Dołącz do nas

Piłka nożna Reportaże

Znikające piętra – reportaż z Żyliny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W życiu bym się nie spodziewał, że na pierwszy mecz w europejskich pucharach po 23 latach wywieje nas tak blisko. Trochę obawialiśmy się jakichś Kazachstanów i Armenii, tymczasem los (i zwycięstwo Hajduka) spowodowało, że mieliśmy rywala dosłownie o dwie godziny drogi z Katowic. W sumie to coś niesłychanego i mocna łaskawość – w pewnym aspektach. Wiadomo bowiem, że puchary to przygoda, można polecieć w mniej lub bardziej popularne miejsca, czasem kompletnie egzotyczne. A tutaj mieliśmy destynację, w której pewnie wielu kibiców w swoim prywatnym życiu już była, przejazdem na Bałkany w popularne cele wakacyjne typu Chorwacja czy po prostu na jednodniowej wycieczce.

Rany, napisałem w „prywatnym życiu”, tak jakbym nie traktował kibicowania jako obszar prywatnego życia właśnie. I coś w tym kurka jest, bo przecież regularne kibicowanie to jest tak ustrukturowana sprawa, to do tego dostosowuje się różne kwestie, że jednak sytuowałbym to bliżej… obowiązków, aniżeli przyjemności. Choć jest to obowiązek, który sami sobie wybraliśmy, który mamy w sercu i nie oddalibyśmy go za nic w świecie.

Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności, żeby jechać dzień wcześniej. Chłopaki z redakcji z racji swoich obowiązków dojechali na sam mecz. Ja natomiast po zakończeniu pracy o godzinie 20.00 wsiadłem w auto i ruszyłem w tę niezbyt długą podróż. Wiadomo, zbieranie się zawsze powoduje wyjazd chwilę później, więc w trasie byłem de facto gdzieś o 20.30.

Na pewne rzeczy w życiu nie jest za późno. Ja swoje prawo jazdy zrobiłem w lutym tego roku, to znaczy wtedy miałem egzamin. Udało się zdać za pierwszym razem. Pierwsze próby były ponad 20 lat temu i wtedy trzykrotnie poległem na łuku. Totalnie źle do tego podszedłem, do egzaminów przystępowałem w bardzo dużej odległości od jazd, więc to było skazane na niepowodzenie. Ciążyło mi to, ale koło września poprzedniego roku w piękny, słoneczny dzień przechodziłem obok szkoły jazdy i dosłownie pod wpływem dobrego humoru i impulsu… wstąpiłem tam i zapisałem się. Teoria, potem jazdy i w lutym wspominany egzamin. Podszedłem do tego bardzo rzetelnie, gdy już miałem termin, dokupiłem pięć dodatkowych godzin. No i pykło. Myślę, że moja historia pokazuje, że na nic w życiu nie jest za późno. W wieku 42 lat otrzymałem swoje prawo jazdy i jestem z tego powodu bardzo zadowolony.

Były oczywiście pewne plusy nieposiadania go. Nauczyłem się niesamowitej logistyki i praktycznie wszędzie w Polsce byłem w stanie się dostać. Praktykowałem to w wyjazdach górskich, gdzie nawet tam, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają dupami – potrafiłem dotrzeć. Zabierało to jednak dużo więcej czasu i trzeba było się dostosować do takich, a nie innych godzin przejazdu. Teraz ta kwestia odpadła i pozwoliło mi to na większą elastyczność. No i od początku kwietnia, kiedy kupiłem samochód, zrobiłem już prawie 4,5 tysiąca kilometrów, więc jak na początkującego kierowcę chyba nieźle.

W każdym razie droga na Słowację była pewną szkołą. O ile do granicy było spokojnie, wiadomo droga szybkiego ruchu, to potem zaczęły się tematy. To znaczy i tak GPS nie wychwycił zamkniętego „Tunelu Emilia” i cały czas tamtędy prowadził, ale na szczęście wiedziałem o tym zamknięciu i byłem przygotowany na konieczność zjazdu.

A po minięciu granicy? Miałem informacje o tym, że droga jest „specyficzna”. Ale nie sądziłem, że aż tak. Granicę minąłem w Zwardoniu i skierowałem się do Skalité. Och pamiętam tę miejscowość, bo kiedyś z kumplem i koleżanką wybraliśmy się do Zwardonia, ale wywiało nas do Skalité właśnie. To były czasy liceum, a my pojechaliśmy na… popijawę. Co ciekawe – wtedy z tego powodu opuściłem mecz na Bukowej ze Śląskiem Wrocław, gdy obie ekipy jako beniaminek mierzyły się w ekstraklasie i padł wynik 1:1. Kuriozalne jest to, że pamiętam strzelca dla gości, czyli Jarosława Lato, a nie pamiętam, kto dla nas. Typuję, że Marek Kubisz. Ale sprawdzę. Sprawdzam. Nie zgadłem. Marek Świerczewski.

Z tym meczem jednak mam jedną fajną historię. Dzień przed wyjazdem do Zwardonia, byłem z wspomnianą koleżanką i kolegą w parku Kościuszki na jakimś piwku czy winku. Poszliśmy wtedy pomiędzy trunkami do ówczesnej Billi i tam spotkaliśmy… piłkarzy GKS Katowice. To był wspomniany Marek Kubisz oraz Dariusz Dudek. Nie wiem, czy ktoś jeszcze. Jako że lekko szumiało w głowie to tam podszedłem do zawodników zapytać, co tam ciekawego kupują. Mieli jakieś jogurciki itd. Darek Dudek powiedział, żebym przyszedł na mecz to dostanę koszulkę. Na mecz nie przyszedłem, a koszulki nigdy nie dostałem. Sam natomiast 19 lat później wręczyłem mu pucharek, no i chyba w związku z tym tej koszulki nigdy nie dostanę. Ale może kiedyś się jeszcze upomnę. Od tamtego czasu byłem na 660 meczach GieKSy, więc może mi zaliczy.

W samym Skalité na drodze te biało-czerwone prostokątne tablice na jezdni, bo remontowany krawężnik, więc już tu trzeba było uważać, żeby lekkiej czołówki nie zaliczyć. A po skręcie na „drogę do Oszczadnicy” droga momentami była wąska, było sakramencko ciemno, jakieś zakręty, zawijasy i po prostu leśna, górsko-pagórkowata trasa. Było to wyzwanie, bo czasem z naprzeciwka coś jechało i trzeba było się wymijać korzystając z jakiegoś chwilowego rozszerzenia. Miałem szczęście, że nie pojawiła się żadna sytuacja krytyczna, choć presja auta jadącego tuż za mną była całkiem spora. Było to wyzwanie młodego kierowcy, ale podołałem bardzo sprawnie i dobrze. Potem już był wyjazd na drogę „11” i prosta droga do Żyliny, a ruch był o tej porze bardzo duży.

Jako destynację na GPS ustawiłem sobie nie hotel, a… Maczka, ponieważ taki pan był już od dawna. A dlaczego Maczek? No cóż, kanapka Big Tasty to naprawdę piękne wspomnienia. Z 2004 roku, czyli blisko ostatniego występu GKS w europejskich pucharach. Rok temu była jakaś krótka promka z tą kanapką, takie niby retro, ale to już nie było to samo.

Dojechałem więc, gdzieś około 23. Jako że byłem bardzo głodny, to wziąłem zestaw z Big Tasty i na dopełnienie potrójnego czisa. Ten zaś pamiętam bardzo dobrze był w 1994 w polskich McDonald’sach, a reklamowany był przy okazji Mundialu w USA trzema bramkami Bońka w meczu z Belgią. Taki hat-trick kotletów. Tu zaś z pięć lat temu była powtórka przy okazji zestawu Maty, ale też zasadniczo przeszło bez echa, a przede wszystkim była fala krytyki za Mata Matche czy coś takiego.

A słowacki Big Tasty? Kozaczek. To był ten fantastyczny esencjonalny smak i dymny posmak sosu Big Tasty. Coś wspaniałego. Dlatego zarówno ośrodek sytości, jak i przyjemności został usatysfakcjonowany, a pierwsze wrażenie ze Słowacją na tym wyjeździe – pozytywne. Posiedziałem jeszcze chwilę i ruszyłem na kwaterę.

Aha, w toalecie ujął mnie… samolocik. Nie wiedziałem, czemu kran ma tak dziwny kształt. Dopiero jak podniosłem głowę i zobaczyłem instrukcję – dowiedziałem się, że skrzydła stanowią suszarkę. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Dobre rozwiązanie, które ułatwia i przyspiesza.

Nocne ulice w Żylinie były opustoszałe. Dlatego do hotelu dotarłem w kilka minut. Zakwaterowane odbyło się automatycznie, bo to taki hotel bez całodobowej recepcji, więc dostałem kod do skrzynki z kluczem oraz instrukcje dotarcia do pokoju.

Piękny był to hotel, nie zapomnę go nigdy. Powiedzieć, że to głęboka komuna, to nic nie powiedzieć. Z zewnątrz to jest tak niesamowicie obskurny moloch z dawnych czasów, że gdyby ktoś przejeżdżał i zastanawiał się, czy się tam nie zatrzymać, to chyba by zwątpił. Szara wielka płyta, szyby w oknach zalepione jakimś czymś, ogólnie pochmurne i ponure, wehikuł czasu to niekoniecznie byłby cud. W środku już schludniej, choć duch czasu zdecydowany. Duży hol, zwany ewentualnie, szumnie i nowocześnie lobby. Żywej duszy na recepcji. Idę do windy. A winda jak za starych czasów w blokach, taką pamiętam miałem w swoim. Czyli drzwi z tymi pionowymi, prostokątnymi okienkami. Podczas jazdy centralnie z jednej i drugiej strony przesuwa się ściana lub drzwi właśnie na poszczególnych piętrach. Nie ma piętra pierwszego. Zniknęło. Są tylko parter oraz piętra 2,3,4 i 5. Ja jadę na to ostatnie.

Korytarz długi z czerwonym dywanem. Lekko upiorny. Brakowało tylko bliźniaczek z „Lśnienia”. No ale idę do pokoju, bo mam blisko. Wchodzę, wszystko gra. Światło jest, trochę parno. Okno, takie jak pisałem. Próbuję je otworzyć, bo ciepło. Jest wielkie na całą niemal szerokość ściany. Co jest? Kręcę taką gałką, no i jest – otwiera się. Ale nie byle jak, bo tak do środka. Normalnie drzwi obrotowe. Pięknie. Problem taki, że na górze znajduje się baza rolety i nie da się otworzyć szerzej. Później to jakoś ogarniam, wciskam okno pod roletę i już napływa mi świeże, żylińskie powietrze do pokoju.

Jeszcze muszę napisać przedmeczowy felieton, bo ten co miałem napisany – wcięło mi, bo laptop sobie wykasował. Fuck. No dobra. Dochodzi druga w nocy, czas spać, bo jutro zwiedzanie i trzeba zrobić trochę kontentu na Facebooka.

***

Czwartek, budzik 7.40. Trzeba było wstać, by zwiedzać miasto naszego rywala. No i śniadanie było wliczone w cenę pokoju. To śniadanie to też taki trochę robotniczy vibe, bo w godzinach 6.30 – 9.30. Nie przypominam sobie tak wczesnej godziny początku i zakończenia śniadania w hotelu. Znaczy ten początek jest okej i nieraz mnie wkurzało, że na przykład jest dopiero o 9.00. Ale że koniec o 9.30? Trzeba się sprężyć.

Mimo tak niewielkiej odległości od naszego kraju – widać różnice. Choćby w śniadaniu. U nas to w większości hoteli czy innych miejscówek wygląda tak samo. Jajecznica lub parówki. Parówki lub jajecznica. Czasem są jakieś urozmaicenia, ale rzadko. Może w droższych hotelach np. pan kucharz smaży na oczach gości jajka w dowolnym stylu.

Tutaj mamy taką czerwonawą przyprawioną kiełbasę, jest na przykład leczo, fasolka w sosie w bemarze – tego w Polsce nie widziałem czy w końcu chleb w jajku – danie najprostsze z prostych, które nieraz sobie sam robiłem – posypane solą i pieprzem pozwala zutylizować nawet dość stary chleb. Do tego rzeczy standardowe plus jakiś naleśnik na słodko.

Śniadanie podawane w restauracji, która  jest na wolnej przestrzeni pierwszego piętra, a po środku jest bar. Dalej ma to PRL-owski, choć słowacki, klimacik. Ostatecznie śniadanie to jest bardzo smaczne i sycące.

I teraz najlepsze. Na Bookingu tej hotel miał notę 6.1, czyli ultrasłabą. Ale poczytałem komentarze, bo zawsze lubię poczytać, co to za niesamowite defekty są, że tak niska nota. I w komentarzach okazało się, że goście zwracali uwagę, iż ta nota jest za niska, dziwili się, no i dawali dość pozytywne opinie. Oczywiście zwracali uwagę na ten komuszy klimat, ale raczej jako cechę, a nie wielką wadę. Uwagi nie dotyczyły kwestii czystości czy personelu. Dlatego mimo wszystko się skusiłem i nie zawiodłem się. Ja bym temu hotelowi przyznał całościowo ósemkę.

Wracając z tego śniadania przyglądam się „gwiazdom”, które miały okazję gościć w tym przybytku. Nie znam nikogo. No może poza słowackim Modrićem. Modrić była kobietą!

Trzeba się zbierać na miasto. Mam kilka punktów do odhaczenia, zobaczenia i zwiedzenia. Taki jest plan, by przy okazji awansu do europejskich pucharów posmakować trochę miejscowego klimatu. Po krótkim odpoczynku ruszam więc.

Już od początku można zobaczyć „znaki”. Tylko takie do końca aktualne. Bo myślę sobie, że będzie idealnie, a nie jest. I szybko ujrzałem plakat na mecz pucharowy Żiliny, ale… z Hajdukiem Split. Podejrzewam, że mieli za mało czasu i nie zdążyli zmienić.

Ale wynagradza mi to za to coś po kilku minutach. Słyszę z jakiegoś sklepu muzyczkę. Podchodzę więc z ciekawością, bo witryna jest ładna i wyłożona pudełkami płyt CD. Znów wehikuł czasu. Nie wchodzę do środka, ale widzę, że klimat tam jest. I najlepsze – na szybie sklepowej karteczka z napisem „Tu kupisz bilet na mecz MSK Żilina – GKS Katowice”. Przy niemal wejściu na rynek. Jak u nas w Biurze Informacji Turystycznej.

Wąskimi uliczkami, schludnymi wyłożonymi kostką brukową dochodzę do Placu Mariańskiego. Otoczony podcieniami przypomniał mi kilka miejscowości, głównie Lubawkę i Chełmsko Śląskie. Za to piękne domki dookoła przypominają Lądek Zdrój. Jest też trochę zieleni. Na wprost króluje kościół św. Pawła Apostoła, czyli wzniesiona w XVIII wieku przez Jezuitów dwuwieżowa świątynia.

Jest i fontanna z aniołkami, które niestety są ofiarami permanentnego i zmasowanego ataku gołębi. Podchodzę pod barokowy posąg Niepokalanej Maryi Panny z 1738 roku. Posąg ten zbudowano na cześć powrotu Słowaków do katolicyzmu.

Dookoła masa kawiarenek i restauracji. Jest czwartek godzina wpół do dziesiątej. Ludzi trochę chodzi, ale nie jest ich przesadnie dużo. Zasadniczo jest ładna i przyjemna pogoda. Do czasu. Po jednej z nagrywek na nasz fejsbukowy profil zaczyna kropić. Idę do podcieni, czyli – pod cienie – i jak nie lunęło to ino roz. Ludzie się chowają pod dachy. Jakiś maruder bezdomny powoli gdzieś tam się też dokuśtyka pod schronienie. Tyle mi wychodzi z pierwszej wizyty na placu.

Mam teraz pewien dylemat. Bo odkryłem dość niefajną rzecz, mianowicie, że w bucie mam… dziurę. I dość szybko wilgoć z podłoża przedostała się do środka. Temat polega na tym, że w planie miałem wejście na Dubeň. A to jest po prostu góra, zwykła góra nad Żyliną. No i raz, że takie adidasy na górski szlak są nie bardzo. Choć pomyślałem sobie, że oj tam, półtora kilometra w jedną stronę można przejść. No ale po pierwsze – ślisko, po drugie na pewno tam jest błoto. Szybka decyzja – powrót na kwaterę i zmiana butów na górskie. Wziąłem je na wypadek, gdyby chciało mi się następnego dnia iść w Małą Fatrę. Dobrze więc, że jestem przygotowany.

Wracam na kwaterę, szybkie przebranie, no i ruszam znów. W dalszej drodze moim celem jest wizyta pod stadionem, żeby tam zrobić kolejną nagrywkę, a potem zamek Budatín. Przechodząc obok rynku widzę przesiadujących w ogródku kawiarni piłkarzy GieKSy. Sam kieruję się z mapą pod obiekt MŠK Žilina. Dochodzę tam po kilkunastu minutach.

Po drodze widzę plakat na listopadowy koncert z muzyką Ennio Morricone w Zimným Stadionie, czyli hali hokeistów obok stadionu piłkarskiego. I myślę sobie, że miałem to szczęście być na koncercie Ennio – w Berlinie w 2014 roku. Miał wtedy 86 lat. Zdążyłem.

Dochodzę do okolic stadionu. Już z niedaleka widzę jupitery. Są też kolejne plakaty, już z kilkoma zaproszeniami na mecze. Wyszczególnione pojedynki z Hajdukiem Split oraz ligowe z FC Košice oraz Skalicą, a także mecz 23 lipca – bez herbu tylko logo Ligi Europy łamane na Ligi Konferencji. No nie zaryzykowali pozostawienia tylko Ligi Europy. Sprawdziło się. Słowakom pozostała już tylko Liga Konferencji.

Hotel Holiday Inn, w którym stacjonuje GieKSa jest tuż obok stadionu. Skręcam z ulicy Kysuckiej na Uhoľną. Kurde jakiś ultramały ten stadion mi się wydaje, taki trochę jak sklep Billa (znowu to skojarzenie!) z Parku Kościuszki. Dziwne. Są sektory, są zaznaczenia dla autokarów, też jakieś małe. No nic idę – dalej. No puknij się ty człowieku, puknij się. Mijałeś właśnie ten Zimný Stadion, a obiekt MŠK Žilina jest zaraz za nim i to prostopadle do ulicy – tak, że trybuna za bramką jest przy drodze.

Patrzę, płot jakby otwarty. No to wchodzę. Idę dalej, widzę, że przejście na murawę również jest dostępne. Nie waham się więc długo i korzystam z okazji. Mam dostęp zarówno do boiska, jak i trybun. Ale fajnie, ale radocha! Tego się nie spodziewałem! No to nic, tylko komórka w dłoń i czas na nagrywki oraz poszwędanie się.

Najpierw jestem na trybunie dla gości. Widzę, że osiatkowany jest jeden sektor, podchodzę do niego, ale już wiem, że kibice GKS zajmą raczej całą trybunę za bramką. Widok będą mieli kapitalny, bo obiekt jest kameralny. Na telebimach już wyświetla się zapowiedź meczu i herby obu drużyn. Za przeciwległą trybuną widoczny jest Dubeň, z tej perspektywy z ledwo widoczną już górą wieży na wzgórzu, ale jak dochodziłem do stadionu, to wieża ta była bardzo dobrze widoczna.

Idę murawą na ławki rezerwowych. Tam mamy piękne wygodne fotele. Na komfort fizyczny trenerzy i rezerwowi nie mają co narzekać. Przed ławką znajduje się wykładzina à la sztuczna trawa. Wszystko ładnie, schludnie.

Następnie wchodzę na prasówkę, bo przejście również jest otwarte. Ogólnie to w tym momencie działają ludzie od sprzętu z telewizji, rozciągają, przeciągają kable, kombinują. Słychać język polski. Widać, że wieczorem będzie się tu działo. A ja widzę też, że warunki do pracy będą znakomite. Widoczność doskonała, blaty duże, szerokie, internet jest, prąd jest. Nie przypominam sobie sytuacji, żebym w dzień meczu ileś godzin przed meczem mógł sobie tak „zwiedzić” stadion. Ktoś tam do mnie coś po słowacku gadał, ale powiedziałem, że jestem z Katowic, więc uśmiechnął się i poszedł.

Przy tunelu wejściowym lista pucharów – trofeów Žiliny, wzory akredytacji – specjalnie na ten mecz, bo z herbem GKS, instrukcje postępowania w razie kontuzji oraz cała rozpiska, co do sekundy wydarzeń przed, w trakcie i po meczu. Łącznie z pokazem świateł, nawadnianiem murawy czy „szejkhendsem” trenerów. Takie rzeczy na co dzień niewidoczne dla kibica.

Siedzę jeszcze chwilę i decyduję się zbierać. Wstępuję jeszcze do recepcji Holiday Inn, żeby zapytać się, czy to faktycznie tu będą wydawane akredytacje. Łapie mnie też mały głód, więc udaję się do Lidla, by zakupić małe conieco.

Po posiłku składającym się z jakiegoś serowego palucha ruszam do Zamku Budatín, do którego mam około półtora kilometra. Przekraczam rzekę Wag, mijam coś, a la wieża ciśnień, ale jakaś socjalistyczna. To chyba ostatecznie wieża telekomunikacyjna czy telewizyjna. Droga jest ruchliwa, ale sporo jest tu ścieżkowych meandrów, to jakiś tunel, to zakręt. W końcu schodzę na brzeg rzeki i pod kolejnym mostem przechodzę zbliżając się już do zamku. W planie mam zwiedzanie. No tak to już jest, że chcę połączyć wyjazd na mecz w pucharach z trochę poeksplorowaniem danego miejsca czy miasta. Pod mostem różne, ciekawe wizualne rzeczy się dzieją. Serduszka i gra świateł.

Dochodzę do zamku. Jest piękna pogoda. Nic nie zapowiada nadchodzącego armagedonu. Decyduję się na kupno biletu do muzeum – cena 10 euro. Pan z muzeum każe mi założyć pokrowce na buty oraz wręcza przewodnik w języku polskim. To bardzo miło i ułatwia później poznawanie historii zamku oraz jego eksponatów.

Całość składa się z konkretnych pomieszczeń, nawiązujących do bardzo różnych obszarów. Aż trochę za bardzo mi się to potem wydaje chaotyczne – nie ma tego jednego głównego motywu przewodniego zamku. No ale zwiedzam. Poznaję więc eksponaty z archeologii, są też obrazy różnych zamków w północno-zachodniej Słowacji, a autorem tych dzieł jest Thomas Ender, austriacki artysta malarz. Są gliniane naczynia oraz makiety zamków.

Możemy obejrzeć elementy włóczni do polowania na mamuty czy monety cesarzy rzymskich.

Jak informuje przewodnik:

Druga część wystawy archeologicznej poświęcona jest samemu zamkowi Budatín. Zobaczyć można kolejno trzy modele zamku. Pierwszy model przedstawia najstarszą formę zamku z XIV wieku. Zamek Budatín został zbudowany na niskim skalnym klifie (sztucznym nasypie) u zbiegu rzek Wag i Kysuca jako forteca, ponieważ wzdłuż tych rzek biegły ważne szlaki handlowe. Pierwszymi właścicielami zamku była rodzina Balaszów. Następnie został siłą przejęty przez Mateusza Czaka Trenczyńskiego. Po jego śmierci stał się własnością króla. Najstarszą częścią zamku jest cylindryczna wieża. Pierwotnie był otoczony niskim murem i fosą, którą prawdopodobnie przecinał most zwodzony (dzięki fosie zamek Budatín jest zamkiem wodnym). Na początku XV wieku zamek został uszkodzony (prawdopodobnie z powodu zawalenia się sztucznego nasypu) i przez pewien czas był opuszczony – wykorzystywano go do fałszowania pieniędzy (warsztat fałszowania pieniędzy).

Kolejne modele dotyczą panowania Sunneghów, którzy władali w latach 1592-1724 Państwem Bielskim. Zamek został przebudowany, m.in. wieża, a fosa została zasypana.

W dalszej części zamku można obserwować zabytkowe pozłacane meble, czy fortepian. Mnie najbardziej ujmuje odręcznie napisany list do Natálii de Csáky. Jej ojciec, hrabia Géza Csáky był ostatnim właścicielem zamku, mieszkając w nim do 1945 roku. Pod koniec II Wojny Światowej żołnierze Armii Czerwonej splądrowali zamek, a nieruchomości zostały znacjonalizowane. W 1961 roku wyjechał do Francji, by dołączyć do swojej córki Natálii. W liście jest dużo opisane o uczuciach i o tym, co się aktualnie dzieje w Paryżu oraz o kryzysie politycznym. Wnioskuję, że to jednak pisał jakiś adorator.

Kolejne pomieszczenia to zbiór strojów z dawnych czasów, ale też trofeów myśliwskich, a nawet kości mamuta. Są też stare butelki po alkoholach, różnego rodzaju dokumenty, zabawki oraz… wychodek. Wrażenie robi jadalnia z zabytkowym, choć bardzo prostym stołem – klimat już jest taki bliższy, bardziej znajomy z domostw dziadów, pradziadów.

Potem krętą drogą wchodzę na wieżę, krętymi schodami na kilka pięter wzwyż. To właśnie tutaj okazały się kolejne piętrowe historie. Otóż w przewodniku jest napisane, że „znajdowało się tu jeszcze jedno piętro, ale zniknęło”. No, dosłownie wyparowało, jak to w Hotelu Slovakia. Niesamowita jest Żylina i okolice – pamiętajcie, że jak chcecie się pozbyć jakiegoś piętra, to tylko tu. Tu piętra znikają same i nikt nie drąży tematu.

Na piętrach wieży są m.in. rozbudowane i skomplikowane mechanizmy zegarów. Wchodząc na samą górę można podziwiać panoramę Żyliny i okolic. Okazuje się jednak, że cała góra jest zalana, bo w międzyczasie – podczas zwiedzania – rozpętała się straszliwa ulewa i było oberwanie chmury. W sumie dość szczęśliwie akurat zwiedzałem. Gdyby wydarzyło się to w trakcie drogi na Dubeň, byłoby zdecydowanie mniej wesoło.


Kończę zwiedzanie i wychodzę na dwór. Po kawiarence na świeżym powietrzu nie ma już śladu, wszystko zwinięte, zawinięte i schowane. Na chwilę nawet wchodzę do tej niby kawiarni, małej knajpki, ale jednak decyduję się na dalsze zwiedzanie. Wracam więc do punktu rzecznego i zaraz zaczynam marsz w górę. Do wieży mam jakieś półtora kilometra. Na szczęście już nie pada, ale jest mokro.

Najpierw między domostwami, klimatycznymi uliczkami zwiększam wysokość. Potem jest taki mały krzaczasty prześwit i tam doświadczam różnych wrażeń, które uwielbiam podczas przedzierania się przez różnej maści chwasty. Odganiam się od wilgoci, ale jak mi cała kiść pokrzyw nie przesmyrała po brzuchu, to ino roz, momentalnie zapiekło mocno i pojawiły się czerwone kropki. No ale nic to, idę dalej.

Pamiętacie moją pielgrzymkę dziękczynno-błagalną w Trójmieście? Tam też w bardzo dużym pobliżu miasta były „górskie” szlaki. To było ciekawe wtedy – niby nad morzem, a niektóre podejścia na dwustumetrowe górki to były całkiem konkretne stromizny. Tu może wielkich stromizn nie ma, poza malutkimi fragmentami. Trzeba uważać na uślizgi. Ale jest las, gdzieś tam po prawej stronie jednak słyszę mocny szum miasta, no a za plecami Budatín. Jest też ładny fragment z łąką, z której widać okoliczne pagórki, w tym takie stożkowate, przypominające właśnie tytułowy Stożek Wielki czy Waligórę z Gór Kamiennych. Bardzo ładnie.

Wraz ze wzrostem wysokości temperatura minimalnie spada. Nie jest jakoś bardzo ciepło, więc zakładam kurtkę, wietrząc, że na szczycie wieży będzie hulało od wiatru. Droga przebiega sprawnie, choć minimalnie się dłuży. Do meczu pozostaje około pięciu godzin.

W końcu dochodzę do wieży „na Dubni”. Dubeň, pod Dubňom, na Dubni… Te odmiany słowackie są totalnie nieintuicyjne. W Polsce przecież, gdybyśmy mieli górę o nazwie Dubień, to bylibyśmy na Dubniu, a stadion byłby pod Dubniem… Dobra, fatalny przykład podałem, też nieintuicyjny, bo oparłem się o miejscowość Lubień w Małopolsce. Nieważne.

Wieża ma wiele schodków, a posadzka jest metalowa z prześwitami. W dolnych partiach jest otoczona drewnianymi listwami, wyżej natomiast już tego odsłonięcia brak. Wchodzę na samą górę i zaraz pojawia mi się oczekiwany widok.

Nie przypominam sobie tak efektownego ujęcia na miasto z wieży widokowej, co wynika oczywiście z bliskości do miasta. Akurat na Chełmcu wieża, gdy byłem tam wielokrotnie, była zawsze zamknięta. Być może tam mogłoby być takie wrażenie, choć Żylina mi się na oko wydaje większa od Wałbrzycha, choć z tego co czytam – powierzchnia jest podobna. Może jakaś gęstość zabudowań jest większa, nie wiem. W każdym razie… nie znam tego widoku z wieży. Ewentualnie podobna bliskość jest też wieży na Miejskiej… przepraszam Chłopskiej Górze nad Limanową. Tyle, że Limanowa jest już mniejsza. I mniej mieszkańców może przez to oburzać się nazywaniem wspomnianej góry „miejską”.

Widok jest przepiękny. Rozległe miasto, a wokół góry. Przede wszystkim Żylina jest… biała. To ta kolorystyka głównie dominuje w panoramie miasta. Sprawia to takie „czyste” wrażenie. Ta czystość blednie, gdy na zoomie aparatu robię zbliżenie na mój Hotel Slovakia. Skądkolwiek na niego nie spojrzysz, stwierdzisz jedno – socjalistyczny moloch. Widać najważniejsze punkty miasta. Jest i stacja kolejowa Žilina. No i oczywiście centrum wieczornych wydarzeń – stadion pod Dubňom, czyli obiekt MŠK Žilina. Jak było widać wieżę z dołu, tak logicznie rzecz ujmując, widać teraz stadion z wieży.

Nawet i stąd można dostrzec herb GKS wyświetlający się na telebimie. Taki widok na stadion kojarzę jedynie z Bielska-Białej, gdzie świetnie obiekt Podbeskidzia widać z Gaików w Beskidzie Małym. Prawdopodobnie mogłem też podziwiać go z wieży na Szyndzielni, ale przyznam, że nie mam tego w pamięci. A z Szyndzielni na Klimczok to już dosłownie o krok.

Tragedii z wiatrem nie ma, choć kurtka się przydaje. Ktoś zaznaczył swoją obecność, jako fan MŠK Žilina na jednej barierce. Miłość do piłki jest wszechobecna.

Schodzę. Tu już trzeba bardziej uważać, żeby nie wywinąć orła. Idzie się dużo szybciej i sprawniej niż wchodzenie, choć w tych kilku stromych miejscach muszę rozważnie stawiać kroki. Po drodze mijam jakiegoś słowackiego jegomościa, który coś do mnie gada, ale ja mu tylko odpowiadam, że już niedaleko i widok jest piękny.

Zmierzam z powrotem do centrum. Na drodze z okolic Budatína zwraca moją uwagę billboard bukmachera z imprezą „MS 2026”. Chyba chodzi o Mundial. I dziwi mnie to, bo jakkolwiek skrót MŚ2026 był czasem używany tak jak LM czy LE, to w takich oficjalnych miejscach, wydawnictwach itd., raczej się z nim nie spotykałem. Bywało Mundial, World Cup, Mistrzostwa Świata. Ale taka konfiguracja, choć niezupełnie obca, wydała mi się dziwna. Słowacji, podobnie jak Polski zabrakło na Mundialu, więc były piłkarz MŠK Žilina Milan Škrinjar musiał się obejść smakiem i zadowolić rywalizacją z Górnikiem Zabrze w kwalifikacjach… LM.

Jestem już dość mocno głodny, więc myślę tylko o jedzeniu. Ruszam w kierunku centrum tą samą trasą, co przyszedłem. Mijam w niedalekiej odległości stadion. Mimo czterech godzin do meczu policja już w dużej liczbie obstawia. Ulica prowadząca do obiektu jest już dawno zamknięta. Radiowozów masa, gromadzą się pod wiaduktem. Nie nazwałbym tego, że jest jakaś atmosfera wielkiego napięcia, ale jednak ta liczba dziwi mocno.

Dochodzę do Placu Mariańskiego. Tutaj w każdym kornerze, ale nie tylko, grupka policji. W uliczkach prowadzących do rynku również. To już jest totalnie dziwne, bo ani wcześniej, ani teraz, ani potem, nie widziałem ani jednego kibica GieKSy. A wygląda to tak, jakby spodziewali się, że fani z Katowic przyjadą kilka godzin wcześniej, obstawią wszystkie knajpki i będzie trzeba pilnować porządku. A potem jakiś przemarsz. Nic takiego nie ma miejsca. Pewnie myśleli, że będzie powtórka sprzed roku, gdy – jak na jakimś filmiku widziałem – kibice Rakowa w dużej liczbie byli w centrum Żyliny, śpiewali i w ogóle.

Czas mnie powoli zaczyna gonić, więc nie kombinuję z lokalnymi specjałami, ale i tak łapię się na coś nietypowego. Wchodzę do smash-burgerowni, a mają akurat jakąś specjalną kanapkę z ziemniaczaną bułką – w środku już dość typowo, ser, bekon, sałata i wymyślili sobie sos… Big Tasty. Zamawiam i zasiadam w oczekiwaniu.

Jako że robota przy GieKSa.pl jest solidna, a nie ma czasu do stracenia, to najpierw tutaj, a potem na stadionie robię newsa o… sędzim na Wiśle – Łukaszu Kuźmie. Jak się później okaże, byłem bardziej skrupulatny niż ten gagatek z Białegostoku, który VAR-ował sytuację ponad osiem minut, do tego było kilka zmian, a on doliczył w Krakowie tylko cztery minuty. Ale to zupełnie osobna historia.

Jedzonko dobre, ale jakoś bardzo nie zachwyca. Jedynie sos majonezowo-parmezanowy kozaczek. Już jak go skończyłem, to wylizałem do końca, bo tak dobry był. W międzyczasie do knajpy weszła policja, też chcieli chyba coś zjeść, ale zrezygnowali. Po strawie wracam na kwaterę, oporządzić się trochę i już wyjść stricte na mecz.

***

Pierwszych kibiców widzę po przejściu pod wiaduktem kolejowym. To ktoś wychodzi z Lidla, przechodzą przez ulicę, śpiewają. Jest spokój, nikt nikogo nie prowokuje, policja sobie stoi i obserwuje. Pełna kulturka. Ja kieruję się do recepcji Holiday Inn, stanowisko z akredytacjami jest już gotowe. Dobrze, że dotarł do nas przewodnik medialny, dzięki któremu wszystko było wiadomo co i jak. W ogóle fajnie – wzorem innych klubów – została rozwiązana kwestia akredytacji. Nasz klub zbierał zgłoszenia, a potem wysyłał do Słowaków i ten przewodnik również dotarł do nas tą drogą. Bardzo to ułatwiło sprawę.

Kieruję swoje kroki ku stadionowi. Jakieś 2-3 kobiety idą i jedna z nich ma czarną koszulkę z dużym napisem na plecach „Bzdyl”. Zapewne jakaś rodzina Fabiana, takie obrazki dość często są spotykanie na stadionach. W każdym razie sympatycznie. Tuż po wejściu jestem poczęstowany mini kanapką z jakąś pastą – taka degustacja. Jedna była z tuńczykiem – to nie biorę, ta druga jakaś różowa nie wiem z czym była, ale konsumuję.

Ujrzałem nasz autokar i kierowcę pana Bogdana przy nim. Zamieniamy kilka słów – pan Bogdan mówi, że to był rekordowo krótki przejazd z hotelu pod stadion. Nie da się ukryć, bo odległość wynosi tam chyba jakieś dwieście metrów. No ale dziwnie by to mimo wszystko wyglądało, gdyby zawodnicy tachali cały sprzęt te dwieście metrów. Więc podjechali. Pięknie prezentuje się ten nasz autobus na europejskiej arenie. Chwilę wcześniej stał i autokar Žiliny. W tym samym czasie na stadion wchodzi też prezes Sławomir Witek, więc witamy się. I z tego wszystkiego zapominam… zrobić zdjęcie naszego autokaru. Wybaczcie.

Elewacja stadionu kompletnie stadionu nie przypomina. Ot taki budynek z popularnymi dzisiaj zakolami. O tym, że jest to obiekt sportowy przypomina herb klubu oraz mapka stadionu. W każdym razie schludnie, choć skromnie i trochę staroświecko. Wchodzę bez problemu.

Zaraz po wejściu do budynku klubowego widzę coś, co bardzo, bardzo mi się podoba. Sala konferencyjna nie jest salą, tylko przedłużeniem takiego szerokiego korytarza – jest to świetne rozwiązanie, bo mimo, że nie przepadam za takimi „wolnymi” salami, to tutaj jest ona wciśnięta, a jednocześnie przestronna. To po prawej. Po lewej cała mixed zona, ścianka do wywiadów. Jest też taki pokoik do pracy dla mediów. I od razu wyjście na trybunę prasową, tak, że idąc wprost, po 10 sekundach od wejścia do klubu jesteś już na prasówce. Zero szukania, zero dopytywania, wszystko jak na dłoni. Logistyczny majstersztyk i funkcjonalność doskonała. Na wielu stadionach w Polsce było tak, że trybuna prasowa była bardzo odległa od sali konferencyjnej, była w ogóle na zupełnie innym piętrze (i to różnica kilku pięter), trzeba szukać, a nie zawsze wszystko jest dobrze oznakowane.

A zanim wejście się na sektor stricte prasowy, to jest też wejście dla drugiego pokoju dla mediów. Tu już miejsce szału nie robi, ale też jest wszystko, co potrzeba. W końcu też spotykam znajome twarze, przyjechała reszta ekipy z GieKSa.pl, są też dziennikarze ze Śląska.

Jestem pojedzony, więc na cateringu mi bardzo nie zależy. Przykuwa jednak moją uwagę lodówka z jakimiś jogurcikami. Widzę, że ludzie się tym zajadają. Okazuje się, że są to gotowe dania, jako jakieś pasty czy sałatki. Są do wyboru rybne lub jedna z szynką. Do tego bułeczka. No i wiadomo, herbata, kawa. Nie decyduję się, ale też nie wykluczam, że później skorzystam. Na drzwiczkach lodówki jest napis wiele mówiący – mňam, czyli mniam.

Idę na trybunę i już trzeba przygotowywać się do meczu. Schodzą się dziennikarze, komentatorzy polscy (Aleksander Roj i Kazimierz Węgrzyn) oraz słowaccy, którzy pytają nas o wymowę nazwisk polskich zawodników. Jest też reporter Rafał Kędzior. Ale prawdziwy reporter, a nie taki jak Michał Kołodziejczyk na Klasyku.

Obok nas siedzi też znany Twitterowicz Buckaroo Banzai, który wypowiadał się dla GieKSa.pl o klubie z Żyliny, gdyż zna go jak mało kto w Polsce. Chwilę rozmawiamy, podsuwa nam kilka ciekawostek, to o tym, jak Žilina jest budowana na młodych zawodnikach czy o tych… jogurcikach/sałatkach. Okazuje się, że są one z firmy właściciela klubu Josefa Antošíka, czyli holdingu Preto Group. Wcześniej niektóre dania były pod szyldem PRETO Ryba Žilina, a niektóre Radoma i Treska Žilina. I tutaj wszystkie te nazwy można było dostrzec. Także zagadka została rozwiązana, pan Antošík po prostu dzieli się swoim dobrem.

Kibice powoli się zbierają, a sektor czy raczej trybuna gości – wypełnia się. Jest to coś innego, znamy w Polsce te stadiony, wiadomo na niektórych jesteśmy dopiero od awansu do ekstraklasy, czasem przyjdzie jakaś egzotyka w Pucharze Polski. Ale tu już gramy poza granicami naszego kraju. Jest to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju.

Jest gra świateł, wyczytywanie składów. Wcześniej jakiś konkurs dla dzieci na najgłośniejszy okrzyk. W końcu sędzia szwajcarski wyprowadza piłkarzy na boisku.

Mamy swoją radość szybko, bo już w szóstej minucie. Wydaje się, że jest pięknie, że jest łatwo. Oj pamiętam taki moment… Gdy w sezonie 2016/17 GKS grał pierwszy mecz wiosny na wyjeździe z Chojniczanką. Wtedy mieliśmy terminarz Chojniczanka (wyjazd), Stomil (dom) i Zagłębie Sosnowiec (wyjazd). Czyli dwa starcia wyjazdowe z bezpośrednimi rywalami do awansu. I szybko w Chojnicach prowadziliśmy 2:0, a ja sobie pomyślałem, że za łatwo nam ten awans przychodzi… Zremisowaliśmy 2:2, potem tak samo ze słabym Stomilem i przegraliśmy w Sosnowcu mecz, który do przerwy powinniśmy wygrywać 3:0. A potem była cała wiosna z traumatycznym Kluczborkiem na koniec…

Tutaj mniejszy kaliber tego wszystkiego, ale gra po zdobyciu bramki się psuje. Nasi zawodnicy popełniają proste błędy, tracą piłki na swojej połowie, rywal ma sytuacje. W końcu Alan Czerwiński faule – rzut karny i gospodarze doprowadzają do wyrównania.

Nie przeszkadza to kibicom GieKSy, którzy w liczbie dwóch tysięcy tworzą żółtą trybunę i kapitalnie dopingują. Na początku meczu jest hymn, potem „Naprzód GieKSiarze”, podczas którego pada bramka.

Do przerwy 1:1. Chwila wytchnienia. Rozczarowanie grą, ale też nie biadolimy na jednak niezły wynik. Schodzę do pomieszczenia dla mediów się posilić. Rybnych dań w tym stylu nie lubię, więc biorę sałatkę, taki szałot z szynką. I okazuje się, że to danie jest mega smaczne. Do tego wyczuwalnie pikantne. Gdybym miał takie danie, takiej jakości w Polsce – jadłbym. Świetna sprawa na mały głód.

Druga połowa rozpoczyna się od utraty bramki. Tu już zaczyna się robić niedobrze. Rafał Górak robi zmiany, wydaje się, że nieco za późno, bo tu już w przerwie prosiło się o roszady. Od zmian GKS gra lepiej. Zaczyna znów podchodzić pod pole karne, stwarza sobie sytuacje, choć może nie bardzo klarowne. Aktywny jest Adam Zreľák, żywotność wprowadza Eman Marković. Jakość w środku pola podnosi Bartosz Wolski. Ostatecznie jednak przegrywamy ten mecz 1:2.

Szybka nagrywka i czas schodzić na konferencję. Wiadomo, tutaj jest to bardziej skomplikowane, bo trzeba tłumaczyć, więc jeszcze do końca nie wiemy, co w jakiej kolejności. Jest na miejscu tłumacz – dedukuję, że Słowak, bo choć świetnie mówi po polsku, to drobne elementy go demaskują. Chcę zadać kilka pytań trenerowi Górakowi, ale ostatecznie każde pytanie i odpowiedź jest tłumaczona na bieżąco. W rytmie pytanie i odpowiedź, tłumaczenie, następne pytanie i odpowiedź.

Zabawnie jest na konferencji Pavola Staňo. Zabawnie, choć nikt z taktu się nie śmiał. Tłumacz bowiem bardzo precyzyjnie i perfekcjonistycznie podszedł do swojej pracy. Rzecznik Žiliny bowiem powitał, oddał głos trenerowi, trener się wypowiedział. I pewnie wystarczyłoby, aby tłumacz po prostu przetłumaczył wypowiedź szkoleniowca. A tymczasem tłumacz:

„Szanowni państwo, dobry wieczór, witam serdecznie na konferencji prasowej po meczu drugiej rundy eliminacji do Ligi Konferencji UEFA pomiędzy MSK Żilina i GKS Katowice. Poproszę o ocenę meczu trenera Pavla Stano. Drodzy państwo, dobry wieczór…”.

Sam decyduję się zadać pytanie trenerowi Słowaków, czy widział jakiś mecz GieKSy w poprzednim sezonie. Potwierdza, że był na spotkaniu pierwszej kolejki na Nowej Bukowej z Rakowem, z którym Žilina zaraz miała grać w pucharach.

Konferencja się kończy i większość dziennikarzy się rozchodzi lub rozjeżdża. Chłopaki zaraz zbierają się i wracają do Katowic. Robimy jeszcze swoje materiały. Po tym niestety przegranym meczu. Jeszcze rzut oka na nocny i opustoszały stadion. Na herb Žiliny. I malowidło rodem z testów projekcyjnych Rorschacha. Choć nam nie było do śmiechu.

Ja wracam nocnymi uliczkami na piechotę do hotelu. Ulice są wyludnione, na Placu Mariańskim już nie ma żywej duszy. Czasem gdzieś przejedzie taksówka. Formalnie jest już piątek. Na kwaterze jestem kilkanaście minut po północy. Spać nie idę, tylko robię jeszcze swoje materiały, kończę konferencję, piszę newsa o tym, że Hapoel wygrał w pierwszym meczu z Łudogorcem.

***

Rano śniadanie i jeszcze ostatni rzut oka na ten cudowny hotel. Czas wsiadać w samochód i ruszać do Polski.

Mogę w świetle dziennym zobaczyć tę trasę, którą jechałem dwa dni wcześniej. Nie powiem, jest urokliwa i malownicza i rzeczywiście jest to górski przejazd. Po niskich górach, Beskidach Kysuckych, ale jednak. Piękna droga, choć znów trzeba było kombinować z wymijaniem tych jadących z naprzeciwka.

Wyjazd mój kończy się koło południa, gdy docieram do Katowic. Pierwszy wyjazd na mecz europejskich pucharów. Mimo porażki mam nadzieję, że odrobimy straty u siebie i czeka mnie kolejna przygoda. A czy tak będzie? Czytając ten felieton już wiecie, jak potoczyły się dalsze losy GKS Katowice w Europie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga