Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Hit przy Bukowej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnigo tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

W meczu na szczycie Orlen Ekstraligi Kobiet, piłkarki pokonały drużynę Czarnych Sosnowiec 2:1 (0:0). W następnej, piątej rundzie rozgrywek, nasz zespół zmierzy się na wyjeździe z Mistrzem Polski Pogonią Szczecin. Mecz zostanie rozegrany w sobotę 14 września o godzinie 11:15. Piłkarze rozegrali w ramach siódmej kolejki PKO BP Ekstraklasy spotkanie z Zagłębiem Lubin. GieKSa przegrała w Lubinie 0:1 (0:0).  Kolejne spotkanie piłkarze rozegrają w piątek 13 sierpnia, na Bukowej z Widzewem Łódź. Spotkanie rozpocznie się o 20:30. Z zespołem pożegnał się Shun Shibata, który podpisał kontrakt z Wartą Poznań. Mateusz Kowalczyk otrzymał powołanie do reprezentacji Polski.
W turnieju towarzyskim rozgrywanym w Krośnie siatkarze przegrali z Resovią Rzeszów 1:3. W drugim spotkaniu, drużyna pokonała MKS Będzin 3:2. Na najbliższą sobotę i niedzielę zaplanowane są sparingi z Norwidem Częstochowa i ZAKSą Kędzierzyn-Koźle.

W miniony weekend hokeiści rozegrali trzy sparingi. Z HC RT Torax Poruba zespół przegrał 2:3, ale dwukrotnie pokonał Icefighters Leipzig 3:2 i 2:1. Przed startem ligi zaplanowano jeszcze jeden sparing z Podhalem. Spotkanie zostanie rozegrane w najbliższą sobotę.

 

PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Zwycięstwo GieKSy w derbach
W niekwestionowanym hicie 4. kolejki Ekstraligi GKS Katowice gościł u siebie prowadzących w lidze Czarnych Sosnowiec. Obie ekipy weszły genialnie w sezon i w bezpośrednim pojedynku tym bardziej chciały udowodnić świetną dyspozycję.
Trzeba otwarcie z samego początku pochwalić sztaby trenerskie obu ekip, gdyż w końcu mogliśmy zaobserwować niesamowite przygotowanie na wszelkie taktyczne zagrywki rywalek. Każda ze stron próbowała tworzyć sobie sytuacje, jednak bloki defensywne był absolutnie nie do przejścia. Drużyna z Sosnowca świetnie przesuwała się w formacjach w momentach, kiedy mistrzynie z sezonu 2022/2023 budowały atak pozycyjny. Przyjezdnym pozostawało głównie granie z kontrataku, a adresatką większości podań zostawała Klaudia Miłek, która łatwego życia nie miała, otoczona przez stoperki „GieKSy”. Próby kreowane skrzydłami także nieszczególnie stanowiły zagrożenie dla Kingi Seweryn. Wydaje się, że biorąc pod uwagę poziom samego widowiska, jedyne czego brakowało w ciągu pierwszej połowy to bramek.
W drugiej połowie zarówno Czarni, jak i gospodynie przeprowadzały ataki. W 77. minucie Katowiczanki wyszły na prowadzenie za sprawą Anity Turkiewicz. W 81. minucie nadarzyła się świetna okazja ku wyrównaniu – Zuzanna Grzywińska uderzyła z dość ostrego kąta, ale jedna z defensorek Gieksy wybiła piłkę z linii bramkowej. W 85. minucie wicemistrzynie Polski dopięły swego i zdobyły drugą bramkę – tym razem na listę strzelczyń wpisała się Klaudia Słowińska.
Pomimo dwubramkowej straty, drużyna z Sosnowca usiłowała odrobić straty. W doliczonym czasie gry Karlina Miksone zdobyła bramkę kontaktową. Po chwili pani arbiter Anna Adamska zakończyła mecz.
Dzięki zwycięstwu GKS Katowice wskoczył na pierwsze miejsce w tabeli.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Czarni Sosnowiec. Hit przy Bukowej. Wicelider zagrał z liderem Orlen Ekstraligi
W poprzednim sezonie GieKSa nie obroniła tytułu mistrzowskiego w piłce nożnej kobiet, zajmując 2. miejsce w tabeli (mistrzem została Pogoń Szczecin). Czarne zakończyły sezon na najniższym stopniu ligowego podium. W obecnych rozgrywkach w trzech pierwszych kolejkach obie drużyny zdobyły komplet punktów. Sosnowiczanki przystąpiły do derbów województwa śląskiego jako liderki, a GieKSa jako wicelider.
Fani GieKSy pojechali do Lubina na mecz PKO Ekstraklasy z Zagłębiem, a ci, którzy zostali mieli możliwość zobaczenia w akcji piłkarki tego klubu. Również kibice Czarnych wybrali się na Bukową, aby wspierać swój zespół. Wstęp dla kibiców był darmowy, więc chętnych na piłkę nożną w wykonaniu kobiet nie brakowało. Kibice obu drużyn głośno wspierali piłkarki.
Mimo wysokiej temperatury mecz był prowadzony w żywym tempie, choć w pierwszej połowie górą były defensywy, bo brakowało klarownych sytuacji. Na początku Klaudia Maciążka z GieKSy strzelała z woleja z kilku metrów, ale będąc w niewygodnej pozycji posłała piłkę na poprzeczką. Przed przerwą gospodynie przycisnęły rywalki, było trochę zamieszania na polu karnym Czarnych, ale do szatni drużyny udały się przy wyniku 0:0.
W 77. minucie GKS objął prowadzenie. Anita Turkiewicz posłała z bocznej strefy podanie w pole bramkowe. Bramkarka Czarnych Martyna Małysa zawahała się przy wyjściu do piłki, mając przed sobą walczące o nią dwie zawodniczki. Centrostrzał skończył się golem.
Pięć minut później sosnowiczanki były bardzo bliskie wyrównania. Z ostrego kąta główkowała Zuzanna Grzywińska, ale Marlena Hajduk jakimś cudem, ekwilibrystycznie, wybiła piłkę z linii bramkowej. Niewykorzystana okazja szybko się zemściła. Klaudia Słowińska z bliska głową uderzyła na 2:0.
Czarne do końca walczyły o zmianę wyniku i zrobiły to w ostatniej doliczonej minucie. W zamieszaniu po rzucie rożnym Karlina Miksone ustaliła wynik meczu. GKS wskoczył na 1. miejsce w tabeli.

katowickisport.pl – Piłkarz GKS-u Katowice zagra w pierwszej lidze
Shun Shibata, 27-letni japoński pomocnik, podpisał roczny kontrakt z Wartą Poznań do końca sezonu 2024/25, z opcją przedłużenia. Wcześniej grał w GKS Katowice.

wkatowicach.eu – Terminarz GieKSy we wrześniu elektryzuje kibiców. GKS Katowice zagra w Pucharze Polski i w „Meczu Przyjaźni” z Górnikiem Zabrze
Przed nami miesiąc wielkich sportowych emocji dla kibiców GKS-u Katowice. „Mecz Przyjaźni”, pierwsza runda rozgrywek Pucharu Polski i mecze z ekipami z górnej połowy tabeli Ekstraklasy – to wszystko będziemy przeżywać wraz z podopiecznymi trenera Rafała Góraka we wrześniu.
Bardzo gorąco zapowiada się wrzesień dla piłkarzy i kibiców GKS-u Katowice. W nadchodzącym miesiącu czeka nas wiele arcyciekawych spotkań, zarówno przy Bukowej, jak i na wyjeździe.
W pierwszej połowie września podopieczni trenera Rafała Góraka zmierzą się łódzkim Widzewem. Ten mecz z pewnością przyniesie wiele piłkarskich emocji. Spotkanie 8. kolejki Ekstraklasy zostanie rozegrane 13 września na Stadionie Miejskim przy ulicy Bukowej w Katowicach.
Nieco ponad tydzień później „Mecz Przyjaźni”, czyli ekstraklasowy pojedynek pomiędzy zaprzyjaźnionymi klubami z Katowic i Zabrza. Na zabrzańskim stadionie oprócz kibiców gospodarzy zapowiedziało się ponad 4 tys. kibiców GieKSy. Oprawa tego meczu z całą pewnością będzie robiła wrażenie. Pierwszy gwizdek w sobotę, 21 września o 20:15.
Niezwykłą rangę dla GieKSy będzie miało spotkanie z Bruk-Betem Termalicą Niecieczą w 1. rundzie Pucharu Polski. Przeciwnik, z którym GieKSa rywalizowała w zeszłym sezonie na poziomie pierwszoligowym, nie jest najłatwiejszym, na którego katowiczanie mogli trafić na tym etapie rywalizacji o trofeum. Nie chodzi jednak o to, by było łatwo, ale o to, by było emocjonująco i ciekawie – a tak się właśnie zapowiada mecz, który zostanie rozegrany w środę, 25 września w Niecieczy.
A wrześniowym deserem dla kibiców GieKSy będzie spotkanie ze szczecińską Pogonią w ramach 10. Kolejki Ekstraklasy. Pogoń Szczecin to jeden z klubów górnej połowy tabeli najwyższego szczebla rozgrywkowego w kraju. Z pewnością trybuny Stadionu Miejskiego w Katowicach po raz kolejny w tym sezonie będą pękać w szwach. Mecz z gośćmi z Pomorza Zachodniego w piątek, 27 września.

weszlo.com – Bulterier bez twarzy Gattuso. Mateusz Kowalczyk w reprezentacji Polski

Gdy w Katowicach usłyszeli, że Mateusz Kowalczyk został powołany do reprezentacji Polski, cały GKS był przekonany, że chodzi o młodzieżówkę. Michał Probierz zaskoczył wszystkich. Dokładnie miesiąc po debiucie w Ekstraklasie sięgnął po dwudziestolatka grającego w ligowym beniaminku. Jak do tego doszło i o kim w ogóle mówimy?

Na Śląsku rozdzwoniły się telefony. GKS Katowice wysłał do reprezentacji Polski Piotra Świerczewskiego czy Jana Furtoka. Na krajowym podwórku są to nazwiska wielkiego kalibru. W narodowych barwach łącznie zagrało piętnastu GieKSiarzy, jednak w 2007 roku brzmiało to jak opowieści o czasach zamierzchłych, dawno minionych. Właśnie wtedy rzucono pomysł, żeby następny reprezentant Polski z Bukowej otrzymał specjalną premię.

Po awansie do Ekstraklasy historię przypomniał portal „GieKSainfo.pl”:

– To był ruch typowo marketingowy, PR-owy. Szukaliśmy przebicia. Mało kto chyba o tej akcji pamięta, minęło już wiele lat…

W Katowicach naprawdę jednak wierzyli, że są bliżsi wychowania kadrowicza, niż mogłoby się wydawać. W GieKSie szlify zbierał wtedy Piotr Polczak, który jeździł na młodzieżówki. Stoper faktycznie w reprezentacji Polski zagrał, ale dopiero jako piłkarz Cracovii. Pierwszoligowy GKS nie okazał się wystarczająco mocny, choć Leo Beenhakker zaglądał pod każdy kamień. Powołanie na zaplecze wysłał dopiero jego następca, Adam Nawałka, który zauroczył się Rafałem Leszczyńskim z Dolcanu Ząbki.

Wyczekiwany powrót do elity nieśmiało rozbudził temat obiecanego bonusu. Zastanawiano się, czy dziesięciotysięczna premia przypadkiem się nie przeterminowała i nie zginęła w próżni. Mateusz Kowalczyk nie miał jeszcze nawet swojej szafki na Bukowej, więc życzeniowo rzucano, że może piękną puentę kariery napisałby w ten sposób Adrian Błąd? Nikt nie mógł zakładać, że już przy pierwszej okazji trzeba będzie wygospodarować środki, żeby dotrzymać umowy.

Prezes Krzysztof Nowak zapewnił, że premię wypłaci. Mateusz Kowalczyk stanie się bogatszy o dziesięć kafli, a może i o coś znacznie cenniejszego: wpis „1A” przy nazwisku.

Michał Probierz zostawiał wskazówki. „Przeglądowi Sportowemu” na starcie sierpnia opowiedział o Kowalczyku sam z siebie. Ot, wtrącił, że cieszy go jego powrót do Ekstraklasy, że jego wyjazd do Danii powinien być przestrogą, żeby nie działać w pośpiechu. Przypomniał o tym, jak wiele wie o chłopakach, którzy przewinęli się przez kadry młodzieżowe, bo śledził wszystko i wszystkich. Chwalił Mateusza Kowalczyka w kuluarach, więc wydawało się, że chłopak będzie wokół drużyny narodowej krążył.

Że wskoczy do niej po pięciu spotkaniach w elicie? To jednak duże zaskoczenie.

W Katowicach koledzy spodziewali się, że młokos jedzie na młodzieżówkę. Fakt, że dwudziestolatek wskoczył do składu i nie zawalał. Nie zszedł poniżej dobrego poziomu, kupił kolegów pracą oraz agresją. Według „StatsBomb”, najlepszej analitycznej platformy na rynku, na starcie rozgrywek jest czołowym środkowym pomocnikiem Ekstraklasy. Oczywiście wciąż mamy za mało danych, żeby wyciągać daleko idące wnioski, ale spójrzmy na atuty Kowalczyka w liczbach:

najlepsze defensive action OBV – rubryka określająca wpływ zawodnika na zmniejszenie lub zwiększenie szans swojej drużyny na zdobycie bramki; upraszczając: działania Kowalczyka w obronie pomagają GieKSie tworzyć sytuacje bramkowe
najlepsze OBV – to samo, ale dodając także podania, dryblingi czy prowadzenie piłki
dziewiąty najczęściej pressujący środkowy pomocnik w lidze
czwarty najskuteczniej pressujący środkowy pomocnik (liczone odzyskanymi przez drużynę piłkami w efekcie pressingu)
trzeci najlepszy odbierający/przejmujący na swojej pozycji (więcej odbiorów i przejęć: Taras Romanczuk, Yoav Hoffmeister)
piąty najlepiej zatrzymujący dryblerów środkowy pomocnik Ekstraklasy
piąty najczęściej faulowany piłkarz na swojej pozycji
ósmy środkowy pomocnik pod względem przewidywanych asyst.

Jest to garść pozytywów, którymi można się podeprzeć, argumentując powołanie dla Mateusza Kowalczyka. Jego największym atutem wydaje się mobilność i agresja w środkowej strefie: nie traci czasu, błyskawicznie atakuje piłkę, jest bardzo użyteczny w pressingu. Bardzo dobrze pracę wykonywaną przez tego zawodnika pokazuje mapa działań defensywnych.

W pełni można jednak zrozumieć sceptyków, bo Mateusz Kowalczyk wskakuje do reprezentacji Polski naprawdę błyskawicznie. Czy w Ekstraklasie nie znalazł się ani jeden zawodnik, który dłużej pracował na szansę, który wcale od Kowalczyka nie odstaje? Większość ma nawet na końcu języka nazwisko takiego chłopaka. Antoni Kozubal, czyli człowiek, którego nowy kadrowicz w GieKSie zastąpił. Facet od czarnej roboty w Lechu Poznań, równie aktywny i skuteczny w pressingu, może ciut słabiej wyglądający w liczbach, które wynoszą Kowalczyka na piedestał, ale jednak dźwigający presję gry w wielkim klubie.

Kozubal też jest diamencikiem, pewnie nawet większym od Mateusza. Doświadczeniem zjada go na starcie: właśnie rozegrał setne spotkanie na szczeblu centralnym, połowę z tych meczów zaliczył na zapleczu Ekstraklasy. Do tego ponad trzydzieści gier w młodzieżówkach. Ci, którzy stwierdzą, że to on powinien być w reprezentacji, mają ku temu argumenty.

Mateusza Kowalczyka i Antoniego Kozubala łączy parę rzeczy. Przede wszystkim GKS Katowice i trener Rafał Górak, do którego dzwonimy, żeby dowiedzieć się więcej o sensacyjnym reprezentancie.

Jest pan tak samo zaskoczony, jak my?

Nie wiem, bo wy rzadko jesteście zaskoczeni!

Tym razem naprawdę jesteśmy. Więcej: słyszę, że w GieKSie też wszyscy są zaskoczeni.

Dostałem informację od trenera Miłosza Stępińskiego, że Mateusz będzie powołany do reprezentacji Polski U-20. Był podany termin, szczegóły, wszystko wiedziałem. Ale że przeskoczy od razu dwie kadry wyżej — bo jest jeszcze drużyna U-21 Adama Majewskiego — nie wiedziałem. Mam satysfakcję, wielką radość, strasznie się cieszę. Zwłaszcza drugim zawodnikiem z Ekstraklasy w kadrze jest Bartosz Mrozek, z którym pracowałem jeszcze w Elanie Toruń.

Nie ma pan wrażenia, że trochę za szybko, na wyrost?

Nie wiem, trzeba byłoby zapytać selekcjonera. Świat różne historie widział, w europejskiej piłce nastolatkowie odgrywają czasami tak znaczącą rolę, że nie ma sensu mówić, że ktoś jest za młody. To, że selekcja jest niestandardowa, dobrze o niej świadczy. Mamy koło zamachowe dla pozostałych: Mateusz się dostał, więc jak będę pracował, to może i moja szansa nadejdzie.

Czym Mateusz Kowalczyk zapracował na powołanie do reprezentacji Polski?

Dobrze, agresywnie działający w środkowej strefie boiska zawodnik. Nie fauluje nadmiernie, dobrze się ustawia, ma timing w przechwycie. Czyta grę. Być może wiele pracy przed nim, ale to bodziec do dalszej roboty. Mateusz na pewno dużo już ma, chociaż nie spodziewałem się, że aż tyle, że zostanie sprawdzony w reprezentacji.

Wiadomo, że nie macie dużej rywalizacji wśród młodzieżowców, więc łatwiej było mu wskoczyć do składu…

Szczerze: gdy Mateusz przychodził, nie brałem pod uwagę kwestii młodzieżowca. W tym temacie nie jest tak, jakbym sobie życzył, ale to inny temat.

Tym bardziej: zaskakująco szybko się dostosował, bo gra po prostu dobrze.

Szybko się wdrażał. Wydawało mi się, że z uwagi na system i sposób gry przyjdzie to trudniej, że będzie potrzebował czasu na aklimatyzację, bo w przypadku środkowego pomocnika może ona być dłuższa. Okazał się chłonnym chłopakiem, przeniósł wiedzę na boisko. Gdy przyszedł do mnie Antoni Kozubal potrzebował więcej czasu, choć też był wówczas młodszy.

O wilku mowa. Ludzie pytają: czemu nie Kozubal? Też wszedł przebojem do Ekstraklasy i to w lepszym zespole. Wcześniej ograł się w niższej lidze.

Trzeba jednak powiedzieć, że kiedy Mateusz Kowalczyk wyjechał do Broendby, to po świetnym sezonie w Łódzkim Klubie Sportowym, z którym wywalczył awans.

Prawda.

Był tam przez rok, w pewnym sensie nadal jest. Pewnie pytano, co się działo, jak to wyglądało. Wrócił, dostał szansę, szybko ją wykorzystał. O resztę trzeba pytać Michała Probierza.

Pokusi się pan o porównanie Antka i Mateusza?

Długo mógłbym mówić, przytaczać statystyki, dane. Powiem inaczej: Antek to ogromna elegancja w ruchach, Mateusz jest bulterierowaty, nastawiony na grę w kontakcie i bardzo dobrze sobie w tym radzący. Przede wszystkim mają ogromny potencjał jeśli chodzi o kreowanie gry w środkowej strefie. Dla mnie to najtrudniejsza rola dla młodego zawodnika w piłce seniorskiej, chodzi o newralgiczną część boiska. Gdy Antek odchodził do Lecha, życzyłem mu, żeby dali mu szansę, bo martwiłem się, że grając o mistrzostwo Polski, szans może brakować. Dostał zaufanie, gra bardzo dobrze, podobnie jak u nas. To będzie klasowy zawodnik, a Mateusz Kowalczyk ma podobny potencjał. Cieszmy się, że przy nawale obcokrajowców w polskiej piłce tacy chłopcy dają nam dużo radości.

Bulterier, który nie wygląda na bulteriera.

To nie jest twarz Gennaro Gattuso! Bardzo fajnie czuje i rozumie timing, wchodzi w kontakt, to jest dobre i potrzebne w tym rejonie boiska. Potrafi piłkę odebrać, przerwać sytuację, bardzo dobrze rozegrać. Dużo widzi. Inteligentny chłopak.

Trzeba będzie go teraz sprowadzać na ziemię?

Proszę zobaczyć, jak to u niego jest: gdy otworzyły mu się wrota do Europy, gdy trafił do Danii, mógł patrzeć na powrót do Polski jak na krok do tyłu. „Robię coś źle”. Krótka chwila i dostaje powołanie do reprezentacji, więc co było lepsze? Moim zdaniem trzeba ciągle likwidować sufit nad głową, patrzeć w niebo. Cały czas. Młodzi ludzie muszą marzyć, muszą też bardzo ciężko pracować. Jeżeli ma mu to zaszkodzić, niech nie gra w piłkę. Wiem, że znajdzie się taki, który wykorzysta szansę i pójdą za nim następni. Młodzież pracuje na to, żeby dobrze grać w piłkę. Wszystko przed nimi.

Co pan mu powiedział, gdy dostał powołanie?

Nic! (śmiech) Gdy zadzwoniłem, usłyszałem, że ciężko mu rozmawiać. Rozmowę przerwały emocje, chyba było wzruszenie. Czekam na niego od rana i go wyściskam.

Nie byłoby Mateusza Kowalczyka w reprezentacji Polski, gdyby nie GKS Katowice. Złośliwi powiedzą, że ktoś w końcu podjął dobrą decyzję w jego karierze. Dokładnie rok temu środkowy pomocnik był złotym dzieckiem Łódzkiego Klubu Sportowego i szykował się do debiutu w Ekstraklasie. Dosłownie: piłkarz przekazał Kazimierzowi Moskalowi, że nie pali się do odejścia i może brać go pod uwagę przy ustalaniu składu na inauguracyjny mecz z Legią Warszawa.

O Kowalczyka biło się mnóstwo drużyn, bo jego sezon na pierwszoligowym poziomie był wręcz – jak na chłopaka w takim wieku – wybitny. Kazimierz Moskal odważnie na niego postawił, a on zaliczył sześć bramek, trzy asysty, asystę drugiego stopnia i wywalczył rzut karny. Był liderem ŁKS-u i jedną z ważniejszych składowych awansu do Ekstraklasy, wyróżniał się tym, czym teraz odznacza się w Katowicach: skuteczny w obronie, agresywny, kreatywny środkowy pomocnik.

Rozmyślał o nim Raków Częstochowa, Legia Warszawa widziała w nim następcę Bartosza Slisza. Górnik Zabrze w zasadzie przekonał go do przeprowadzki na Śląsk, ale nie był w stanie spełnić oczekiwań finansowych łodzian. Robił się coraz większy zamęt, bo ŁKS nie zdołał wynegocjować nowej umowy i jeśli chciał na Kowalczyku zarobić, musiał go sprzedać. W efekcie Robert Platek, który wówczas jeszcze kręcił się po Łodzi, negocjując zakup klubu, uruchomił kontakty i opchnął piłkarza do Broendby IF, którego właścicielem był jego kolega.

Rację mógł mieć jednak Michał Probierz, stwierdzając, że Mateusz Kowalczyk zbyt szybko nastawił się na wyjazd. W Łodzi wiele osób powtarzało, że ktoś chłopakowi mąci w głowie. Wskazywano Marcina Kołdeja, który widniał w wykazie pośredników transakcyjnych przy nazwisku zawodnika. Wspominano też o pierwszym trenerze z Ząbkovii, który mocno rozwinął Mateusza piłkarsko, zresztą chyba cały czas pomaga mu w dodatkowych treningach. ŁKS mówił jednak, że wszyscy ci doradcy czynili wyłącznie szkody.

Fakt, że łódzki klub mógł usiąść do rozmów o nowej umowie wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy Kowalczyk jako wiodąca postać miał oczekiwania wyższe niż podstawowy młodzieżowiec. Fakt, że owe oczekiwania były przesadzone i nakręcone. Dlatego przyszłości w ŁKS-ie nie było, a atmosfera troszkę się popsuła. Łodzi Mateusz sporo jednak zawdzięcza. Szczególnie Krzysztofowi Przytule, który ściągnął go do klubowej akademii i wspomnianemu Moskalowi, który zrobił z niego pierwszoplanową postać drużyny.

Zagraniczna przygoda potoczyła się jednak tak, jak można było się spodziewać. Pomocnik od Broendby po prostu się odbił. Dostał parę minut i tyle, grał głównie w rezerwach. W połowie sezonu mógł wrócić do Polski na wypożyczenie, sprawa była niemal dograna, ale znów zmienił zdanie. Uwierzył, że w Danii ma jeszcze szansę powalczyć o skład. Wiosną w wykazie spotkań w jego wykonaniu widzimy jednak tylko „poza kadrą meczową”.

Lato było ostatnim dzwonkiem, żeby się ratować i zacząć grać na najwyższym poziomie. Wyszło lepiej niż dobrze. Znów biło się o niego sporo klubów, ale wybrał ten, w którym młodzieżowiec potrzebny był na już. Rafał Górak mówi, że nie miało to znaczenia, ale umówmy się: to zawsze krótsza droga do składu, pewniejsza sytuacja. GKS zapewnił mu minuty, on zaś dał Katowicom upragnionego kadrowicza.

Gdzieś w tym wszystkim trzeba jednak umiejscowić także Michała Probierza. Selekcjoner reprezentacji Polski nie od dziś i nie od wczoraj próbuje się jawić jako wizjoner. Chce wymyślić coś, na co nie wpadłby nikt i udowodnić, że miał rację. W powołaniach do drużyny narodowej widzimy to już po raz enty, najbardziej jaskrawym przykładem było zaproszenie na kadrę Patryka Pedy, uparte trzymanie się go, wojowanie z każdym, kto pytał, czy to naprawdę ma sens.

Na kadrę jeździli już chłopcy z mistrzowskiej Jagiellonii – Bartłomiej Wdowik czy Dominik Marczuk. Obaj z mizernym skutkiem, bo choć Wdowik pokopał chwilę z Łotyszami, to jednak była to tylko przelotna przygoda, której już nie powtórzył. Tarasa Romanczuka zabrał przynajmniej na mistrzostwa Europy, czego nie można powiedzieć o Patryku Dziczku. W pewnym momencie próbowano nam wmówić, że reprezentacyjny poziom osiągnął Karol Struski, który po prostu solidnie grał na Cyprze.

Nie zrozumcie nas źle: kimś grać trzeba. Kończy się era drużyny, w której kilka pozycji zawsze obsadzały postacie z najlepszych lig Europy. W dodatku dawno już ustaliliśmy, że nie ma sensu po raz pięćdziesiąty oglądać tych samych twarzy, które czterdzieści dziewięć razy nie dowiozły. Pytanie tylko, czy w tym wizjonerstwie selekcjoner nie idzie jednak krok za daleko?

Z drugiej strony: nawet na pustym przelocie na zgrupowaniu takiego Kowalczyka nic nie tracimy. Jeżeli Michał Probierz chce go sprawdzić, to w porządku, takie jego prawo. Dopóki wybory selekcjonera można wybronić sportowo, nie ma co przesadnie roztrząsać takich wyborów. Mateusz Kowalczyk nie jest pierwszy i nie będzie ostatni. Może trafienie jednego nieoczywistego kandydata wyjdzie nam na dobre?

W końcu po EURO łakniemy więcej Kacprów Urbańskich, a przecież oni sami się nie znajdują. To też zasługa Probierza.

 

SIATKÓWKA
nowiny24.pl – Asseco Resovia pokonała GKS Katowice. W niedzielę zagra w finale Turnieju o Puchar Prezydenta Miasta Krosna z PSG Stalą Nysa
W półfinałowym meczu Turnieju o Puchar Prezydenta Miasta Krosna siatkarzy Asseco Resovia pokonała GKS Katowice 3:1 (21:25, 25:17, 25:19, 25:18) i w niedzielę zagra w finale. Nagrodę MVP spotkania otrzymał Stéphen Boyer.
Rzeszowianie wystąpili w najmocniejszym składzie. Katowiczanie tylko w pierwszym secie, głównie dzięki wysokiej skuteczności w ataku (71 procent), cieszyli się ze zwycięstwa. Trzy kolejne partie bez historii dla resoviaków, którzy byli lepsi w każdym elemencie, a liderami ekipy znad Wisłoka byli Stephen Boyer i Klemen Cebulj, którzy zdobyli odpowiednio 22 i 17 punktów. Po katowickiej stronie warto odnotować 3 asy serwisowe Aymena Bouguerry i 3 punktowe bloki Bartłomieja Krulickiego.
Nie spełniły się więc nadzieje ekipy ze Śląska o powtórzenia wyniki z 2018 roku, kiedy to w tym samym turnieju w Krośnie pokonała zespół z Rzeszowa 3:1.

siatka.org – Turniej w Krośnie: bez zaskoczenia, Resovia podniosła Puchar
W weekend na przełomie sierpnia oraz września w Krośnie doszło do turnieju towarzyskiego. W nim swoją formę na dwa tygodnie przed startem nowego sezonu PlusLigi sprawdziły cztery ekipy. Finalnie po trofeum sięgnęli zdobywcy Pucharu CEV, siatkarze Asseco Resovii Rzeszów. W małym finale lepsi od beniaminka okazali się katowiczanie.
[…] W meczu o 3. miejsce doszło do starcia rywali zza miedzy. Nowak-Mosty MKS Będzin rywalizował z GKS-em Katowice. Warto już na starcie dodać, że zespoły te zmierzą się w 1. kolejce nowego sezonu PlusLigi w Katowicach. Od triumfu spotkanie rozpoczęli podopieczni trenera Dawida Murka, w wyniku czego w szeregach GKS-u na rozegraniu pojawił się Piotr Fenoszyn. Zmiana poskutkowała tym, że w kolejnych dwóch odsłonach górą był zespół ze Śląska. Beniaminek wziął odwet i przejechał się po przeciwniku, triumfując do 14. Tym samym triumfatora musiał wyłonić tie-break, który rozgrywał się pod dyktando GieKSy. Gracze trenera Grzegorza Słabego punktowali zagrywką.
Nowak-Mosty MKS Będzin – GKS Katowice 2:3 (25:21, 22:25, 22:25, 25:14, 9:15)

 

HOKEJ

hokej.net – Przesądziły karne. Frenks Razgals katem GieKSy
Skuteczność wykonywania karnych oraz zbyt łatwo stracone bramki u progu pierwszej i drugiej odsłony, przekreśliły szansę GKS-u Katowice na korzystny rezultat. Podopieczni Jacka Płachty po raz drugi w letniej serii gier sparingowych zmuszeni byli uznać wyższość zespołu HC RT Torax Poruba.
[…] Podopieczni Jiříego Režnara już w 2. minucie przypomnieli zawodnikom GKS-u Katowice o zabójczej sile swoich kontrataków. Katowiczanie po wygranym buliku nie zdołali zamknąć rywala w w jego własnej tercji, po chwili tracąc posiadanie krążka. Zawodnicy Poruby nie przebierając w środkach zdecydowali się na błyskawiczne zainicjowanie akcji długim podaniem, które w tempo przyjął Frenks Razgals. Dochodząc do optymalnej pozycji strzeleckiej, 28-latek posłał soczyste uderzenie z nadgarstka, po którym krążek wybrzmiał na parkanie Johna Murraya. Odbita guma wróciła jednak wprost na kij Łotysza, który dobijając własny strzał otworzył wynik spotkania.
W miarę upływu czasu zespół Jacka Płachty coraz lepiej czytał próby rozgrywania krążka przez rywali, tym samym niwelując zagrożenie. W kolejnych minutach gra przenosiła się również w okolice bramki Daniela Dolejša, jednak na wypracowanie dogodnych sytuacji strzeleckich nie pozwoliła zwarta obrona gości.
Podobnie jak z pierwszą, tak i z druga tercją, zawodnicy Poruby przywitali się zdobytą bramką. Drugie trafienie przyszło gościom jednak nad wyraz łatwo. Defensywa GKS-u wyprowadzając krążek zza własnej bramki nadała go wprost do pracującego w pressingu Tomáša Šoustala. 27-latek precyzyjnym strzałem spomiędzy wąsów, nie miał większych problemów aby zamienić taki prezent na bramkę. Katowiczanie dwukrotnie w drugiej odsłonie stawali przed sposobnością gry w przewadze, jednak nie zdołali liczebnej przewagi na lodzie zamienić na kontaktową bramkę. Po przewinieniu Arkadiusza Kostka możliwość sprawdzenia swoich sił w „power-playu” mieli także goście, lecz również nie wpłynęło to na zmianę wyniku spotkania.
W trzeciej odsłonie spotkania zawodnicy GKS-u dążyli do zaprezentowania więcej gry w ataku pozycyjnym, wypracowując pozycje strzeleckie na niebieskiej linii swoim defensorom. Konsekwentna praca w tercji rywala przyniosła upragnione trafienie. W 49. minucie aktywny w ofensywnych poczynaniach Albin Runesson uderzeniem pod samą poprzeczkę z lewego bulika zdobył kontaktową bramkę. Zdobyta bramka ożywiła poczynania GieKSy, a bliski doprowadzenia do wyrównania był z najbliższej odległości Pontus Englund. Daniel Dolejš instynktownie pozostawił jednak parkan, którym zbił krążek. W 54. minucie katowiczanie wykazali się efektywną grą w przewadze i za sprawą trafienia Mateusza Bepierszcza doprowadzili do wyrównania.
Taki wynik utrzymał się aż do 60. minuty spotkania, w związku z czym po chwili arbitrzy zaprosili strony do rywalizacji w dogrywce, rozgrywanej w formule 3×3. W takim zestawieniu lepiej odnaleźli się katowiczanie, którzy wyprowadzając dwójkową akcję, mieli wszystkie argumenty po swojej stronie, aby zakończyć spotkanie. Chwilę później zespół Jacka Płachty znalazł się w sporych tarapatach będąc zmuszony bronić niewygodnego osłabienia 4×3. Z tych tarapatów wybronił jednak dobrze dysponowany tego wieczoru John Murray. W ostatnich sekundach rolę się odwróciły i to GKS Katowice przebywał na lodzie w liczebnej przewadze. Przesądzić o losach spotkania próbowali Varttinen i Englund, zabrakło jednak celności.
Losy spotkania rozstrzygnęły się w serii najazdów. Po stronie GKS-u kolejny raz w tym elemencie zaimponował Stephen Anderson, który silnym strzałem z nadgarstka pokonał Daniela Dolejša. Bohaterem zespołu z Poruby okazał się Frenks Razgals, który dwukrotnie w najazdach pokonał Murraya.

Znów rozstrzygnęły karne. GKS Katowice pokonuje IceFighters Leipzig
Kolejny raz w sparingu GKS-u Katowice do wyłonienia zwycięzcy potrzeba było serii najazdów. Tym razem, skuteczniejsi w ich egzekwowaniu okazali się zawodnicy Jacka Płachty. Choć wicemistrzowie Polski dwukrotnie zmuszeni byli odrabiać straty, to za sprawą wykorzystanego karnego Grzegorza Pasiuta, zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Pierwsza odsłona spotkania minęła pod znakiem wzajemnych prób przejęcia inicjatywy. Pierwsi do głosu w ofensywie doszli zawodnicy Jacka Płachty. Jednak zagrożenie ze strony katowiczan w dużej mierze bazowało na kontratakach, aniżeli na wypracowanych okazjach w ataku pozycyjnym. W 4. minucie obronie gości zdołał się zerwać Bartosz Fraszko, jednak po jego uderzeniu krążek jedynie odbił się od barku Konstantina Kesslera, a następnie opuścił światło bramki.
Chwilę później kolejny raz obnażył się mankament z którym katowiczanie mierzą się w letnich sparingach. Pomimo wygranego bulika w tercji rywala, wicemistrzowie Polski stracili posiadanie krążka, po czym pozwolili ekipie z Lipska wyprowadzić groźny kontratak. Twarzą w twarz z Michałem Kielerem stanął Michael Burns. Obrona GKS-u interweniowała z naruszeniem przepisów, w związku z czym po chwili sam poszkodowany stanął przed możliwością wyegzekwowania karnego najazdu. Choć wydawało się, że Burns wykonał wszystko zgodnie z hokejowym elementarzem, to Kieler do końca wyczekał rywala, efektownie interweniując parkanem. W 14. minucie przed świetną okazją do otwarcia wyniku stanął Dante Salituro, jednak jego uderzenie z prawego bulika zostało skierowane wprost w stojącego między słupkami Kesslera.
Druga tercja przyniosła otwarcie wyniku. Goście lepiej weszli w kolejną odsłonę spotkania, kilkukrotnie utrzymując w pełnej gotowości Michała Kielera. W 29. minucie na katowicką bramkę został posłany soczysty strzał spod niebieskiej linii. Zasłonięty Kieler instynktownie zbił krążek. W walce o jego przejęcie najwięcej sprytu wykazał Emil Aronsson, który dobijając uderzenie, umieścił gume w siatce katowickiej bramki. Odpowiedź GKS-u nadeszła błyskawicznie. Podopieczni Patrica Wenera nieroztropnie wyprowadzali krążek z własnej tercji, co skrzętnie wykorzystał Stephen Anderson. Kanadyjczyk postanowił indywidualnie wykończyć akcję i precyzyjnym strzałem z nadgarstka wyrównał wynik rywalizacji.
W trzeciej tercji obie ekipy dołożyły po kolejnym trafieniu. W 44. minucie podopieczni Patrica Wenera raz jeszcze zmusili GKS do odrabiania strat. Po wznowieniu w tercji katowiczan, do krążka dopadł Johan Eriksson. Ściągając na siebie obrońców, wypracował nieco przestrzeni dla Michaela Burnsa, który nie mia większych problemów aby zaadresować krążek do bramki Kielera. Odpowiedź wicemistrzów Polski nadeszła w 50. minucie. Tym razem wznowienie pod bramką gości padło łupem zawodników GieKSy, a po chwilowym zamieszaniu, krążek dotarł do Bartosza Fraszki, który ponownie wyrównał wynik.
Regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięć, w związku z czym sędziowie zarządzili pięciominutową dogrywkę, jednak i ponadnormatywny czas gry nie wyłonił zwycięzcy. O losach spotkaniach zadecydowała więc seria najazdów. Spośród wszystkich zawodników najazd zdołał wykorzystać jedynie Grzegorz Pasiut i to właśnie jego próba zadecydowała o wygranej GieKSy.

Lepsi po raz drugi! GieKSa pokonuje IceFighters Leipzig
Zawodnicy GKS-u Katowice po dogrywce pokonali 2:1 IceFighters Leipzig. Wicemistrzowie Polski kolejny raz zdołali odwrócić niekorzystny wynik spotkania, by za sprawą złotego trafienia Santeriego Koponena rozstrzygnąć losy spotkania na swoją korzyść.
Od mocnego akcentu rozpoczęli dzisiejsze spotkanie zawodnicy GKS-u Katowice. Podopieczni Jacka Płachty od pierwszych sekund wyrażali spore chęci do gry na krążku, a w przypadku utraty, silnie dążyli do jego przejęcia. Taka postawa zaowocowała szybkim wypracowaniem pierwszej sytuacji bramkowej. Krążek spod posiadania rywala w tercji neutralnej przejął Grzegorz Pasiut, który przed bramką przeniósł ciężar gry na drugą stronę, dogrywając gumę do Dantego Salituro. Kanadyjczyk nie zdołał jednak znaleźć sposobu na zaskoczenie Konstantina Kesslera. W raz z upływem kolejnych minut, stroną odpowiedzialną za kontrolowanie wydarzeń na lodzie starał się pozostawać GKS. Podopiecznym Jacka Płachty udawało się zamykać rywala w jego własnej tercji, sprawnie operując krążkiem. Równie dobrze wyglądała praca wicemistrzów po drugiej stronie tafli, gdzie zawodnicy z Lipska mieli zdecydowanie mniej swobody, aniżeli we wczorajszym pojedynku.
Podobnie wyglądał początek drugiej odsłony. W pierwszym ofensywnym akcencie główną rolę również odegrał Grzegorz Pasiut. Tym razem, doświadczony środkowy sam stanął przed możliwością otwarcia wyniku, jednak jego strzał z prawego bulika wybrzmiał jedynie na bandzie okalającej pole gry. W dalszym ciągu katowiczanie mocno starali się ograniczać zapędy rywali w rozgrywaniu krążka. Choć wicemistrzowie Polski w dzisiejszym spotkaniu zdawali się wyglądać lepiej, w najważniejszych elementach hokejowego rzemiosła, to zawodnikom GieKSy nie udawało się tego przełożyć, na wypracowanie dogodnych okazji bramkowych. Z dobrej strony katowiczanie pokazali się również podczas gry w osłabieniu, kiedy to przy wsparciu Johna Murraya, zdołali przetrwać ten okres, bez straty bramki. W 39. minucie katowiczanie boleśnie przekonali się o tym, że hokej to gra błędów. Nieudana próba wyprowadzenia krążka z własnej tercji zakończyła się jego stratą na rzecz rywala. Po chwili w dogodnej sytuacji znalazł się Dennis Reimer i silnym strzałem z nadgarstka pokonał Murraya.
Strata bramki w samej końcówce drugiej tercji mocno podrażniła ambicję katowiczan, którzy na trzecią część gry wyjechali z mocnym postanowieniem odrobienia straty. I tak o to w 43. minucie starania GieKSy się zmaterializowały. Krążek pod bramkę rywala wprowadził Bartosz Fraszko, indywidualnie wykańczając swoją akcję. Tę próbę zdołał zbić parkanem Kessler, jednak wobec dobitki Salituro nie miał już żadnych szans. GKS Katowice stanął również przed sposobnością gry w przewadze, choć w tym elemencie zdaje się, że zabrakło katowiczanom dynamiki, aby myśleć o zdobyciu bramki.
W kolejnym spotkaniu regulaminowy czas gry nie wystarczył do wyłonienia zwycięzcy, w związku z czym byliśmy świadkami dogrywki. W tej, podobnie jak wczoraj lepsze wrażenie w rozgrywaniu krążka sprawiali zawodnicy z Katowic. W 64. minucie miała miejsce akcja rozstrzygająca o losach spotkania. Bartosz Fraszko wyprowadził szybki atak GKS-u, nadając krążek do Santeriego Koponena, który precyzyjnym strzałem poza zasięgiem Kesslera zakończył spotkanie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga