Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: gra z kontry nie leży w naszej naturze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Od początku marca ciągnie się niechlubna seria bez zwycięstwa GKS-u na wyjeździe. Spróbujemy ją przerwać w niedzielę, choć zadanie nie będzie łatwe, bo tym razem gościć nas będzie wicemistrz Polski i zdobywca Pucharu Polski, który na dodatek w tym sezonie ligowym nie stracił jeszcze ani punktu. Co więcej, Górnik – bo o nim mowa – nie bywał zbyt gościnny przy okazji naszych poprzednich wizyt w Zabrzu, a od powrotu do Ekstraklasy nie zdobyliśmy przy Roosevelta choćby gola. Czy więc to nasi rywale będą w niedzielę murowanym faworytem? Odpowiedzi na to pytanie szukaliśmy z Przemkiem Czubą z redakcji serwisu Roosevelta81.pl.

Ponad pół wieku czekali kibice Górnika Zabrze na zdobycie Pucharu Polski. Udało się w ubiegłym sezonie, choć muszę przyznać, że z pewnym żalem śledziłem finał na Narodowym, bo nie mogłem pozbyć się myśli, że po drugiej stronie barykady powinniśmy stać my, a nie Raków. Jak w Zabrzu podchodzono do finałowego rywala?
Słyszałem wiele opinii kibiców, którym nie było wszystko jedno, z kim zagramy. Sam byłem wśród nich i marzyłem, abyśmy stawili czoła GieKSie, stało się jednak inaczej. Raków Częstochowa nie postawił nam w tym meczu szczególnie trudnych warunków. Moim zdaniem zabrakło im doświadczenia, szczególnie na trenerskiej ławce, bo dla Michała Gasparika był to kolejny wygrany finał krajowego pucharu, a Łukasz Tomczyk dopiero zbierał trenerskie szlify na tym poziomie. Nasza przewaga była zresztą widoczna nie tylko na murawie, ale i na trybunach. Kibice Trójkolorowych rządzili tego dnia na Narodowym, podkreślali to zresztą nasi piłkarze, bo atmosfera tego dnia była wyjątkowa. Doping był niesamowity, a euforię po zwycięstwie zapamiętam chyba do końca życia. Cieszę się, że mogłem tam być z moją rodziną i przeżywaliśmy to razem.

Jak z kolei oceniasz postawę Górnika w Ekstraklasie? Wicemistrzostwo to sukces czy niewykorzystana szansa na dublet?
Przed sezonem nie zakładałem walki o mistrzostwo – marzyłem o TOP 5, więc nie mogę narzekać na końcowe rozstrzygnięcia, bo przerosły one moje oczekiwania. Nie da się jednak ukryć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Liga zrobiła się bardzo wyrównana i zdarzało się wiele niespodziewanych wyników – faworyci potykali się u siebie, a wygrywały drużyny z drugiego szeregu. Można więc było wykorzystać potknięcia rywali, ale my też mieliśmy swoje problemy. Jesień była nieco słabsza, na co wpływ miały kontuzje kilku zawodników drugiej linii, także Marcel Łubik miewał gorsze momenty w bramce. Przegrywaliśmy u siebie z Termalicą czy Motorem i cenne punkty uciekały. Nie miałem więc przekonania, że tytuł jest w naszym zasięgu. W głębi serca chyba każdy kibic Górnika trochę się łudził, ale szczerze mówiąc w pewnym momencie sezonu dotarło do mnie, że ciężko będzie dotrzymać kroku Kolejorzowi.

Mistrzowie Polski po raz kolejny udowodnili swoją wyższość na inaugurację sezonu – w Superpucharze Polski.
Ciężko oglądało się ten mecz, choć były momenty, jak gol Maksyma, które pozwalały wierzyć, że przechylimy szalę na swoją stronę. Z przebiegu meczu byliśmy jednak zdecydowanie słabsi. Szczególnie rozczarowała mnie gra Górnika w defensywie, bo obrońcy przyzwyczaili nas do zdecydowanie wyższego poziomu. Mimo wszystko nie rozdzierałem specjalnie szat z powodu tej porażki. Był to sam początek sezonu, wstęp do ważniejszych meczów, jakie miały nas czekać w kwalifikacjach do europejskich pucharów. Potraktowałem to spotkanie jako nieco ważniejszy sparing, więc porażka nie wywołała u mnie większego żalu.

Spotkałem się z opinią, że we wspomnianych kwalifikacjach europucharów Górnik wylosował rywali, z którymi równie dobrze mógłby się mierzyć w fazie ligowej. Jak na powrót po latach do Europy wskoczyliście od razu na głęboką wodę.
Trzeba brać za rogi takiego byka, jaki stanął na naszej drodze. Po to się przecież walczy w lidze i Pucharze, aby mieć szansę rywalizować z najlepszymi w Europie. Mimo to rzeczywiście mogliśmy trafić na nieco łatwiejszych rywali. Komentarz każdego z tych pojedynków (rozmawiamy przed rozstrzygnięciem dwumeczu z Monaco – przyp. red.) można zacząć od „szkoda, że…”, bo w obu zdarzały się błędy indywidualne, których można było uniknąć, np. gdyby Urbański lepiej stał w murze, to nie stracilibyśmy gola w Stambule. Za każdym razem brakowało niewiele, ale suma summarum jednak na tyle dużo, że odpadaliśmy. Szczególnie żałuję dwumeczu z Węgrami – zabrakło nieco zimnej krwi lub doświadczenia niektórym piłkarzom, aby rezultat był dla nas korzystny, bo wynik do końca był na styku. Z kolei Fenerbahçe, które na papierze prezentowało się imponująco, w tamtym momencie było w początkowej fazie przygotowań do sezonu i miałem wrażenie, że gdyby tylko chcieli, to zagraliby znacznie lepiej, szczególnie w Zabrzu. Chcieli po prostu przepchnąć ten dwumecz jak najmniejszym nakładem sił i to im się udało.

Na ile szyki trenera Gasparika pokrzyżowała sytuacja w waszej drugiej linii, która z powodu mniej lub bardziej zaskakujących transferów oraz kontuzji wygląda dziś zupełnie inaczej niż na koniec poprzedniego sezonu?
W pewnym momencie rzeczywiście padł na nas blady strach. Korona wykorzystała klauzulę w kontrakcie Patrika Hellebranda, nie mieliśmy więc tutaj zbyt wiele do gadania, bo Lukas Podolski unika kominów płacowych, a tylko znaczna podwyżka mogła zatrzymać Czecha w Zabrzu. Lukáš Ambros odszedł z kolei do Anderlechtu, który przedstawił ofertę na tyle atrakcyjną, że nie było się nad czym zastanawiać. Jak na razie Lukáš radzi sobie świetnie w Belgii, a ja mam satysfakcję, bo zawsze byłem zwolennikiem jego talentu. Jeszcze za czasów Jana Urbana dostrzegałem w nim potencjał do gry ofensywnej. Na domiar złego nieszczęśliwej kontuzji w meczu o Superpuchar doznał Jarosław Kubicki, który upadł tak niefortunnie, że złamał rękę. Ze starej gwardii został więc tylko Lukáš Sadílek, ale z jego formą też różnie bywało. Na ratunek przybyli więc Maximilian Dietz, pozyskany z Celticu Paulo Bernardo, a przede wszystkim Kacper Urbański, który po odejściu Ambrosa z miejsca stał się moim ulubionym piłkarzem Górnika. Kacper dał się poznać polskim kibicom po błyskotliwym debiucie w Reprezentacji, grał w Lidze Mistrzów z Bolonią, po czym znalazł się na zakręcie dobrze zapowiadającej się kariery. Transfer do Górnika pozwolił mu odżyć na nowo i dziś Urbański pokazuje wielką jakość na boisku. Bardzo lubię jego styl i czekam, aż dołoży do tego liczby w postaci goli i asyst. Na razie trafia z karnych i robi to bardzo pewnie.

Trzeba oddać trenerowi, że szybko i skutecznie odbudował linię pomocy – na tyle skutecznie, że w Ekstraklasie nie straciliście jeszcze punktu. Może w tym roku skuteczniej zaatakujecie majstra?
Bardzo chętnie, ale jest zdecydowanie za wcześnie na takie deklaracje. Więcej o formie Górnika będzie można powiedzieć po ośmiu, dziesięciu meczach. Nauczony doświadczeniem poprzedniego sezonu zastanawiam się, czy walka zarówno o czołowe lokaty, jak i o utrzymanie znów będzie tak wyrównana. Poprzednie rozgrywki były pod tym względem niezwykłe, a różnice punktowe niewielkie. O ile rok temu marzyłem o TOP5, tak teraz celuję w ligowe podium. Oczywiście, mistrzostwo jest wielkim marzeniem, ale trudno deklarować takie cele. Dotychczas punktowaliśmy ze Śląskiem i z Wisłą Kraków, a także z Radomiakiem, który słabo wszedł w sezon, przegrywając trzy z pięciu meczów, także z GieKSą, a w Warszawie dodatkowo nie pomagał im bramkarz.

Do rywalizacji z Górnikiem już szykuje się GKS, z którym w ostatnich latach mierzyliście się dość często – w Ekstraklasie, I lidze i Pucharze Polski. Który z tych pojedynków wspominasz szczególnie?
Szczególnie ciepło wspominam nasze pierwsze spotkanie po powrocie GieKSy do Ekstraklasy. Widowisko przy Roosevelta było niezwykłe, bo do Zabrza przyjechała olbrzymia zorganizowana grupa waszych kibiców z kapitalną oprawą, ponadto wielu GieKSiarzy siedziało między nami na pozostałych sektorach. Sam razem z córką oglądałem ten mecz w sąsiedztwie kibiców z Katowic, z którymi sympatycznie rozmawialiśmy o przebiegu spotkania. Wygraliśmy wtedy zdecydowanie, a do siatki dwukrotnie trafił Lukas Podolski. Mimo że mecz nie był zupełnie jednostronny, to wynik 3:0 już tak. W tych samych rozmiarach wygraliśmy zresztą rok później w Zabrzu. Byłem też na ostatnim meczu w Katowicach, przegranym 1:3. Spotkanie było bardzo zacięte, pamiętam kontrowersję po faulu Zreľáka na Hellebrandzie, za który Słowak powinien był otrzymać czerwoną kartkę. Było o to trochę „płaczu” w Zabrzu, ale generalnie GieKSa zagrała wtedy dobry mecz, a pierwsze skrzypce grał jak zwykle Bartek Nowak. Wybiegając myślami do niedzieli obawiam się przede wszystkim tego, co Bartek może zrobić w Zabrzu.

Historia naszych najnowszych pojedynków w Ekstraklasie to solidarne zwycięstwa gospodarzy. Również dziś szykujemy się do wyjazdu do Zabrza jako drużyna, która u siebie nie odpuszcza nikomu, a w delegacji nie może wyrwać choćby remisu. Widziałem na Twitterze, że dyskutowaliście na ten temat w swoim gronie.
Nie oglądałem wprawdzie wszystkich meczów wyjazdowych GKS-u, ale posiłkowałem się obszernymi skrótami i nie mam przekonania, że poza Bukową prezentujecie się znacznie słabiej niż w domu. Zdarzają się wprawdzie indywidualne błędy i czasem aż trudno poznać niektórych piłkarzy, ale organizacja gry i ogólny pomysł trenera Góraka jest cały czas widoczny. Jak już wspomniałem, mam obawy przed ofensywną formą Nowaka, bo ten piłkarz nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Mimo że czasem sprawia wrażenie ospałego, to nagle ni stąd, ni zowąd może zagrać na tyle precyzyjnie z gry lub stałego fragmentu, że kończy się to golem lub asystą. Ostatnio podoba mi się też gra Szkurina i jego współpraca z Nowakiem – nie tylko wykańcza jego akcje, ale też podaje. Strzelał efektowne bramki w lidze i w pucharach, ale pracuje też na rzecz kolegów z drużyny. Ponadto wydaje się, że formę odnalazł Marković, który zdobył kapitalnego gola z Wisłą Płock. Wasza ofensywa prezentuje się więc imponująco i nie jest to czynnik, który w niedzielę można zignorować, bo na wyjeździe nie wszystko wychodzi wam tak dobrze jak w domu.

Wymowny był fakt, że w ostatnim wysoko wygranym meczu z Wisłą na listę strzelców wpisało się pięciu różnych zawodników. Wydaje się więc, że nie wystarczy zatrzymać Nowaka, by zatrzymać GieKSę.
Z drugiej strony przy trzech golach asystował właśnie Nowak, więc jego rola jest nie do przecenienia. Pamiętam, że trener Gasparik próbował już kiedyś manewru z „plastrem”, ale czy sprawdziłoby się to w przypadku Nowaka? Nie jestem przekonany. Kibice Górnika piszą, że zatrzymanie Nowaka to oczywisty sposób na GieKSę. Wszyscy to wiedzą, jednak niewielu potrafi to zrobić. Moim zdaniem lepszym pomysłem na sukces Górnika będzie zabranie piłki GKS-owi, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł całej ofensywie. Zobaczymy, co wymyśli Gasparik.

Jaką drużyną u siebie jest Górnik? Taką właśnie, która zabiera piłkę i dominuje? Jakiego meczu spodziewasz się w niedzielę?
Myślę, że mecz będzie intensywny, mimo że w czwartek gramy w Monaco. Będziemy chcieli dominować i starać się grać piłką. Gra z kontry nie leży w naturze tej drużyny, szczególnie w Zabrzu. Nawet w pucharach staraliśmy się atakować, co szczególnie było widać w końcówce pierwszej połowy z Fenerbahçe. Ostatnio spotkałem się z opinią Wojciecha Kowalczyka, który stwierdził, że po tym, jak Górnik przestanie grać w pucharach, to zabiega każdego w Ekstraklasie.

Ale to chyba dopiero wiosną, bo chyba nie zakładasz, że w czwartek pożegnacie się z Ligą Konferencji.
No właśnie, nie jestem przekonany. Nadzieja wciąż się tli, ale zadanie jest trudne.

Jaki wynik typujesz za to w niedzielę?
Wahałem się, czy nie postawić na remis, ale ostatecznie uważam, że przeważy atut naszego boiska. Nie wygramy już tak wysoko jak w poprzednich latach, ale stawiam na 2:1 dla Górnika.

Na sam koniec, rozmawiając o Górniku nie sposób nie zahaczyć o Lukasa Podolskiego. Już nie jako piłkarz, ale jako właściciel rozdaje dziś karty w Zabrzu. Jak wygląda klub pod jego skrzydłami?
Lukas od początku zaznaczał, że w Zabrzu nie będzie żadnych rewolucji, a raczej ewolucja w poszczególnych obszarach, np. ostatnio w dziale medialnym. Pomysł na pion sportowy pozostaje za to niezmienny – wyszukiwać i promować obiecujących piłkarzy, sprzedając ich z zyskiem. Zarówno transfery wychodzące, jak i sukcesy sportowe pozwalają gromadzić kapitał, który można inwestować w zawodników z coraz wyższej półki. Wprawdzie cienie dawnych problemów organizacyjnych wciąż są widoczne, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni sprzedawać najlepszych piłkarzy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Warto byłoby wykorzystać tych zawodników, którzy dziś zdobywają doświadczenie w europejskich pucharach.

Masz wrażenie, że jesteście w stanie na stałe zadomowić się już wśród najlepszych polskich ekip?
Osobiście uważam, że jesteśmy tego bardzo blisko. Chciałbym, abyśmy regularnie kończyli w TOP5, a ostatnie sukcesy i doświadczenie pucharowe zaprocentowało dodając pewności siebie piłkarzom, a organizacyjnie wznosząc klub na jeszcze wyższy poziom.

Errata po europejskich pucharach

Nie mogłem sobie odmówić ponownego kontaktu z tobą, tuż po zakończeniu meczu Górnika w Monaco. Co można „na gorąco” powiedzieć o tej rywalizacji?
Od samego początku meczu wyglądaliśmy dzisiaj tak sobie. Już pierwsze minuty wskazywały, że nie mamy konkretnego pomysłu na to, jak przedostać się pod bramkę gospodarzy. Były indywidualne próby dryblingów, ale rywale świetnie się ustawiali i dusili nasze akcje w zarodku. Momentami nasi gracze sprawiali wrażenie wystraszonych, grali nerwowo, np. Bochniewicz nieatakowany wybijał piłkę na aut. Popełnialiśmy też dziecinne błędy, jak choćby Sadílek przy wyprowadzaniu piłki podał do rywala, przez co straciliśmy drugiego gola. Nie popisał się też Schulze, zarówno przy pierwszej, jak i ostatniej bramce. Trochę zdziwiła mnie ta nerwowość, bo jako underdog nie mieliśmy nic do stracenia. Przede wszystkim jednak było widać różnicę jakości na korzyść Monaco. Gospodarze przewyższali nas sportowo i tyle. Nadzieję na przyszłość daje bramka Janisa Antiste, że będzie to napastnik, jakiego potrzebujemy przy Roosevelta.

Z jednej strony, każdy z waszych rywali osiągnął swój cel: Fener gra w Lidze Mistrzów, Węgrzy z Budapesztu w Lidze Europy, a Monaco siłą rzeczy w LKE. Przeciwnicy byli więc mocni, ale z drugiej strony trudno przejść do porządku dziennego nad nawet najpiękniejszymi porażkami.
Możemy się pocieszać ładnie przegranymi meczami, ale przynajmniej jeden mecz można było wygrać. Nastroje wśród kibiców były studzone, bo głównym celem jest Ekstraklasa i Puchar Polski, a puchary są tylko dodatkiem. Mimo to fakt, że byliśmy naprawdę blisko rywali, szczególnie Ferencvárosu, sprawiał, że apetyty rosły. Dzisiaj wygląda na to, że ostatni przeciwnik był paradoksalnie najtrudniejszy, więc tym bardziej szkoda, że nie daliśmy rady Węgrom. Stąd moje uczucia są dzisiaj mieszane.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie popadać w euforię ani lament

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga