Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media: Jeden gol rozstrzyga wielkie polskie derby! Jakby Schalke zagrało z Borussią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Ruch Chorzów – GKS Katowice.

 

1liga.org – Sobota w F1L: Goku z bramką stadiony świata

[…] Derby w Fortunce? Bardzo lubimy i zawsze na nie czekamy z niecierpliwością! Zgodnie z przewidywaniami od pierwszych minut nie brakowało w tym starciu emocji. W 6.minucie bardzo groźne trafienie Szczepana z okolic szóstego metra instynktownie wybronił Kudła, chroniąc katowiczan przed utratą bramki. W 11. minucie katowiczanie zagrali w pole karne rywala, jednak zarówno Urynowicz jak i Jędrych nie znaleźli patentu na golkipera chorzowian. Choć działo się sporo, do przerwy nie zobaczyliśmy bramek. Na początku drugiej odsłony oba zespoły szukały klarownych sytuacji strzeleckich, ale obie bramki były jak zaczarowane. Dobrą okazję miał m.in. Arkadiusz Jędrych, który odważnie poczynał sobie w okolicach pola bramkowego chorzowian. Bardzo ładny strzał w 59. minucie oddał wprowadzony chwilę wcześniej Artur Pląskowski, jednak perfekcyjnie wyciągnął się w bramce interweniujący Kudła. To był pierwszy sygnał, że ten piłkarz może dziś odgrywać ważną rolę w swoim zespole i… okazało się, że faktycznie miał wejście smoka. W 69. przytomnie zachował się w polu karnym katowiczan i ulokował piłkę między słupkami, zdobywając gola otwierającego wynik. Jak się później okazało to była jedyna bramka w spotkaniu, która dała chorzowianom awans na pozycję wicelidera.

 

sportowefakty.wp.pl – Niespodziewany bohater derbów w Chorzowie. Przełamanie Ruchu

[…] Tylko kibice Ruchu weszli na derby. Katowiczanie, którzy są skonfliktowani z władzami klubu, ostatecznie na Cichą po czterech latach nie zawitali. W Chorzowie mecz po raz czwarty jesienią obejrzał komplet kibiców i potwierdził, że Ruchowi należy się nowy stadion.

Niebiescy do spotkania przystępowali po trzech grach bez wygranej, ale w spotkaniach Ruch nie grał źle. Z kolei GKS był niepokonany od siedmiu meczów.

Mało kto spodziewał się otwartej gry, wszak obie drużyny mogą pochwalić się jednymi z najlepszym defensyw w Fortuna I lidze. Odważniejszy w początkowej fazie byli goście, ale to Ruch skontrował rywala w 7. minucie. Strzał Daniela Szczepana odbił Dawid Kudła. W kolejnych minutach swoje okazje mieli katowiczanie. Jakub Bielecki potwierdził, że na linii prezentuje się bardzo dobrze. Szczęścia próbował m.in. Arkadiusz Jędrych. W końcu inicjatywę przejął Ruch, ale niewiele z tego wynikało. Spotkanie było zamknięte i wiele wskazywało na to, że o wyniku może zadecydować jedna bramka.

Podobnie było po przerwie. Nikt nie chciał się otworzyć. W 49. minucie kolejną okazję miał Jędrych, jego strzał z ostrego kąta odbił Bielecki. Decydujące dla losów gry były przeprowadzane zmiany. Po stronie Ruchu na plac gry weszli Mikołaj Kwietniewski i Artur Pląskowski. W drużynie GKS-u boisko opuścił motor napędowy Adrian Błąd.

W 69. minucie padła jedyna bramka. Po dośrodkowaniu z prawej strony piłka została wybita na piętnasty metr. Strzał Tomasza Wójtowicza odbił się od słupka, do piłki po chwili dopadł Pląskowski i mocnym strzałem trafił do siatki. To było trzecie trafienie napastnika, który po wejściu na plac gry prezentował się z bardzo dobrej strony.

Katowiczanie szukali wyrównania, w 83. minucie strzał głową z ok. 11 metrów oddał Grzegorz Janiszewski, Bielecki końcami palców wybił piłkę na korner. W doliczonym czasie Oskar Repka chciał wymusić rzut karny i otrzymał drugą żółtą kartkę w meczu. Chwilę później sędzia skończył spotkanie.

 

sport.interia.pl – Jeden gol rozstrzyga wielkie polskie derby! Jakby Schalke zagrało z Borussią

Czasami o wszystkim decydują rezerwowi. Trener Jarosław Skrobacz miał nosa, że w drugiej połowie śląskich derbów wpuścił Artura Pląskowskiego. Dawid Kudła, bramkarz Katowic jest w bardzo wysokiej formie. Także w meczu z Ruchem spisywał się świetnie, jednak golowi, którego wbił Pląskowski nie mógł zapobiec. Mecz klubów z sąsiednich miast i sąsiadów w tabeli zakończył się cennym zwycięstwem Ruchu.

Po czterech latach przerwy doczekaliśmy się wreszcie ligowej rywalizacji Ruchu z GieKSą. Od rana oba miasta przebierały nogami. Na meczu pojawił się m.in. Piotr Czaja, który w 1970 roku ustanowił niepobity do dziś rekord 1007 minut bez puszczonego gola w ekstraklasie. Ustanowił go grając w GKS-ie Katowice i Ruchu Chorzów.

Pierwszą okazję stworzył Ruch: w 7. minucie po szybkiej akcji strzelał Daniel Szczepan, ale katowicki bramkarz Dawid Kudła rewelacyjnie obronił. W rewanżu nie gorzej spisał się Jakub Bielecki. Mecz toczył się w szybkim tempie. Obie strony chciały wygrać, po kwadransie katowiczanie zaczęli seryjnie dochodzić do sytuacji strzeleckich. Raz piłka znalazła się na… górnej siatce bramki Bieleckiego.

Potem gra się uspokoiła, wyglądało jakby obie drużyny były w klinczu. Nie pozwalały zrobić sobie krzywdy i nie były w stanie zrobić krzywdy rywalowi. Dwaj piłkarze GKS-u dostali żółte kartki za faule, których dopuszczali się jednak daleko od własnego pola karnego. Do przerwy nie padła żadna bramka.

W drugiej połowie GieKSa uwierzyła, że może ten mecz wygrać, goście zaczęli oddawać więcej strzałów z dystansu, z którymi Bielecki miał kłopot. Katowiczanie grali jednak nieskutecznie i tak jednak kilka razy Cicha ucichła, bo Ruch miał szczęście. Stadion ożywił się kiedy ładny strzał z dystansu oddał rezerwowy Artur Pląskowski, Kudła jednak bez zarzutu obronił.

Stadion eksplodował kiedy w 69. minucie po zamieszaniu ładnego gola dla Ruchu wbił Pląskowski. Tym razem Kudła był bezradny. Ruch poszedł za ciosem, zagrzewany przez publiczność miał szanse na kolejne bramki. Żadna już jednak nie padła. GKS próbował wyrównać, ale nic z tego nie wyszło. W 90. minucie drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czerwoną, za próbę wymuszenia karnego dostał Oskar Repka.

 

sportdziennik.com – Derby dla Ruchu!

Ruch Chorzów – GKS Katowice 1:0. Gol rezerwowego Artura Pląskowskiego zapewnił „Niebieskim” prestiżowe zwycięstwo w bardzo wyrównanych derbach.

Ruch zmierzył się z GieKSą pierwszy raz od ponad 4 lat. Wtedy był w drodze ku historycznemu spadkowi na trzeci poziom rozgrywkowy, teraz jako beniaminek plasuje się w czołówce pierwszej ligi, ale derbowy efekt był ten sam: znów pokonał sąsiada z Bukowej. To był mecz z gatunku „kto strzeli pierwszy – ten wygra”. Bardzo wyrównany, z cechami wolicjonalnymi przewyższającymi przeciętność, bez dużej liczby sytuacji, ale tego można się było spodziewać, zważywszy że stanęły naprzeciw siebie najlepsza i trzecia najlepsza defensywa na zapleczu ekstraklasy.

O wyniku zadecydowała 69. minuta. Kacper Michalski, będący mocno pod „prądem” z racji żółtej kartki, dośrodkował w pole karne, do piłki doszedł rodwity katowiczanin Tomasz Wójtowicz, a jego strzał z bliska dobił jeszcze Artur Pląskowski. Bywało, że do wprowadzonego z ławki napastnika kibice mieli w tym sezonie zastrzeżenia, ale złotą bramką w tak prestiżowych derbach zapewne zapracował sobie na solidny kredyt sympatii i zaufania. Wpisał się na listę strzelców, ale dał po prostu dobrą zmianę, ożywiając zespół. W pierwszej połowie obie strony mogły żałować jednej okazji. W 7. minucie Ruch przeprowadził najładniejszą akcję meczu zakończoną dośrodkowaniem Kacpra Michalskiego do Daniela Szczepana, który uderzył z bliska i w tempo, ale Dawid Kudła był świetnie ustawiony. Po przeciwnej stronie boiska z kolei Jakub Bielecki odbił strzał Arkadiusza Jędrycha, stopera, którego piłka szukała dziś w „szesnastce”. W końcówce GKS dążył do odrobienia strat – Bielecki błysnął paradą po uderzeniu głową Grzegorza Janiszewskiego – ale doliczony czas dogrywał w osłabieniu, jako że drugą żółtą kartkę, za próbę wymuszenia rzutu karnego po pojedynku z Patrykiem Sikorą, ujrzał Oskar Repka. Mecz obejrzał komplet 9300 widzów, niespełna 500 biletów chorzowianie rozpoczęli dystrybuować na dobę przed pierwszym gwizdkiem; wtedy, gdy mieli już pewność, że na Cichą nie przyjadą fanatycy GieKSy, którzy prowadzą bojkot przeciwko Markowi Szczerbowskiemu i nie byli w stanie dojść do konsensusu ws. autoryzacji listy wyjazdowej, przez co przepadła im szansa na pierwszą od 20 lat wizytę w Chorzowie.Nie tylko przez to oprawa tych derbów była mniej efektowna niż można się było spodziewać, bo – no właśnie – ultrasi Ruchu nie zaprezentowali żadnej oprawy ani na wejście, ani w trakcie spotkania, ale efektownie było jak zwykle na sektorze rodzinnym. Niezależnie od tych kibicowskich wątków, to było godne zakończenie bardzo udanego roku przy Cichej. Ruch ostatnie dwa tegoroczne mecze zagra na wyjazdach – w Tychach i Bełchatowie. GieKSa zaś, której seria 7 ligowych spotkań bez porażki dobiegła końca, przy Bukowej podejmie jeszcze Chojniczankę i ŁKS.

 

dziennikzachodni.pl – Ruch Chorzów – GKS Katowice 1:0. Śląskie derby dla Niebieskich 

[…] Piłkarze Ruchu wygrali prestiżowy pojedynek z GKS Katowice przerywając passę siedmiu meczów bez porażki sąsiadów zza miedzy. Goście kończyli śląskie derby w dziesiątkę, ho w doliczonym czasie gry drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę, za próbę wymuszenia rzutu karnego dostał Oskar Repka.

Początek spotkania na Cichej należał do Ruchu. Gospodarze szybko wypracowali sobie znakomitą sytuację do objęcia prowadzenia. Po płaskim dośrodkowaniu Kacpra Michalskiego z prawej strony boiska sam przed bramkarzem GKS znalazł się Daniel Szczepan. Dawid Kudła znakomicie obronił jednak strzał napastnika Niebieskich z najbliższej odległości.

Katowiczanie odpowiedzieli uderzeniem Arkadiusza Jędrycha z 12 m, jednak piłka poleciała wprost w Jakuba Bieleckiego, który odbił ją przed siebie. To były najlepsze okazje obu zespołów do przerwy.

W I połowie niesieni dopingiem kibiców Niebiescy mieli optyczną przewagę i częściej byli przy piłce, ale z jej rozgrywania na połowie gości niewiele brakowało, bo GKS dobrze się bronił potwierdzając, że nie przypadkowo stracił w tym sezonie najmniej bramek w Fortuna 1. Lidze.

Podopieczni trenera Rafała Górala próbowali zagrozić bramce Ruchu po kontrach i stałych fragmentach gry, lecz po ich uderzeniach głową piłka przelatywała nad poprzeczką.

Ruch nie był zadowolony z bezbramkowego remisu do przerwy, ale swojej szansy upatrywał w tym, że w przeciwieństwie do katowiczan znacznie więcej bramek strzela w tych rozgrywkach w II połowie.

Drugą odsłonę niespodziewanie lepiej zaczął jednak GKS. Znów świetną okazję miał Jędrych, lecz Bielecki zdołał sparować piłkę na róg, a po uderzeniu Bartosza Jaroszka bramkarz chorzowian znów wykazał się refleksem.

Niebiescy przetrwali ofensywę GKS i zadali decydujący cios. Co prawda pierwszy strzał wprowadzonego chwilę wcześniej do gry Artura Pląskowskiego obronił Kudła, ale w kolejnej akcji po odbiciu się piłki od słupka rezerwowy napastnik Ruchu popisał się skuteczną dobitką z 5 metrów.

Po tym golu cały stadion a Cichej oszalał ze szczęścia, a chorzowianie poszli za ciosem i mieli kolejne okazje strzeleckie. Najlepszą zmarnował Szczepan, który po raz kolejny został zablokowany w polu karnym.

Katowiczanie w końcówce starali się odrobić straty. Bielecki wyciągnął się jak długi broniąc strzał głową Grzegorza Janiszewskiego. Kilka razy zakotłowało się w polu karnym Niebieskich, ale Ruch utrzymał prowadzenie w ostatnim w tym roku spotkaniu w roli gospodarza i awansował na drugie miejsce w tabeli I ligi.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Kato

    2 listopada 2022 at 11:15

    Trener GKS uważa że z gry derby były na remis… Gdyby nie było to tragiczne, to może było by śmieszne.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga