Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: Gerard Rother kończy 80 lat!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatnich sześciu dni dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.
Zespoły piłkarek oraz piłkarzy przygotowują się do startu rundy wiosennej rozgrywek. Panie miały zaplanowany w niedzielę sparing z Medykiem Polomarket Konin, który nie został rozegrany ze względu na trudne warunki atmosferyczne. Następny sprawdzian został zaplanowany na niedzielę 13 lutego z Tarnovią Tarnów. Drużyna męska z zaplanowanych trzech sparingów rozegrała dwa (zrezygnowano z meczu z Ruchem Radzionków). W środę drużyna zremisowała z Podbeskidziem 2:2 (0:1). Na zakończenie zgrupowania w Bielsku-Białej piłkarze wygrali 3:1 (1:0) z LKS-em Goczałkowice-Zdrój. Następne test mecze zaplanowano na najbliższą sobotę, z Hutnikiem Kraków i Pniówkiem Pawłowice.
Siatkarze rozegrali jedno spotkanie na wyjeździe z AZS-em Olsztyn. Niestety, drużyna przegrała po pięciosetowym meczu 2:3. W tym tygodniu siatkarze rozegrają dwa spotkania: jutro, wyjazdowe z Treflem Gdańsk w ramach Pucharu Polski oraz w niedzielę ligowe z Cuprum Lubin.
Hokeiści rozegrali trzy spotkania: wygrane z Zagłębiem 3:2, z GKS-em Tychy 2:0 oraz przegrany z JKH GKS-em Jastrzębie 3:5. Podobnie jak w ubiegłym tygodniu zespół rozegra trzy spotkania: jutro z Ciarko Sanok, w piątek z Cracovią oraz w niedzielę z Energą Toruń. Obecnie drużyna zajmuje drugie miejsce w tabeli, ze stratą jednego punktu do lidera Unii Oświęcim i przewagą pięciu punktów nad trzecią Cracovią.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – Ucho jeszcze czerwone…
Trwa drugie zimowe zgrupowanie GieKSy w Bielsku-Białej. Sztab I-ligowca podjął decyzję o odwołaniu sparingu z Ruchem Radzionków.
W poniedziałek GieKSa rozpoczęła drugie tej zimy zgrupowanie w Bielsku-Białej. Tym razem w ośrodku Rekordu przebywać będzie do soboty. – Praca, praca, praca! – odparł trener Rafał Górak, pytany o plan pobytu pod Klimczokiem.
– Będzie siłownia, biegi, dużo taktyki, dużo piłki i sparingi. Będzie się działo. Bielsko ma swój klimat, jest blisko, nie trzeba ruszać w długą podróż. Oby tylko zdrowie dopisywało – dodał szkoleniowiec pierwszoligowca, którego włodarze uznali, że na obecnym etapie rozwoju i budowy drużyny nie ma jeszcze potrzeby organizacji zimowego obozu w jednym z ciepłych krajów.
Kadra na zgrupowanie liczy 27 zawodników. Czterej z nich to bramkarze, wśród których zameldował się Kamil Korczak, 18-latek testowany już tej zimy przez III-ligowców: Rekord Bielsko-Biała, a ostatnio Unię Janikowo. Z grona młodych graczy trenujących z zespołem od początku zimy wypadli Norbert Warmuz i kontuzjowany Kacper Pietrzyk, a ostali się Kamil Komandera, Bartosz Wodnicki i Alan Bród. Ten ostatni to środkowy pomocnik, który zebrał bardzo pochlebne recenzje za sobotni występ w sparingu z GKS-em Jastrzębie.
Na zgrupowanie nie pojechał Paweł Gierach, umieszczony na liście transferowej i szukający nowego klubu. Jeśli go nie znajdzie, wiosnę spędzi w rezerwach, z którymi w tym tygodniu podjął treningi, Z Bukową wiąże go ważny jeszcze przez 1,5 roku kontrakt. Nie ma też juniora Dawida Brzozowskiego. Prawy wahadłowy był testowany podczas pierwszego zgrupowania w Bielsku-Białej.
Dobrze spisał się w grze kontrolnej z Rekordem i katowiczanie chcieli go pozyskać, ale nie dogadali się z Chełmianką, klubem, w którym Brzozowski od 1,5 roku występuje.- Szkoda, że na niższych poziomach niektórym ludziom czasem wydaje się zbyt wiele w kontekście chłopaka z 2003 rocznika. To trochę oderwane od rzeczywistości. Może jeszcze ochłoną i znajdziemy jakąś możliwość, ale dziś temat jest zamknięty – stwierdził Rafał Górak.
Błysk nastolatków
Przedstawiciel rocznika 2006 strzelił gola dla Podbeskidzia, a przedstawiciel rocznika 2004 rozprowadził dwie bramkowe akcje GieKSy. Środowy sparing I-ligowców „na górce” zakończył się remisem 2:2.
Mimo iż był to jedynie sparing, to starcie pierwszoligowców, które rozegrano ostatecznie na boisku przy ul. Młyńskiej, czyli na popularnej „górce”, przyniosło sporo emocji. Bielszczanie objęli prowadzenie w 13 minucie, a swojego pierwszego gola w barwach seniorskiego zespołu spod Klimczoka zdobył Bartosz Bieroński. Młodszy brat Jakuba wykorzystał niefrasobliwość defensywy „GieKSy” i strzałem do pustej bramki dał prowadzenie swojej drużynie. To spore wydarzenie dla piłkarza, który w maju tego roku skończy dopiero 16 lat. Już sam fakt, że młody pomocnik pojawił się na placu gry w wyjściowym ustawieniu drużyny trenerów Piotra Jawnego i Marcina Dymkowskiego było zaskoczeniem, a co dopiero premierowy wśród seniorów gol, nawet jeśli tylko w spotkaniu nieoficjalnym.
W I połowie więcej goli nie padło, choć sytuacje ku temu były. W końcówce tej odsłony Arkadiusz Woźniak dostał dobre podanie od Filipa Kozłowskiego, ale trafił w boczną siatkę. Co nie udało się w pierwszej, udało się katowiczanom w drugiej odsłonie i to dwukrotnie. Jako pierwszy bliski wyrównania był Krystian Sanocki, a piłka po jego uderzeniu została przez „górali” wybita z linii bramkowej. Chwilę później gospodarze tyle szczęścia już nie mieli, a Maciej Urynowicz doprowadził do remisu.
Sześć minut później GKS zupełnie zasłużenie objął prowadzenie. Tym razem Sanockiego już nikt nie powstrzymał, a bardzo ładnym podaniem w tek akcji popisał się Patryk Szwedzik, który przytomnym zagraniem po kontrataku obdarował kolegę z zespołu. Warto zauważyć, że obie bramkowe akcje zapoczątkował Alan Bród, środkowy pomocnik z rocznika 2004, tej zimy dokooptowany do zespołu Rafała Góraka.
By wygrać pod Klimczokiem GieKSie zabrakło niespełna 10 minut. Kamil Biliński był faulowany w polu karnym, a następnie skutecznie wymierzył sprawiedliwość z 11 metrów. W tym sezonie oba zespoły już o punkty ze sobą nie zagrają, bo dwa mecze odbyły się jesienią. Bielszczanie są wprawdzie na miejscu barażowym, ale GKS plasuje się zdecydowanie niżej w tabeli i raczej nie marzy o tym, by zmieścić się po 34 kolejkach w czołowej szóstce. Choć w środę przy ul. Młyńskiej znacznej różnicy, jaka znajduje się w pomiędzy tymi zespołami w tabeli, nie było widać.
Gerard Rother kończy 80 lat! „Mam takie marzenie…”
Rozmowa z Gerardem Rotherem, legendarnym napastnikiem GKS-u Katowice, który kończy dziś 80 lat.
Kończy pan 80 lat. Piękny wiek… Czego tu życzyć?
Gerard ROTHER: – Zdrowia, tylko zdrowia! W tym wieku już niczego więcej nie trzeba. Człowiek przeżył swoje. Byle rodzina była w formie. Ja czuję się bardzo dobrze, chodzę na mecze.
Z czym kojarzą się panu urodziny w czasach, gdy grał pan w piłkę?
Gerard ROTHER: – Z obozami! To przeważnie był ten okres. Kawę z ciastkiem się postawiło drużynie – i to było wszystko. Zwykle wódki nie było, wina nie było – bieda była! Siadało się kameralnie i rozmawiało, jak te lata lecą… Polską wódkę to udało mi się przywieźć do Francji. Dostał trener, a przede wszystkim nasz klubowy lekarz. Uwielbiał naszą wódkę, no i głowę miał do tego, bo był z niego kawał chłopa. Tam na urodziny był „biskut” z szampanem. Siadaliśmy w świetlicy pod trybuną, każdy sobie nalał.
Do dziś chodzi pan na mecze.
Gerard ROTHER: – Nie tylko piłki, ale też hokeja. Bardzo go lubię. Miałem 9 lat – i już przyjeżdżało się z Piaśnik na „Torkat”, dopóki istniał. Kojarzyłem hokeistów. Teraz chodzimy na hokej z córką. Staram się być na każdym meczu w Satelicie.
Był kiedyś dylemat, łyżwy czy piłka?
Gerard ROTHER: – Na stawach graliśmy. Wtedy nie było lodowisk. Ale – od razu powiem – do wody nikt nie wpadał, skąd! To był mocny lód, inne zimy. W jednym domu było nas sześciu chłopaków, w drugim sześciu – to graliśmy między sobą. Jedni to byli Rusy, drudzy – Kanada… Ale żeby wyczynowo, to nie, absolutnie. Do Katowic było jednak za daleko. Bardziej mnie piłka interesowała.
Teraz jak zapatruje się pan na GieKSę?
Gerard ROTHER: – To całkiem inna piłka niż ta, w którą myśmy grali. Spójrzmy, jaki teraz mają sprzęt… Myśmy mieli zwykłe dresy, buty kolarki. Nie było tyle pieniędzy, co dziś. Ale ja im nie zazdroszczę. Byle tylko grali.
I grali jesienią?
Gerard ROTHER: – Powiem szczerze, że najbardziej to w tej chwili podobają mi się kibice. Mamy ich świetnych. Zdarzały się narzekania, ale gdybyśmy my mieli takich, to ho ho… Wtedy to wypił taki dwa piwa, setkę gorzoły, poszedł na mecz, ryknął kilka razy „ty ch…” i jeszcze chciał nazot pieniądze, a pewnie i tak wchodził za darmo (śmiech). To, jak dzisiaj bawią się nasi kibice na Bukowej i hokeju, jest naprawdę super.
Piłkarskie mecze oglądacie w stałym gronie dawnych legend.
Gerard ROTHER: – Sput, Olsza, Góralczyk, Morcińczyk… Od czasu do czasu przyjdzie Wijas. Janek Furtok niestety jest chory, ludzi nie poznaje, żona go już nie wypuszcza… Smutne. Jak przyjdzie choroba, to co nam po tym wszystkim, co nam po pieniądzach. Dlatego dopóki zdrowie dopisuje, trzeba korzystać. I co tu robić, skoro jest się na emeryturze… Jeszcze nie tak dawno brałem do samochodu trzech kolegów i jeździliśmy na mecze, nawet na hokej. Do Krakowa, albo na Podhale… Teraz, z wiekiem, już tak dobrze nie ma. Wieczorem trochę strach wychodzić, no i nie lubię po zmroku jeździć. Już nie te oczy. Dlatego fajnie mam z córą, że wozi mnie na hokej. W telewizji też sporo oglądam. Teraz patrzę na futsal, na mistrzostwa Europy, ale jakoś mnie to nie pociąga. Wolę na żywo.
Daleko na Bukową pan nie ma.
Gerard ROTHER: – Ze Ściegiennego mam jakieś 500-600 metrów. Już prawie 40 lat, jak tak mieszkam. Gdy grałem w AKS Chorzów, przed jednym meczem powiedziano mi, że gola strzelisz – to dostaniesz. Pytałem, czy żartujecie, ale nie żartowali. Graliśmy z Górnikiem Siemianowice. Strzeliłem dwie i drugiego dnia rano odebrałem klucze. Poprzednie mieszkanie – na Koszutce – oddałem, na nowe wpłaciłem kilka groszy i tak mieszkam.
W stronę Chorzowa jeszcze zerka pan z sentymentem?
Gerard ROTHER: – No jakże, całą rodzinę tam mam! Jeżdżę na cmentarz do mamy, taty, siostry, szwagrów. Chorzów to ja znam jak własną kieszeń. Fajnie byłoby zobaczyć kiedyś derby GKS-u z Ruchem w ekstraklasie. My jesteśmy nisko, a Ruch jeszcze niżej… Jedyny klub z województwa, który teraz się liczy, to Raków. Ale co to za Śląsk! Nasz prezes Wojtek poszedł tam, jak widać zrobił trochę porządku, powstała ekstradrużynka.
O Barcelonę jeszcze pana pytają?
Gerard ROTHER: – Ojej, to już chyba każdy zna. Przede wszystkim, to ja na Camp Nou miałem strzelić dwa gole! Jednego już miałem, gdy ruszyłem z połowy boiska, minąłem ze czterech rywali i sfaulowano mnie na polu karnym. Była wtedy taka zasada, że jak na tobie jest faul, to nie strzelaj karnego, dlatego podszedł Jerzy Nowok. Ale trochę tych bramek nastrzelałem, w kraju i we Francji.
W Katowicach za kilka lat powieje większą piłką, jeśli powstanie nowy stadion.
Gerard ROTHER: – Byłem tam ostatnio na Załęskiej Hałdzie z córką. Mówi, że jak będziesz żył, to tu cię będę wozić na GieKSę. Chciałbym jeszcze zobaczyć ten stadion. No i doczekać powrotu GKS-u do ekstraklasy. To takie moje małe marzenie.
Gerard Rother – urodzony 27 stycznia 1942 – to jeden z najlepszych napastników w historii GKS-u Katowice. Był autorem pierwszej bramki dla GieKSy w europejskich pucharach. W 1970 roku strzelił Barcelonie w meczu Pucharu Miast Targowych. Katowiczanie po porywającym widowisku przegrali na Camp Nou 2:3, choć prowadzili już 2:0. W GKS-ie rozegrał ponad 180 meczów, strzelił ponad 30 bramek. Poza tym grał też w Rapidzie Wełnowiec, Polonii Jelenia Góra, Śląsku Wrocław, AKS-ie Chorzów i francuskich zespołach US Boulogne i Calais RUFC. Z GieKSą wywalczył awans do ekstraklasy w 1965 roku. Do dziś jest stałym bywalcem Bukowej.
LKS Goczałkowice wysoko zawiesił GieKSie poprzeczkę
GieKSa na zakończenie drugiego zgrupowania w Bielsku-Białej pokonała lidera III ligi z Goczałkowic. Trenera Rafała Góraka martwią urazy.
To było dla nas bardzo trudne spotkanie. Jesteśmy po bardzo intensywnym zgrupowaniu, a rywal okazał się wymagający i zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko. Gratulacje dla LKS-u, dziękuję za tę grę. My zgodnie z naszymi oczekiwaniami staraliśmy się, jak mogliśmy, aby wygrać – powiedział Rafał Górak, trener GieKSy, po sparingowym zwycięstwie z przewodzącym III lidze zespołem z Goczałkowic.
Sobotnie spotkanie na boisku „na górce” zakończyło trwające od poniedziałku zgrupowanie katowiczan w Bielsku-Białej.
Choć LKS grał bez swoich kontuzjowanych liderów, Łukasza Piszczka i Piotra Ćwielonga, to mógł rozwiązać worek z bramkami. Po dośrodkowaniu Łukasza Hanzela z rzutu rożnego i główce Przemysława Trytki piłka odbiła się jednak od poprzeczki. GKS wyszedł na prowadzenie krótko przed przerwą. Z prawej flanki dogrywał Zbigniew Wojciechowski, Dominik Zięba do spółki z Adamem Danchem nie dali rady zapobiec zagrożeniu, a Filip Kozłowski mocnym strzałem pokonał Patryka Szczukę.
Wyrównanie padło na początku II połowy. Przemysław Mońka napędził akcję goczałkowiczan przerzutem do Oliviera Nowaka, a następnie sam, mierzonym uderzeniem głową, sfinalizował jego centrę. Nie popisał się w tej sytuacji Jakub Karbownik. Jeden z dwóch zawodników zakontraktowanych tej zimy przez GieKSę zgubił krycie i umożliwił Mońce precyzyjny strzał.
Pierwszoligowiec odzyskał, a następnie podwyższył prowadzenie po dograniach z lewej flanki. Najpierw dośrodkowanie Michała Kołodziejskiego niefortunnie przeciął Michał Szymała, kierując piłkę do własnej siatki. Co ciekawe, Szymała do Goczałkowic trafił 1,5 roku temu właśnie z Katowic. Wynik ustalił strzelając z bliska Filip Szymczak, a asystę zanotował Adrian Błąd.
Trener Górak nie skorzystał w sobotę z licznego grona zawodników: obok bramkarzy Dawida Kudły i Kamila Korczaka, byli to także Grzegorz Janiszewski, Dominik Kościelniak, Bartosz Jaroszek, Danian Pawłas, Oskar Repka czy Bartosz Wodnicki.
– Na zgrupowaniu wszystko poszło zgodnie z planem, ale nie jesteśmy ludźmi z żelaza. Mamy trochę urazów, graliśmy bez kilku ważnych zawodników, a to zawsze martwi – przyznał szkoleniowiec GieKSy, która tej zimy odbyła w ośrodku bielskiego Rekordu dwa zgrupowania. Od niedzieli do środy ma wolne, a w sobotę czekają ją dwa sparingi: z II-ligowym Hutnikiem i III-ligowym Pniówkiem.
– Mamy teraz kilka dni wytchnienia, resetu, bo na obozie było intensywnie, często i gęsto. A później będzie już widać ligę. Już musimy myśleć o tym, co dla nas najważniejsze. Akcenty przesuną się w kierunku elementów taktycznych, byśmy mogli mocno wejść w rozgrywki – stwierdził Górak, którego zespół zanotował dotąd tej zimy 1 remis (z Podbeskidziem) i 3 zwycięstwa (z LKS-em, Rekordem i Jastrzębiem).
SIATKÓWKA
siatka.org – Zespoły z Olsztyna i Katowic podzieliły się punktami
Zespoły Indykpolu AZS Olsztyn i GKS-u Katowice dostarczyły swoim kibicom mnóstwa emocji. Pierwsze dwa sety zakończyły się po walce na przewagi. W kolejnych dwóch partiach drużyny również wygrywały naprzemiennie. W efekcie byliśmy świadkami tie-breaka. W nim również nie brakowało zwrotów akcji. Ostatecznie triumfowali olsztynianie, a najlepszym zawodnikiem meczu został wybrany Jan Firlej.
W pierwszych chwilach meczu drużyny dobre akcje w ataku przeplatały popsutymi zagrywkami. Blok zanotował Jakub Jarosz, co dało remis 4:4. Natomiast, gdy kontrę wykorzystał Karol Butryn, a Jarosz popsuł swoje uderzenie, miejscowi objęli trzypunktowe prowadzenie 8:5. Jednak od razu Piotr Hain i Gonzalo Quiroga wzięli sprawy w swoje ręce i to katowicka ekipa, dzięki ich uderzeniom, prowadziła dwoma punktami (10:8). Błąd w ataku GKS-u szybko przywrócił remis, natomiast zatrzymany przez Andringę Jarosz przywrócił akademików na minimalne prowadzenie. Sytuacja zmieniała się co trochę. Butryn zagrywką zwiększył przewagę, natomiast kontra Jarosza niedługo później dała gościom prowadzenie 18:17, które zwiększył po kilku wymianach do 21:19. Miejscowi odpowiadali co rusz udanymi uderzeniami i w najważniejszym momencie DeFalco wykorzystał kontrę, a Andringa punktował serwisem i to AZS miał piłkę setową (25:24). Tę wykorzystał od razu Mateusz Poręba – zatrzymując atak Jarosza.
Akademicy dzięki akcjom w bloku od początku kolejnej odsłony budowali przewagę. Gdy kontrę dołożył Butryn było 5:2. Po stronie gości skuteczny był Tomas Rousseaux i gdy skończył on długą akcję, po której Quiroga zagrał asa serwisowego był remis 7:7. Katowicka ekipa starała się przejąć inicjatywę i gdy punkt popsutym atakiem podarował jej Poręba, prowadziła 11:9. Drużyna z Olsztyna powoli, ale skutecznie wracała do gry. Jan Firlej najpierw punktował blokiem, a za jakiś czas dołożył do tego punktujący serwis i to miejscowi byli na prowadzeniu 14:12. Gdy zagrywką punktował DeFalco, grę przerwał trener GKS-u i trafił. DeFalco popsuł serwis, a nieskończony atak Butryna wykorzystał w kontrze Hain, odrabiając straty (15:16). To jego blok dał też wynik remisowy 18:18. Indykpol AZS cały czas jednak próbował uciec z wynikiem, w czym pomagała dobra postawa na siatce. Przez błędy własne nie mógł zbudować jednak znacznej przewagi, a goście co rusz doprowadzali do remisu (20:20 – po bloku Jakuba Lewandowskiego, 23:23 – po jego zagrywce). Cierpliwa gra i zagrywka Quirogi pozwoliły gościom w ważnym momencie wyjść na prowadzenie, a następnie po kontrze Rousseaux wygrali partię.
Na otwarcie trzeciej odsłony Damian Domagała długą wymianę zakończył popsutym atakiem, ale Hain zagrywką od razu dał gościom prowadzenie. Na krótko, bowiem DeFalco najpierw udaną kontrą, a następnie zagrywką dał akademikom przewagę, którą zwiększył jeszcze kolejny błąd w ataku Domagały (6:3). Ta sytuacja nie trwała długo, bowiem przy zagrywce Lewandowskiego GKS wyrównał po 7 i od razu poszedł za ciosem. Skuteczny Quiroga i blok Haina dały przyjezdnym przewagę 10:7, która niebawem zwiększyła się jeszcze bardziej. Dobre zagrywki gości zmuszały rywali do błędów i po kolejnym katowicka ekipa prowadziła 17:10. Olsztynianie nie byli już w stanie nawiązać walkę, a całą partię zamknął udanym serwisem Quiroga.
Akademicy nie odpuszczali i po bloku na Quirodze otworzyli czwartą odsłonę prowadzeniem 2:0. Goście wyrównali, ale gdy w polu zagrywki stanął DeFalco miejscowi znowu zaczęli uciekać z wynikiem (7:4). Chwilę później również Butryn pokazał swoje umiejętności za linią końcową, goście się mylili i różnica była już znaczna (14:6). Po kolejnym ataku blok rywali w miejsce Rousseaux na boisku pojawił się Jakub Szymański, który starał się wziąć ciężar gry na swoje barki. Po kolejnym jego ataku oraz kontrze Quirogi różnica nadal była jednak znaczna na korzyść gospodarzy (20:15). Katowicki zespół nie było w stanie jej odrobić, a zagrywka Averilla zamknęła tego seta i doprowadziła do tie-breaka.
Tego od dobrej zagrywki rozpoczął Quiroga, dzięki czemu Domagała wykorzystał szansę w kontrze. Po wyrównanych wymianach, olsztynianie przy zagrywce DeFalco, a po bloku Poręby oraz po kontrach Andringi i Butryna objęli prowadzenie 6:3, które utrzymywało się w kolejnych akcjach, mimo presji jaką starali się wywrzeć goście. Gdy po zagrywce Quirogi Hain wykorzystał kontrę i zminimalizował dystans do stanu 9:10 wydawało się, że gra rozpoczyna się od nowa. Gospodarze jednak znowu zagrali dobrze w polu zagrywki, dzięki czemu DeFalco skończył kontrę i dał AZS-owi prowadzenie 13:10, a chwilę później kolejnym atakiem piłkę meczową (14:11). Ostatnie słowo w spotkaniu należało do Andringi.
Indykpol AZS Olsztyn – GKS Katowice 3:2 (26:24, 26:28, 16:25, 25:17, 15:12)
sportdziennik.com – Jak na huśtawce
Katowiczanie wracają z Warmii i Mazur z punktem. W ostatnich dwóch odsłonach, w kluczowych momentach zabrakło im wyrachowania i zimnej krwi.
Zawodnicy GKS na własne życzenie zafundowali sobie horror na parkiecie w Iławie i ostatecznie przegrali ważne spotkanie z Indykpolem AZS Olsztyn po tie-breaku. Mecz trwał 139 minut i obfitował w wiele zwrotów akcji. Jednak gra z jednej i drugiej strony mocno falowała.
Oba zespoły pojawiły się w najmocniejszych składach i spodziewaliśmy się wyrównanego spotkania. I tak też było. W pierwszym secie gospodarze rozpoczęli od prowadzenia 8:5, ale w jednym ustawieniu, przy zagrywce Gonzalo Quirogi, stracili pięć „oczek z rzędu. Potem gra toczyła się niemal punkt za punkty. W końcówce goście wypracował sobie minimalna przewagę 24:22, ale zaprzepaścili szansę.
[…] Nic nie zapowiadało, że GKS odniesie zwycięstwo w drugiej partii, bowiem gospodarze przez cały czas prowadzili, a do tego kontuzji kolana doznał środkowy GieKSy Marcin Kania. Jego miejsce Jakub Lewandowski i okazał się bohaterem. Blokiem doprowadził do remisu (20:20), a następnie asem serwisowym (23:23). Chwilę później gospodarze mieli piłkę setową, bo katowiczanie wpadli w siatkę. Miejscowi nie wykorzystali szansy. Goście byli barziej skuteczni. Wykorzystali trzecią piłkę setową, zdobywając punkt po ataku belgijskiego przyjmującego.
W kolejnej partii gospodarze znów prowadzili (7:4). Po chwili jednak przeżyli istny koszmar. Goście, przy sporym udziale Lewandowskiego w polu serwisowym, wywalczyli sześć„oczek” i „rozregulowali” akademików. Systematycznie powiększali przewagę. Trener Javier Weber co rusz miał pretensje do swoich podopiecznych, ale niewiele wskórał. Seta kończył asem serwisowym Quiroga.
W czwartej odsłonie role się odwróciły, głównie za sprawą Butryna, który wszedł na zagrywkę i „zafundował” rywalom trzy asy, zaś jego koledzy dołożyli kolejne trzy. Akademicy objęli prowadzenie i pewnie zmierzali do końca. Przy stanie 18:11 w zespole GKS pojawił się, wracający po kontuzji barku Jakub Szymański i pokazał się z dobrej strony. Straty były jednak zbyt duże do odrobienia.
W tie-breaku rozpędzeni akademicy objęli prowadzenie 6:3 i nie oddali go do samego końca. Ciężar gry spoczywał na Butrynie oraz DeFalco, którzy solidnie atakowali i byli nie do zatrzymania.
HOKEJ
sportdziennik.com – Powrót w fotel lidera
Hokeiści GKS-u Katowice w zaległym meczu wygrali z Zagłębiem i wykorzystali potknięcie najgroźniejszego rywala – Re-Plast Unii Oświęcim i powrócili na pierwsze miejsce. Rywalizacja o palmę pierwszeństwa będzie trwała do samego końca sezonu regularnego, a oba zespoły będą grały jeszcze między sobą.
Szyki obronne gospodarzy zostały uszczuplone przez Oskara Krawczyka, który został wypożyczony do Zagłębia i w umowie był zapis, że obrońca i zarazem wychowanek sosnowieckiego zespołu nie może wystąpić w meczach z GKS-em. Goście byli faworytem i szybko potwierdzili swoją siłę, bo Bartosz Fraszko, znajdujący się w wybornej formie strzeleckiej, szybko pokonał Michał Czernika.
Przewaga była po stronie przyjezdnych, ale gospodarze również szukali swoich szans, choć ich akcje nie miały elementu zaskoczenia. Gra GKS-u w przewadze nie jest najmocniejszą stroną, ale tym razem Mathias Lehtonen wykorzystał osłabienie i napięcie nerwowe jakie towarzyszyło drużynie opadło. Zespół z Katowic dość łatwo przedostawał się do strefy sosnowiczan, ale gorzej było ze strzałami. Jednak „bezpieczne” prowadzenie w pełni usatysfakcjonowało gości.
Trzeba być czujnym i nie lekceważyć rywala i o tym przekonali się hokeiści z Katowic. Na 2. tercję wyjechali pewni siebie, ale zostali skarceni przez gospodarzy i Aleksandr Wasilijew zdobył kontaktowego gola. To był sygnał dla zespołu, żeby jeszcze powalczyć o korzystny rezultat. Jedni i drudzy mieli sytuacje, ale obaj bramkarze spokojnie interweniowali. Sędziowie zasygnalizowali karę dla gospodarzy i John Murray szybko zjechał z lodu. Ten manewr przyniósł wymierne korzyści, bo Mateusz Bepierszcz podwyższył wynik na 3:1.
Na początku 38 min sosnowiczanie znaleźli się w trudnej sytuacji, bo Kamil Sikora i Oskar Jaśkiewicz powędrowali do boksu kar. Jednak gospodarzom należą się słowa uznania, bowiem nie stracili gola w podwójnym osłabieniu. Owszem, goście przez cały czas przebywali w ich tercji, ale Czernik oraz jego koledzy dzielnie się bronili.
Właśnie gra w przewadze jest największą bolączką z licznych okazji wykorzystali zaledwie jedną. To stanowczo za mało dla zespołu, który posiada wysokie aspiracje w tym sezonie.
Uczta jakich mało
[…] Chóralne śpiewy w czasie meczu, a po końcowym gwizdku nieustające wiwaty na część hokeistów – to niemylny znak, że katowicka GieKSa po raz kolejny wygrała z rywalem z Tychów. To było nadzwyczaj interesująca potyczka i hokeiści z jednej i drugiej strony uraczyli nas prawdziwym widowiskiem.
W derbach nie ma oszczędzania się i obie drużyny od pierwszego gwizdka podjęły walkę. Początek należał do tyszan i młody Jan Krzyżek w 4 min strzelił w boczną siatkę. A potem Aleks Szczechura oraz Christian Mroczkowski mieli okazje sprawdzić umiejętności Johna Murraya. Amerykanin z polskim paszportem od początku był pobudzony, ale trudno się dziwić skoro grał przeciwko byłym kolegom.
Goście mieli 2 razy liczebną przewagę, ale nic z tego nie wynikało; nawet poważnego zagrożenia nie stworzyli w tercji katowiczan. Inna sprawa, że gospodarze w owym okresie grali agresywnie i starali się oddalać niebezpieczeństwo. W 18 min Patryk Wronka popisał się dynamicznym rajdem i niewiele brakowało, by wrzucił krążek przy słupku. Tuż przed końcową syrena okazje miał Patryk Krężołek. Szybka, ciekawa tercja i tylko goli zabrakło.
Po przerwie obie drużyny były jeszcze bardziej zmotywowane i zwiększyły tempo akcji, ale bramkarze nadal byli czujni. W 25:26 min za trzymanie do boksu kar powędrował katowiczanin Mateusz Rompkowski, ale… Denis Sergiuszkin stracił krążek na niebieskiej i w stronę bramki Tomasa Fuczika pomknął Anthon Eriksson. Szweda gonił Grigorij Żełdakow i sędzia zasygnalizował faul, ale Eriksson popisał się płaskim uderzeniem tuż przy słupku i gospodarze w najmniej oczekiwanym momencie objęli prowadzenie. I jedni, i drudzy mieli okazje, by zmienić wynik, ale bramkarze skutecznie interweniowali. Kolejna tercja też była na wysokim poziomie i kibice byli w pełni usatysfakcjonowani.
Ostatnia odsłona nic nie straciła na jakości. Jedni i drudzy robili wszystko, by skierować krążek do siatki, ale golkiperzy nie zawodzili. W 48 min Jegor Fieofanow z bliskiej odległości trafił w poprzeczkę, a w innych sytuacjach Murray bronił rewelacyjnie. W końcu jednak Wronka skierował krążek do siatki z bliskiej odległości, ale przy dużym współudziale Marcina Kolusza.
Niezrażeni goście rzucili się do ataku i wycofali bramkarza. Na 63 sek. przed końcem Mateusz Bepierszcz skierował krążek do pustej bramki, ale sędziowie odgwizdali spalonego. Na 53 sek. przed końcem Fuczik zjechał do boksu, ale wynik nie uległ zmianie.
Łotewski koncert
Mistrz Polski rozbroił na „Jastorze” lidera PHL, ale w ostatniej tercji hokeiści JKH popełniali banalne błędy.
GieKSa przyjechała na „Jastor” bez swojego asa atutowego, Grzegorza Pasiuta, natomiast trener obrońców mistrzowskiego tytułu, Robert Kalaber, wystawił wszystko, co ma najlepszego. Zabrakło oczywiście łotewskiego obrońcy Marisa Jassa, ale raczej nie ma się co łudzić – on sezon 2021/2022 ma już z głowy.
Od pierwszego gwizdka sędziów jastrzębianie rzucili się na rywali niczym wściekłe psy. Nie minęła nawet minuta zmagań, gdy akcji braci Szewczenko zakończyła się zdobyciem gola. Starszy Eriks w pozycji leżącej podał przed bramkę, a młodszy Arturs zaskoczył Johna Murraya. W kolejnej akcji bramkowej JKH role się odwróciły, wyrok na katowiczanach wykonał Eriks. W I tercji podopieczni Roberta Kalabera może nie grali koncertowo, ale bardzo dobrze. Oddali na bramkę rywali 11 strzałów, a lider zrewanżował się tylko czterema próbami. W okresie liczebnej przewagi (na ławce kar siedział Kamieniew) goście tylko na kilkanaście sekund założyli zamek, ale nie zagrozili poważnie rywalom.
Gospodarze podwyższyli prowadzenie po pięknym strzale z niebieskiej Jewgienija Kamieniewa, po którym „guma” wylądowała w „okienku” bramki katowiczan. W tym momencie z lodu zjechał Murray, a jego miejsce między słupkami bramki gości zajął Maciej Miarka. Pół minuty po tej roszadzie podopieczni trenera Jacka Płachty zdobyli gola – z niebieskiej uderzał Mateusz Rompkowski, tor lotu krążka przeciął Marcin Kolusz i Patrik Nechvatal skapitulował.
Jeżeli lider liczył na to, że gol doda mu skrzydeł, to szybko został sprowadzony na ziemię. Sędziowie sygnalizowali karę dla Carla Hudsona, Nechvatal zjechał do boksu, a jego koledzy koncertowo rozegrali akcję, którą wykończył celnym strzałem Frenks Razgals.
Kiedy w III tercji Dominik Paś zdobył dla JKH piątego gola, wydawało się, że będzie to mecz bez historii. Gospodarze jednak zafundowali swoim sympatykom nadprogramowe emocje i niewiele brakowało, by GieKSa zdobyła czwartego gola. W 59 min. Paś sam jechał na pustą bramkę rywali i tak długo zwlekał ze strzałem, że obrońca katowiczan wybił mu krążek!
Do wygranej JKH największą cegiełkę dorzucili Łotysze, którzy mieli udział przy czterech golach swojej drużyny.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze