Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Koroną
Mecz z Koroną to już historia. GKS zdobył punkt, cenny punkt, ale teraz interesuje nas już najbliższe spotkanie – w niedziele z Termaliką. Zapraszamy do tradycyjnego post scriptum i myślimy już tylko o niedzieli.
1. Czasem na dany wyjazd jest więcej chętnych, czasem mniej. Tym razem redakcja pojawiła się na meczu w Kielcach zaledwie w 2-osobowym składzie: ja i Misiek. I jeszcze tak się złożyło, że każdy z nas chciał trochę dołożyć do weekendu i odsapnąć od codziennych trudów. Pojechaliśmy więc w różnym czasie i w różne miejsca.
2. Mój wyjazd rozpoczął się już w piątek przed południem. Ruszyłem w stronę Kielc i po dwóch godzinach byłem na miejscu. Wcześniej miałem plan, żeby zahaczyć o góry od razu, ale jako że byłem na miejscu już po 14.00, stwierdziłem, że zakwateruję się najpierw w hotelu.
3. Głód mnie jeszcze chwycił, więc musiałem przekąsić coś w hotelowej restauracji i dopiero potem pojechać na mały spacer. Padło na krem paprykowy.
4. Gdy już wychodziłem z hotelu – o jaka mnie niespodzianka złapała. Zobaczyłem w holu rozpiskę. Ale nie byle jaką rozpiskę. To była rozpiska… GKS Katowice. Okazało się bowiem, że przypadkiem zabukowałem sobie ten sam hotel co drużyna.
5. Najlepsze jest to, że znałem ten hotel już wcześniej, bo dwa lata temu nocowałem tutaj podczas Głównego Szlaku Świętokrzyskiego. Dlatego szukając noclegu w Kielcach, gdy zobaczyłem tylko, że są wolne miejsca, zabukowałem sobie pokój.
6. Pamiętam tamten czas. Właśnie w majówkę robiłem wspomniany szlak, a 4 maja po ukończeniu, przejechałem do Kielc. Tam widziałem plakaty zapraszające na mecz Korona – Piast. I myślałem sobie, ale fajnie, ale zazdroszczę. Tego dnia wieczorem – po powrocie – udałem się na mecz. Nie byle jaki. Wygraliśmy wówczas ze Stalą Rzeszów 8:0.
7. A Korona z Piastem zagra w najbliższy piątek. Wtedy dla mnie to był szczyt marzeń. Dziś to te drużyny będą się wyżynać w walce o utrzymanie, a my możemy patrzeć na to z góry tabeli. Jak się ten piłkarski świat zmienia.
8. Pojechałem więc w sobie znane miejsca w Górach Świętokrzyskich. Dla mnie też to był test, bo po 9 miesiącach ponownie udałem się w góry. W lipcu odniosłem mocną kontuzję, skręcenie stawu skokowego. Pamiętacie – w Łodzi na wyjeździe byłem o kulach itd. Od tamtego czasu nie byłem na szlaku.
9. Obecnie ta noga ani nie boli, ani też nie nazwałbym, że czuję dyskomfort, ale czuję, że coś tam się wydarzyło. Jest tam jakaś zmiana strukturalna wynikająca z urazu i gojenia. Ale mogę skakać czy biegać, a teraz w bardzo łagodnym wydaniu chciałem przetestować, czy na szlaku noga daje radę.
10. Oczywiście Góry Świętokrzyskie to bardziej pagórki niż zwykłe góry. Najwyższa Łysica ma 612 m n.p.m. więc jest to naprawdę niewielka wysokość. Samo podejście ze Świętej Katarzyny jest natomiast systematyczne, więc mogłem się sprawdzić w tym.
11. Nieco ponad pół godziny drogi od początku podejścia. Na początku myślałem, że będę puchł, bo i kondycja przez to jest nie taka, jak być powinna. Ku mojemu zdumieniu jednak, kondycyjnie poszło to bardzo sprawnie. Organizm po tak wielu miesiącach jednak pamięta ciągle wysiłek. Wiadomo, że forma jest nie taka, jak być powinna, ale też nie było tragedii.
12. A i noga kompletnie nie dawała o sobie znać w negatywnym sensie. Co daje dużo optymizmu, jeśli chodzi o powrót w góry w większym wymiarze. Bardzo mnie to cieszyło.
13. Łysica to szczyt Korony Gór Polski, najniższy i bardzo często wybierany jako pierwszy w kolejności. Ja też tak zrobiłem, gdy rozpoczynałem KGP w lutym 2017 roku. Wtedy zacząłem odkrywać góry. Do czerwca miałem już 25/28 szczytów, a całość ukończyłem we wrześniu.
14. Pamiętać oczywiście należy, że formalnie od niedawna najwyższym wierzchołkiem tej góry jest Agata (Skała Agaty), dwa metry wyższa, która znajduje się kilkaset metrów dalej. Warto ją odwiedzić, by mieć czyste sumienie.
15. Ludzi minimalnie. Ale jak szedłem te dwa lata temu w majówkę, to były dzikie tłumy. To bardzo popularne miejsce, więc się nie dziwię. Ale teraz było kameralnie.
16. Wracałem już nie szlakowo. Ścieżką, która prowadziła mnie wprost do parkingu, czyli na ukos. Bo wcześniej do Świętej Katarzyny z parkingu miałem niemal dwa kilometry. Szybko to zejście – łagodniejsze – poszło i wkrótce byłem na miejscu. Ledwie siedem kilometrów, ale to była dobra rekreacyjna wycieczka.
17. Szybko wróciłem do hotelu i pięknym widokiem był nasz autokar na parkingu. GieKSa już była na tym wyjeździe i na obrzeżach miasta mogła przygotowywać się w spokoju do meczu.
18. Ja nie jestem z tych, co to w takiej sytuacji będą się afiszować swoją osobą i szukać nie wiadomo po co kontaktu. Więc ciesząc się, że zespół jest w tym samym hotelu, uznałem że jeśli się na kogoś natknę, to miło, a jeśli nie – to spoko. Ostatecznie jedynie minąłem raz młodziaków oraz spotkałem pana Bogdana, GieKSiarskiego kierowcę, ale to już w sobotę.
19. Muszę przy tym powiedzieć, że nie wiem, czy to specyfika hotelu, czy naszej drużyny, ale jak na trzydziestu chopa, którzy zjechali się do tego obiektu było tak niesamowicie cicho i spokojnie, że nawet jakby ktoś chciał jakieś afery kręcić, to nie miałby z czego. Miałem wrażenie, że po prostu jest tu jakaś skupiona ekipa, która ma swoje zadania do wykonania, a tutaj w hotelu – ich zadaniem jest przygotowanie się do meczu.
20. Ja sam udałem się do restauracji na jedzonko, które dobrze znałem ze wspomnianego pobytu. Przy okazji oglądałem drugą połowę Zagłębie – Termalica i mogłem cieszyć się z utraty punktów przez Lubinian, bo to oni są naszym rywalem w walce o puchary.
21. Potem już w pokoju na spokojnie mecz Jaga – Górnik i tu już najpierw radość po golu Pululu, a potem niesmak po trafieniu Janickiego. No szkoda. Remis byłby dla nas lepszy. No ale może po prostu trzeba gonić Jagę?
22. Przyszedł czas na spanko. Następnego dnia czekały nas niesamowite emocje. To znaczy w założeniu miały być emocje. Jak w każdym meczu, a w ostatnich przecież ich nie brakowało.
23. No to rano śniadanie, potem chwila odpoczynku. W sumie to jak ja skończyłem śniadanie, to piłkarze niedługo mieli obiad. Jest to logistyka też z tym posiłkami, bo przecież w zależności od pory meczu trzeba to też dostosować. I tak zjeść, by po prostu było dobrze.
24. Około 12 pojechałem w okolice stadionu. Udało się wjechać na parking, ale do odbioru akredytacji było jeszcze dużo czasu. Postanowiłem więc obejść sobie stadion dookoła. Była ładna pogoda, słonecznie, grzech było nie skorzystać.
25. Tym bardziej, że z powodów zdrowotnych rok temu opuściłem mecz w Kielcach. A byłem tu na meczu GKS zalewie raz, wiele lat temu, kiedy przegraliśmy 1:2, a gola dla naszego zespołu zdobył Bartek Iwan.
26. Dwukrotnie byłem też w Kielcach na meczach kadry. Rekordowym w historii reprezentacji Polski 10:0 z San Marino oraz towarzyskim spotkaniu zremisowanym z Finlandią 0:0.
27. Co ciekawe stadion ma wynajmowane lokale i to kompletnie różnej maści. To stomatologia, aparaty słuchowe, to diabetolog, Jest i pizzeria. I Świętokrzyski Związek Piłki Nożnej. Ogólnie bardzo różni się ten stadion od ulicy Ściegiennego i Alei Legionów. Tak jakby były to dwa różne stadiony. Spacer kontynuowałem.
28. Przy stadionie znajduje się także siedziba TVP3. Ogólnie wszystko tu jest blisko, wszystko ścieśnione. Ekipa z TVP, która chce robić materiał może sobie przejść na piechotkę.
29. Po minięciu pomnika czynu legionowego, skierowałem się z powrotem ku stadionowi. Zaczepił mnie jakiś kibic Korony i mówi „wygramy dziś, co nie”. To mu mówię, że jestem z Katowic. I coś tam sobie gadał, gadał i zaczął krzyczeć, że Górnik wygra mecz. Już mu się chyba mieszało wszystko.
30. Po drodze minąłem grajków. Którzy grali przy WDK. Była to kapela podwórkowa Scyzory, która uatrakcyjniała ten mecz przed meczem. Zawsze takie elementy miejscowego folkloru są mile widziane.
31. Doszedłem do stadionu, ale akredytacji nadal nie było. W ogóle to wcześniej byłem jeszcze w sklepiku, celem zakupienia proporczyka. Niestety w poszczególnych klubach i sklepikach w większości nie mają proporczyków, co jest trochę lipne.
32. W międzyczasie przyjechał autokar GieKSy. Przyznam, że coraz bardziej mi się podoba nasz GieKSobus. Pięknie się prezentuje na ulicach polskich miast i wjazdach na polskie stadiony.
33. No dobra, przyszły akredytacje, więc odebrałem ją i udałem się na stadion. Teraz czekała mnie dość skomplikowana droga na sektor prasowy. Trochę bez sensu jest to, że ze środka stadionu trzeba iść do narożnika, by potem móc udać się na prasówkę.
34. Najpierw jednak poszedłem do pomieszczenia pracy mediów. Czas był bowiem na herbatkę. Chwilkę tam postałem i poszedłem szukać tej prasówki. A żeby na nią się dostać, trzeba było właśnie przejść pomiędzy kibicami – potem tę drogę pokonywałem jeszcze kilkukrotnie.
35. Stadion ma swoje lata. Kiedyś był pierwszym z tych nowych w Polsce. Z tą nową konstrukcją, a nie kamiennymi trybunami na wałach ziemnych. Wtedy wszyscy się obiektem Korony zachwycali. Dzisiaj jest to praktycznie najstarszy stadion z tych ekstraklasowych. Co prawda stricte starsze są choćby te w Niecieczy czy Częstochowie, ale remont był tak duży, że zmieniły się one bardzo mocno.
36. Widać to na „klatkach schodowych”. Ząb czasu sprawił, że ten stan surowy wygląda jak prehistorycznie surowy. Trochę brzydko.
37. Na prasówce przysiadłem na chwilę i w wietrze – bo przez cały mecz tam był wiatr – spokojnie mogłem ponapawać się dobrym widokiem na murawę. Herbatka została wypita, a w brzuchu burczeć zaczęło. Trzeba było więc spełnić jeden z rytuałów, czyli skosztować giętej.
38. Na szczęście mimo tego, że do meczu pozostawało jeszcze sporo, kiełbaska była dobrze wypieczona. I przede wszystkim bułka, do której został ów wuszt wsadzony, była świeża i chrupiąca. To rzadkość na stadionach. Zazwyczaj dostajemy mało świeży chleb z wora. Tutaj props za pyszną bułkę.
39. Po kiełbie spotkałem Miśka i przyjaciół redakcji, więc pogadaliśmy chwilę, a potem udaliśmy się na prasówkę. Jakiś kibic Korony ciągle nam wmawiał, że Korona to dziady.
40. Pogoda była dziwna. Bo na górze wiało i było przez to chłodno, a przy tej kiełbie, jak usiadłem w słońcu, to grzało niemiłosiernie. I bądź tu człowieku mądry. Kwiecień – plecień.
41. Koroniarzem nie zostałem…
42. Ze stadionu ładnie widać podmiejskie górki. Na przykład Telegraf, na który nawet myślałem, czy się nie udać. Ale odpuściłem. Skojarzyło mi się to ze stadionem nieopodal Monterrey, gdzie będą grane mecze Mistrzostw Świata.
43. W końcu zaczęły się obowiązki meczowe. Nagrywka, no i trwała już rozgrzewka. Tak więc zajęliśmy miejsca prasowe. Tak jak wspomniałem, widok bardzo fajny. Blaty też spoko, prąd jest. Jedynie trochę ciasno, ale bez tragedii. Średni, przyzwoity sektor prasowy. Można było działać.
44. Akustyka jest kapitalna. Bardzo dobrze było słychać liczny sektor gości, Koroniarze też mocno dali radę. Jednocześnie zarówno kibice GieKSy zaprezentowali się liczbowo i wokalnie świetnie, jak i sympatycy Korony jesienią w Katowicach na ich rekordowym wyjeździe.
45. Dodajmy do tego, że zupełnie nie ma złej krwi między kibicami obu drużyn – wręcz przeciwnie. Nawet były dwie wspólne przyśpiewki przeciw wspólnym antagonistom. Widziałem też sporo kibiców GieKSy na sektorach Korony. Nikt z tego tytułu nie robił problemów.
46. Mecz był taki sobie, dość niemrawy. Ale GieKSa strzelił bramkę, gdy Arek Jędrych dobił swój własny strzał. Pisałem już w felietonie o tym, ale to rzeczywiście było podobne do gola w Radomiu. Specyficzna sprawa.
47. Marcel Pięczek wyrównał wprawiając stadion w radość. Sam gol jakich setki w piłce, nie ma co się przyczepiać.
48. Ogólnie mogło być lepiej, mogło być gorzej. A remis okazał się sprawiedliwy. Oprócz wyniku miałem jakiś niedosyt na tym meczu. Nie wiem, czy to mój stan psychiczny, czy jakaś specyfika stadionu i tego wszystkiego, ale jakoś lekko depresyjnie było. Przyznam, że nie miałem wielkiej frajdy z tego meczu. Może te emocje z poprzednich spotkań tak wysoko podniosły poprzeczkę.
49. Po meczu nagrywka i przejście do sali konferencyjnej. Niesamowicie szybko się ta konferencja zaczęła. Zazwyczaj od włączenia dyktafonu po przyjściu na salkę do końca konfy mija ok. 40 minut. Czasem jest dużo dłużej, jak któryś trener ma dużo pytań – po Lechu była to godzina. A teraz tylko 27 minut. Ultraszybko.
50. Szybkie więc było też obrobienie konferencji, Misiek robił galerię. Wkrótce skończyliśmy i każdy udał się w swoją stronę. Dużo dnia jeszcze było przed nami.
51. Ja pojechałem do hotelu, gdzie były pozostałości po GieKSiarskiej obecności. Ogólnie zostałem w Kielcach aż do poniedziałku. Celem był relaks i oczywiście oglądanie ekstraklasy, trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy.
52. Dlatego wkurzałem się po golu Rakowa, cieszyłem po wyrównaniu Cracovii, klaskałem po bramce Mauridesa. Zawód sprawił bezjajeczny Motor, który bez walki oddał mecz Widzewowi. A Lech – wiadomo, jak walce przejechał się po Legii. Zremisowaliśmy przy Bułgarskiej z naprawdę mocną drużyną.
53. I tak zleciał ten długi wyjazd. W poniedziałek po śniadaniu ruszyłem do Katowic i po krótkim postoju w Pilicy po niedługim czasie byłem w Katowicach.
54. Wyniki ułożyły się tak, że odrobiliśmy punkt do Zagłębia i Wisły, a lubinian wyprzedziliśmy w tabeli. Ostatecznie należy więc tę kolejkę ocenić na plus.
55. Czekamy na Termalikę!
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.


























































Carlos
29 kwietnia 2026 at 21:58
Sztos, pozytywne zazdro 👍🏻