Piłka nożna
Rafał Górak – dziękujemy!
Emocje opadły, wróciła codzienność. Od niemal tygodnia trenerem GKS Katowice nie jest już Rafał Górak, a od niedzieli na tym stanowisku jest Kazimierz Moskal.
W tym miejscu warto pochylić się jeszcze nad byłym szkoleniowcem katowiczan. Prowadził on bowiem nasz zespół ponad dwa lata, przepracował pełne dwa sezony i kawałek trzeciego, co nie miało miejsca w przypadku ani jednego trenera GieKSy w XXI wieku.
Na początku wiązaliśmy spore nadzieje z trenerem. Pamiętając wycięcie nowotworu, niszczącego ten zespół od środka, czyli Wojciecha Stawowego, cieszyliśmy się, że przychodzi do nas młody, ambitny trener z sukcesami w niższych ligach, jak awanse z Ruchem Radzionków do coraz to wyższych klas rozgrywkowych. GieKSa wyjechała przed sezonem 2010/11 na zgrupowanie do pięknego ośrodka w Telki, gdzie w ciszy, spokoju i kapitalnych warunkach przygotowywała się do rozgrywek ligowych.
Początek sezonu, to była jednak wielka klapa. Hasło „ekstraklasa albo śmierć” skandowane przez kibiców, a nielubiane przez sztab szkoleniowy szybko zaczęło tracić na znaczeniu. W pierwszej kolejce katowiczanie przegrali bowiem u siebie z Niecieczą, zaliczając klasyczny falstart. Potem było cały czas źle – kolejny remis i to uratowany w końcówce – z Olimpią Elbląg spowodował, że mogliśmy zacząć się martwić. GKS nie potrafił wygrać meczu, ciągle remisował – w Grudziądzu (utrata gola w 89. minucie), Radzionkowie, Ząbkach czy u siebie z Flotą. W międzyczasie było odpadnięcie z Pucharu Polski z Puszczą Niepołomice. Na pierwsze zwycięstwo czekaliśmy do 9. kolejki, to był pamiętny pogrom Polkowic 5:0. W kibiców i zespół wstąpił nowy duch bojowy, a trzy dni później mieliśmy na boisku i trybunach wspaniałe widowisko w meczu z Zawiszą. Mecz mimo że przegrany dalej dawał wiarę na lepszą postawę. Katowiczanie wygrali pierwszy od dawna mecz wyjazdowy – w Płocku, a pod koniec rundy było raz lepiej, raz gorzej. Kolejny dobry moment przyszedł w dwumeczu z Piastem i Sandejcą, kiedy GieKSa w tydzień zdobyła sześć punktów. No i zakończenie jesieni wygraną z Olimpią Grudziądz, dzięki czemu spokojnie oczekiwaliśmy wiosny.
Na jej inaugurację – znowu klapa, czyli porażka z Ruchem Radzionków u siebie. Później było przeciętnie, ale na szczęście udało się wygrać bardzo ważne mecze z Dolcanem, Łęczną i Polkowicami. Natomiast po remisie w Gdyni, katowiczanie zagrali kluczowy mecz w kontekście utrzymania i na dużym spokoju, będąc lepszym od rywala, pokonali Polonię Bytom 2:0. Wydawało się, że będzie tylko lepiej, tymczasem w końcówce przeżyliśmy koszmar. Mecz w Szczecinie jeszcze nie był zły i GKS go dość pechowo przegrał, ale porażki 0:3 z Piastem, a zwłaszcza u siebie z Wartą zamiast dać kibicom nadzieję na nowy sezon, tylko ją stłumiły.
Niestety kolejne rozgrywki nie miały już żadnego napompowanego balona. Sukcesem klubu było to, ze w ogóle wystartował w lidze. Zawirowania z królem, ewentualność powstania tworu KP Katowice, jedna wielka niewiadoma – to wszystko wpłynęło na to, że początek sezonu był znów nieudany. Niespodziewane porażki z Lubońskim KS w Pucharze Polski oraz ŁKS na inaugurację ligi, zwycięstwo dopiero w piątej kolejce. W końcu na właściwe tory GKS wskoczył późną jesienią, kiedy po słabym, ale zwycięskim meczu z Polonią Bytom (trener Górak uratował tym głowę) przyszły dobre spotkania i również wygrane z Sandecją i Tychami. Po tym miodzie na serce kibiców, znów przyszło lodowate otrzeźwienie, czyli porażki u siebie z Miedzią i Okocimskim. Końcówka rundy była przeciętna.
Lepiej zaczęło się dziać na wiosnę. Już w sparingach widzieliśmy, że coś w tej drużynie zaczyna się dziać. Potwierdziły to pierwsze wygrane wyjazdowe mecze z ŁKS i Wartą, a także bardzo dobre – choć przegrane – spotkanie z Cracovią. GieKSa grała, nie traciła bramek i wygrywała, nawet z przyszłym beniaminkiem ekstraklasy – Zawiszą. Zdarzały się potknięcia i jeden bardzo słaby mecz z Polonią – ale tym razem po raz pierwszy nie tylko fragment rundy, ale prawie cała wiosna jako całość wydawała nam się wielkim krokiem do przodu. W końcówce niestety co prawda opadł impet i katowiczanie przegrali z Arką i Olimpią, ale efektownie zakończyli sezon wygraną z Dolcanem.
Jak wygląda obecny sezon wszyscy wiemy. Wyniki w kratkę, ale gra raczej słaba – szczęśliwa wygrana w Pucharze Polski z Wigrami, klapa w Świnoujściu, spokojny mecz i wygrana z Sandecją, klapa z Okocimskim. W końcu bardzo emocjonujące spotkanie z Podbeskidziem i klęska w Bełchatowie. Summa summarum okazało się to na niekorzyść trenera, który został zwolniony.
W skrócie przedstawiliśmy jak wyglądały dwa ostatnie sezony i – w związku z tym – dokonania trenera Góraka. Przebija się przez to fakt, że w każdej rundzie GKS miał 1-2 dobre momenty, dobre serie z grą i wynikami, ale przez większość czasu było albo bardzo przeciętnie, albo bardzo źle. Tak naprawdę to dopiero na wiosnę tego roku zobaczyliśmy w tej drużynie pomysł, dojrzałość, dyscyplinę taktyczną i o ile zawsze poszczególni trenerzy mówili (oczywiście po stracie szans na awans już jesienią), że wiosna ma być budową zespołu, który od następnej jesieni przypuści atak na ekstraklasę, to teraz naprawdę mogliśmy mieć takie podstawy. Mała ilość straconych bramek, regularne punktowanie, realizowanie powiedzenia, że „jeśli nie możesz meczu wygrać, zremisuj go”. A jednak – początek obecnego sezonu, mimo że lepszy niż poprzednie, okazał się niezadowalający. Niby są sukcesy w postaci awansu do 1/8 finału Pucharu Polski, ale jednak gra nie porywa. A to przede wszystkim grą awans na czołowe lokaty w pierwszej lidze trzeba było wywalczyć. Prezes Wojciech Cygan uznał, że formuła się wyczerpała i trener Rafał Górak nic już więcej z tej drużyny nie wyciśnie.
W porównaniu z niektórymi innymi trenerami, Rafał Górak nie miał z kibicami jakiegoś ciężkiego życia, natomiast ostatnio spłynęła na niego olbrzymia fala krytyki w internecie. Kibice mieli dość tego, że kolejny początek sezonu i GKS traci punkty częściej niż powinien. Wiele było zastrzeżeń do samej gry. Kibice zarzucali trenerowi brak pomysłu taktycznego, niektórzy złe przygotowanie fizyczne, czy z rzeczy bardziej szczegółowych, zbyt późne zmiany w meczach. Wiele było pretensji także o wypowiedzi przedmeczowe, które niezależnie od rywala i miejsca rozegrania meczu były mocno asekuracyjne. W przeciwieństwie do tego stawiali wypowiedź trenera po meczu z Cracovią, kiedy w ostrych i szczerych słowach wypowiedział się o pasożycie zwanym ireneuszem królem. Takiego Góraka nam często brakowało, może trochę nieodpowiedzialnego w wypowiedziach, trochę bezczelnego, ale przecież takich trenerów kibice kochają. Szkoleniowiec w pewnym momencie przybrał rolę bardziej kulturalnego i kurtuazyjnego.
Mimo wszystko kibice nie zapomnieli o tym, że angażował się w GieKSę całkowicie. Niektórzy trenerzy są żegnani na Bukowej niewybrednymi okrzykami (Fornalak), inni białymi chusteczkami (Stawowy), jeszcze inni… nie są żegnani w ogóle. W przypadku Rafała Góraka na meczu z Miedzią pojawił się transparent z podziękowaniami, czegoś takiego nie było nawet od czasów Jana Żurka, nie doświadczył tego chyba nawet Adam Nawałka. Kibice pamiętają, że trener został w GieKSie w fazie przemian i dalej prowadził nasz zespół, w bardzo trudnym okresie, kiedy wiele osób mogłoby to wszystko rzucić. Dlatego mimo merytorycznych wielu zastrzeżeń, wielu krytyków trenera na forum, wypowiedziało się w tonie podziękowania za zaangażowanie i że na Bukowej zawsze będzie mile widziany. Kibice zawsze doceniają najbardziej walkę, a ta była po stronie trenera, nawet jeśli umiejętności trochę zabrakło.
My jako redakcja też będziemy szkoleniowca miło wspominać, nigdy nie odmówił rozmowy czy wywiadu, a jak kilka razy miał jakąś uwagę to merytorycznie ją przedstawił, bez obrażania się, co niestety nie jest normą w środowisku piłkarsko-trenerskim, gdzie odporność na krytykę nie jest mocną stroną.
Dlatego też jeszcze raz w imieniu wszystkich kibiców, możemy śmiało powiedzieć: Rafał Górak dziękujemy!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

rudi
28 sierpnia 2013 at 20:55
Życzę trenerowi powodzenia . Dziękując mu że prowadził GieKSe w trudnych czasach .
I moim zdanim identyfikował się z GKS-em .
Siła Kato1964
Luke Skywalker
28 sierpnia 2013 at 23:38
Miło będziemy wspominać trenera Góraka. Shellu może jeszcze jakiś gest do niego i zaprosić go na Bukową na luźną rozmowę?
Igor
29 sierpnia 2013 at 15:39
Powodzenia w dalszej pracy panie trenerze. Dziękujemy za zaangażowanie!