Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Torpeda Góraka

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dziewiętnaście lat. Dziewiętnaście długich lat  – dokładnie 18 lat, 11 miesięcy, 14 dni. … Tyle minęło od ostatniego meczu GieKSy w ekstraklasie. Meczu specyficznego, bo rozgrywanego przy pustych trybunach, co było skutkiem zajść, jakie miały miejsce podczas pojedynku z Odrą Wodzisław – słynnego spotkania z sędzią Marcinem Borskim jako rozjemcą i śp. Piotrem Rockim, który ostentacyjnie pokazywał Blaszokowi, że GKS właśnie został zdegradowany do drugiej ligi. Ostatni bój ligowy toczyliśmy z Górnikiem Zabrze – wygraliśmy po golu Krzysztofa Markowskiego z rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Spotkanie przedłużyło się tak bardzo, że w Multilidze w Canal+ toczyło się już jako ostatnie trwające i ekipa stacji, rozprawiająca w studio o ważniejszych rozstrzygnięciach, przeoczyła tego gola na żywo.

GieKSa nie dostała licencji na drugą ligę i siłami kibiców wystartowała na czwartym szczeblu rozgrywkowym. Początkowo wydawało, że wszystko pójdzie jak po maśle. Wygrana ligi w cuglach, sezon bez porażki i z… sześcioma walkowerami, bo przeciwnicy bali się najazdu kibiców GKS. Tak na marginesie dodajmy, że jednym z klubów, który zrezygnował z meczu u siebie był GKS Tychy…

Jak to było przez te wszystkie lata, opiszę w osobnym artykule, jak cierniową drogę musieli przemierzać kibice GieKSy. Jak przez te niemal dwie dekady największymi sukcesami okazał się wspomniany awans do trzeciej ligi, a potem wymęczona w kiepskim stylu, z wolnym losem w barażach, promocja na zaplecze ekstraklasy. I ta wywalczona do pierwszej ligi trzy lata temu. Poza tym podniecaliśmy się pojedynczymi zwycięstwami, ultra-rzadkimi awansami do kolejnej rundy Pucharu Polski, w którym raz po raz GKS doszczętnie się kompromitował.

Ostatnie lata do najlepszych też nie należały. Symboliczne uplasowanie się na miejscach 8-12 było objawem marazmu, przeciętności, takiej, w której ani spadek nam nie grozi, ale zawsze można powiedzieć, że byliśmy „o krok od baraży”. Co pozostało kibicom innego, jak drwienie sobie z tej średniej postawy i określaniu ósmego miejsca, jako „małe mistrzostwo pierwszej ligi”.

Nauczeni doświadczeniem, nie mieliśmy na czym opierać nadziei na to, że tym razem będzie inaczej. Łącznie z tym, co wydarzyło się na początku sezonu, kiedy to GKS zanotował naprawdę bardzo dobre mecze – z Wisłą Płock, Zniczem Pruszków czy Resovią – ale przecież wiedzieliśmy, że takie serie (krótkie, bo zawierające maksymalnie trzy wygrane z rzędu) zdarzały się. Potem zawsze przychodziło spektakularne obniżenie jakości gry i wyników. Tak było i tym razem. Po grze miłej dla oka pozostało wspomnienie, a GKS zaczął osiągać wyniki żenujące – jak choćby porażka 0:1 u siebie z Zagłębiem Sosnowiec, które w całym sezonie wygrało dwa mecze (notabene ten drugi z drugim ekstraklasowiczem-elektem: Lechią Gdańsk) czy 0:4 z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski. Pogrom w Gdańsku. Porażka z Wisłą, która nie najlepiej świadczyła o dojrzałości drużyny. Wstydliwe 0:2 z Polonią Warszawa u siebie. Na koniec udało się wygrać z Tychami czy efektownie w Głogowie. Zremisowaliśmy z Arką.

Mało kto o tym pamięta, ale jeśli chodzi o kluczowe momenty to właśnie mecz z Żółto-Niebieskimi na Bukowej był absolutnie jednym z nich. I sam fakt, że padł remis to jeszcze nie wszystko – katowiczanie przecież przegrywali, a rywale mieli rzut karny, który gdyby wykorzystali, wyszliby na dwubramkowe prowadzenie. Oczywiście wiele mogłoby się później wydarzyć, jednak po tym meczu GKS miał dwanaście punktów straty do gdynian. W przypadku porażki tych punktów byłoby piętnaście i potencjalnie gorsze mecze bezpośrednie. Nie do odrobienia. Choć jak się później okazało, katowiczanie byli w stanie odrobić trzynastopunktową stratę, mając jeden mecz zaległy. Pudło Huberta Adamczyka było absolutnie kluczowe.

Większość kibiców była pogodzona z kolejną perspektywą niemrawej wiosny i ciężkiej walki o środek tabeli. Startowaliśmy z jedenastej pozycji i siedmiopunktowej straty do strefy barażowej.

To co się stało w rundzie wiosennej było niewytłumaczalne. Ale nie tak jak zawsze – niewytłumaczalne w kontekście przegrania w dziwny sposób pewnego czy prawie pewnego awansu. Tym razem poszło to w biegunowo przeciwnym kierunku. Choć oczywiście słowo „niewytłumaczalne” jest tu pewnym chwytem retorycznym, bo tak naprawdę zapewne to wszystko ma swoje merytoryczne uzasadnienie – co było widać w postawie zespołu na boisku. Pozostańmy więc przy tym, że niewytłumaczalne było to, co działo się przez wszystkie poprzednie lata, a tutaj rozumiejmy to jako coś zaskakującego, nieoczekiwanego i szokującego.

Oto wyszła GieKSa na rundę wiosenną i była nie do poznania. Od samego początku grała dojrzale, pewnie i skutecznie. I nie chodzi tylko o wyniki, ale sam obraz gry. Wyglądało to tak, jakby wyśmiewane zdanie trenera Góraka o „uczeniu się ligi” uprawomocniło się – i gdy ta nauka została już wprowadzona w drużynowy krwioobieg, zespół stał się profesorem tej ligi.

W ciągu czterech dni GKS zagrał dwa mecze u siebie, w których strzelał dwie bramki do przerwy, a potem kontrolował mecz. Ofensywnie się rozkręcali. Poprawili obronę. I jechali z koksem – z kompletem niedzielnych spadkowiczów zgarnęli trzy zwycięstwa, strzelając jedenaście bramek i nie tracąc żadnej. Chyba nie muszę mówić, że z najsłabszymi drużynami ekipa walcząca o awans powinna grać właśnie tak.

Potem było święto na Bukowej i rywal z innej półki. Wyprzedane wszystkie miejsca i mecz z liderem pierwszej ligi, pewnie zmierzającą na ekstraklasowe salony Lechią Gdańsk. Dramat pod koniec meczu – Kuusk dostaje czerwoną kartkę, gramy w dziesiątkę. Utrzymać remis! Doliczony czas gry i snajper Jędrych pakuje piłkę do siatki wprawiając w ekstazę katowicką społeczność.

GieKSa zanotowała sześć zwycięstw z rzędu, przez cztery spotkania zachowując czyste konto. Pojawiła się pierwsza euforia w Katowicach i nadzieja, że może jednak, że może to ten sezon. Katowiczanie już dawno na wiosnę nie wygrali tak istotnego meczu, z takim przeciwnikiem. Nie zaliczam tutaj zeszłorocznego pojedynku z Ruchem Chorzów, bo choć prestiżowy i zakończony fantastycznym zwycięstwem, to jednak czysto sportowo – o pietruszkę. Tym razem piłkarze Góraka dali sygnał, że chcą powalczyć o baraże.

Przyszła zadyszka. Odra Opole pokazała nam kawał solidnej piłki i choć mecz nie był jakiś tragiczny w wykonaniu GKS, to rywale bezdyskusyjnie byli górą. Z jednej strony żal było tego, że w takim momencie przegrywamy u siebie ze słabszym przeciwnikiem, z drugiej – seria nie mogła trwać wiecznie. Ale mogło być gorzej. Bo przecież w kolejnym spotkaniu katowiczanie stracili dwubramkowe prowadzenie, dając sobie wbić bramkę w doliczonym czasie gry w Niecieczy będąc w końcówce zespołem stłamszonym. Bo w meczu z Łęczną zespół zaprezentował się bardzo słabo, bez ikry, bez zęba. Wydawało się, że stare czasy powróciły.

Nie było lepiej przy Konwiktorskiej. Słaba gra i szybka utrata bramki powodowała, że podczas meczu na zespół spadła lawina krytyki – eufemistycznie rzecz ujmując. Fakt, nie dało się na to patrzeć. Marzenia o barażach powoli można było odkładać na kolejny sezon. Szkoda było tej serii sześciu zwycięstw. Rozpoczynał się doliczony czas gry, a zespół był na prostej drodze do czwartego meczu z rzędu bez zwycięstwa. I do porażki z walczącą o utrzymanie Polonią.

Gruba kreska. Gruba kreska. Gruba kreska.

Bo od tego momentu już wszystko było inaczej. Wszystko. Sędzia dyktuje rzut karny, którego pewnie wykorzystuje Arkadiusz Jędrych, a chwilę później wyszydzany Jakub Arak piękną główką daje zwycięstwo gościom. Euforia na sektorze. Mniejsza euforia w katowickich domach, bo kibice mają w pamięci obraz meczu. Ale zwycięstwo jest zwycięstwem i trzy punkty dopisane.

A potem było coś, czego Bukowa i w ogóle polska piłka ligowa na najwyższym poziomie nie widziała już bardzo dawno. 8:0 to wynik niebywały – i to nie z outsiderem, a z rewelacją wiosny Stalą Rzeszów. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia patrząc, jak GieKSa ładuje bramkę za bramką i prowadzi w 26. minucie już 5:0. Zespół po przerwie nie zwolnił i dołożył jeszcze trzy kolejne gole.

Spotkanie derbowe w Tychach. GieKSa prowadzi, potem do przerwy przegrywa. Druga połowa już jednak bardzo jakościowa, fenomenalna kontra znów w doliczonym i znów Arak! GieKSa wywozi ze stadionu lokalnego rywala trzy punkty i znajduje się już w bardzo komfortowej sytuacji. Kibice nieśmiało patrzą w górę tabeli, gdzie duet Lechia – Arka już dawno usadowił się na czołowych dwóch lokatach, wyczekując tylko matematycznego awansu. Po zwycięstwie z Tychami, GKS miał trzy punkty straty do Arki, ale gdynianie jeszcze swój mecz ze zdegradowanym Zagłębiem Sosnowiec. Po cichu liczyliśmy na potknięcie Arkowców, ale mimo że zagrali bardzo słabo – wygrali.

Hurraoptymiści liczyli, co się musi zdarzyć, żebyśmy wyprzedzili Arkę na koniec, ale scenariusz wydawał się tak fantastyczny, że aż niemożliwy. Dwie kolejki przed końcem mieliśmy sześć punktów straty. Nie, to nie mogło się udać. Realiści więc patrzyli na mecz z Wisłą Kraków i jaki wynik trzeba osiągnąć, żeby zapewnić sobie baraże i przede wszystkim baraże u siebie.

Przy komplecie publiczności, oszałamiającym dopingu i kapitalnej grze piłkarzy pokonaliśmy Wisłę 5:2. GieKSa grała jak z nut i nawet jak anulowali nam bramkę do szatni, to zaraz wychodząc z szatni Grzegorz Rogala strzelił być może gola sezonu, a może i życia. Chociaż, czekaj… Grzegorz co strzela bramki, to są kapitalne. Wygraliśmy i całe Katowice w niedzielny wieczór stały się kibicem Lechii Gdańsk. Grając w osłabieniu Lechiści pokonali Arkę, której do awansu wystarczał punkt w derbach Trójmiasta.

Otworzyła się droga do raju. Coś, co było naprawdę niemożliwe na początku roku, stało się faktem. GKS gra nie tylko o baraż, ale o awans bezpośredni. W bezpośrednim meczu o awans. Arka ma psychologiczną przewagę, bo przecież wystarczy jej remis. Ale czy nam nie wystarczał remis w meczu z Bytovią?… No dobra, żartowałem z tą przewagą psychologiczną. Dostali motywacyjnego antykopa od swoich własnych kibiców, więc mogliśmy być nieco spokojniejsi.

Reszta to historia, choć historia najnowsza. W tak ważnym meczu, w finale pierwszej ligi, na gorącym terenie rywala, przy ogłuszającym dopingu gospodarzy do ostatnich minut – zespół zagrał spokojnie, dojrzale, bez podpalania się i zrobił swoje. Ozdobą meczu był gol Adriana Błąda, ale tak naprawdę postawa drużyny była chłodna i wykalkulowana. Po prostu profesura.

Pięć zwycięstw z rzędu na koniec. I to nie z ogórkami. Z rewelacyjną Stalą oraz walczącymi zaciekle (choć bez powodzenia) Tychami i Wisłą, w końcu z Arką Gdynia, która po dwudziestu kolejkach znajdowania się nieprzerwanie w strefie awansu, w końcu na samym finiszu wypadła poza czołową dwójkę.

Powiedzieć, że to spektakularny wyczyn GieKSy to mało. W dobie awansów, mistrzostw, czołowych lokat, które nie tylko w pierwszej lidze, ale i w ekstraklasie osiągane są w wyniku wyścigu ślimaków, torpeda wystrzelona przez Rafała Góraka zrobiła to w sposób po prostu efektowny. Kapitalnie broniąc i strzelając całe mnóstwo bramek. Średnia całego sezonu to dwie bramki na mecz. Czy to może nie dać awansu?

To była wspaniała runda, mnóstwo emocji i wybuchów euforii. Żadne zwycięstwo nie było przypadkiem. Jak GieKSa wygrywała wysoko, to dlatego, że było jej mało. Gdy wynik był niekorzystny, napierali, żeby wygrać – a wspomniana bramka Araka z Tychami powinna być oprawiona w ramkę lub zamknięta do pudełka i wysłana do Sevres jako wzór GieKSiarskiego charakteru. Ale nie tego z kilkunastu ostatnich lat, tylko tego, który cechował ten klub w latach świetności.

GieKSiarze, mamy tę chwilę radości – po dziewiętnastu latach wracamy tam, gdzie nasze miejsce!

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    PanGoroli

    27 maja 2024 at 18:07

    GieKSa w Ekstraklasie. Shellu znów pisze. Piekło zamarzło…

  2. Avatar photo

    Łukasz Z

    27 maja 2024 at 20:28

    Super felieton, świetnie oddający ten piękny sezon! Brawo Trenerze, brawo Piłkarze, brawo cała Gieksa!!! Piękny czas😃

  3. Avatar photo

    Dąbrówka Małą Norma

    27 maja 2024 at 21:49

    Z artykułu wynika że nasi pierwszy raz od 20-30 lat zaczęli w końcu grać jak trzeba. To dobrze bo prędzej bym się spodziewał awansu z powodu ustaleń przy zielonym stoliku, idiotycznych przepisów uwalających tych co nie spełnią głupich wymogów albo przypadkowego wykorzystania złej passy konkurencji. 19 lat to różnica całego pokolenia i większość aktualnie praktykujących kibiców nie może pamiętać poprzednich lat rozgrywek w ekstraklasie. Pozdrawiam i niech nasi tego nie zmarnują.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga