Piłka nożna
Felieton wielkanocny, czyli możni na rozkładzie
Czy pomeczowy felieton w świątecznie, wielkanocne popołudnie to dobry pomysł? Z pewnością. Zwłaszcza że jesteśmy w świetnych nastrojach po wczorajszym meczu. Nostalgicznie się zrobiło, gdy kibice śpiewali „Wesołych Świąt”, bo przecież to przyśpiewka z czasów, kiedy graliśmy w ekstraklasie na początku XXI wieku. Wspominałem przed meczem niektóre z tych wielkosobotnich spotkań. Wczoraj zapisaliśmy kolejną ich historii kartę.
Przyznam, że przed meczem, wiedząc o co gra Śląsk i też jak gra w ostatnich meczach, mimo że oczekiwałem zwycięstwa, to nie obraziłbym się na punkt. Jakby nie patrzeć te wygrane z czterema strzelonymi bramkami czy pewne pokonanie u siebie Lecha Poznań robiły wrażenie. Jak cała praca Ante Simundzy, który wygrzebał wrocławian z czeluści i z sytuacji totalnie beznadziejnej, postawił WKS w takiej sytuacji, że po tej kolejce mogli wyjść ze strefy spadkowej.
To nie to, że myślałem, że GKS może zagrać na obniżonych obrotach, patrzyłem właśnie na siłę Śląska. No a jednak grając z nożem na gardle, wydaje się, że ta motywacja może być większa, ta myśl, że trzeba iść na noże i wyszarpać to utrzymanie. Dodatkowo często są takie slogany, że mając już „coś zapewnione” będziemy mogli zagrać na luzie. Często ten luz jednak potem przekłada się po prostu… na słabą grę.
Tutaj było inaczej. GieKSa zagrała z jednej strony na luzie, a z drugiej z determinacją. To było coś w stylu meczu z Puszczą Niepołomice, gdzie już w pierwszej połowie był doskok i pressing. Śląsk nie potrafił przed przerwą się z tego ogarnąć i efektem była dominacja naszego zespołu. GieKSa stworzyła kilka sytuacji, ba – nawet pojawiły się strzały z dystansu, po których Rafał Leszczyński miał spore problemy (choć fakt faktem, że również z powodu swojej nie najlepszej dyspozycji). Naprawdę postawa GKS w pierwszej połowie była jedną z najlepszych w tym sezonie. Niektórzy może o tym też zapomnieli, ale graliśmy na boisku wicemistrza Polski, który do ostatniej kolejki w zeszłym sezonie bił się z Jagą o tytuł. Oczywiście, że wrocławianie stracili Erika Exposito i Nahuela Leivę i to był znaczący ubytek, ale fakt jest faktem.
Pewnie można się trochę do GKS przyczepić za drugą połowę, bo jednak to zepchnięcie do defensywy przez Śląsk było dość spore. Nie na tyle, żeby wrocławianie stwarzali sobie masowo klarowne sytuacje, ale mimo wszystko być może można było trochę bardziej kontrolować sytuację na boisku. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, że Arnau Ortiz miał tak fatalnie nastawiony celownik, bo dwie sytuacje, które miał, po prostu musiał zamienić na gole. No ale te słowa drugiej połowie to takie trochę czepianie się na siłę, bo ostatecznie Śląsk oddał tylko jeden celny strzał.
Podczas wywiadu z trenerem Górakiem po rundzie jesiennej pytałem o te odległości między piłkarzami, którzy atakują, a naszymi broniącymi zawodnikami – sugerując, że są one za duże i z tego tytułu przy szybkim pomocniku rywali, mamy zagrożenie pod naszą bramką. Trener zwracał uwagę, że w tym sposobie gry – strefowym – bardziej istotna jest asekuracja ze strony środkowych obrońców i to, co się stanie już w polu karnym. I odnosząc się właśnie do tego aspektu, było to aż nadto widoczne w meczu ze Śląskim. Liczba takich szybkich, gwałtownych doskoków w szesnastce, skutkująca zablokowanie rywala lub utrudnieniem mu oddania strzału była znacząca. Nie wiem, czy jest w ekstraklasie inny zespół, który tak ofiarnie broni w polu karnym. I nie tyczy się to tylko środkowych, bo jeśli znajdzie się tam czasem któryś z piłkarzy z linii pomocy czy np. taki Marcin Wasielewski – jest to samo. Trzeba przyznać, że jest to wręcz widowiskowe, a na pewno skuteczne. A swoją drogą jakichś wielkich problemów z powodu „krycia na radar” i tak jest zdecydowanie mniej niż jesienią. Więc tu nawet nie ma co się czepiać. Jest rozwój.
GKS Katowice po raz drugi w tym sezonie ma więcej zwycięstw niż porażek. Dla drużyny, która remisuje dość rzadko (tylko sześć razy), jest to dobre osiągnięcie. Poprzednio taki stan mieliśmy po wygranej w Częstochowie. Teraz bilans zwycięstw i porażek to 12-11. A jest przecież końcówka sezonu.
I co jeszcze ciekawsze – rok temu na tym etapie sezonu mieliśmy zaledwie jedno zwycięstwo więcej. Fakt, że mieliśmy więcej punktów, wynika z większej wówczas liczby remisów i mniejszej przegranych. Wiadomo, że od tego momentu do końca sezonu GKS zanotował pięć wygranych, co teraz powtórzyć będzie trudno. Ale podszlifować można.
Rany, na pięć kolejek przed końcem mieliśmy osiem punktów straty do drugiego miejsca. Nie myśleliśmy o cudzie. Myśleliśmy, żeby utrzymać pozycję barażową, bo nad siódmym (i ósmym) miejscem było zaledwie oczko przewagi.
Teraz katowiczanie mają 42 punkty i niektórzy nieśmiało przebąkują o załapaniu się do pierwszej piątki. Czy będzie to realne, przekonamy się w sobotę z Legią, więc na razie nie ma co na ten temat dywagować. Natomiast poprawić swoją pozycję w tabeli możemy jak najbardziej. Jeśli Górnik Zabrze nie wygra w Mielcu, a Cracovia przegra w Poznaniu, to możemy się znaleźć nawet na siódmej pozycji. Szkoda, że Motor wygrał, podopieczni Mateusza Stolarskiego nie odpuszczają i też chcą zająć jak najwyższą lokatę.
Patrzymy na beniaminków po 29 kolejkach? Proszę bardzo.
Po 29 kolejkach
19/20 Raków 38 (u) ŁKS 21 (s)
20/21 Stal 28 (u) Podbeskidzie 25 (s) Warta 40 (u)
21/22 Radomiak 43 (u) Termalica 24 (s) Łęczna 27 (s)
22/23 Miedź 21 (s) Widzew 38 (u) Korona 35 (u)
23/24 ŁKS 21 (s) Ruch 20 (s) Puszcza 32 (u)
Wiemy już z poprzednich felietonów, że Widzew po świetnych dwudziestu kilku kolejkach miał fatalny koniec sezonu. W tej klasyfikacji więc lepiej po 29 kolejkach punktował jedynie Radomiak, ale tylko o jeden punkt. To daje obraz wręcz niebywały, jak wielką wartość do ekstraklasy wnieśli beniaminkowie w tym sezonie – mowa oczywiście o Motorze i GieKSie. Lechia ma jeszcze mecz przed sobą i u gdańszczan wygląda to zdecydowanie gorzej, choć na tle ww. zestawienia wypadają średnio i muszą się mieć na baczności, bo z identycznym dorobkiem punktowym z ekstraklasy spadł Górnik Łęczna.
To, że GieKSa ma pewne utrzymanie, to wiemy. Nie można natomiast jeszcze otwierać bezalkoholowego szampana. Ktoś powie, że te wyliczanki są bez sensu. Ale czy ktoś widział, żeby Liverpool świętował już Mistrzostwo Anglii? Zresztą… przypomina się wypowiedź Franciszka Smudy z końcówki lat 90., kiedy to Widzew zdobywał Mistrzostwa Polski. Popularny Franz, po którymś meczu w środku sezonu, gdy Widzew był liderem ekstraklasy, stwierdził, że „przede wszystkim cieszy się, że tym meczem zapewnili sobie utrzymanie w ekstraklasie”.
GKS Katowice może to matematyczne utrzymanie mieć już w tej kolejce. Do tego potrzebna jest jutrzejsza przegrana Puszczy i wtorkowy brak zwycięstwa Stali. Na razie jedyną drużyną, która już nas nie dogoni, jest Śląsk Wrocław. Jeśli dwa powyższe warunki się spełnią, GieKSa na pięć kolejek przed końcem będzie pewna gry w ekstraklasie na przyszły sezon. Najprawdopodobniej to utrzymanie będzie możliwe też w przypadku remisu Puszczy, jeśli w żadnej tabelce porównawczej z większą niż trzy liczbą drużyn, katowiczanie nie zajmą ostatniego miejsca. A w kontekście dwóch wygranych z Puszczą i bilansu bramkowego 9:1, taka sytuacja prawdopodobnie nie istnieje. Ale to trzeba by było sprawdzić każdy wariant.
Wygraną we Wrocławiu z kapitalną prezentacją kibiców GKS na sektorze gości zapewniliśmy sobie… już nawet nie wiem co, bo komfort to już był wcześniej. Po prostu radość. Przełamanie złej passy wyjazdowej to też bardzo ważna sprawa. W tym sezonie mamy już na rozkładzie Mistrza Polski, wicemistrza, finalistę pucharu. A możemy mieć i przyszłego mistrza i zdobywcę Pucharu Polski. GieKSa potrafi grać z najlepszymi.
Za tydzień mecz, na który czekaliśmy 20 lat. Do Katowic przyjeżdża Legia Warszawa. Bliscy emerytury kibice pamiętają spektakularne 3:1 w 1994 roku, ci młodsi, ale również już nie najmłodsi, fantastyczną wygraną po golu w doliczonym czasie gry Moussy Yahai. Niech te czasy wrócą i katowiczanie piszą nową historię tych legendarnych potyczek.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze