Wywiady
Piotr Mandrysz: Na głowę nikt mi nie wejdzie
GKS Katowice ma od miesiąca nowego trenera, którym został Piotr Mandrysz. Były wieloletni zawodnik ROW Rybnik, Zagłębia Sosnowiec czy przede wszystkim Pogoni Szczecin, jako trener z sukcesami w postaci awansów do ekstraklasy z RKS Radomsko, Piastem Gliwice czy Niecieczą, tym razem swoich trenerskich sił próbuje w naszym klubie. Postanowiliśmy przeprowadzić ze szkoleniowcem szczerą rozmowę i wypytać o nurtujące kwestie. Jaką trener ma diagnozę dotyczącą klęski drużyny w poprzednim sezonie? Czy rzeczywiście był skonfliktowany z Tomaszem Foszmańczykiem w Niecieczy? Jak szkoleniowiec zapatruje się na zmiany pokoleniowe zachodzące w polskim futbolu? Czy myśli jeszcze o wzmocnieniach na poszczególne pozycje? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie czytając poniższy wywiad.
Czy zdaje pan sobie sprawę, że porażka w Tarnobrzegu z Siarką już na samym wstępie sezonu spowodowała duże rozdrażnienie u kibiców?
Jeżeli zespół jedzie na mecz, a przegra, to trudno, żeby ktokolwiek był zadowolony. I ja jako trener, również nie jestem.
Nie było widać w tym meczu chęci wygrania za wszelką cenę. W końcówce nie można było odnieść choćby minimalnego wrażenia, że bramka wyrównująca wisi w powietrzu.
Trudno zawodnikom zarzucić, że nie chcieli. Czasami tak bywa, że mecz się nie układa od początku i tak było w tym przypadku. Źle rozpoczęliśmy to spotkanie. Jeszcze nie rozebrałem tego meczu na czynniki pierwsze – robimy to właśnie [rozmowa odbyła się w poniedziałek – przyp.red.] – żebym mógł powiedzieć, co było przyczyną. Przeciwnik przejął inicjatywę od początku meczu i szybko zdobył gola. To nie pomogło nam w dalszej grze – graliśmy nerwowo. Brakowało doskoku w drugiej linii, stąd taka przewaga optyczna rywala. To są rzeczy, które mnie martwią, bo w poprzednich spotkaniach – chociażby tych na obozie – wyglądało to lepiej. Czy wpływ na to miała pogoda, trudno mi powiedzieć, bo było upalnie, ale takie warunki był dla obu stron. Nie szukam więc usprawiedliwienia w tym elemencie. Muszę też porozmawiać z drużyną, bo myślę, że wpływ na naszą postawę też miał obóz, który dopiero co skończyliśmy i wydaje mi się, że to było kluczowe w naszej postawie w pierwszej połowie.
A czy od strony taktycznej, personalnej i przygotowania zespołu, zmieniłby pan coś?
Ta drużyna jest w przebudowie. Odeszło jedenastu piłkarzy, przyszło dziesięciu. Nawzajem się oni poznają i było widać braki w zgraniu. To było główną przyczyną tego, że ponieśliśmy porażkę.
GKS Katowice słynie z tego, że kibice są bardzo wymagający i wywierają presję na piłkarzach. Poprzedni sezon został spektakularnie przegrany – to znaczy nie było awansu, mimo że wystarczyło zdobyć zaledwie kilka punktów więcej. Można mieć poczucie, że dla kibiców mecz z Siarką był kontynuacją pewnego marazmu, który był w zeszłym sezonie… Czy ma pan wiedzę na temat nadszarpniętego zaufania kibiców i w związku z tym jeszcze większych oczekiwań obecnie?
Oczekiwania kibiców we wszystkich klubach, które coś znaczą w polskiej piłce – a GKS taką firmą na pewno jest – są duże. Oczywiście trzeba mieć w tym wiele cierpliwości, choć zdaję sobie sprawę, że kibice GKS Katowice z utęsknieniem od wielu lat czekają na to, aby ich drużyna wróciła na najwyższy szczebel rozgrywkowy. I o tym wiedziałem od początku. Natomiast myślę, że wywieranie przedwczesnej presji na drużynie nie pomaga. Sądzę, że postawa drużyny w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu tak mocno rozbudziła oczekiwania wszystkich, że po prostu tego ciężaru odpowiedzialności gry o awans na wiosnę nie udźwignęli. Nie uważam natomiast, że to, co się wydarzyło w Tarnobrzegu, to kontynuacja. To jest nowa drużyna. Musicie mieć świadomość, jak ta drużyna się tworzy, a dzieje się to w zupełnie inny sposób niż w poprzednim roku. Przed poprzednim sezonem trener Brzęczek po powrocie z urlopu miał kadrę zbudowaną w 95 procentach, doszedł w ostatnich dniach sierpnia tylko Mikołaj Lebedyński. W tym roku wszyscy w klubie po zimie widzieli tylko jeden scenariusz i byli przygotowani na awans do ekstraklasy, łącznie z ewentualnymi wzmocnieniami po awansie, obozem w innym terminie i innymi sparingpartnerami. Sytuacja w końcówce rundy potoczyła się niekorzystnie dla każdego, komu na sercu leży dobro GKS i stąd odejście trenera, przyjście nowego, budowanie kadry i dobór nowych sparingpartnerów. To wszystko zaczęło się tworzyć dopiero w momencie, kiedy wiadomo było, że kierownictwo klubu zostaje, ja przychodzę jako trener i nie byliśmy tak przygotowani, jak GKS przed poprzednim sezonem.
W rundzie wiosennej GKS w wielu meczach nie miał prawa nie wygrać meczu, a jednak czasem nie potrafił nawet zremisować. Wydaje się, że aż taki zjazd z wynikami jest trudny do wytłumaczenia tylko czysto sportowym spadkiem formy. Pan widział sporo meczów GieKSy, ma pan diagnozę, dlaczego runda wiosenna wyglądała tak, a nie inaczej?
Nie znam osoby, która nie chciałby grać w ekstraklasie. To się wiąże z większą satysfakcją związaną z dowartościowanej własnej osoby, z lepszymi uposażeniami, ale też większą medialnością, zarówno zawodnika, jak i drużyny i klubu. Uważam, że problemem GKS było to, że w spotkaniach zwłaszcza u siebie, zespół nie udźwignął ciężaru bycia faworytem i wygrał tylko jeden mecz – z GKS Tychy. W pozostałych spotkaniach nie potrafił wygrać. Oczywiście, jeśli na mecz się wychodzi, to z nastawieniem, żeby wygrać, ale po fakcie śmiało możemy powiedzieć, że gdyby te cztery wiosenne porażki zespół zamieniłby na remisy, to byłby w ekstraklasie. Jeden punkt nie satysfakcjonuje, ale odbiera przecież punkty przeciwnikom. Często „chciejstwo” wygrania spotkań i gra o pełną pulę spowodowała na wiosnę to, że zespół cztery spotkania u siebie przegrał i to było kluczowe – przynajmniej w tym sezonie, bo wiosna była nietypowa i rzadko bywały takie rundy, w której faworyci tak nagminnie traciliby punkty.
Wspomniał pan o nieudźwignięciu roli faworyta. W zespole nastąpiło sporo zmian kadrowych, ale czy poza tym będzie pan szukał jakichś metod, żeby zespół sobie z tą presją radził, w postaci np. trenera mentalnego czy psychologa?
Każda forma pomocy jest dobra, tylko to musi być zrobione z głową i zespół musi taką rzecz akceptować. Gdy byłem trenerem Pogoni Szczecin w rundzie wiosennej sezonu 2009/10 szukaliśmy takiej formy wsparcia, zatrudniliśmy psychologa sportu, który miał przeprowadzać z piłkarzami seanse i to czynił. Po czasie odbiór był taki, że mimo że przyszła jedna osoba, to problemu nie udało się rozwiązać – wtedy, w tamtej sytuacji. Oczywiście to też była inna grupa ludzka, inny klub. Ja nie zamykam się na tego rodzaju formy wsparcia, ale poczekajmy, bo to musi być fachowiec pełną gębą i to nie może być ktoś, kto będzie w GKS tylko „przy okazji”, a będzie pracował gdzie indziej, bo to wtedy jest robione – moim zdaniem – nierzetelnie.
Od wielu lat w klubie działy się różne rzeczy na linii kibice-piłkarze, sam pan wspominał w wywiadzie dla telewizji klubowej o meczu GKS z Niecieczą, kiedy kibice po spotkaniu udali się pod szatnie, a była to przecież 3. kolejka. Za to na wiosnę poprzedniego sezonu, kibice zawiesili hasło „tu jest GieKSa, tu jest presja” i nawet po systematycznie przegrywanych meczach, wspierali zespół. Mamy wrażenie, że drużyna z tego wsparcia zupełnie skorzystała.
Trudno mi się wypowiadać za poprzedników, ale odnoszę wrażenie, po rozmowach z zawodnikami, że bardzo sobie to cenili. Na przestrzeni lat miałem okazję bywać na Bukowej czy to w roli kibica czy trenera zespołów przeciwnych, w poprzednim sezonie widziałem ogromną zmianę na plus. Dzięki zachowaniu kibiców ci chłopcy zdobywali punkty. Jeśli możemy mówić o wsparciu kibiców, to było ono na nieprawdopodobnie wysokim poziomie. Kibice swoją postawą byli dwunastym zawodnikiem zespołu. Mogę tylko prosić was – bo reprezentujecie przecież kibiców – aby dać takie wsparcie dla drużyny, jakie dostała drużyna z poprzedniego sezonu.
Jednak kibice widzieli, co się działo – zaufanie zostało mocno nadszarpnięte i tak naprawdę jedyną osobą, na której kibice opierają swoje nadzieje jest pan.
Jest mi miło, że kibice tak sądzą. Nie znam trenera, który nie chciałby osiągnąć sukcesu, a wiem, jaki sukces usatysfakcjonuje kibiców. Rozumiem frustrację kibiców, która z roku na rok się przejawia coraz bardziej. Jako trener mogę dołożyć wszelkich starań, aby tę drużynę odpowiednio umotywować, przygotować i nastawić, ale też za zawodników na boisko grać nie wyjdę – nie te lata. Wierzę, że ci chłopcy przy wsparciu kibiców podejmą rękawice. Droga nie będzie usłana różami, będą też ciernie, ale myślę, że wyrozumiałość kibiców będzie taka, jak w zeszłym sezonie – tyle, że z lepszym happy endem.
Czy grupa społeczna pod nazwą piłkarze jest godna zaufania i łatwa do współpracy? Często słyszy się historie, że piłkarze grają przeciw trenerowi, a pan sam doświadczył pewnych zachowań ze strony piłkarzy w Sosnowcu.
Bez względu na to,co mnie spotkało w Zagłębiu uważam, że niedopuszczalne jest zachowanie, by podopieczny stawał w przeciwwadze do przełożonego. To jest zachowanie skandaliczne. Ja w swojej karierze zawodniczej współpracowałem z wieloma trenerami, na temat każdego z nich miałem swoje zdanie, ale na boisku i w szatni starałem zawsze być profi i spełniać te obowiązki, które nakreślił przełożony. Wiem, że tego typu rzeczy się zdarzają i mnie to dotknęło osobiście, wszyscy wiemy też jaki był tego epilog w Sosnowcu. Myślę, że od tego, aby do takich rzeczy nie dochodziło jest kierownictwo klubu i jasne stanowisko kierownictwo określa i daje jasną informację, czego oczekuje od pracowników i co ich czeka w razie niesubordynacji. Nie przewiduję jednak, aby coś takiego miało miejsce w Katowicach i muszę też powiedzieć, że w każdym klubie, w którym pracowałem, miałem dobry kontakt z zespołem.
W GieKSie mieliśmy trenerów mniej i bardziej asertywnych, ale wiemy, że są szkoleniowcy, którzy mimo dziwnych zachowań piłkarzy, wspomnianej niesubordynacji, i tak wystawiają ich w meczach. Można się spodziewać, że w Katowicach piłkarze nie wejdą panu na głowę?
Żaden piłkarz mi na głowę nie wszedł i na pewno nie wejdzie. Jako zawodnik, a zawsze miałem wiele do powiedzenia na tematy piłkarskie w drużynie i w szatni, nigdy bym sobie na coś takiego nie pozwolił. Powtórzę – mimo że moja ocena szkoleniowców była różna, nigdy nie pozwoliłem sobie na to, by tak się zachować i jako trener nie pozwolę na to zawodnikom.
Patrząc na zmiany pokoleniowe, takie zachowania mogą być związane z inną mentalnością, manierami czy wychowaniem niż mieli zawodnicy w dawniejszych czasach?
Myślę, że tak. Ja jestem z pokolenia, w którym najpierw byłem rozliczany przez rodziców, potem przez nauczycieli. Teraz młodzieży być może pewne rzeczy przychodzą łatwiej, być może ktoś w przeszłości na pewne rzeczy nie zwracał uwagi i stąd takie, a nie inne zachowania. Czasami ktoś popełni błąd. Ale gdy popełni go drugi raz, to znaczy, że coś już jest z nim nie tak. Chciałbym rozmawiać o GKS, ale jeśli już poruszyliśmy temat Zagłębia, to muszę powiedzieć, że sytuacja z Dudkiem nie była pierwszą, którą miał ten zawodnik z trenerem. Parę lat wcześniej to samo potrafił zrobić z nestorem polskich trenerów Orestem Lenczykiem, po mistrzostwie Polski. Różnica polegała na tym, że ze Śląska po takim wybryku wyleciał po pięciu minutach, w Sosnowcu – po pięciu miesiącach. Uważam, że mamy pokolenie, które nie wychowało się tylko biegając za piłką, bo dzisiaj jest dużo nowości technicznych, czasem dostali coś zbyt łatwo. My musieliśmy na to ciężko zapracować, a myślę, że nasi rodzice jeszcze ciężej – więc bardziej pewne rzeczy doceniamy.
Był pewien moment, w którym wydawało się, że nie wyleci pan z ekstraklasowej karuzeli trenerskiej, a jednak tak się stało. Ma pan chęć udowodnienia, że jest pan jednak trenerem ekstraklasowym?
Uważam, że jestem. Z Niecieczy odszedłem na własne życzenie. Miałem propozycję przedłużenia kontraktu o dalszy rok, natomiast uważałem, że po 2,5-rocznym pobycie, który był okraszony i awansem, i utrzymaniem, potrzebowałem odpocząć. Chciałoby się, abyśmy w Polsce mogli pracować w zakresie takiej ciągłości, jak na zachodzie, ale myślę, że na razie polska piłka do tego nie dojrzała. Uważałem, że na tamten moment nie jestem w stanie nic więcej z tej drużyny wyciągnąć, stąd miałem potrzebę zmiany środowiska. W swoją pracę wkładam bardzo dużo wysiłku – często osoby postronne nie wiedzą, że praca trenera nie kończy się po wyjściu z budynku klubowego, tylko trwa praktycznie cały czas. Tak jak mówię, potrzebowałem się zresetować i odpocząć psychicznie, co robiłem w miarę systematycznie – po dwóch latach pracy odszedłem ze Szczecina, podobnie było w Tychach. Przerwy, które sobie robiłem dobrze wpływały na mój system nerwowy. Chciałem też trochę pomieszkać w domu, nacieszyć się rodziną, stąd też mój powrót na Śląsk. A co do ekstraklasy, to kto zasmakował pracy w ekstraklasie, ten wie, jakie w niej czekają „dołki”. Nie wszystkim to się musi podobać… Stąd ja nie odbieram swojej pracy poza ekstraklasą jako hańby czy ujmy, uważam nawet, że to przyjemniej jest coś osiągnąć i móc się też pochwalić, bo wtedy jest się też zapamiętanym, tworzy się historię danego klubu. Oczywiście ja historii w GKS nie stworzę w takim wymiarze, jak w Piaście, Radomsku czy Niecieczy, bo to były dziewicze awanse, historyczne dla tych klubów. GKS wiele lat w ekstraklasie grał, ma bogatą historię i ja mogę jedynie – jeśli uda się osiągnąć efekt końcowy – być jednym z kilku czy z wielu.
Wydaje nam się jednak, że kibice mocno docenią trenera, który po tylu latach awansuje i na pewno nie będzie oceniany jako trener „jeden z wielu”…
Powiem w swoim imieniu, ale także moich współpracowników, że to jest przyjemne być na ustach kogoś i zapisać się złotymi zgłoskami w historii nowszej klubu, bo GKS chce odbudować swoją historię po różnych przejściach. W sporcie trzeba jednak mieć dużo pokory, bo ktoś, kto dąży do pewnych rzeczy zbyt szybko czy po trupach, nie licząc się z innymi, w konsekwencji i tak przegra. Ja jestem przyzwyczajony do tego, że nic mi łatwo nie przychodziło i tutaj na pewno będzie podobnie. Zdaje więc sobie sprawę ze skali trudności, ale dołożymy wszelkich starań, aby gra GKS satysfakcjonowała kibiców. Oczywiście wiem, kiedy tak się stanie – wtedy, kiedy drużyna będzie wygrywała, ładnie grała i chcielibyśmy, aby nastąpiło to jak najszybciej. Jednak przed GKS-em nikt się nie położy i o tym też musimy pamiętać.
A co pan rozumie mówiąc o tych „dołkach” w ekstraklasie?
Oglądacie panowie Canal+ i doskonale zdajecie sobie sprawę, że są trenerzy bardziej i mniej lubiani, bardziej i mniej forowani. Resztę można sobie dopowiedzieć.
Gdy z Niecieczą zaczynał pan sezon, wygraliście 6:0 w Głogowie. Teraz mówi pan o tym, że etap przygotowań był skrócony, drużyna się budowała i potrzeba trochę czasu. Czy w związku z tym na pierwsze mecze będzie pan wymagał od zawodników myślenia „nie na hurra”, żeby szanowali to miejsce w którym obecnie są czy jednak będzie to wy,aganie takiej gry, której pan w stu procentach oczekuje?
Gry takiej, jakiej bym oczekiwał w stu procentach na pewno się nie spodziewam. My w ogóle mamy niezamkniętą kadrę. Pierwszą rzeczą, o której wspominałem przychodząc tutaj było pozyskanie dobrej klasy środkowego pomocnika. To był priorytet, bo patrząc na zespół GKS wiosną na tej pozycji widziałem główny problem. Do tej chwili nie udało nam się takiej osoby pozyskać. Stąd moje próby z Klemenzem czy przybyciem do klubu młodego chłopaka, ale z czwartej ligi, Kulińskiego. De facto jednak naszymi głównymi zainteresowaniami byli inni zawodnicy, którzy do nas nie trafili. Już po moim przyjściu spotkały mnie dwa nieprzyjemne odejścia, których nie zakładałem, bo widziałem te osoby w składzie i chciałem ich – mowa o Lebedyńskim i Abramowiczu. Stąd więc mamy tematy zastępcze, ale one wymagają czasu. Przygotowania rozpoczęliśmy 20 czerwca, niektórych zawodników – jak Plizgę – miałem na rozpoczęcie obozu, czyli 11 lipca. To jest 21 dni różnicy, nie da się zrobić tak jak w fabryce, że da się formę i wyprodukuje określone rzeczy. To są zawodnicy ambitni i myślę, że bardzo rzetelnie będą podchodzili do swoich obowiązków, ale liczy się drużyna, a nie jednostki. My jeszcze nie mamy scementowanej drużyny, co było widać choćby w grach kontrolnych – jak już dobrze graliśmy w defensywie, to z przodu była mizeria. Jak coś z przodu stworzymy, to nie potrafimy tego wykorzystać, a w defensywie przydarza nam się taki klops, za który należy się wstydzić. Dlatego ta drużyna w dalszym ciągu jest na etapie lepienia i zobaczymy, co z tego ciasta urośnie. Przychodząc do zespołu Niecieczy zimą zespół oglądał się za siebie, bo był na 12. miejscu w tabeli. Wiosna była przeglądem drużyny i orientacją, jaki ma ona potencjał. Latem wymieniliśmy tylko kilku piłkarzy, udało nam się dobrze wystartować. W Piaście z kolei przyszedłem latem, ale drużyna była po bardzo dobrym sezonie i szkielet był. Ze mną przyszło tylko dwóch zawodników. Zespół był scalony, może pewne rzeczy lekko poprzestawiałem, ale mimo to pierwsze dwa spotkania przegraliśmy. W Radomsku znowu przyszedłem zimą i też miałem pół roku na ocenę drużyny, by w kolejnym sezonie skutecznie zaatakować ekstraklasę. Z taką sytuacją, jak teraz, że tylu zawodników ubyło i przybyło, spotykam się po raz pierwszy i nie mogę powiedzieć, że jestem już zadowolony z kształtu zespołu, a w sobotę z pewnością zagramy tak, jakbym tego oczekiwał. Jeśli tak się stanie, to zespół mnie zaskoczy in plus.
Spodziewa się pan środkowego pomocnika już w najbliższych dniach?
Nie jest tajemnicą, że chcieliśmy Babiarza. To jest zawodnik, który idealnie by pasował do naszego środka pola. To chłopak z Katowic, zna region i klub, na boisku nigdy się nie zatrzymuje, a w szatni byłby pozytywną postacią. Chcieliśmy też Drewniaka, który wybrał Cracovię. Aż tylu zawodników, którzy mieliby umiejętności takie by wejść do drużyny i być wyraźnym wzmocnieniem na rynku niestety nie ma. Nie sztuką jest brać „byle kogo”, kogoś kogo za miesiąc czy dwa ocenicie jako słaby transfer. Mamy doświadczenie w wyborach, ale nie chcemy nikogo brać z łapanki. Teraz mamy temat jednego zawodnika, pracuje nad tym dyrektor Motała, trzeba jednak pamiętać, że nawet jeśli on do nas dotrze w tym momencie to trzeba go wkomponować, zobaczyć jak on jest przygotowany, czy będzie dobrze czuł się już w treningu. Z mojej strony byłoby też nieuczciwe gdybym wstawił taką osobę od razu do składu, gdy inni walczyli o ten skład cały miesiąc. Wierze, że dwaj zawodnicy jeszcze do nas dotrą – środkowy pomocnik i lewy obrońca bo tam z konieczności grał Zejdler.
A jaki jest pana pomysł właśnie na Łukasza Zejdlera? Zawodnik jesień miał kapitalną, był wyróżniającym się graczem. Wiosną natomiast grał praktycznie tylko do boku i do tyłu…
Od strony technicznej Zejdler to jeden z lepszych zawodników w zespole. To bardzo dobry piłkarz, który w Cracovii, grającej kombinacyjnie, krótkimi podaniami odnajdywał się bardzo dobrze. Wiosną, mimo, iż grał na swojej pozycji to trzeba pamiętać, że zespół grał inaczej. Moim zdaniem najlepiej GieKSa grała w Bielsku, zobaczcie jak tam była ustawiona drużyna. To jest takie coś, do czego chciałbym wrócić z innymi wykonawcami. Tam GieKSa prezentowała się tak, że każdy kibic był z takiej gry dumny.
Środkowy pomocnik miał być priorytetem transferowym – a jaką rolę przewiduje Pan dla Tomasza Foszmańczyka?
Foszmańczyka znam bardzo dobrze, bo grał w Niecieczy. To jest typowa dziesiątka i na tej pozycji może dać najwięcej drużynie, tutaj się najlepiej odnajduje. Tam widzę jego miejsce.
Wśród kibiców pojawiły się informacje, że w czasach, gdy był pan w Niecieczy popadł pan w konflikt właśnie z Foszmańczykiem. Czy było coś na rzeczy?
Między nami konflikt? Trzeba Tomka spytać, bo ja mogę się jedynie uśmiechnąć na te domysły. Myślę, że on przed Niecieczą nie grał więcej minut w zespole niż za mojej kadencji. Dwa razy przekazywałem pozytywną opinię na temat przedłużenia jego kontraktu w tym klubie. Dla mnie takie plotki to bzdura.
Można powiedzieć, że kręgosłup zespołu jest oparty na środkowych obrońcach, natomiast boczni będą nowi. W środku mamy wymiennie Kalinkowski, Zejdler, Kuliński, Klemenz. Przed napastnikiem Foszmańczyk albo Plizga, ale właśnie – co z napastnikami, bo ma pan czterech różnych graczy. Czy to będzie problem wkomponować ich w grę i zmieniać system grania w zależności od napastnika?
Prokic jest jednym z najszybszych graczy, w Mielcu grał jako napastnik, nie uczestniczył w grze obronnej. W tym się świetnie odnajdował w tamtym zespole, gdy Stal robiła awans. Po przyjściu do Katowic grał jesienią na skrzydle. Odnajdywał się w tym z różnym skutkiem – ale był nieskuteczny. Wiosną odpalił grając w ataku. On najlepiej się czuje w szybkim ataku, przestawiam go również na grę na skrzydle, ale być może będziemy z niego korzystać w ataku gdy będziemy grać nieco defensywniej np. na wyjeździe. Kędziora – to jest napastnik, który zaczynał w drugiej linii, wyszedł z piłki halowej i dobrze odnajduje się w grze w tłoku i krótkich podaniach. Myślę, że potrzebuje trochę czasu by dojść do pełnej dyspozycji, bo mało grał na wiosnę w Niecieczy. Uważam, że w przeciągu całego sezonu będziemy mogli ocenić go pozytywnie. Yunis to zawodnik, którego nie planowaliśmy pozyskać bowiem liczyliśmy na Lebedyńskiego. Dla mnie Lebedyński to typowa dziewiątka i tak by grał u mnie w zespole. Chcieliśmy go w drużynie, ale gdy wyjechał do Płocka, pozyskaliśmy Yunisa. Jest to młody chłopak mający dobre warunki fizyczne, świetnie biega, potrafi grać twardo. Na razie ma braki w zgraniu – widać było np. w Tarnobrzegu gdzie dostał prostopadłą piłkę, do której nie poszedł, bo po prostu nie zna jeszcze przyzwyczajeń innych zawodników. Jeden warunek – on musi strzelać bramki by był wystawianym. Yunis jest osobą, która będzie „przeciwwagą” do Kędziory. Jest jeszcze Grzegorz Goncerz, który był królem strzelców dwa lata temu. Do tej pory miał lepsze i gorsze momenty, trzeba jednak pamiętać, że jego gole nie wzięły się z niczego. Faktem jest jednak to, że w ważnych meczach nie grał tak jak wszyscy od niego oczekiwali, podobnie zresztą jak cała drużyna.
Patrząc na postawę Prokica na skrzydle i w ataku mamy takie wrażenie, że on na skrzydle traci pewność siebie. Na wiosnę w takich sytuacjach nie pudłował.
Często wchodził na wiosnę z ławki, czasami był dżokerem. Moim zdaniem większym złem dla drużyny będzie wystawienie Foszmańczyka na skrzydle, a przesunięcie Prokica do ataku aniżeli wystawienie Prokica na skrzydle.
Jak Pan ocenia bramkarzy? Ma Pan już decyzję, kto będzie numerem jeden?
Znam bardzo dobrze obu bramkarzy, Nowaka ściągałem kiedyś do Chorzowa, znam go dłużej. Abramowicz miał grać u mnie w Niecieczy, ale zerwał Achillesa. To są bardzo dobrzy bramkarze, choć różni – Abramowicz jest bardziej dynamiczny, Nowak jest spokojniejszy. Na tą chwilę nie wiem kto będzie bronić. Proszę się nie sugerować spotkaniem w Tarnobrzegu. Chciałem tam zobaczyć jak będzie się prezentować Mateusz. Decyzję podejmiemy wspólnie z trenerem bramkarzy.
W oficjalnym komunikacie z klubu była informacja, iż to Pan wybrał Tomasza Midzierskiego na kapitana. Proszę powiedzieć z czego wynikała taka decyzja?
Jestem tutaj nowym trenerem, przyszli nowi zawodnicy, duża część odeszła. Chciałem coś zmienić. Goncerz był kapitanem i spisywał się dobrze, ale potrzebny był nowy impuls. Midzierski ma największe predyspozycje, by kierować drużyną na boisku, ale również i w szatni – stąd taka moja decyzja.
Różnie się układała pierwsza liga w sezonach, w których pan w niej był lub prowadził zespoły w ekstraklasie. Raz była walka między trzema drużynami, w poprzednim sezonie walka do końca między kilkoma zespołami. Jakiego sezonu teraz pan się spodziewa?
Każdy sezon jest trudny. Trzy lata temu szybko odskoczyły trzy ekipy. Po rundzie jesiennej było wiadomo, że dwa z tej trójki wywalczą awans. Dwa lata temu było podobnie, bo Arka i Wisła odjechały wszystkim. Teraz był sezon gdzie do końca ważyły się losy awansu. Myślę, że też byłoby ciekawie gdyby Sandecja nie wygrała w Katowicach, ale to się jednak nie stało. W tym roku będzie to inny sezon i taka mała ilość punktów jak teraz nie wystarczy już do awansu. Będzie kilka zespołów, które będą mówiły o tym awansie, a jakiś czarny koń na pewno się pojawi w trakcie rozgrywek.
Myśli pan, że kluczowy może być już sierpień gdzie grana jest duża ilość spotkań?
Myślę, że nie. Wydaje mi się, że dużo rozstrzygnie się pod koniec rundy jesiennej.
Kto według Pana będzie kandydatem do awansu?
Na pewno Zagłębie Sosnowiec, Miedź Legnica, Podbeskidzie Bielsko-Biała.
A co Pan sądzi o wzmacniającym się GKS Tychy?
Kadrę wymienili tak jak my – dużo zmian. Zobaczymy, nikomu nie można odbierać szans. Chciałoby się by śląskie drużyny awansowały, bo wyprzedziła nas już małopolska, która ma 4 drużyny w ekstraklasie.
GKS Katowice powalczy o awans?
Chciałbym, aby tak było.
Co by pan przekazał przed pierwszym meczem ligowym kibicom, którzy jednak w większości czują się oszukani po poprzednich rozgrywkach?
Mam nadzieję, że ja nie zawiodłem kibiców w rundzie wiosennej (śmiech), więc serdecznie was proszę o to, byście wykazali dla tej drużyny odrobinę wyrozumiałości i wsparli ją swoim dopingiem, bo tak jak mecz się zaczyna, to decydujące jest to, jaki wynik jest po 90 minutach, a nie np. w 10. minucie czy w przerwie.
Rozmawiali: Błażej, Shellu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Jerzy
26 lipca 2017 at 10:09
No to szykujemy się na walkę o miejsca 8-10 🙂
bce
26 lipca 2017 at 14:52
Powiem krótko 3-mamy stronę trenera. Jak trzeba to wy… pan opierdalaczy co pozorują grę. Daj trenerze znak, że który wchodzi na łeb to BLASZOK szybko sprawe naprostuje. Stawiaj na młodzież ze Śląska z tzw. „naszego placu” czy „hasioka”. Wiem jedno awansu nie będzie ale ma być ku.. walka tak żeby kości trzeszczały. Jak pan ulepi z tej mąki i wody ciasto będzie git. Potrzeba czasu każdy to wie. Pozory sie skończyły. Wstawiaj im pan takie ogień w dupe, zeby wiedzieli co grają. Górnik Z. postawił na młodzież i walcza co z tego, że przegrali w Białymstoku. Walczyli aż miło było popatrzeć pierw 10 chopa a potem w 9. Żurkowski mi się podobała niby go nie widać a skorbał cały czas. Chcą wypłatę to mają solidnie na nią zarobić.
lukasz
26 lipca 2017 at 18:38
a wg mnie to mozemy nawet walczyc o utrzymanie, ale ja chce widziec walke pot zmeczenie wyprute zyly, chce widziec ze dla nich pilka nozna to po prostu pasja. Trenerowi zycze wytrwalosci.
Mecza
27 lipca 2017 at 07:54
Mandrysz nie jest cudotwórcą jak się niektórym wydawało ale jestem pewny że w przeciągu dwóch lat stworzy z przeciętniaków zespół który bez problemów awansuje w 2019 roku.
adamGieKsa
27 lipca 2017 at 09:55
Awans w 2019 roku??! aha czyli ten sezon gramy o nic, nie dziwne że ludzie mają na ten cyrk wyjebane, tak wogóle to podejrzewam że za dwa lata to Mandrysza już od 1,5 roku nie będzie, no ale kto naiwnemu zabroni wierzyć w bajki o awansie