Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mass mediów: Siódma z rzędu porażka GieKSy
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W ubiegły poniedziałek piłkarki wróciły do treningów, a w sobotę rozegrały pierwszy sparing z 1. FC Slovácko, remisując 1:1, do przerwy prowadząc 1:0. W ramach przygotowań do rundy wiosennej zespół rozegra jeszcze pięć sparingów: z Rekordem Bielsko-Biała, Śląskiem Wrocław, TME SMS Łódź, Spartą Praga i Medykiem Konin. Z drużyną pożegnała się Kateřina Vojtková, która przeniosła się do Baníka Ostrawa. Indywidualnie trenuje Weronika Klimek, która po zakończeniu rundy jesiennej przeszła zabieg artroskopii kolana oraz Anna Konkol. Piłkarze rozegrali jeden sparing (w sobotę) z Rekordem Bielsko-Biała, remisując 2:2 (2:2). W środę drużyna rozpocznie dziesięciodniowe zgrupowanie w tureckiej Larze. Zespół najprawdopodobniej rozegra w Turcji trzy sparingi.
Siatkarze w minionym tygodniu rozegrali dwa spotkania: z VC Barkom Każany Lwów oraz LUK Lublin, niestety oba przegrywając 0:3. W nadchodzącym tygodniu drużyna rozegra dwa spotkania, we wtorek, domowe z AZS-em Olsztyn oraz w niedzielę, wyjazdowe, z Ślepsk Malow Suwałki. Obecnie zespół zajmuje czternastą (na szesnaście ekip) pozycję w tabeli z siedemnastoma punktami.
W minionym tygodniu hokeiści rozegrali jedno, wyjazdowe spotkanie, w którym wygrali z Podhalem Nowy Targ 6:2. W piątek drużyna rozegra wyjazdowe spotkanie z Unią Oświęcim.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Weronika Klimek wróci na rundę wiosenną, wznowienie treningów coraz bliżej
GKS Katowice jest na półmetku sezonu liderem Ekstraligi. Duża w tym zasługa Weroniki Klimek, która obecnie trenuje indywidualnie, lecz w przyszłym tygodniu wróci do zajęć grupowych.
Bramkarka “GieKSy” tuż po zakończeniu rundy jesiennej w związku z urazem łąkotki poddała się zabiegowi artroskopii kolana. Wiązało się to dla niej z przerwą w treningach. Nastąpiła ona jednak w trakcie pauzy od rozgrywania spotkań ligowych. Dzięki temu Weronika Klimek raczej nie będzie musiała pauzować już w trakcie rundy rewanżowej.
Liderki Ekstraligi wczoraj wznowiły treningi drużynowe. Doświadczona bramkarka ekipy z Katowic w ciągu najbliższych dni będzie jeszcze pracowała indywidualnie. Jak czytamy na oficjalnej stronie klubu, do ćwiczeń grupowych Klimek wróci w przyszłym tygodniu.
31-latka wystąpiła w tym sezonie w sześciu ligowych meczach. Doświadczona piłkarka spisywała się jednak na tyle dobrze, iż portal “Łączy nas piłka” wybrał ją do jedenastki rundy jesiennej.
Indywidualnie pracuje aktualnie również kontuzjowana Anna Konkol. Jej powrót do gry wymaga jednak nieco więcej czasu.
Kateřina Vojtková odchodzi z GKS-u Katowice, zagra pod wodzą polskiego trenera
Po dwóch latach występów na boiskach Ekstraligi Kateřina Vojtková postanowiła wrócić do swojej ojczyzny. Czeska pomocniczka związała się z Baníkiem Ostrawa. 23-latka grała ostatnio w GKS-ie Katowice, do którego dołączyła na początku 2021 roku właśnie z ekipy z Ostrawy. Środkowa pomocniczka w tym sezonie rozegrała komplet 11 ligowych spotkań dla liderek Orlen Ekstraligi, strzeliła jedną bramkę.
Kiedy Kateřina Vojtková trafiała do Katowic, trenerem “GieKSy” był Witold Zając. Teraz ponownie Czeszka będzie występować pod wodzą Polaka, który od lata prowadzi Baníka Ostrawa. W tym roku beniaminka czeskiej ekstraklasy czeka niełatwa walka o utrzymanie na najwyższym szczeblu za naszą południową granicą. Po rundzie jesiennej “Baníček” jest ostatni w tabeli z dorobkiem zaledwie trzech punktów po 11 rozegranych spotkaniach.
W tym okienku transferowym ekipa z Ostrawy sprowadziła już kilka doświadczonych piłkarek, które mają pomóc w pozostaniu w czeskiej elicie. Oprócz Kateřiny Vojtkovej, która podpisała półtoraroczny kontrakt, są to Klára Waltrová, Kristýna Příkaská oraz Denisa Břenková.
Zimą podopieczne Witolda Zająca rozegrają sześć sparingów. Oprócz trzech starć z krajowymi rywalkami Baník Ostrawa zmierzy się również w meczach kontrolnych ze słowackim Spartakiem Trnawa oraz dwoma polskimi pierwszoligowcami – Skrą Częstochowa i Rekordem Bielsko-Biała.
Runda wiosenna czeskiej ekstraklasy ruszy dopiero za niemal dwa miesiące. Pierwszy tegoroczny mecz o punkty ostrawianki rozegrają przed własną publicznością. 11 marca ich rywalkami będzie czwarty w tabeli Slovan Liberec.
sportdziennik.com – Co dalej z Błądem?
Piłkarz z najdłuższym stażem w drużynie z Bukowej, przez lata będący jednym z jej liderów, w odróżnieniu od innych doświadczonych zawodników nie przedłużył jeszcze wygasającego 30 czerwca kontraktu. Są na niego chętni.
Czy to ostatnie pół roku Adriana Błąda przy Bukowej? Jest jeszcze zbyt wcześnie, by znaleźć jednoznaczną odpowiedź na tak postawione pytanie. Gdyby chcieć jednak oprzeć się wyłącznie na formalnych konkretach – należałoby udzielić odpowiedzi twierdzącej. Kontrakt ofensywnego pomocnika z GKS-em wygasa za niespełna pół roku.
Błąd nie przedłużył jeszcze obowiązującej do 30 czerwca 2023 umowy – w odróżnieniu od Rafała Figiela i Arkadiusza Jędrycha, czyli dwóch innych doświadczonych zawodników GieKSy, którzy tej zimy już to uczynili. Negocjacje z Błądem przedłużają się, a punktem spornym pozostaje długość kontraktu. Klub proponuje roczną umowę, podczas gdy piłkarz skłania się ku dwuletniej – czyli takiej, jakie parafowali w ostatnim czasie jego rówieśnik Figiel i rok młodszy Jędrych. Obaj związali się z Katowicami do 30 czerwca 2025 z opcją przedłużenia kontraktu o kolejnych 12 miesięcy.
Dla Błąda pozostanie przy Bukowej to priorytet, ale ma też alternatywę, która nie wiązałaby się nawet z koniecznością przeprowadzki. Jak już wspominaliśmy w „Sporcie”, w swoich szeregach widziałby go inny GKS – ten z Tychów. Teoretycznie, strony już dziś mogłyby zawrzeć umowę ważną od 1 lipca, a taka sytuacja pewnie kazałaby zastanowić się nad rozpoczęciem negocjacji ws. transferu już tej zimy, choć akurat w tym przypadku taki scenariusz wydaje się bardzo mało prawdopodobny.
Za Błądem runda, którą można by skwitować krótko: „bywały lepsze”. W 20 meczach strzelił cztery gole i zanotował asystę, miał też trochę problemów zdrowotnych wskutek urazu, którego doznał w wyjazdowym spotkaniu 5. kolejki z Wisłą Kraków. Przez jakiś czas grał na własne ryzyko, do regularnych występów w pierwszym składzie wrócił dopiero po miesiącu. Jesień kończył jako zmiennik. Po derbowej porażce w Chorzowie usiadł na ławkę, zamykające rok starcia z Chojniczanką i ŁKS-em Łódź zaczynał jako rezerwowy. Mimo to tej pierwszej strzelił gola (GKS wygrał 3:0), a z łodzianami zanotował asystę przy honorowej bramce Jakuba Araka (skończyło się 1:5, wszedł na boisko przy stanie 0:4).
Błąd nie zostanie na pewno piłkarzem roku w plebiscycie „Złote Buki”. Wygrywał go dwukrotnie – w 2019 i 2021 roku. Tym razem nominacje uzyskali Rafał Figiel, Arkadiusz Jędrych i Dawid Kudła, zwycięzcę poznamy podczas uroczystej gali w najbliższy poniedziałek.
Plebiscyty – plebiscytami, ale mowa o bardzo ważnym dla GieKSy piłkarzu. Pomocnik, który w kwietniu skończy 32 lata, trafił do Katowic w połowie 2017 roku z Arki Gdynia (trenerem był wtedy Piotr Mandrysz). Rozegrał 180 meczów, strzelił 41 goli, zanotował 29 asyst (dane za transfermarkt.de). Zamiast awansu do ekstraklasy, przełknął gorycz spadku, po którym szybko zadeklarował jednak, że zostaje przy Bukowej. Pomógł wydostać się z drugiej ligi, grał regularnie, podczas tego dwuletniego „czyśćca” zdobył 15 bramek, prezentując charakterystyczną „cieszynkę” z rękami na uszach.
Długo nosił kapitańską opaskę, obecnie zakładaną przez Arkadiusza Jędrycha. W systemie 3-4-2-1, jakim od kilkunastu miesięcy gra GKS pod wodzą Rafała Góraka, jest jedną z dwóch „dziesiątek”. Na tej pozycji szkoleniowiec ma wybór. Mogą tam występować młodzieżowcy Alan Bród i Daniel Dudziński, a także Patryk Szwedzik czy Dominik Kościelniak.
Jesienią zdarzały się też mecze, podczas których w wyjściowym składzie znajdowali się dwaj nominalni napastnicy – Marko Roginić i Jakub Arak. Ponadto, tej zimy właśnie na „dziesiątkę” z Odry Opole sprowadzony został za 80 tysięcy złotych Mateusz Marzec, co pozycji Błąda na pewno nie wzmocniło. Dziś nie można wykluczyć, że 2,5-letni kontrakt podpisany w lutym 2021 oraz szósty sezon w GieKSie okaże się dla wychowanka Zagłębia Lubin tym ostatnim.
180 MECZÓW w GieKSie rozegrał dotąd Adrian Błąd. Czy będzie mu dane dobić do 200?
Daniel Tanżyna: Miałem wszystkiego dość
Rozmowa z Danielem Tanżyną, wracającym do zdrowia środkowym obrońcą GKS-u Katowice.
Z powodu problemów z plecami stracił pan niemal cały poprzedni rok – rundę wiosenną w Widzewie i jesień w GieKSie, w barwach której jeszcze pan oficjalnie nie zadebiutował. Jak zdrowie?
Daniel TANŻYNA: – Wszystko dobrze, dziękuję. Trenuję z drużyną już od połowy listopada, przepracowałem cały grudzień i od stycznia mogę przygotowywać się na pełnych obrotach do rundy wiosennej. Ostatnią konsultację medyczną miałem na początku tego miesiąca – u Michała Żółkiewicza, osteopaty ze Szczecina, który postawił mnie na nogi. Miałem problem ze zdiagnozowaniem urazu. Powiedział, że w dwa miesiące postawi mnie na nogi. Szkoda, że nie trafiłem na niego wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Usłyszałem po Nowym Roku, że jest wszystko dobrze, nie ma żadnego regresu, ale raz na 1,5 miesiąca mam kontrolnie się u niego pojawiać. Do Szczecina jest trochę daleko, więc trochę Polski teraz zjechałem.
Jak to się stało, że wylądował pan na leczeniu aż w Szczecinie?
Daniel TANŻYNA: – To jest historia! W życiu nie ma przypadków. W Pucharze Polski trafiliśmy na Pogoń II Szczecin. Oglądaliśmy w szatni losowanie, wszystko elegancko, a ja skojarzyłem, że grał tam przecież Bartek Ława. Poznaliśmy się lata temu. Mamy wspólnych znajomych w Gdyni, on przyjaźni się z Przemkiem Trytką, a my z „Trytem” jesteśmy jak brachole. Zastanowiłem się, czy „Ławka” będzie grał przeciw nam. Zadzwoniłem, potwierdził i powiedział: „Super, to zobaczymy się!”. Wtedy zacząłem mu opowiadać o swoich problemach z kręgosłupem. Usłyszałem tylko w słuchawce: „Rzuć wszystko, wsiadaj w pociąg, przyjeżdżaj do Szczecina. Znam jednego gościa, jest niesamowity, obiecuję ci, że pomoże”. Bartek miał zaufanie do tego osteopaty, wiedział, ile zwalczył już beznadziejnych przypadków, ilu wyciągnął ludzi, którym nikt inny nie był w stanie pomóc. Zresztą spójrzmy na samego „Ławkę” – ma 43 lata, dalej gra w trzeciej lidze, startuje w triathlonach, ultramaratonach. Posłuchałem się starszego kolegi. Powiedziałem o tym trenerowi Górakowi, dyrektorowi Góralczykowi, dali mi zgodę na taką konsultację. Gdyby nie to losowanie w Pucharze Polski, to nie wiem, co by było.
Latem wszedł pan w trening, zagrał w dwóch sparingach, ale problemy z Widzewa znowu wróciły. Chodził pan od gabinetu do gabinetu?
Daniel TANŻYNA: – Tak było. Było widać, że znowu pojawiła się wypuklina, czyli to, co wcześniej. Od lekarza, który mnie operował, usłyszałem, że może mnie… ponownie operować. Zapytałem: „Kurczę, panie doktorze, to czy ta pierwsza operacja była potrzebna, skoro znowu dzieje się to samo?”. Podziękowałem i stwierdziłem, że poszukam pomocy gdzieś indziej. Nie mam żadnych pretensji, swoje rzeczy robili tam dobrze, widzieli wypuklinę i po prostu ją wycinali. Tyle że wycinali skutek, a przyczyna była gdzieś indziej. Dopiero w Szczecinie zdiagnozowano, że mam problem nie z całym dyskiem, a jednym kręgiem – zrotowanym i przez to źle uciskającym na krąg poniżej, pod złym kątem. Przez to robiła się wypuklina. Michał Żółkiewicz powiedział: „Dobrze, że do mnie trafiłeś. Przeszedłbyś kolejną operację, wróciłbyś do zdrowia, minęłyby 2-3 tygodnie – i dzień dobry, znowu byłoby to samo”.
Gdy rozmawialiśmy we wrześniu, miał pan do siebie żal, że być może zbyt wcześnie wszedł pan na wysokie obroty, zaczął grać w letnich sparingach GieKSy. Ale okazuje się, że to nie miało znaczenia, bo prędzej czy później problemy i tak by wróciły?
Daniel TANŻYNA: – Najprawdopodobniej tak, skoro wtedy był znany i chwilowo zwalczony skutek, a nie przyczyna moich problemów. W Szczecinie mieszkałem dwa miesiące. Dostałem słowo od trenera, dyrektora: „Dobra, jedź, wracaj zdrowy, żebyś pomógł nam na boisku”. Leczenie przebiegło bez zabiegu, za wszelką cenę chciałem tego uniknąć. Sporo jeszcze poczytałem o tych plecach, trafiłem na książkę takiego „magika” z Kanady, Stuarda McGilla, trochę się dowiedziałem, co robić, czego nie, czego warto unikać. Szkoda, że nie stało się to wcześniej, wszystko potoczyłoby się inaczej, ale widocznie tak miało być. Gdy mój stan zaczął się poprawiać, śmiałem się, że w Szczecinie mam mocny obóz. Rano terapia, potem siłownia czy czy wylewanie potów w salce rehabilitacyjnej u Mateusza Chełstowskiego, a wieczorem bieganie. Najpierw pół godziny, potem 45 minut, godzina. W terenie, nie na bieżni – bo wolę plener, by móc jeszcze coś zobaczyć. Był mocny reżim, ale nie było innej drogi.
Ostatni mecz o punkty zagrał pan w marcu. To najtrudniejszy moment w piłkarskim życiu?
Daniel TANŻYNA: – W sierpniu przeszły mi przez głowę czarne myśli, że może już nic z tego nie będzie. Trafiłem do nowego klubu, byłem nakręcony, chciałem grać – a tu znowu ten sam uraz. Zastanawiałem się, czy jeszcze wrócę. No i mowa tu o czymś innym niż kostka czy kolano. Problemy z plecami, kręgosłupem, powodują, że nawet gdy śpisz i przewracasz się z boku na bok, to czujesz ogromny ból. Czujesz go przy każdej czynności. Nie ma pozycji, przy której cię nie boli. Mnie ten ból towarzyszył bardzo długo, z dwutygodniową letnią przerwą, gdy wróciłem do treningów, sparingów. Poza tym cały czas mnie łamało. Ludzie porównują to do podobnego bólu, jaki wywołuje rwa kulszowa. Czujesz nie tylko plecy, ale też nogę. Miałem robione krzyżowe, operowane kolana, ale tego się nie da porównać. I najgorszy był ten brak diagnozy. Miałem wszystkiego po prostu dość. Mówiłem sobie: „OK, chcę grać w piłkę, ale chcę też po prostu normalnie funkcjonować, bez bólu!”. Chodziłem od lekarza do lekarza. Niektórzy patrzyli na mnie i mówili: „Szczerze? Nie wiemy, jak ci pomóc”. Ale nie zwątpiłem, szukałem. Gdy już w Szczecinie padła diagnoza, wdrożono leczenie, czułem poprawę – to zrobiło się fajnie. Traktuję to jak pewien znak. Powtarzałem sobie: „Chłopie, albo cię złamie ten kręgosłup, albo jeszcze będziesz góry przenosił!”. Wierzę, że gdy pracujesz ciężko, to życie potem oddaje.
Słyszałem, że jeśli uraz pleców wróci, po sezonie nie będzie pan robił problemów z rozwiązaniem kontraktu, podpisanego do 30 czerwca 2024. To prawda?
Daniel TANŻYNA: – Gdyby były problemy, to się rozstaniemy. Tak dogadałem się z władzami. Nie chcę nikogo oszukiwać.
W zimowych sparingach jest pan stopniowo wdrażany do gry. Z Koroną Kielce był kwadrans, ze Skrą Częstochowa – pół godziny, z rezerwami i Odrą Opole – po 45 minut. Jakie wrażenia?
Daniel TANŻYNA:– Ogólnie – dobre. Teoretycznie, już w końcówce rundy jesiennej dałbym radę, ale to byłoby na siłę. Ustaliliśmy z trenerem i dyrektorem: „Dobra, masz jeszcze 1,5 miesiąca, dojdź do siebie, bo na wiosnę będziesz potrzebny”. Po dotychczasowych sparingach mogę powiedzieć, że grania się nie zapomina, ale po tak długiej przerwie potrzebujesz minut, nie czujesz dobrze odległości na boisku, dystansów, brakuje takiej pewności. Ona wraca z treningu na trening, ze sparingu na sparing. Jest coraz lepiej. Skupiam się na tym, by przygotować się jak najlepiej fizycznie. Jestem środkowym obrońcą, tego potrzebuję. Wiem, że swoje umiejętności piłkarskie posiadam i pod tym względem sobie poradzę. Wierzę, że już przed pierwszą wiosenną kolejką będę mógł powiedzieć: „Jestem gotowy na 90 minut”. Myślę, że będę w stanie. Został miesiąc.
Trener Rafał Górak wystawia pana na razie z lewej strony trójki środkowych obrońców. To pana miejsce?
Daniel TANŻYNA: – Na półlewym grałem w Widzewie czy Tychach. Na tej pozycji spędziłem ostatnie lata, jest moją ulubioną, ale w trójce mogę grać też centralnie czy na półprawym. Nie robi mi to wielkiej różnicy.
Prócz pana, w drużynie są jeszcze stoperzy Arkadiusz Jędrych, Bartosz Jaroszek, Grzegorz Janiszewski, Michał Kołodziejski. Jesienią drużyna traciła mało goli. Nie będzie łatwo wskoczyć do składu?
Daniel TANŻYNA: – To prawda. Gra obronna jesienią była na naprawdę duży plus. Straciliśmy 18 bramek, ale obraz zamazuje ostatni mecz z ŁKS-em, przegrany 1:5. We wcześniejszych meczach blok defensywny spisywał się bardzo solidnie. Będzie ciężko, ale podejmuję rękawicę. Na treningach i w sparingach chcę udowadniać, że jestem w stanie wywalczyć sobie miejsce w składzie, pomagać drużynie.
W listopadzie skończył pan 33 lata, jest pan najstarszy w drużynie. Przynajmniej teraz nikt już – jak jesienią – nie pyta w szatni: – Dziadek, kiedy na trening?
Daniel TANŻYNA: – Nie, a dziadek na treningach wygląda w miarę! Przyznam, że bywałem w różnych szatniach, ale w GieKSie naprawdę jest klimat, kolektyw. Dużo śmiechu, dużo ludzi związanych z regionem czy klubem, będący tu już jakiś czas – Adi Błąd, Bartek Jaroszek, Arek Jędrych, Rafał Figiel, Dawid Kudła… Mógłbym tak wymieniać. Dzięki temu jest pewne DNA. Mam nadzieję, że ta atmosfera w szatni przekuje się na wyniki uzyskiwane wiosną. Ona – jak wiemy – jest zupełnie inna niż jesień.
W tabeli macie punkt straty do miejsca barażowego.
Daniel TANŻYNA: – Tabela nie kłamie, jest spłaszczona, dużo drużyn zamieszanych jest w walkę o ekstraklasę. Odkąd są baraże, napina się na to trzy czwarte ligi. Gramy o jak najlepszy wynik i chciałbym, by przypadło nam któreś z miejsc 1-6. Znajduje się to w naszym zasięgu, o to trzeba walczyć, historia pokazuje, że Górnik Łęczna był w stanie awansować nawet z szóstej pozycji. Jest o co walczyć, w piłce trzeba być ambitnym i odważnym, bo do odważnych świat należy.
bts.rekord.com.pl – GKS KATOWICE – REKORD BIELSKO-BIAŁA 2:2 (2:2)
Tradycja, ważna rzecz. Po raz kolejny zimowy serial sparingowy „rekordziści” zainaugurowali meczem z katowickim I-ligowcem. I po raz pierwszy spotkanie zakończyło się rezultatem korzystnym dla bielszczan, gdyż za taki trzeba uznać remis. Gwoli ścisłości i zgodności z historią, remis 2:2 odnotowano w 2019 roku…., w lipcu.
W rozmowie sprzed kilku dni trener Dariusz Mrózek przyznał, że chciałby zobaczyć swoich podopiecznych, ich grę w defensywie, na tle wyżej notowanych rywali. Chyba jednak „rekordziści” zbyt dosłownie wzięli sobie do serca słowa szkoleniowca, bowiem od pierwszego gwizdka sędziego byli pasywni, momentami bojaźliwi, zbyt głęboko wycofani. W efekcie piłkarze GKS-u dość łatwo konstruowali akcje w ofensywie, a jedną z pierwszych celnym strzałem z niewielkiej odległości Jakub Arak otworzył rezultat sparingu. Podziałało pobudzająco! Ekipa z Cygańskiego Lasu odważniej, a przede wszystkim zaatakowała szyki obronne gospodarze. Nie trzeba było wiele, aby zmusić katowicką obronę do popełnienia błędu przy rozegraniu w okolicy własnego pola karnego. Całości dopełniło zawahanie bramkarza i środkowego obrońcy, na czym skorzystał odważnym wbiegnięciem między obu Filip Waluś. Od tego momentu kibice oglądali bardzo wyrównane i całkiem ciekawe spotkanie. Było tempo, były niezłe dla ludzkiego oka akcje, sporo męskiej, twardej gry. Przytrafiła się – niestety – jedna poważna kontuzja. Po zderzeniu Jakuba Szumery z Arkadiuszem Krysikiem plac gry z urazem głowy opuścił defensor Rekordu, którego ze stadionu zabrać musiała karetka pogotowia.
Świetnych emocji dostarczyła końcówka pierwszej części meczu. W 42. minucie Tomasz Nowak długim podaniem uruchomił Daniela Świderskiego. Wcześniej napastnik gości miał parokrotnie kłopot z tzw. trzymaniem linii spalonego. Tym razem timing był idealny, a wykończenie akcji w polu karnym – ciasteczko, palce lizać. Olimpijski spokój i lob D. Świderskiego nad Patrykiem Szczuką, to był majstersztyk. Niestety dla naszej drużyny, odpowiedź katowiczan była szybka i celna. Zza linii pola karnego przymierzył Adrian Błąd. I to wcale nie musiał być bramkowy koniec tej partii. Natychmiast po wznowieniu gry od środka, w typowy dla siebie sposób, T. Nowak starał się zaskoczyć golkipera GKS-u uderzeniem z połowy boiska. Do szczęścia zabrakło kilku, kilkunastu centymetrów…
Po przerwie spotkanie nie było już tak atrakcyjnym, zajmującym widowiskiem. Te trzy kwadranse minęły pod znakiem wyraźnej przewagi I-ligowców, którzy jednak nie potrafili przełożyć jej na konkrety. Spora w tym zasługa bielskiej defensywy, która jednak całkowicie bezbłędna nie była. W kilku przypadkach dopisało szczęście, parokrotnie dobrze interweniował Krzysztof Żerdka, a i celowniki graczy GKS-u były wyraźnie rozregulowane.
Niewiele, bardzo niewiele było ofensywnych akcentów po stronie „rekordzistów”. Kilka stałych fragmentów, dwa szybkie ataki, przy których bielszczanie zawiedli w fazie finalizacji, to wszystkie aktywa tej części.
Trzeba mieć jednak na uwadze, że w tym zestawieniu personalnym biało-zieloni zaprezentowali się po raz pierwszy i… raczej ostatni. Nie wszyscy pozytywnie zaliczyli ten sprawdzian, niemniej uznanie budzi fakt, iż udało się przebrnąć, przetrwać te 45 minut bez strat.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Świąteczny nastrój
Bez odpowiedniej siły w ataku oraz w zagrywce trudno zdobyć punkty – o tym po raz kolejny przekonała się ekipa z Katowic. Siatkarze „GieKSy” ostatni raz wygrali mecz ligowy 22 listopada minionego roku w Nysie (3:2). Od tego czasu zanotowali pięć porażek, ale z drużynami wyżej notowanymi. Wydawało się, że po nowym roku zdołają tę passę przerwać w meczu w Krakowie, z zespołem ze Lwowa. A tymczasem zawiedli na całej linii i przegrali 0:3. Dobre fragmenty gry to stanowczo za mało na ambitnie grających rywali. Szkoleniowcy GKS-u mają poważny orzech do zgryzienia, bo forma ich podopiecznych jest daleka od ideału.
Katowiczanie mieli dość długą przerwę świąteczną, bowiem ostatni mecz rozegrali 21 grudnia, więc mieli wystarczająco dużo czasu, by odpocząć fizycznie i psychicznie. Początek meczu z zespołem ze Lwowa wskazywał jednak, że jeszcze nie wybudzili się ze świątecznego nastroju. Prezentowali się fatalnie w przyjęciu, a to przełożyło się na siłę ataku. Ponadto kiepsko spisywali się w polu serwisowym. Dla odmiany ekipa ze Lwowa dobrze sobie radziła w przyjęciu i miała przewagę w ataku. Trudno się więc dziwić, że Barkom szybko zdobył punktową przewagę (11:5 i 16:10) i konsekwentnie zmierzał do zakończenia seta. Grzegorz Słaby, trener GKS-u, dokonał podwójnej zmiany – na placu gry pojawili się rozgrywający Jakub Nowosielski oraz atakujący Damian Domagała – i dzięki nim straty zostały nieco zniwelowane, ale były zbyt duże, by je odrobić.
Znacznie więcej walki było 2. odsłonie, ale siatkarze ze Lwowa sami sobie zafundowali emocjonujące ostatnie fragmenty. Murat Yenipazar, rozgrywający Barkomu, umiejętnie kierował grą i wykorzystywał nie tylko atakującego Wasyla Tupczija, ale i pozostałych skrzydłowych, nie stronił też od gry środkiem. Gospodarze wszystko mieli pod kontrolą, prowadzili 24:22 i wówczas chyba zlekceważyli rywali. Tomas Rousseaux i Gonzalo Quiroga doprowadzili do remisu 24:24. Jednak w grze na przewagi Barkom okazał się lepszy. Najpierw Tupczij zdobył punkt, a chwilę potem Witalij Kuczer wszedł na boisko i posłał asa serwisowego. To był jego pierwszy kontakt z piłką!
Jeszcze więcej walki było w 3. secie, jak się później okazało – ostatnim. W końcówce prowadzenie ciągle się zmieniało. W kluczowym momencie ważną rolę odegrał przyjmujący Barkomu, Słowak Julius Firkal, który śmiałym atakiem wyrównał 28:28, a za chwilę posłał asa serwisowego. Mecz zakończył skuteczny blok Barkomu. Trener Słaby szukał różnych rozwiązań personalnych, ale ich nie znalazł. Trzeba się szybko pozbierać, bo już w piątek mecz u siebie z zespołem z Lublina.
Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 3:0 (25:18, 26:24, 30:28)
Siódma z rzędu porażka GieKSy
Trwa czarna seria GKS Katowice. Porażka z LUK Lublin była już siódmą z kolei. Katowiczanie po raz ostatni cieszyli się z wygranej 22 listopada ubiegłego roku, gdy pokonali w Nysie PSG Stal. W starciu z ekipą z Lublina bardzo liczyli na przełamanie, choć zadanie było bardzo trudne. LUK jest bowiem na fali wznoszącej. Gra znakomicie. Wygrał osiem z dziewięciu meczów, pokonując potentatów, m.in. Jastrzębski Węgiel i Grupę Azoty ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle.
W Katowicach potwierdził wysoką dyspozycję. Wygrał pewnie, kontrolując spotkanie. Gospodarze bardzo się starali. Ambicji im nie brakowało. Byli jednak niedokładni. Mieli wiele akcji po swojej stronie, lecz zbyt szablonowe rozegranie Georgi Seganowa, błędy w przyjęciu zagrywki i wreszcie problemy z trafieniem w pole gry powodowały, że szansa na punkty uciekała. Słabo też bronili. Rzadko udawało im się wybronić ataki rywali.
Lublinianie z kolei z żelazną konsekwencją wykorzystywali każde zawahanie, każdy błąd GieKSy. W ataku nie mylili się Nicolas Szerszeń i przede wszystkim Szymon Romać. Wiele cennych punktów zdobyli też blokiem.
Najwięcej walki było w trzeciej odsłonie. Wyrównana walka trwała do stanu 17:17. W końcówce asy serwisowe rezerwowego Mateusza Malinowskiego oraz Romacia przesądziły o sukcesie gości. Ostatni punkt wywalczyli, bo z przechodzącej piłki w aut zaatakował Jakub Jarosz.
GKS Katowice – LUK Lublin 0:3 (18:25, 22:25, 21:25)
HOKEJ
hokej.net – Brandon Magee show i pewne trzy punkty GieKSy!
Mistrzowie Polski pokonali w Nowym Targu miejscowe Podhale. Długo „Szarotki” starały się dotrzymać kroku katowiczanom, ale trzecia tercja przesądziła o końcowym wyniku. Ozdobą tego spotkania były cztery bramki Brandona Magee.
Kiedy wydawało się, że pierwsza – mało interesująca – tercja zakończy się wynikiem bezbramkowym, dosłownie ostatni wypad katowiczan pod nowotarską bramkę przyniósł im gola. Na listę strzelców wpisał się Mateusz Bepierszcz, który skutecznie dobił strzał Mathiasa Lehtonena.
Katowiczanie prowadzenie podwyższyli na początku drugiej tercji po akcji duetu Juraj Šimek – Lehtonen. Z upływem czasu tej odsłony coraz śmielej zaczęli sobie w ofensywie poczynać nowotarżanie i w 33. minucie gola kontaktowego zdobył Bartłomiej Neupauer, który zwycięsko wyszedł z pojedynku 1 na 1 z Maciejem Miarką. W 39. minucie na 1:3 gola zdobyli katowiczanie, konkretnie Brandon Magee, ale ostatnie słowo w tej odsłonie należało do „Szarotek”, konkretnie do Ołeksija Worony, który efektownie trafił w górny róg bramki przyjezdnych.
Trzecią tercje Podhale rozpoczęło ze sporym animuszem, ale jego zapędy ostudził Magee. Kanadyjczyk dwukrotnie w odstępie 43 sekund – z zegarmistrzowską precyzją – trafiał do nowotarskiej bramki. Magee na tym wcale nie poprzestał i w 54. minucie po raz czwarty tego dnia znalazł drogę do bramki Podhala, tym razem finalizując precyzyjne podanie od Bartosza Fraszko.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze