Dołącz do nas

Hokej

[RELACJA] 92 minuty gry… i koniec marzeń

Avatar photo

Opublikowany

dnia

26 marca w Krakowie odbył się szósty mecz w półfinałowej rywalizacji fazy play-off Polskiej Hokej Ligi pomiędzy TAURON KH GKS-em Katowice i Comarch Cracovią. Krakowianie trzeci raz z rzędu stanęli przed szansą na zakończenie serii i awans do półfinału, a Katowiczanie liczyli, że uda im się doprowadzić do siódmego meczu. W składzie GieKSy awizowany był Dusan Devecka, ale już w pierwszej tercji można było go zobaczyć obok naszej ławki w klubowym dresie.

Niewiele działo do 3 minuty meczu, kiedy to obrońca Cracovii łatwo dał odebrać sobie krążek pod własną bramką, następnie Wronka dograł do Rohtli, ale ten z bliska trafił prosto w bramkarza. Po chwili krążek przetoczył się przez nasze pole bramkowe, ale nikt nie skierował go do odsłoniętej bramki. Lekką przewagę na lodzie zyskali gospodarze, ale to GieKSa zdobyła pierwszą bramkę. W 8 minucie Laakkonen zostawił krążek wjeżdżającemu za nim do tercji Tuhkanenowi, a ten dograł do Martina Cakija, który z bliska pokonał Miloslava Koprivę. Minutę później dwukrotnie naszej bramce zagroził Damian Kapica – najpierw próbował wepchnąć się przed naszą bramkę, ale do końca pilnował go Krawczyk, a następnie z bardzo bliska trafił do łapawicy Lindskouga. Mecz zaczął nabierać intensywności, lecz wciąż obie drużyny wybierały raczej bezpieczne warianty. W 15 minucie Rompkowski z Bychawskim chcieli ciałem trafić rozpędzonego Fraszkę, ale nasz zawodnik sprytnie ich wyminął i trafili sami siebie. Kilkanaście sekund później Fraszko otrzymał karę za spowodowanie upadku przeciwnika. Dwa potężne strzały na ciało przyjął Maris Jass – po pierwszym zdołał się podnieść i dalej bronić osłabienia, po drugim obolały zjechał do boksu. Na 103 sekundy przed końcem tercji Svec popchnął Urbanowicza na bandę i trafił za to na ławkę kar. Po 20 minutach prowadziliśmy 1:0.

Drugą część spotkania rozpoczęliśmy mając jeszcze 17 sekund w przewadze, ale nawet nie zdołaliśmy w tym czasie wjechać do tercji Cracovii. W 24 minucie okres dobrej gry GieKSy zwieńczony został szybkim strzałem Sawickiego po podaniu Fraszki, ale Kopriva był jeszcze szybszy. 2 minuty później po błędzie Wanackiego Kapica miał czystą sytuację, lecz uderzył niecelnie. GKS dobrze prezentował się w defensywie pod względem taktycznym. W 31 minucie nieco przypadkowo krążek trafił do ustawionego przed bramką Csamango, ale trafił on w parkany Lindskouga. Po chwili Łopuski wywalczył krążek w tercji neutralnej, oddał strzał, który Kopriva odbił tak, że ,,guma” trafiła do Malasińskiego, ale ten nie trafił z ostrego kąta do pustej bramki. Sytuacja ta szybko się zemściła, bo do wyrównania doprowadził Vachovec. Gol ten podziałał motywująco na Krakowian, którzy od razu zaczęli szukać drugiej bramki. W 36 minucie na ławkę kar jednocześnie zostali odesłani Rohtla i Krawczyk. Udało nam się przetrwać pełne 2 minuty w podwójnym osłabieniu. W 39 minucie Cracovia otrzymała karę techniczną za nadmierną ilość zawodników na lodzie. Po drugiej tercji GKS remisował z Cracovią 1:1.

W pierwszych sekundach trzeciej tercji Łopuski jeszcze w przewadze zdecydował się na strzał z ostrego kąta, z którym bez problemu poradził sobie Kopriva. W 45 minucie Starzyński wygrał bulik w tercji ofensywnej, Jyrkkio szybko oddał strzał, po którym stworzyło się małe zamieszanie, Starzyński był bliski zdobycia bramki, ale Kopriva odbił krążek parkanem. Tercja ta przypominała bardziej partię szachów, niż mecz hokejowy. W 50 minucie karę za przeszkadzanie otrzymał Rompkowski. Spędziliśmy sporo czasu w tercji Cracovii, ale nie znaleźliśmy sposobu na ich defensywę. Po chwili Kapica wyminął Jassa i wyszedł sam na sam na Lindskouga, lecz górą był nasz bramkarz. W 55 minucie kąśliwy strzał oddał Malasiński, ale także z nim poradził sobie Kopriva. Chwilę później indywidualną akcję przeprowadził Bepierszcz i zatrzymała się ona na naszych obrońcach. W 57 minucie karę meczu za atak na głowę otrzymał Marek Strzyżowski. Oznaczało to, że do końca tercji musieliśmy grać w osłabieniu. Minutę później karę za zahaczanie otrzymał Łopuski, co jeszcze bardziej pogorszyło naszą sytuację. 50 sekund później Zygmunt przytrzymał kij Rohtli, przez co graliśmy w trzech przeciwko czwórce. Do końca tercji nie padła żadna bramka, co oznaczało dogrywkę.

,,Czwartą tercję” rozpoczęliśmy od wybronienia końcówki kary Strzyżowskiego, którą odsiadywał Patryk Wronka. Po powrocie do gry w pełnych składach wciąż jednak to Cracovia przeważała na lodzie. W 66 minucie Laakkonen zahaczał atakującego rywala i został odesłany na ławkę kar. Błąd popełnił Lindskoug, który chciał wybijać krążek, ale trafił w zawodnika Cracovii, który najpierw trafił w słupek, a dobitka jakimś cudem została zablokowana przez naszego bramkarza do spółki z Jassem. Pod koniec kary Lindskoug kapitalnie odbił strzał Jezeka z bardzo dobrej pozycji. Po chwili Tvrdon z Domogałą wyszli dwóch na jednego, ale podanie tego pierwszego przeciął Krawczyk. Gospodarze cały czas dominowali na tafli. Złotego gola mógł zdobyć Fraszko po podaniu Wronki, ale jego uderzenie zostało zablokowane. Chwilę później po błędzie Cakajika Kapica uderzył z pierwszego krążka po dograniu Bepierszcza, ale ,,guma” minęła bramkę. Nasi zawodnicy z minuty na minutę popełniali coraz więcej błędów, a w grze utrzymywał nas Lindskoug. W 74 na ławkę kar sędziowie odesłali Martina Cakajika. Po zakończeniu jego kary sfaulowany został Malasiński. O czas poprosił trener Tom Coolen. Po strzale Cakajika z niebieskiej Kopriva odbił krążek górnym końcem kija. W 79 minucie Fraszko strzelił Koprivie między parkanami, a krążek tuż sprzed linii wybił obrońca Cracovii. Minutę później bramkarz ,,Pasów” odbił strzał Łopuskiego. Pierwsza tercja dogrywki także nie przyniosła rozstrzygnięcia. Czekała nas 15-minutowa przerwa i kolejna porcja hokeja.

Obie drużyny od początku drugiej dogrywki grały bardzo niedokładnie. Tempo meczu mocno spadło, czemu ciężko się dziwić. Nie było praktycznie żadnych klarownych sytuacji. W 89 minucie do niemal pustej bramki nie trafił Tvdron. Po chwili w sytuacji dwóch na jednego znaleźli się Fraszko i Wronki, ale strzał Wronki bez większego problemu odbił Kopriva. W 91 minucie minimalnie niecelnie po indywidualnej akcji uderzył Malasiński. Minutę później Noworyta wybił krążek nad pleksę, a sędzia odesłał go na ławkę kar. Choć to my graliśmy w przewadze, to właśnie wtedy nasze marzenia o złotym medalu zakończył Zygmunt strzelając Lindskougowi między parkanami. TAURON KH GKS Katowice w sezonie 18/19 zagra o brązowy medal.

Comarch Cracovia – TAURON KH GKS Katowice (0:1, 1:0, 0:0, 1:0d.)
0:1 Martin Cakajik (Niko Tuhkanen, Janne Laakkonen) 7:31
1:1 Michal Vachovec (Miloslav Jachym) 32:36
2:1 Paweł Zygmunt (Mateusz Bepierszcz, Maciej Kruczek) 91:56 4/5

Comarch Cracovia: Kopriva (Kowalówka) – Rompkowski, Bychawski, Bepierszcz, Vachovec, Kapica – Kruczek, Charnaok, Zygmunt, Domogała, Csamango – Jachym, Noworyta, Svec, Jezek, Drzewiecki – Trvdoń, Gajor, Kamiński, Brynkus, Bryniczka.

TAURON KH GKS Katowice: Lindskoug (Kieler) – Devecka, Cakajik, Strzyżowski, Rohtla, Laakkonen – Wanacki, Jass, Łopuski, Pasiut, Malasiński – Jyrkkio, Tuhkanen, Fraszko, Sawicki, Wronka – Skokan, Krawczyk, Yashin, Starzyński, Urbanowicz.

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    3 kolory

    26 marca 2019 at 22:19

    Szkoda ????

  2. Avatar photo

    Kris

    26 marca 2019 at 22:27

    Niestety ale słabo kondycyjnie drużyna wyglada. Dzięki za walkę. Pewnie będziemy grali z Tychami ale o brąz.

  3. Avatar photo

    Fjodor

    26 marca 2019 at 22:57

    Adi, dodaj, że ze spalonego. Kij hokejowy w dupę sędziemu łopatką do środka!

  4. Avatar photo

    Kris

    26 marca 2019 at 23:14

    Fjodor nie ma co usprawiedliwiać sie bramka ze spalonego. Jak na taka pakę to drużyna słabo zagrała Play Offy. Z Unia sie udało ale na Craxe zabrakło sił.
    Życie toczy sie dalej. Klub trzeba budować od podstaw. Praca z dzieciakami, nowe lodowisko, promować markę hokejowej GieKSy. Najemnicy za kasę dzisiaj grają u nas a jutro już gdzie indziej.
    Emocje były, gra tez była miła dla oka ale kondycji zabrakło na coś więcej.
    Na osłodę klepniemy Tychy w sparingach o brąz.
    Pozdrowionka GieKsiorze!

  5. Avatar photo

    miodek

    30 marca 2019 at 21:37

    Tychom to możecie jedynie buty pucować!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga