Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Kolejorzem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Lechem Poznań to już historia. Katowiczanie ulegli rywalowi, ale – choć zdania są podzielone – nie pozostawili po sobie jakiegoś złego wrażenia. Rzućmy okiem na ten wyjazd okiem redakcji i zamykamy temat Kolejorza. W sobotę żegnamy się ze stadionem przy Bukowej. Niech to będzie pożegnanie godne.

1. Miłe doznania z Poznaniem mieliśmy już na etapie przyznawania akredytacji – zgłosiliśmy pięć wniosków – dwa na prasę i trzy na foto – i został nam przyznany komplet. Dzięki temu wiedzieliśmy, że będziemy mogli obrobić to spotkanie w sposób godny.

2. Po kilku sezonach rywalizacji z Lechem II Poznań, w końcu mogliśmy zmierzyć się z pierwszą drużyną. Jeśli chodzi o wyjazdowe spotkania, to dwukrotnie gościliśmy we Wronkach, raz wygrywając 2:1, a raz przegrywając 2:3.

3. Zwłaszcza to przegrane spotkanie, na którym miałem okazję być, zapadło mi w pamięci. Po wyrównaniu w 88. minucie, straciliśmy gola w doliczonym czasie. Naszym katem okazał się wówczas Filip Szymczak, który później grał u nas. A tego jednego oczka zabrakło nam do awansu w tamtym sezonie do pierwszej ligi.

4. Co ciekawe, w tym znów wygranym spotkaniu, w którym dwa gole strzelił Arkadiusz Woźniak, w rezerwach Lecha wystąpił Antoni Kozbual.

5. Do Poznania wyruszyliśmy koło dwunastej w składzie: Misiek, Weronika, Magda i moja skromna osoba. Kazik stacjonował z rodzinką w Poznaniu i miał do nas dołączyć w trakcie meczu. Jak zwykle przed spotkaniem uruchomił swojego drona, dzięki czemu mogliście zobaczyć efektowny stadion Lecha z lotu ptaka.

6. Stadion, na którym w niebycie ekstraklasowym gościliśmy kilkukrotnie – gdy był w przebudowie, a także gdy był już gotowy. Naliczyłem cztery takie spotkania, oczywiście przeciw Warcie Poznań. Były to nasza wygrana 1:0, remis 3:3 po show Pawła Sobczaka i Marcina Klatta (po dwa gole), remis 2:2, kiedy to Warta nam zabraniała nawet przeprowadzić… relacji radiowej, a komentator Tomek rzucił słynną łacińską sentencję po golu Damiana Chmiela „Chmel, Chmel udedyt me tmytum” oraz porażka 1:2 za prezesini Łukomskiej-Pyżalskiej, kiedy to kibice Warty w liczbie chyba kilkunastu tysięcy zrobili pospolite ruszenie.

7. Droga przebiegła totalnie bez zarzutu. Dodatkowo na nasz spokój wpływał fakt, że mieliśmy przyznaną wjazdówkę na parking. Dzięki temu mając zapas czasowy mogliśmy zatrzymać się w Maczku na szamkę. Muszę powiedzieć, że jak od 19 lat jeżdżę jako redakcja czy praca na GieKSę to jedno się nie zmienia – zawsze, z każdą ekipą jest McDonald’s 😀

8. W dawnych czasach to i z piłkarzami się było w jednym czasie w Maku na powrocie z wyjazdów. Pamiętam w trzeciej lidze jak taki Damian Sadowski rozważał, co będzie sobie brał, a i Maro lubił sobie Wieśmaka skubnąć. Co za czasy 😉

9. Głównym Makiem na trasie był wówczas ten w Lubinie. Nazywaliśmy go „przypałowym”. Ale dlaczego – nie mam zielonego pojęcia.

10. Wróćmy do soboty. Na stadionie byliśmy półtorej godziny przed meczem. Na stadion wjechaliśmy bez problemu. Parking nieco pozostawia do życzenia, jest sporo dziur, które były wypełnione deszczówką. Ale nie na tyle, żeby musieć się po tych dziurach przetaczać.

11. Od samego wjazdu na stadion patrzeliśmy na oznaczenia, strzałki itd. Miała być niebieska budka/kontener z akredytacjami – była. Szybko odebraliśmy wejściówki i skierowaliśmy się w swoje strony – my z Miśkiem na sektor prasowy, Kazik i dziewczyny – na murawę.

12. W ekstraklasie na tych dużych stadionach zawsze mam stresa, czy uda się bez problemu dojść na właściwe miejsca. Na Górniku z Filipem pogubiliśmy się kompletnie, na Legii było jako tako, ale trzeba było przejść przez zasieki.

13. Tutaj po wejściu przez bramkę i poinstruowaniu przez stewardów droga była absolutnie intuicyjna. Co chwilę były strzałki i napisy, gdzie na trybunę prasową, gdzie do mixed zony, gdzie do salki konferencyjnej.

14. Po drodze mijaliśmy salkę dla fotoreporterów, gdzie można się było posilić, były kanapki, ciastka, zimne i ciepłe napoje. Z Patrykiem poszliśmy rozglądać się po salkach konferencyjnych właśnie itd., ale gdzieś mi zniknął. Ja zajrzałem właśnie do sali, zrobiłem fotkę, przeszedłem się, a gdy wróciłem do tej salki z cateringiem, Patryk zajadał się ciastkami.

15. Też więc się posiliłem, wziąłem herbatkę i udaliśmy się na sektor prasowy. Z windy wyszli mający komentować ten mecz w TVP Sport Robert Podoliński i Maciej Iwański. Z panem Robertem Misiek sobie uciął po meczu pogawędkę na temat rac, a znany obecnie z Kanału Sportowego trener nazwał naszego Miśka „Panem Redaktorem”.

16. Od razu przypomniały mi się prywatne wiadomości, jakie wymieniałem z Maciejem Iwańskim przed meczem na Garbarni z Hutnikiem Kraków, w pierwszej kolejce sezonu 2020/21. Lata świetlne.

17. Po wjechaniu na czwarte piętro, znów wszystko intuicyjne. Super rozmieszczone też kabiny, a w zasadzie całe pokoje dla komentatorów TV. Z napisanymi na drzwiach: TVP czy Canal Plus. Bardzo ładnie, estetycznie, bez zbędnych upiększeń.

18. Osobiście zdążyłem zapomnieć ten stadion Lecha, bo ostatni raz byłem na nim pewnie z 12 lat temu. Raz też zdarzyło mi się być przy Bułgarskiej na meczu reprezentacji Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1), to dzień później graliśmy słynny mecz z Pogonią w Szczecinie (4:3). Ale tak się złożyło, że na Leszku miałem okazję być także na ligowych meczach z Górnikiem i Jagiellonią. Przy czym na tym drugim po dość ciężkim wieczorze i raczej skłonny byłem bardziej… spać niż oglądać mecz. Też zamierzchłe czasy.

19. Wyjście na trybunę i ten widok robi imponujące wrażenie. Widoczność jest znakomita, zamknięta bryła, nie ma pewnej rozlazłości obiektu, tak jak miałem wrażenie na Legii czy Górniku. Stadion jest duży, pojemny, ale zajmuje chyba mniejszą powierzchnię niż tamte wymienione. Albo to tylko takie wrażenie.

20. Zajęliśmy miejsca przy stołach. Porządnych, szerokich blatach, na których można rozłożyć sobie… wszystko. Do tego ta dziurka w blacie, przez którą można przeciągnąć kable. I nie puszą one się plątać pod nogami.

21. Na stanowisku byliśmy ponad godzinę przed meczem, więc można było wszystko sobie ogarnąć na spokojnie. Zaraz obok trybuny prasowej była też herbatka i ciastka. Więc idealnie wszystko. Mogliśmy oczekiwać na spotkanie.

22. Trybuny powoli się zapełniały, kibice już dawali wokalny popis, sympatycy GieKSy sukcesywnie pojawiali się na sektorze gości.

23. Lekko ociągałem się z nagraniem meldunku przedmeczowego i na swoją szkodę, bo w pewnym momencie zaczęły lecieć reklamy i tak zaczęło dudnić, że w 50. sekundzie nagrywki musiałem zarzucić ten pomysł na kilka minut, bo po prostu nie dało się w tym hałasie. Straszne to jest, że zawsze i wszędzie na świecie te reklamy muszą napie…lać takim hałasem, że bębenki pękają.

24. Przy 28-tysięcznej publiczności oglądaliśmy to widowisko. Mecz, w którym kilku zawodników grało przeciw swoim były klubom. W barwach Kolejorza przypomnieli się katowickim kibicom Antoni Kozubal i Bartosz Mrozek. Na Bułgarską wrócili natomiast Marcin Wasielewski i Alan Czerwiński.

25. Już w 3. minucie Mikael Ishak pokonał naszego bramkarza i podobnie jak z Górnikiem, niemal od początku spotkania musieliśmy gonić wynik. Katowiczanie starali się, ale na Lecha nie było tego dnia mocnych. Jakoś udało nam się dotrwać z wynikiem 0:1 do przerwy.

26. W przerwie na cateringu obok nas pojawiła się zupka. Znośna 🙂 Zawsze miło wrzucić coś ciepłego, tym bardziej, że już wielkimi krokami zbliża się zima. Były też i tutaj kanapki, kawa i herbata. Niczego nie brakowało.

27. Druga połowa to znów napór gospodarzy. Szybki rzut karny, niewykorzystany przez Ishaka, po chwili jednak trafienie Gholizadeha. Lech dominował, grał kapitalnie i zasłużenie wygrał to spotkanie.

28. Na boisku pojawili się rekonwalescenci, Marten Kuusk i Jakub Arak. Cieszy powrót do zdrowia naszych zawodników i miejmy nadzieję, że dadzą nam dużo w kolejnych spotkaniach.

29. Kibice obu drużyn popisali się efektownymi oprawami. Najpierw sympatycy Lecha wystrzelili fajerwerki, a potem odpalili race – zadymiając całe boisko i powodując z osiem minut przerwy w grze. Gdy dym opadł, swój pokaz dali kibice GieKSy, ale tym razem, można było grać. Wszystko wyglądało bardzo efektownie, co nasi fotografowie uwiecznili na fotkach.

30. Po zakończonym meczu piłkarze obu drużyn dziękowali kibicom, a specjalnie został potraktowany Antek Kozubal, którego nazwisko skandowali kibice GieKSy.

31. To niesamowite i jest ewenementem, że 20-letni zawodnik, który był jedynie wypożyczony do naszego klubu zaskarbił sobie taką sympatię kibiców GieKSy. Całkowicie zasłużenie. Oddał kawał serca i dobrej jakości piłkarskiej w Katowicach i wszyscy o tym pamiętamy. Oby kariera młodego zawodnika, już reprezentanta Polski, potoczyła się jak najlepiej.

32. Misiek poszedł zbierać wywiad, ja nagrałem meldunek pomeczowy i skierowałem się na dół do sali konferencyjnej. Jak to w ekstraklasie – na trenerów musieliśmy trochę poczekać. Kazik już na sali przygotowywał galerię, dziewczyny w salce foto też robiły swoje.

33. Trener Rafał Górak komplementował drużynę Lecha, jako najlepszego rywala, z którym graliśmy w tym sezonie w lidze. Jakkolwiek Legia przeciw nam też zaprezentowała się bardzo dobrze, to Kolejorz chyba rzeczywiście jeszcze o oczko lepiej.

34. Na tych meczach w ekstraklasie możemy spotkać dziennikarzy, którzy pracują w najbardziej znanych ogólnopolskich mediach. W pierwszej lidze to zazwyczaj byli tylko lokalsi. Tutaj więc zadawał pytanie choćby Radosław Laudański z Weszło, na sali kręcił się także Dawid Dobrasz z Meczyków. Fajnie, że GieKSę ogląda już dziennikarski mainstream, a nie tylko starzy znajomi z katowickiego Sportu.

35. Trener Nils Frederiksen to gościu z jajem. Mimo, że wygląda na nieco starszego niż jest w rzeczywistości, to widać, że nie gwiazdorzy i ma poczucie humoru. Jak wtedy, gdy jeden z dziennikarzy zapytał go, czego szukał w maszynie ze słodkościami. Trener docenił to pytanie, jako coś innego, coś nowego i odpowiedział, że po prostu potrzebował coli, a w dawnych czasach w Danii gdy jedli po meczach pizzę, to dzięki coli lepiej ta pizza przechodziła. Przy okazji warto tutaj zamieścić kapitalną fotkę, jaką trenerowi Lecha robił Kazik.

36. Ja postanowiłem zastosować metodę, którą stosowałem kiedyś, czyli spisywanie konferencji na żywo – wiadomo, że niedokładnie i jako pewien szkielet. Jednak dzięki temu, później odsłuchując i szlifując ten tekst, zapis konferencji na stronie był szybciej niż zazwyczaj. Staramy się dla Was rozwijać.

37. Jeszcze zostaliśmy na salce jakiś czas, Kazik kończył pierwszą galerię. Zdjęcia od Magdy i Werki pojawiły się następnego dnia i obecnie możecie obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania. Zapraszamy!

38. Nie zasiedzieliśmy się tak długo, jak na Legii. Zrobiliśmy, co trzeba było zrobić szybko i zebraliśmy się do samochodu. Ja osobiście zaskoczyłem ekipę niby to teleportując się, a tak naprawdę korzystając ze specyficznej windy z dwoma przejściami.

39. Ruszyliśmy w kierunku Katowic. Z powrotem mieliśmy dodatkowego pasażera, który choć dość głośny i żywiołowy, kupił każdemu z nas po Snickersie. Takie to atrakcje na wyjazdach redakcyjnych 😉

40. W tym PS-ie mogłoby się znaleźć jeszcze ze dwadzieścia dodatkowych punktów, ale dla zachowania fasonu po prostu pomińmy pewne kwestie. W każdym razie bywa wesoło i mimo porażki, cieszyliśmy się, że możemy fajnie podziałać na kolejnym meczu ligowym.

41. Na powrocie byliśmy jeszcze na chwilę w restauracji takiej jednej sieci, której nazwy z przyzwoitości nie wymienię. Poza tym, po co się powtarzać 😉 Na wiosnę będziemy się żywić tylko warzywami z ekologicznych upraw.

42. W Katowicach byliśmy ok. 1.30. Czyli nie aż tak znowu późno. To przedostatni wyjazd w tym roku.

43. Dodajmy, że od początku do końca praca przy tym meczu była przyjemnością. Warunki do pracy na stadionie Lecha są wyśmienite, życzliwość wszystkich również jest na wysokim poziomie. Logistyka stadionowa, oznaczenia – top. Z przyjemnością wrócimy tam w przyszłym sezonie.

44. Tylko trzy punkty z Lechią. Pożegnajmy godnie nasz ukochany stadion!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Budowa Wielkiej GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zakończyła się nasza przygoda w europejskich pucharach. Była ona krótka, ale bardzo intensywna. Cztery środkowotygodniowe meczowe wieczory dostarczyły nam emocji, których kilka pokoleń kibiców w ogóle nie doświadczyło. Zarówno tych wyjazdowych, specyficznych, bo poza granicami naszego kraju, jak i domowych świąt futbolu, z pełnym stadionem i poczuciem czegoś wyjątkowego.

Trudno ostatecznie ten dwumecz ocenić jednoznacznie. To znaczy – łatwo było go ocenić do 83. minuty, ale potem mieliśmy przebłysk Katowiczan, który spowodował, że GKS ten mecz po prostu wygrał.

Nie da się jednak ukryć, że z perspektywy dwumeczu awans Hapoelu jest absolutnie zasłużony. To Izraelczycy byli drużyną zdecydowanie lepszą. Neutralizowali nas tak, że do bramki Ilji, czyli przez 173 minuty dwumeczu, najgroźniejszą okazją był chyba strzał Bartka Nowaka z rzutu wolnego, a przecież to był strzał zaledwie niezły. Ewentualnie jeszcze w drugiej połowie ta sytuacja Kacpra Łukasiaka, który w idealnej wprost pozycji skiksował kompletnie. Hapoel raz, że kasował nasze próby ofensywne bez większego problemu, to i jakość tych prób pozostawiała wiele do życzenia. Rywale sami też do pewnego momentu jednego i drugiego meczu – stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Przez trzy połowy ofensywa GieKSy nie istniała. Goście wczorajszego meczu byli bardziej dynamiczni, choćby jeśli chodzi o pokazywanie się na pozycjach, pressing czy wychodzenie spod pressingu. U nas wyglądało to tak, że brakowało w tym zakresie jakiegoś doświadczenia i pomyślunku – nie było tego przestawienia się, że być może w pucharach trzeba w każdej sytuacji reagować o pół sekundy szybciej. Detale.

Druga połowa była już nieco lepsza, ale tak naprawdę to dopiero te ostatnie 10 minut to była ta GieKSa, jaką chcemy oglądać. I nie mówię tylko o bramkach, ale o zamknięciu i zdominowaniu rywala. Jak się okazało – w tych okolicznościach Hapoel był w stanie się pogubić i raz stracić bramkę, raz sprokurować karnego. Można sobie zadać pytanie – dlaczego nie wcześniej? Gdyby to „swoje” GieKSa grała choćby od początku meczu lub po jednej połowie na Węgrzech i u nas – losy tej rywalizacji wcale nie musiały być takie, jakie są.

Jeśli chodzi o ofensywę, to duży zawód sprawiły w tym dwumeczu stałe fragmenty. Bartoszowie Nowak i Wolski bili je niestety bardzo źle. Poza wspomnianym jednym rzutem wolnym mieliśmy rzuty wolne niecelne czy tam jeden w środek bramki w Miszkolcu. Po rzutach rożnych też kompletnie nie stwarzaliśmy zagrożenia. Szwankowało to bardzo, a od takich techników wymagamy przynajmniej uderzenia w światło bramki.

No i znów kuriozalna stracona bramka. Sposób w jaki piłka fruwała nad głowami Arka Jędrycha i Bartosza Wolskiego był niezrozumiały. Pomijaliśmy się głowami z futbolówką i zaraz rywal miał czystą sytuację. Niestety wszystkie trzy bramki strzeliliśmy sobie sami. O meczu sprzed tygodnia napisano już wiele, jednak tym razem gol dla piłkarzy z Tel Awiwu też nie było po nie wiadomo jakiej składnej akcji.

Końcówka była znakomita. Kapitalną zmianę dał Mateusz Wdowiak. Poszarpał, pogonił, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Świetnie wykończył akcję na 1:1 Ilja Szkurin, a potem kapitan bardzo dobrze wykonał rzut karny. Swoje do gry wniósł Eman Marković czy Erik Jirka. Także Szymon Bartlewicz miał dobry moment, choć te kilka wrzutek na sam koniec na wysokość kolan sfrustrowało Nową Bukową. Mimo wszystko – gdy wydawało się, że dwumecz zostanie z kretesem przegrany, nieoczekiwanie nasi zawodnicy zapewnili nam w końcówce wielkie emocje. I wygrali mecz. Jakby do tego wszystkiego nie podchodzić – to cieszy. Jak i kolejna bramka naszego napastnika.

Cieszy to, że GieKSa nadal u siebie seryjnie wygrywa mecze. Cieszy, że nie została przerwana passa meczów bez porażki na własnym stadionie. Uważam, że to psychologicznie jest bardzo dobry aspekt. Także to, że ta końcówka okazała się efektywna i wyszliśmy z takiego jednak marazmu, którym był naznaczony ten dwumecz. Na sam koniec o marazmie nie ma mowy. Bo GieKSa znów była GieKSą. I to też ma zaprocentować już w niedzielę w meczu ligowym.

Wstydu nie przynieśliśmy. GKS Katowice wracający do pucharów po tylu latach – zdołał jedną rundę przejść, a przecież tam też były trudności. Mieliśmy ten piękny wieczór z wyeliminowaniem Žiliny. To nie był ten przez wiele lat trawiący polski futbol „eurowpierdol”. Odpadliśmy, popełniliśmy swoje błędy, odpaść nie musieliśmy. Ale nie ma mowy o żadnej kompromitacji. I paradoks według mnie jest taki, że choć Hapoel był w naszym zasięgu, to wcale nie jestem przekonany, że Atalanta będzie z tym rywalem miała tak łatwo.

Pamiętam czas, częściowo w sezonie spadkowym do drugiej ligi, kiedy GieKSa przez rok nie potrafiła u siebie wygrać meczu. CAŁY ROK! Teraz w ciągu dwóch tygodni wygraliśmy na swoim boisku dwa mecze w europejskich pucharach. To naprawdę są wartościowe rzeczy w tym ciągłym i ciągłym procesie budowy Wielkiej GieKSy. To daje radość, to daje poczucie sensu w tym wszystkim.

Wracamy do ligi. Ligi, która była totalnie gdzieś w tle tego wszystkiego. Ale teraz ruszymy już do niej pełną parą i będziemy ciułać te ligowe punkciki – oby jak najczęściej po trzy, choć czasem jednym też nie wzgardzimy. Najważniejsze, żeby wspomniana para nie uciekła po odpadnięciu z europejskich rozgrywek. Ale jestem dziwnie spokojny, że to nie nastąpi. Raczej mam myśl, że pójdzie to w drugą stronę i te puchary GieKSę napędzą jeszcze bardziej. Już mecz z Radomiakiem to pokazał.

Ostatecznie więc trochę pomarudzić sobie tam czasem pod nosem możemy, ale tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku. Długofalowo – te cztery mecze to kolejne punkty do doświadczenia i stawania się coraz lepszą drużyną. Europejskie puchary były czymś, czego nie zakładaliśmy na początku i przez długi czas w poprzednim sezonie. A jednak nam się one przydarzyły. To był dla kibica GieKSy prawdziwy bonus. I cztery dodatkowe mecze, a przecież… uwielbiamy mecze i im więcej, tym lepiej. Myślę, że piłkarze czy trenerzy mają podobnie. Przecież wszyscy kochamy atmosferę stadionu, te sztuczne światła, te krzyki publiczności, euforię po bramkach, nerwy na sędziego, otoczkę medialną i całą tę fabułę, która ciągle trwa i trwa.

I będzie trwać dalej, bo historia tego sezonu – z przytupem – ale dopiero się zaczyna. Przed nami maraton ligowych meczów, w którymś momencie dojdzie jeszcze Puchar Polski. GieKSa jest gotowa, a zawodnicy z całej kadry – sprawdzeni. Nic więc tylko czekać na kolejne popołudnia i wieczory z GKS Katowice w roli głównej.

Panowie, dziękujemy za ten czas i czekamy na kolejne pojedynki. A jak jeszcze powalczycie o puchary i kolejną europejską przygodę za rok – to już będzie w ogóle wspaniale!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga