Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Jasiu był człowiekiem z krwi i kości, Ślązakiem z charakterem
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Drużyna kobiet zakończyła rundę jesienną na 4. miejscu ze stratą 10 punktów do liderek Czarnych (ale mamy też jeden mecz rozegrany mniej). U napastniczki Aleksandry Nieciąg zdiagnozowano uraz lewego kolana. Drużyna męska rozegrała ostatni mecz ligowy rundy jesiennej, w którym wygrała z Pogonią Szczecin 2:0 (2:0). Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ. W tym tygodniu zespół rozegra jeszcze dwa spotkania – w czwartek o 17:00 na Arenie Katowice w ramach 1/8 finału Pucharu Polski z Jagiellonia oraz w niedzielę 7 grudnia o 17:30 z Rakowem w Częstochowie. W rocznicę śmierci Jana Furtoka media wspominały legendę GieKSy.
Siatkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali jedno spotkanie, w którym pokonali Astrę Nowa Sól 3:0. Następny mecz zagramy 6 grudnia (sobota) o 17:00 z CUK Anioły w Toruniu.
Hokeiści w piątek pokonali na wyjeździe z Unię 3:1 oraz w niedzielę Energę Toruń 3:2. W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra trzy mecze: już jutro (na wyjeździe, we wtorek, 2 grudnia) z Cracovią, w piątek w Satelicie (5 grudnia) z Zagłębiem oraz w niedzielę (na wyjeździe, 7 grudnia) z STS-em Sanok. Spotkania rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00, 18:30 i o 17:00.
PIŁKA NOŻNA
sucha24.pl – Dłuższa przerwa Oli Nieciąg
Jak na zawołanie zaczęła trafiać do bramek rywalek Aleksandra Nieciąg po przesunięciu do linii ataku w 2025 roku. Nieważne, czy chodziło o krajowe podwórko, czy europejskie puchary, wychowanka Halniaka Maków Podhalański wyraźnie odżyła i stała się jedną z najlepszych atakujących w naszym kraju.
Dwanaście bramek w Orlen Ekstralidze kobiet zdobyła w 2025 roku Aleksandra Nieciąg. Do tego dorobku trzeba jeszcze dopisać bramki zdobywane w turnieju kwalifikacyjnego rozgrywek Ligi Mistrzyń. Kiedy wydawało się, że Nieciąg będzie mogła na wiosnę kontynuować świetną serię, przytrafiła się kontuzja zakończona artoskopią kolana.
Z przykrością informujemy, że u Aleksandry Nieciąg zdiagnozowano uraz lewego kolana. Napastniczka GKS-u Katowice przeszła już artroskopowy zabieg naprawczy, który obejmował szycie łąkotki bocznej oraz zaopatrzenie ubytków chrząstki stawowej – czytamy w komunikacie katowickiego klubu.
– Nikt nie wie, czy podczas meczu czy w trakcie treningu, doznałam kontuzji. To może wszystko brzmi strasznie, ale nie jest niczym wielkim. Mam nadzieję, że wrócę w marcu do gry. Strzelecka forma? Nie ukrywam, że odżyłam, od kiedy zostałam przesunięta do ataku. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi już tej pozycji zmieniał (śmiech). Kadra Polski? Liczyłam, że otrzymam powołanie. Będę się starała kolejnymi występami i golami przekonać do siebie selekcjonerkę – powiedziała zawodniczka rodem z Grzechyni.
dziennikzachodni.pl – Kibice GieKSy pamiętali o Janie Furtoku. Fani uczcili klubową Legendę
W sobotę 29 listopada 2025 roku GKS Katowice zagrał z Pogonią Szczecin w meczu 17. kolejki PKO Ekstraklasy. Spotkanie na Nowej Bukowej dedykowane Janowi Furtokowi w pierwszą rocznicę śmierci (26 listopada). Kibice licznie stawili się na trybunach i pamiętali o klubowej Legendzie.
Katowicki klub awizował mecz z Pogonią Szczecin hasłem: „W sobotę wszyscy gramy dla Jasia Furtoka”. W punktach przed stadionem sprzedawano pamiątkowe szaliki i koszulki dedykowane Furtokowi. Zysk ze sprzedaży tych gadżetów zostanie przekazany m.in na rozwój Akademii GKS-u im. Jana Furtoka. Przed meczem na telebimach na stadionie pokazano film dotyczący legendarnego napastnika GieKSy, m.in. z golami, które strzelał dla katowickiej drużyny. Wyjściu piłkarzy na murawę towarzyszyły dzieci ustawione na boisku, m.in. trzymające w rękach numer 9, z którym grał Furtok. Spiker przywitał obecną na trybunach rodzinę Legendy GKS-u Katowice, a fani katowickiego klubu zaczęli głośny doping.
[…] Natomiast 9. minuta, jak zwykle, poświęcona była Janowi Furtokowi, a kibice skandowali z podziałem na trybuny „Jasiu – Furtok”. Do przerwy GKS prowadził 2:0, więc katowiccy fani byli w znakomitych humorach.
[…] Pod koniec meczu i zaraz po nim kibice GKS-u znów głośno skandowali imię i nazwisko Jana Furtoka.
Pod koniec meczu i zaraz po nim kibice GKS-u znów głośno skandowali imię i nazwisko Jana Furtoka.
Jasiu był człowiekiem z krwi i kości, Ślązakiem z charakterem. Tak wspominał go kolega z boiska oraz przyjaciel Piotr Piekarczyk.
Jan Furtok trzy razy dostawał bilet do wojska i za każdym razem udało się to odkręcić, głównie za sprawą działań Mariana Dziurowicza. Podobno trzy razy robił imprezy pożegnalne.
– Byłem na tej pierwszej, bo potem chyba następnych nie robił, bo już zwątpił. Chyba by zbankrutował – uśmiecha się Piotr Piekarczyk, który grał z Furtokiem w GieKSie. – To był trudny temat, polityczny można powiedzieć. Był u nas w klubie taki człowiek, członek PZPR, który nawet Jurka Wijasa wyciągnął z wojska i to się odbyło podczas zjazdu partii. Śmialiśmy się, że Jurka Wijasa udało się wyciągnąć z Żagania na zjeździe PZPR. W przypadku Jasia to na pewno poszło już po linii ministerialnej. Wiadomo, że GKS to było górnictwo, a nad górnictwem było wojsko. To musiało się odbywać na takich szczeblach. Pamiętam, że pożegnanie Jasia było w mieszkaniu u jego mamy, to nawet nie była impreza, bardziej spotkanie. On miał już bilet, miał iść do wojska, ale nie wiem, czy trafiłby do Śląska Wrocław, czy innego wojskowego klubu, on sam pewnie nie wiedział. Miał wtedy 18 lat, był jeszcze juniorem.
Furtok w 1986 roku w finale Pucharu Polski na Stadionie Śląskim, w którym GieKSa pokonała faworyzowany Górnik Zabrze 4:1, strzelił trzy gole. W bramce zabrzan stał Józef Wandzik, trenerem Górnika był Hubert Kostka. GKS sprawił sensację ogrywając wielkiego faworyta finału.
– Jasiu nawet potem opowiadał, że ktoś go sfaulował przy ławce rezerwowych Górnika i Kostka do niego wyskoczył z jakimiś pretensjami, a było wtedy już chyba 3:1. Jasiu mu trochę dociął i zapytał: „Jaki wynik jest na tablicy”? Wandzik potem jak widział Jasia, to gula mu skakała. Jasiu nawet z niego się trochę podśmiewał przed meczami. Miał na nie niego patent, czy Wandzik grał w Ruchu, czy Górniku. Byli już dobrymi kolegami, jak na wyjściu na mecz Furtok pytał: „No, Wandziol, jak dziś będę miał ustawiony rzut wolny, to w które okno chcesz?”. Faktycznie, co mecz mu strzelał – opowiada Piekarczyk.
Furtok słynął ze swego wesołego podejścia do życia. Potrafił rozładować atmosferę w szatni.
– Był wesoły całe życie. Nawet jak ktoś coś mu powiedział, to obracał to w żart. Miał fajne piłkarskie docinki. Chyba od Marka Motyki z Wisły Kraków wziął takie hasło, które potem stosował wobec młodych w szatni, którzy chwalili się, że grali w ekstraklasie. Pytał: „To ile tych meczów grałeś w ekstraklasie?”, a taki młody odpowiadał: „Parę zagrałem”. To Jasiu wtedy: „Jak parę, to nie grołeś, ino kopołeś” – śmieje się Piekarczyk.
O tym, że dawniej piłkarze w Polsce nie stronili od alkoholu czy papierosów krążą legendy. W przypadku Furtoka też tak było, ale on jeszcze dodatkowo był mistrzem w grze w karty.
– Jak jechaliśmy na ryby potrafił wypalić paczkę, a nawet więcej na dzień. Paczka na dzień to była norma. Był palaczem nałogowym, w sumie od młodości. Nie umiał się tego pozbyć – przyznaje Piekarczyk. – Jednak w latach 80. wielu piłkarzy paliło, szczególnie kojarzy mi się to z bramkarzami. Ci co nie palili bywali nawet w mniejszości. Teraz to nie do pomyślenia. Jasiu lubił też pograć w karty. Nie był hazardzistą, ale umiał grać w karty, łapał każdą grę. Na początku w autobusie grało się przeważnie w szkata, bo to śląska gra. Potem to się zmieniało w zależności od składu, bo mieliśmy coraz więcej zawodników spoza Śląska, doszli krakusy. Jasiu z reprezentacji olimpijskiej przynosił inne gry – „szpoki” (gra w szpaki – red.), kierki albo 3-5-8. Czasami jak trener pozwolił w drodze powrotnej z meczu to i w pokerka się pograło. Jasiu był dobrym zawodnikiem, bawił się tymi kartami, był w nich mistrzem. Jak był w Hamburgu i Eintrachcie też lubił pograć i wiem, że grali tam w pokera jak wracali z meczów.
Wspomniane już łowienie ryb przez Furtoka miało zabawne początki. Jednak i na tym polu legendarny napastnik odnosił sukcesy.
– Razem z Heńkiem Górnikiem byliśmy zapalonymi wędkarzami. Jasiu jak przyjeżdżał z Niemiec, to chciał odetchnąć, uciec trochę od gości, którzy pewnie mu się zwalali na głowę. Zaczęło się to w Rożnowie – wspomina Piekarczyk. – Pamiętam, jak był pierwszy raz z nami i moim ojcem. Poszliśmy w nocy trochę połapać, tak do godziny 11. On był takim wędkarzem, że statycznie nie lubił czekać. Wziął spinning i mówi: „Idę sobie porzucać”. Odszedł jakieś 50 metrów. Za chwilę słyszymy, jak Jasiu woła: „Mom, mom, mom!”. Słyszymy kołowrotek tak jakby ryba mu ciągnęła. Lecimy, nogi prawie połamaliśmy. Potem stoimy przy nim. Faktycznie, wędka zgięta w pół, myślimy” co to będzie, jaka ryba? Trwało to jednak za długo. Pytam: „Jasiu, a ty nie masz zaczepu?. Puść wędkę”. Okazało się, że jako nowicjusz nie umiał jeszcze rozpoznać, kiedy jest zaczep, a kiedy ryba. Myślał, że miał rybę. Od tego się zaczęło. Miał potem efekty, bo jak na drugi raz przyjechał w grudniu, to z naszego grona wędkarskiego złowił największego sandacza, 85 centymetrów! Miał szczęście nowicjusza. Nam z Heńkiem i z Wojtkiem Spałkiem szczeny wtedy opadły.
Pochodzący z katowickiej Kostuchny nie był tylko lokalną legendą. Bardzo dobrze poradził sobie w Bundeslidze – w Hamburgerze SV i Eintrachcie Frankfurt. Piłkarz z Górnego Śląska przed meczem musiał sobie dobrze pojeść i nie zamierzał zmieniać swoich „nawyków żywieniowych” również w Niemczech.
– Jasiu opowiadał, że jak był już w Niemczech, to poszedł sobie na hamburgera czy hot-doga i gdzieś go tam przyuważyli. Prezes, trener albo dyrektor sportowy wziął go na spytki, że takich rzeczy nie może robić. Dla niego to było normalne, ale mu powiedzieli, że nie może jeść takich rzeczy, dbali tam o kwestie dietetyczne. A on jak był głodny, to praktycznie nie grał. Musiał zjeść to, co lubił. W Polsce mógł zjeść dwie porcje mięsa, jemu to nie przeszkadzało, zresztą przez całe życie „skóra się na nim nie rozciągała”. W Niemczech wszyscy jedli jakieś spaghetti, mieli szwedzki stół, a on wyjął sobie solidnego steka. Wszyscy zawodnicy patrzyli na niego, zastanawiali się co on robi, bo było przyjęte, że trzeba lekko zjeść przed meczem. Trener mu coś powiedział, ale Jasiu zagrał, strzelił trzy bramki i przed następnym meczem połowa drużyny wzięła sobie steki i trener już nie zabraniał. Jasiu miał swoje potrzeby, nawet wbrew logice. Mógł nawet zjeść schabowego albo golonko przed meczem. Jak był syty, najedzony, zadowolony, to wtedy miał wenę na boisku – kończy opowieść „Orzech”.
Jan Furtok zmarł po długiej chorobie 26 listopada 2024 roku w wieku 62 lat.
wkatowicach.eu – Legenda klubu Jan Furtok został patronem Akademii GieKSy. Złożono też kwiaty na jego grobie
Jan Furtok to najlepszy piłkarz w dziejach GKS-u Katowice. Dla GieKSy rozegrał 299 meczów, w których strzelił 122 gole. W klubie pracował też jako trener, dyrektor sportowy, prezes, a także szef Akademii. Stał się symbolem i legendą GKS-u. Furtok zmarł 26 listopada 2024 roku, a jego śmierć pogrążyła w żałobie całą społeczność klubu. Pamięć o legendarnym napastniku wciąż jest jednak żywa. Przy okazji każdego meczu GKS-u na Arenie Katowice na stadionowym telebimie wyświetlana jest jego sylwetka w czasie prezentacji składów. Kibice skandują jego nazwisko w 9. minucie meczów GieKSy. W pierwszą rocznicę śmierci klubowej legendy, zarząd GKS GieKSa Katowice S.A. podjął uchwałę o nadaniu klubowej Akademii imienia Jana Furtoka.
To niezwykle ważny moment dla wszystkich ludzi związanych z GKS-em Katowice. Chcieliśmy w godny sposób upamiętnić Jana Furtoka, ale także wskazać go dzieciom i młodzieży jako wzór sportowca i człowieka do naśladowania. Stąd pomysł o nadaniu Akademii jego imienia – podkreśla Sławomir Witek, prezes GKS GieKSa Katowice S.A.
Zmieniając nazwę naszej Fundacji ze „Sportowe Katowice” na „Akademia GKS Katowice im. Jana Furtoka” podkreślamy mocno ścisły związek z Klubem oraz poczucie identyfikacji naszych podopiecznych z GKS-em. Co więcej, zyskujemy wybitnego patrona, który – co warto podkreślić – był przez wiele lat związany ze szkoleniem młodzieży. Wielu jego wychowanków z powodzeniem reprezentowało barwy GKS-u. Z kolei w latach 2014–2017 Jan Furtok szefował całej Akademii – przypomina Kinga Pajerska-Krasnowska, prezes Akademii.
SIATKÓWKA
siatka.org – Szaleństwo w Katowicach trwa! I-ligowe derby Mazowsza z niespodzianką
12 kolejka wciąż na zapleczu trwa, lecz już teraz wiadomo, że czyste konto zachowają katowiczanie. GKS Katowice nie pozostawił suchej nitki na przyjezdnych z Nowej Soli, zwyciężając – 3:0. Katowiczanie pokazują, że PlusLiga wciąż jest w ich zasięgu i mierzą w szybki powrót.
Pierwszy set należał do szalenie wyrównanych, ale siatkarze z Katowic nie czuli presji, będąc przyzwyczajonymi do grania o stawkę na żyletki. Oba zespoły dały z siebie wszystko, a nikomu w dłuższej perspektywie nie udało się odskoczyć z wynikiem. Po stronie GKS-u karty rozdawała para Michał Superlak i Gonzalo Quiroga. W szeregach Astry rewelacyjny mecz rozegrał Piotr Śliwka. Przyjmujący na tym etapie miał jeszcze wsparcie od m.in. Fabiana Leitermeiera, lecz set i tak uciekł gościom. O losach inauguracji zadecydowała gra na przewagi, którą atakiem domknął Superlak – 30:28.
Ciekawie było też w drugim secie. Początkowo prym wiodła drużyna z Nowej Soli – 4:2. Wciąż z tonu nie spuszczał też Piotr Śliwka. Później w polu zagrywki stanął Grzegorz Pająk, a rolę zaczęły się odwracać – 8:6. Blokiem odpowiedział jednak Aleksander Maciejewski, zaś przepychanką nie było końca – 12:12. W drugiej połowie seta siatkarze Astry mogli złapać trochę oddechu, prowadząc 18:15. Za moment był już jednak remis. Końcówka należała już do gospodarzy, którym do wygranej wystarczyła wyłącznie jedna partia – 25:22. Katowiczanie zrobili wszystko, aby dopiąć swego i szybko udać się na regenerację. Tak się faktycznie stało. Różnica na dystansie była spora, a na sam koniec blokiem popisał się Damian Hudzik – 25:17.
GKS Katowice – Karton-Pak Astra Nowa Sól 3:0 (30:28, 25:22, 25:17)
MVP: Gonzalo Quiroga
HOKEJ
hokej.net – Bez fajerwerków w hicie kolejki. Wicemistrzowie Polski z ważnym zwycięstwem
GKS Katowice odniósł ważne zwycięstwo, pokonując na wyjeździe Unię Oświęcim 3:1. Dzięki temu triumfowi podopieczni Jacka Płachty awansowali na drugie miejsce w tabeli. Biało-niebiescy ponieśli trzecią porażkę z rzędu i w konsekwencji spadli na szóstą lokatę.
Spotkanie nie stało na najwyższym poziomie. W grze obu zespołów sporo było mankamentów, a momentami również chaosu. W tych warunkach hokejowej przyrody lepiej odnaleźli się katowiczanie, którzy ważny krok w kierunku zwycięstwa postawili już w pierwszej odsłonie. Prowadzili bowiem 2:0 i przetrzymali dwa okresy gry w przewadze.
Róbert Kaláber przed starciem z GieKSą miał spory ból głowy. Musiał zestawić skład bez leczących urazy Reece’a Scarletta, Lukasha Matthewsa i Jakuba Kubeša (urazy), a także bez zawieszonych na jedno spotkanie Martina Kasperlíka i Villego Heikkinena. W zestawieniu znaleźli się Joe Morrow, Nick Moutrey i Mika Partanen. Dodajmy, że w ekipie z alei Korfantego nie wystąpił tylko Mateusz Bepierszcz.
Wynik spotkania już w 4. minucie otworzył Ian McNulty, który zmienił tor lotu krążka po uderzeniu Jacoba Lundegårda spod linii. Igor Tyczyński nie zdążył w porę zareagować i guma wtoczyła się do bramki.
Podopieczni Róberta Kalábera mogli szybko wyrównać, ale nie zdołali zamienić na gola dwóch okresów gry w przewadze. I za swoją nieskuteczność zapłacili wysoką cenę. W 14. minucie na 2:0 dla gości podwyższył Mateusz Michalski, który popracował na bramkarzu i przekierował do bramki krążek uderzony przez Albina Runessona.
Katowiczanie w 18. minucie mogli zdobyć trzeciego gola, ale Jean Dupuy nie zdołał pokonać Tyczyńskiego w sytuacji sam na sam. 19-letni golkiper rozciągnął się jak długi i efektownie obronił uderzenie Kanadyjczyka.
Oświęcimianie również po przerwie nie zdołali znaleźć sposobu na Jespera Eliassona, który pewnie strzegł swojego posterunku.
Wicemistrzowie Polski mieli kilka okazji, by przesądzić o losach spotkania. W 26. minucie od bramką „Tyczki”mocno się zakotłowało, a młody golkiper dał próbkę dobrego refleksu, broniąc najpierw uderzenie od zakrystii Michalskiego, a następnie dobitkę Joony Monto. Z kolei chwilę później kontry Bartosza Fraszki nie zdołał zwieńczyć Patryk Wronka, który posłał gumę nad poprzeczką. Niecelne okazało się też uderzenie Grzegorza Pasiuta z 32. minuty.
Odrobinę nadzieje w serca oświęcimskich kibiców wlał jeszcze Joe Morrow. Kanadyjski obrońca, w 52. minucie, po wygranym przez Romana Ráca wznowieniu i sprawnym dograniu Miiki Partanena, popisał się soczystym uderzeniem bez przyjęcia. Eliasson nie zdołał w porę zareagować.
Pod koniec trzeciej odsłonie byliśmy świadkami pojedynku pięściarskiego pomiędzy Hoffmanem a Partanenem, w którym aktywniejszy był kanadyjski defensor. Obaj zawodnicy zostali odesłani do szatni, a chwilę później kropkę nad „i”postawili goście. Stało się to po szybkiej kontrze trzech katowickich muszkieterów. W jej ostatniej fazie idealne dogranie Grzegorza Pasiuta wykorzystał Patryk Wronka.
GieKSa wygrywa po dogrywce. Torunianie walczyli mimo przeciwności losu
W ramach 24. kolejki TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą GKS Katowice oraz KH Energa Toruń. Goście przyjechali w wyraźnie osłabionym składzie i widać było braki w grze ofensywnej. Od początku spotkania tempo meczu dyktowali gospodarze, a na odpowiedź gości musieliśmy poczekać do drugiej tercji spotkania.
W mecz bardzo dobrze weszła drużyna gospodarzy co rusz atakując tercję obronną przyjezdnych. W bramce świetnie reagował Anton Svensson, jednak przy golu Mateusza Michalskiego nie miał za dużo do powiedzenia. Gumę spod niebieskiej w kierunku bramki wrzucił Jacob Lundegård, przed bramkarzem dobrze popracował Michalski przekierowując krążek do siatki. Katowiczanie nie zamierzali zwalniać tempa, a bardzo aktywny w tercji obronnej Torunia był Travis Verveda. W 11. minucie spotkania przed toruńską bramką na krążek czekał Monto, świetnie wypatrzył go autor pierwszej bramki, ale Monto nie zdołał skierować gumy do siatki gości. „GieKSa” przeważała, ale nie była w stanie zdobyć drugiej bramki. Zdawało się, że świetną okazją na polepszenie wyniku otrzymali „GieKSiarze” w 15. minucie spotkania, gdy na ławkę kar powędrował Jakub Gimiński. Na szczęście ekipy Stalowych pierników „GieKSa” nie wygenerowała zagrożenia pod bramką Svenssona i zjeżdżała na pierwszą przerwę z minimalnym prowadzeniem.
Druga tercja zaczęła się od dwóch szybkich akcji torunian z czego ta druga zakończyła się sukcesem i bramką wyrównującą. Strzałem z lewego bulika popisał się Laitinen, uderzenie zaskoczyło bramkarza gospodarzy czego skutkiem był remis na tablicy wyników. Po golu wyrównującym gra zaczęła się dynamizować, na każdą akcję Energi GKS odpowiadał dwoma akcjami, jednak kolejną bramkę oglądaliśmy dopiero po przerwie reklamowej. „GieKSa” odzyskała prowadzenieza sprawą akcji drugiej formacji, Stephen Anderson znalazł drogę do siatki bramki strzeżonej przez Antona Svenssona.
Po golu Kanadyjczyka znaczną przewagę na lodzie zaczęli zaznaczać przyjezdni. Najpierw atakował pierwszy atak gości, następnie karę za zahaczanie otrzymał Grzegorz Pasiut. Ostatnie 5 minut tercji to było istne oblężenie katowickiej bramki z pojedynczymi wypadami w kontrze Dupuy i Varttinena.
Katowiczanie trzecią odsłonę zaczęli aktywnie pracując na kolejną bramkę, jednak po karach dla Kamila Kalinowskiego, następnie Kacpra Maciasia gra się wyrównała. W 52. minucie akcję rozegrali Sedlak i Worona, jednak ostateczny cios wyprowadził Jaworski, guma przetoczyła się między nogami niepewnie interweniującego Eliassona doprowadzając do radości kibiców gości. Przy wyrównanym wyniku szanse na zapewnienie zwycięstwamiał na kiju Joona Monto, jednak nie zdołał wystarczająco podnieść krążka by pokonać dobrze dysponowanego Svenssona.
Pierwsze wznowienie w dogrywce wygrali gospodarze, ale po stracie Grzegorza Pasiuta inicjatywę w dodatkowym czasie gry przejęła Energa. Goście kilkukrotnie straszyli groźnymi akcjami „GieKSę”, najbardziej konkretny w swoich poczynaniach był Fjodorovs, który kąśliwie uderzył, ale odbił krążek Eliasson. Podczas kolejnego natarcia Energi sprawnie zachowała się formacja kapitana GKS-u przechwytując krążek, natychmiastowo Pasiut rozpędził się i stanął do sytuacji sam na sam ze Svenssonem. Z tego starcia doświadczony napastnik wyszedł zwycięsko, tym samym zapewniając swojej ekipie dwa cenne punkty w ligowej tabeli.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Galeria Kibice Piłka nożna
Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza
Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Najnowsze komentarze