Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Sen o Warszawie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Ze względu na dogrywkę, karne i naszą robotę po meczu wróciliśmy do domów dość późno. Nie miałem więc już za bardzo sił i energii, by napisać parę słów o wczorajszym spotkaniu. Plan był taki, żeby uczynić to dziś. Jednak informacja o śmierci Jacka Magiery jest na tyle szokująca, że ciężko z taką samą werwą odnosić się do typowo piłkarskich wydarzeń. One bledną w obliczu spraw ważniejszych, fundamentalnych. Dlatego więc poniższy felieton oczywiście z kronikarskiego obowiązku będzie, ale jak wyjdzie – nie wiem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy.

Dodam tylko, że Jacek Magiera jest tym człowiekiem, który zdążył się z GieKSą zmierzyć od naszego powrotu do ekstraklasy. Zaznał jeszcze starej Bukowej i zremisował ze swoim Śląskiem w piękny niedzielny dzień 0:0. Przypomniał sobie czasy, kiedy grał tam jeszcze jako piłkarz, a w barwach Legii strzelił nawet GieKSie bramkę. Nie mam strcte dowodu, ale jestem przekonany, że Nową Bukową również odwiedził, bądź to podczas któregoś meczu ligowego, a już na pewno, gdy kadra przyjechała obserwować mecz młodzieżówki z Czarnogórą.

Jacek Magiera to legenda Rakowa. Pamiętam, jak z Pawłem Skrzypkiem rządzili w Częstochowie. Potem obaj trafili do Legii.

Wczoraj więc zapewne cieszył się po końcowym rozstrzygnięciu półfinałowego meczu Pucharu Polski. Meczu niezwykłego, szalonego, godnego miana przedwczesnego finału.

Cześć Jego pamięci.

Jeśli chodzi o emocje i dramaturgię jednego konkretnego meczu, to starcie z Rakowem chyba przebiło wszystkie poprzednie również przecież bardzo emocjonujące mecze. Ja sam nie byłem chyba nigdy na spotkaniu zakończonym wynikiem 4:4. To, jak układał się ten wynik, jak zmieniały się prowadzenia, a potem GKS skutecznie doganiał wynik, to było coś, co nie powtórzy się przez lata. Pamiętałem, że chwilę zanim zacząłem chodzić na GieKSę, Katowiczanie mieli taki mecz ligowy – z Zagłębiem w Lubinie. To znaczy też było 4:4. Ale gdy zobaczyłem, jaki był przebieg tego meczu – chwyciłem się za głowę, bo okazał się on mocno analogiczny do wczorajszego. Też GKS prowadził 2:0, potem przegrywał 2:3 i dwukrotnie doprowadzał do remisu. Zagłębie też w kilka minut odrobiło dwubramkową stratę, tyle że chwilę przed przerwą, a nie po.

Nikt wczoraj się nie spodziewał takich emocji. Przed meczem Raków był faworytem, ale z drugiej strony piłkarze Łukasza Tomczyka ostatnio byli w przeciętnej formie. Dlatego też wierzyliśmy w końcowy sukces.

Gdy do przerwy prowadziliśmy 2:0, finał Pucharu Polski mieliśmy na wyciągnięcie ręki. GieKSa grała dobrze solidnie i skutecznie. W takim spotkaniu dwubramkowa przewaga to jest coś bardzo dobrego. Niektórzy już odtrąbiali zwycięstwo GKS. Ja tam jednak byłem powściągliwy, bo tyle meczów w życiu już widziałem czy byłem na nich, że przed końcowym gwizdkiem sędziego nie ma co się podniecać. No chyba, że jest 4:0 i ostatnia doliczona minuta. Tutaj tak nie było.

Nie chcę też nawiązywać do „niebezpiecznego wyniku”, bo to jest tak wyświechtany slogan, który i tak niewiele mówi. Ale raz trener Czesław powiedział i teraz wszyscy powtarzają. 2:0 to może być wynik właśnie bardzo dobry i bardzo bezpieczny, pod warunkiem, że odpowiednio się do niego podejdzie.

To tutaj nasza drużyna popełniła największy błąd. Daliśmy sobie wbić dwa gole od przerwy do 49. minuty. Jeśli mówimy w różnych kontekstach, głównie pozytywnych, o typowej GieKSie, to akurat tutaj typowość naszej drużyny objawiła się negatywnie. Jakkolwiek drużyna się rozwija bardzo dobrze, to zdarzają się jej jeszcze takie dziwne zachowania, pogubienie, niefrasobliwość, która skutkuje utratami bramek czy dobrych wyników. Nie jesteśmy jeszcze idealni. Niestety ten początek drugiej połowy był przełomowym momentem meczu. Bo momentalnie straciliśmy duży komfort, a niedługo potem musieliśmy już tylko gonić.

Rzut karny przeciw GieKSie też był dość kuriozalny. No przepraszam bardzo, ale piłka lecąca z góry przez kilka dobrych sekund nie może po prostu trafić w rękę naszego obrońcy. Marten zawalił tu po całości. I zaraz już gospodarze popadli w euforię po rzucie karnym. Karnym obronionym przez Dawida Kudłę, ale dobitym przez Fadigę.

Powiem szczerze, że gdy mecz przy wyniku 3:2 zbliżał się do końca miałem w sobie dużo żalu. Takiego poczucia bardzo prosto straconej wielkiej szansy. Nadal oczywiście wierzyłem w wyrównanie. I wtedy zaczęły dziać się cuda. Adam Zrelak wyrównał w doliczonym czasie gry po kapitalnej centrze Emana Markovića. Euforia na sektorze gości i u nas na prasówce. GieKSa nadal była w grze. A przecież po chwili na sekundę nawet Karol Arys podyktował dla nas kolejny rzut karny…

Dogrywka była bardziej intensywna niż stereotypowo się mówi. Wiele osób chce dogrywki zlikwidować. A przecież ta miała w sobie moc – było dalej bardzo dobre widowisko i dwie bramki. Najpierw zamieszaliśmy się w naszym polu karnym i nie wybroniliśmy stałego fragmentu, ostatecznie wbijając sobie piłkę do siatki. No ale kilka minut później wybitnie i bez ceregieli uderzył Eman i po raz kolejny klatka eksplodowała. 4:4! Niesamowity wynik i rzuty karne.

Jedenastki nam nie poszły. Tak jak przypominałem karne z Pogonią czy Wartą oraz niedawne z Widzewem, tak tutaj obyło się bez większej dramaturgii. Dwa strzeliliśmy, a potem dwa spudłowaliśmy. Zawsze ktoś musi nie trafić. Tym razem Dawid Kudła nie wybronił jedenastki, a Oliwer Zych tak. Ot cała filozofia.

Przechodząc do kontrowersji, z których najbardziej szerokim echem odbiła się ta z wbiegnięciem Diaby-Fadigi w pole karne przy jedenastce Brunesa. Nie chcę już wnikać w to, co mówi pan Rostkowski, bo ktoś mu zwrócił na Twitterze uwagę, to ten zaczął sugerować, że pozwie internautę. Ci wszyscy pseudoeksperci pokroju Rostowskiego czy Lyczmańskiego wprowadzają czasem więcej zamieszania niż porządku. Więc sugerowanie się ich interpretacjami możemy odłożyć na półkę.

Faktem jest, że zarówno ja, jak i większość widzów oraz dziennikarzy nie miało pojęcia o istnieniu tego absurdalnego przepisu o tym, że przewinienie przy karnym jest dopiero wtedy, gdy noga zawodnika dotyka ziemi. Przecież ten przepis jest tak absolutnie niekonsekwentny w porównaniu z resztą zasad gry w piłkę nożną, że głowa mała. Przy spalonym nie ma znaczenia, czy coś jest na ziemi czy nie. Wystaje głowa za linię, to jest spalony. Jak piłka wylatuje za linię boczną czy bramkową w powietrzu – to ma to swoją sankcję. Mur może się ruszyć do przodu też dopiero po kopnięciu z rzutu wolnego, choćby to był wyskok w powietrzu. A bramkarz przy jedenastce ma być przyspawany do linii. Więc jak u licha w pole karne można sobie wskoczyć na kilka metrów i gdy się jest w powietrzu, to wszystko jest okej? Po prostu idiotyzm i brak ducha gry.

Ale nawet z tym przepisem… Powtórki nie wykazują jednoznacznie, że Diaby-Fadgia nie dotyka podłoża. Tylko znów – co tu się liczy? Gleba czy źdźbło trawy? Bo do gleby rzeczywiście mu minimalnie brakuje, ale czy jakiegoś większego źdźbła nie dotyka? Tego nie można być pewnym. Kompletnie absurdalna sytuacja.

Muszę natomiast przyznać, że po przyjrzeniu się sytuacji z Galanem w doliczonym czasie gry w polu karnym, wydaje mi się, że faulu rzeczywiście tam nie było.

Było trochę o błędach, naszej niefrasobliwości i kontrowersjach sędziowskich. Trzeba jednak powiedzieć, że ten mecz pokazał coś więcej. I chciałbym temu poświęcić chwilę. Bo to jest coś, co jest bardzo ważne i nie należy o tym zapominać. I jak słyszę i czytam opinie pomeczowe – nikt nie zapomina. Ale napiszę i tak.

Możemy być dumni z tej drużyny. Ostatecznie nasz zespół pokazał kawał dobrego futbolu, ale też niewiarygodną wręcz determinację. Otrząsnąć się po takich okolicznościach w drugiej połowie i w samej końcówce doprowadzić do wyrównania – to jest godne mistrzów. Ale przecież nie zrobili tego raz, tylko dwa. Bo jeśli w dogrywce tracisz gola na osiem minut przed końcem i dajesz radę jeszcze wyrównać – to świadczy o twojej klasie. Ekspresja radości Emana też była niesamowita, taka zgodna z sytuacją i rangą meczu, taka adekwatna, szalona. Coś pięknego.

Niebywały charakter ma ekipa trenera Góraka. Pokazywali to głównie w meczach na Nowej Bukowej, na wyjazdach bywało różnie. Ale wczoraj ta ich determinacja spowodowała, że nikt absolutnie nie miał do nich pretensji. A straciliśmy przecież perspektywę gry w finale Pucharu Polski. Jeśli przegrywać – bo ktoś przegrać musi – to w taki sposób. Po spektakularnym meczu, w którym zrobiło się wszystko, żeby wygrać. Powtórzę – mamy wspaniałą drużynę.

Krótkoterminowo – boli. Długoterminowo, niech to będzie jeden z tych momentów, który znacząco przełoży się na dalszy rozwój tej ekipy. Progres jest nie tylko widoczny, ale wręcz spektakularny. Cztery gole strzelone na Rakowie, na stadionie naszego etatowego pucharowicza? Biorę w ciemno.

Takie mecze – nawet jeśli przegrane – budują drużynę. Tu nic się nie skończyło. To nie jest sytuacja, że na kolejną szansę trzeba czekać kolejne cztery lata, ewentualnie dwa, jak w przypadku reprezentacji narodowej. Tutaj za chwilę masz kolejne wyzwania, mecze ligowe, a wkrótce kolejny sezon, w którym cała zabawa zaczyna się od nowa. Więc o ile wczoraj był płacz i żal, to dziś i jutro jest kolejny dzień.

To była niezapomniana przygoda w Pucharze Polski. W niebywale trudnych losowaniach zaszliśmy tak daleko. Wisła Płock, Jagiellonia, Widzew… los nie był łaskawy, a jednak GieKSa te mecze przechodziła. W półfinale też mogliśmy trafić lepiej, choćby zagrać u siebie. Mimo bardzo trudnego losowania – stawiliśmy czoła.

Warszawa nie dla nas. Ale nie załamujcie się GieKSiarze. Jest dobrze. Cieszmy się tym, że mamy okazję uczestniczyć w tak kapitalnych widowiskach. To są prawdziwe piłkarskie wieczory z emocjami, dobrą piłką, radościami i smutkami. Jesteśmy w tym miejscu.

W niedzielę kolejny mecz. Nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo czeka nas niezmiernie trudne zadanie przeciw rozpędzonej Lokomotywie. Kibicujmy więc piłkarzom GKS, bo po raz kolejny udowodnili, że po prostu warto.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga