdzie cienie dawnych problemów organizacyjnych wciąż są widoczne, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni sprzedawać najlepszych piłkarzy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Warto byłoby wykorzystać tych zawodników, którzy dziś zdobywają doświadczenie w europejskich pucharach.
Masz wrażenie, że jesteście w stanie na stałe zadomowić się już wśród najlepszych polskich ekip?
Osobiście uważam, że jesteśmy tego bardzo blisko. Chciałbym, abyśmy regularnie kończyli w TOP5, a ostatnie sukcesy i doświadczenie pucharowe zaprocentowało dodając pewności siebie piłkarzom, a organizacyjnie wznosząc klub na jeszcze wyższy poziom.
Errata po europejskich pucharach
Nie mogłem sobie odmówić ponownego kontaktu z tobą, tuż po zakończeniu meczu Górnika w Monaco. Co można „na gorąco” powiedzieć o tej rywalizacji?
Od samego początku meczu wyglądaliśmy dzisiaj tak sobie. Już pierwsze minuty wskazywały, że nie mamy konkretnego pomysłu na to, jak przedostać się pod bramkę gospodarzy. Były indywidualne próby dryblingów, ale rywale świetnie się ustawiali i dusili nasze akcje w zarodku. Momentami nasi gracze sprawiali wrażenie wystraszonych, grali nerwowo, np. Bochniewicz nieatakowany wybijał piłkę na aut. Popełnialiśmy też dziecinne błędy, jak choćby Sadílek przy wyprowadzaniu piłki podał do rywala, przez co straciliśmy drugiego gola. Nie popisał się też Schulze, zarówno przy pierwszej, jak i ostatniej bramce. Trochę zdziwiła mnie ta nerwowość, bo jako underdog nie mieliśmy nic do stracenia. Przede wszystkim jednak było widać różnicę jakości na korzyść Monaco. Gospodarze przewyższali nas sportowo i tyle. Nadzieję na przyszłość daje bramka Janisa Antiste, że będzie to napastnik, jakiego potrzebujemy przy Roosevelta.
Z jednej strony, każdy z waszych rywali osiągnął swój cel: Fener gra w Lidze Mistrzów, Węgrzy z Budapesztu w Lidze Europy, a Monaco siłą rzeczy w LKE. Przeciwnicy byli więc mocni, ale z drugiej strony trudno przejść do porządku dziennego nad nawet najpiękniejszymi porażkami.
Możemy się pocieszać ładnie przegranymi meczami, ale przynajmniej jeden mecz można było wygrać. Nastroje wśród kibiców były studzone, bo głównym celem jest Ekstraklasa i Puchar Polski, a puchary są tylko dodatkiem. Mimo to fakt, że byliśmy naprawdę blisko rywali, szczególnie Ferencvárosu, sprawiał, że apetyty rosły. Dzisiaj wygląda na to, że ostatni przeciwnik był paradoksalnie najtrudniejszy, więc tym bardziej szkoda, że nie daliśmy rady Węgrom. Stąd moje uczucia są dzisiaj mieszane.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!

Najnowsze komentarze