Piłka nożna
Żelazna obrona, ale…
Dla nikogo nie jest niespodzianką stwierdzenie, że GKS Katowice jest tak wysoko dzięki małej liczbie straconych bramek. Nasz zespół grał w rundzie jesiennej bardzo dobrze w defensywie i często akcje rywali tłumione były już w zarodku, a jeśli przeszły dalej – na posterunku byli obrońcy czy bramkarz. Naprawdę nieraz bardzo dobrze oglądało się mecze, w których rywale nie mieli za bardzo pomysłu, jak przedrzeć się pod naszą bramkę. Popełnialiśmy jednak też błędy (całą masę), ale kilkukrotnie dopisało nam szczęście.
Prawa obrona
Królestwo Alana Czerwińskiego. Trener Jerzy Brzęczek postawił na zawodnika na tej flance i odwdzięczył się on bardzo dobrą grą na jesieni. Jak ważna jest specyfika gry bocznego obrońcy pokazał mecz Pucharu Polski w Radomiu, kiedy to Alan pauzował za kartki, a trener zdecydował się na karkołomne rozwiązanie z Mateuszem Kamińskim na prawej stronie. Kamyk nie potrafił się odnaleźć, widać było, że to miejsce mu nie służy, nie potrafił kompletnie włączyć się do ofensywy, miał problem z ustawieniem. Kto wie, czy mecz w Radomiu nie był najgorszym Kamyka na jesieni? Jeśli tak, to tylko przez fakt występowania na innej pozycji niż jego nominalna. Na ligę wrócił już Czerwiński i spisywał się nieźle w pierwszych kolejkach, choć rewelacji wielkiej nie było. W trzeciej kolejce z Chojniczanką na tle średnich kolegów wyglądał bardzo dobrze. To co już wtedy mogliśmy zaobserwować – a co miało konsekwencje w dalszej fazie sezonu – to rajdy prawym skrzydłem kończone celowymi zagraniami po ziemi, wprost do partnera, a nie na pamięć. To co było natomiast złe w poprzednich sezonach, tym razem Alan sprowadził do jednego meczu (na szczęście!), gdzie zawalił wszystko co się dało. W Olsztynie zaliczył dwa koszmarne błędy, straty, po których rywale mieli najpierw rzut karny, a potem nasz bramkarz dostał czerwoną kartkę. Irytowaliśmy się zwłaszcza po tej pierwszej sytuacji, bo Alan zaraz po niej pobiegł zmienić buty… Ale potem było już tylko lepiej, choć rozkręcał się mozolnie. Świetny mecz zaliczył ze Zniczem Pruszków, gdzie miał – jak to powiedział Grzegorz Goncerz – „tory kolejowe” na skrzydle. Biegał szybko, podawał celnie, miał udział przy bramkach. Tak samo rewelacyjnie grał w bardzo trudnym dla nas meczu z Wisłą Puławy.
Po pauzie kartkowej w meczu ze Stalą Mielec Alan wrócił na spotkanie z GKS Tychy. Trochę go jeden mecz straty wytrącił z rytmu i nie do końca mógł wejść w to, co się działo na boisku. Wkrótce zaczął grać średnio, poprawnie w defensywie, ale już bez udzielania się z przodu. Jego udział w akcjach ofensywnych zmniejszył się na kilka kolejek. Na swoje tory wrócił w meczu w Kluczborku. W Bytowie było słabo, w Suwałkach zagrał w pomocy. W ostatnim meczu z Chrobrym było już słabo, piłkarz nie do końca radził sobie z ruchliwymi zawodnikami gości.
Osobnym elementem u Alana są stałe fragmenty gry. Owszem – zawodnik zaliczył kilka niezłych dośrodkowań z rzutów wolnych czy rożnych i padały z tego bramki, ale… No właśnie. W przekroju rundy miał on dziesiątki stałych fragmentów i były one bite bardzo źle, na co nieraz zwracaliśmy uwagę. Alan to nie jest specjalista od stałych fragmentów – wiadomo, że jak wykona ich sto w rundzie, to trzy asysty zaliczy, ale to zdecydowanie za mało. Niestety nie mamy w drużynie zawodnika, który mógłby go zluzować.
Generalnie to była bardzo dobra runda obrońcy i na razie bijemy się w jedną pierś, bo kiedyś pisaliśmy, że obrońcą on nigdy nie będzie. Trzeba przyznać, że pokazał charakter, wziął się za siebie, gra agresywnie, jest wytrzymały, szybki, myśli na boisku. W drugą pierś jeszcze się nie bijemy, bo trochę mankamentów pozostało. Są mecze, w których gra dość przeciętnie, no i nie wiadomo, czy nauczył się grać przeciw piłkarzom pokroju Maków 😉 W każdym razie skoro piłkarz odpowiada na naszą krytykę swoją postawą na boisku – to możemy tylko pogratulować.
W meczach, w których Czerwiński zagrać nie mógł, zastąpił go Łukasz Pielorz. W meczu ze Stalą Mielec spisał się dobrze. Jak na zawodnika ultradefensywnego potrafił nawet coś zdziałać z przodu. Ogólnie to był bardzo pozytywny występ zawodnika. Gorzej było w Suwałach, gdzie zagrać bardzo słabo i zaliczył kluczowy błąd w meczu, taki który zaważył na wyniku i przebiegu spotkania. Można więc powiedzieć, że jako prawy obrońca spisał się 50/50.
Środkowi obrońcy
Tutaj założeniem od początku było występowanie duetu Mateusz Kamiński – Oliver Prażnovsky. Ta para zaczęła grać ze sobą rok temu jesienią i wyglądało to bardzo dobrze. Zwłaszcza Oli z marszu stał się liderem. Grał także wiosną (już nieco słabiej), a kilka ostatnich kolejek poprzedniego sezonu miał z głowy. O ile Kamyk był, jest i będzie najważniejszą postacią w obronie, to postawa Olivera pozostawiała wiele do życzenia, aż do tego stopnia, że zdenerwowany trener Brzęczek potrafił odstawić go od składu.
Kamiński był prawdziwą ostoją defensywy, grał znakomicie. Słabszy moment zdarzył się na początek, na mecz z Wigrami, kiedy to fakt, że bramkę straciliśmy po stracie w środku boiska, ale jednak obaj stoperzy byli ustawieni bardzo wysoko, do tego nie złapali rywala w pułapkę ofsajdową. Od Chrobrego było już lepiej i praktycznie co mecz chwaliliśmy zawodnika za kapitalną postawę. To co wyprawiał w meczu z Wisłą Puławy było klasą samą w sobie. Goście szybko zdobyli prowadzenie, ale gdyby nie Mateusz do przerwy przegrywalibyśmy kilkoma bramkami. Interweniował w taki sposób, w w który przeciętny obrońca by nie potrafił. Niestety zarobił czwartą żółtą kartkę i musiał pauzować w Legnicy. Po powrocie już tak rewelacyjnie nie było, ale nadal było dobrze. Zwróciliśmy uwagę na jego postawę w Kluczborku, gdzie niby MKS nie atakował, jednak Kamyk swoimi interwencjami przerywał akcje rywali, gdy tylko pomyśleli o ofensywie. W końcówce rundy było już odrobinę gorzej – średni mecz w Bytowie i chyba najsłabszy w tym roku – w Suwałkach. Z Chrobrym nie grał ze względu na ósmą żółtą kartkę.
To co szwankuje u Kamyka to… skuteczność. Piszemy to oczywiście żartobliwie, faktem jednak jest, że kiedyś bramka na rundę była standardem. Obecnie zawodnik ma pecha pod bramką rywali i mimo, że sytuacji ma sporo, to zawsze brakuje odrobiny szczęścia, jak choćby w Bytowie. 56 meczów bez gola – taki jest obecnie bilans Kamyka. Jego udział przy stałych fragmentach jest bardzo ważny, a wyćwiczone przedłużanie piłki po wrzutach z autu Dawida Abramowicza – lekkim znakiem firmowym GieKSy. Szkoda akcji w ostatniej minucie meczu ze Stomilem, kiedy huknął z woleja, ale bramkarz cudem obronił ten strzał.
Co do Prażnovskyego, to w większości meczów grał od pierwszej minuty. Podobnie jak Kamyk, meczu z Wigrami nie mógł zaliczyć do udanych. Niestety już od początku sezonu pojawiała się u niego nerwowość, niepewność i dziwne interwencje. Dobre zachowania na boisku również miał i nieraz udało mu się coś poczyścić, ale w oczy rzucały się błędy. Dopiero w czwartej kolejce nie mogliśmy się przyczepić, nawet mimo sprokurowania rzutu karnego dla rywali. Minusem było to, że w następnej kolejce – z Zagłębiem Sosnowiec – sfaulował w obrębie szesnastki również. Prawie w każdym meczu pojawiały się kiksy mogące skutkować utratą bramki i tylko szczęściu zawdzięczamy, że wychodziliśmy z tego bez szwanku. Nawet w meczu z Podbeskidziem, kiedy strzelił gola, zaliczył jeden spory kiks, a w końcówce po obejrzeniu głupiej drugiej żółtej kartki wyleciał z boiska. Z kolei w spotkaniu z Miedzią jego fatalny błąd w 90. minucie omal nie zakończył się utratą bramki i zniweczeniem całego wysiłku włożonego w doprowadzenie do wyrównania. To już było za wiele dla – i tak bardzo cierpliwego – Jerzego Brzęczka. Szkoleniowiec odstawił zawodnika i w kolejnych czterech spotkaniach Słowak zasiadł na ławce. Ze Stalą i Tychami nie zagrał w ogóle, na ostatni kwadrans wchodził w meczach z Pogonią i Sandecją. Wrócił w meczu z Górnikiem i zaczął grać poprawnie – bez fajerwerków, ale też beż tych kiksów. W Bytowie niestety od początku grał słabo i efektem tego było kilka sytuacji gospodarzy, łącznie z jednym golem. W Suwałach mimo, że nie był głównym winowajcą miał pewien współudział przy dwóch traconych bramkach. Ostatni mecz z Chrobrym był podsumowanie jesieni w wykonaniu tego zawodnika – złe podania, złe ustawienia, kiksy, pomyłki. Fakt, że grał po drugiej stronie niż zazwyczaj tylko częściowo go usprawiedliwiał. Jak można podsumować rundę w wykonaniu Prażnovskyego? Było trochę dobrych momentów, ale liczba kiksów, po których rywale mieli groźne sytuacje była zatrważająca. To istny cud, że GKS nie tracił w tych sytuacjach bramek. Jednak powiedzmy sobie jasno – Oli na ten moment nie gwarantuje spokoju w defensywie, a wręcz przeciwnie – wprowadza nerwowość i elektryczność. Nie skreślamy go, jest zima, zawodnik musi popracować przede wszystkim mentalnie, bo wiemy, że w piłkę grać potrafi – jednak jeśli będzie popełniał takie błędy jak jesienią, rywale na wiosnę będą to wykorzystywać. A wtedy kilka punktów może nam zabraknąć…
Głównym zawodnikiem zastępującym któregoś z wspomnianej dwójki był Damian Garbacik. Pierwszym jego meczem było spotkanie w Radomiu w Pucharze Polski i tutaj na wstępie zawodnik zawalił bramkę, najpierw dał się wyprzedzić rywalowi na kilku metrach, a potem sprokurował rzut karny. Na poważnie przyszło mu zastępować innych od meczu ze Stalą Mielec w 10. kolejce. Zagrał cztery mecze od pierwszej minuty na stoperze i nie mogliśmy mieć do zawodnika zarzutów. Grał pewnie i solidnie, w przeciwieństwie do Prażnovskyego nie popełniał takich byków. Potem Damian jeszcze trochę pograł, ale już nie na środku obrony. Dopiero w starciu z Chrobrym Głogów musiał zastąpić Kamińskiego i nie dość, że zagrał dobrze w obronie, to jeszcze strzelił gola!
W meczu z Miedzią na środku obrony Mateusza Kamińskiego zastąpił – podczas pierwszej pauzy Kamyka – Łukasz Pielorz. Były to solidne zawody tego zawodnika.
Lewa obrona
Lewa strona obrony to było miejsce Dawida Abramowicza. Zawodnik rozegrał w lidze wszystkie mecze w podstawowym składzie i tylko w jednym został zdjęty przez trenera Jerzego Brzęczka przed końcem (w 79. minucie spotkania w Bytowie). Było kilka momentów w rundzie, kiedy występował na lewej pomocy, ale to były epizody. Jeśli chodzi o sam poziom – techniczno-taktyczny – zawodnik był niewiadomą. Wyróżnił się tym, że strzelił pierwszego gola dla GKS w tym sezonie (potem drugiego zaliczył z Olimpią Grudziądz). No i od początku pokazywał, że lepiej gra rękami niż nogami. Jego wrzuty z autu od początku siały popłoch w szeregach rywali. To przynosiło efekty bramkowe – choćby w meczach w Bielsku, Nowym Sączu i u siebie z Chrobrym. Jeśli chodzi o grę defensywną to z czasem dostrzegaliśmy mankamenty. Zawodnik lubi kryć na radar, przez co rywale mają na flance czasem bardzo dużo miejsca – tak naprawdę po Prażnovskym to drugi cud, że nie straciliśmy bramki po takich zachowaniach. Gola powinniśmy stracić w Kluczborku, ale świetnie błąd brata naprawił Mateusz Abramowicz. W Bytowie zamiast ratować sytuację biegł z ręką podniesioną do góry (gdyby nie to, mógłby zapobiec utracie bramki). Z techniką jest bardzo średnio – Dawid czasem potrafi zagrać całkiem dobrą piłkę (jak przy akcji bramkowej z Pogonią), ale generalnie to jest raczej na zasadzie, czy mu się uda.
Dawida incydentalnie na lewej obronie zastępował Damian Garbacik. Nie były to jakieś spektakularne występy, jeśli chodzi o postawę ofensywną i defensywną. W Bytowie jednak zawodnik nie wytrzymał ciśnienia, zarobił dwie głupie żółte kartki i spowodował spory ból głowy trenera na mecz w Suwałkach. Garbacik na stoperze wydaje się być bardziej optymalnym rozwiązaniem.
Podsumowanie
W pewnym stopniu to niesamowite, że straciliśmy tak mało bramek w rundzie jesiennej (a gdyby nie ostatnie trzy mecze to tych goli byłoby jeszcze mniej). Defensywa owszem była bardzo dobra, w wielu meczach żelazna – to trzeba przyznać. Nie tylko obrońcy, ale i defensywni pomocnicy zapewniali spokój w tyłach. A jednak – goli mogliśmy stracić kilka więcej, gdyby nie dopisało nam szczęście po fatalnych interwencjach Prażnovskyego czy – w mniejszym stopniu – błędach Abramowicza.
Pewniakami są Mateusz Kamiński na środku i Alan Czerwiński na prawej stronie. Trzeba przyznać, że obrona grała spokojniej, nie było nerwowości, gdy obok Kamyka występował Damian Garbacik. I jeżeli Oliver nie poprawi swojej jakości, to Damian powinien partnerować Kamykowi na wiosnę. Co do lewej strony, to nie jest ona zła, Dawid Abramowicz daje bardzo dużo zespołowi swoimi kapitalnym wrzutami z autu. Jakichś mega wielkich błędów też często nie popełnia (choć zdarzały się) – pozostaje pytanie tylko, czy umiejętności tego zawodnika na dłuższą metę będą wystarczające. Niech to pytanie pozostanie otwarte i na wiosnę Dawid pokaże, że jednak w nogach ma też dużo jakości!
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.
Felietony Piłka nożna
Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną
Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.
Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.
To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.
Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.
Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…
No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.
Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.
Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.
Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.
Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…
No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.
Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.
Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…
Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.
A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.
I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.
Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.
Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.
Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.
Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.
Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.
Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.
Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Najnowsze komentarze